A/N: Wszystko w swoim czasie, Aisha! ;p
Droga San, wszystko w swoim czasie!^^
X
To były cudowne święta, bardzo ciepłe i rodzinne dla obu familii. Były tradycyjne prezenty, pyszne jadło, kolędy, ale przede wszystkim był to czas dla nich, moment, aby ponownie zacieśnić więzy rodzinne.
Thomasowie świętowali całym klanem. Prócz córki, gościli także wszystkich swoich synów, czyli Paula wraz z żoną Megan, ich dwójkę dzieci Mike'a i Lulu; Petera Juniora i jego żonę Lindę oraz córkę Serenę, a także Jamesa „Jimmy'ego", którego zaledwie kilka miesięcy przedtem zostawiła przed ołtarzem narzeczona, bo uciekła z barmanem, którego poznała na swoim wieczorze panieńskim. Biedny Jimmy wciąż leczył się z rozczarowania i póki co, nie bardzo ufał płci przeciwnej, ale wsparcie rodziny bardzo mu pomagało uporać się z poniżeniem i powoli wrócić do normalnego życia. Dzięki bliskim, James znów zaczął się uśmiechać…
Hudsonowie byli we czwórkę, a raczej w piątkę, jeśli liczyć maleństwo pod sercem Chloe. Oczywiście jak tylko w kościele wyszła na jaw ciąża dziewczyny, zjawiło się kilkoro znajomych, przed którymi nikt nie zamykał drzwi, chociaż bez wątpienia przywiodła ich tam ciekawość. Panna Hudson jednak nie wstydziła się swojego stanu i nie wdając się w szczegóły powtarzała tylko, że zamierza sama wychować maluszka, czy się to komuś podoba, czy też nie. Rodzina dzielnie stała za nią murem i w efekcie nic nie mogło zepsuć jej nastroju. Jack ze swojej strony był najlepszym bratem, jakiego może życzyć sobie siostra, choć ta ostatnia niemiłosiernie mu dokuczała, raz po raz wypytując o „przyszłą bratową", do której Sparky wydzwaniał niemal każdego dnia. Wiedział jednak, że robiła to z wrodzonej przekory i psotnego charakteru, nie zaś ze złośliwości, więc próbował ignorować jej zaczepki szybko zmieniając temat rozmowy. Dość powiedzieć, że ich rodzice bawili się setnie obserwując swoje dzieci zachowujące się jak… dzieci.
Jak każde święto, Boże Narodzenie również upłynęło szybko i wielkimi krokami zbliżał się Nowy Rok. Zgodnie z pomysłem Samuela, Ellen przygotowała przesyłkę dziękczynną dla nowych/starych przyjaciół jej syna. Swoje cynamonowe rolki przyrządziła tak, że po rozmrożeniu wystarczyło je tylko wrzucić do piekarnika, by uzyskać świeżutkie, pachnące i pyszne cudeńko na śniadanie. Pudełko tych delikatesów, wraz z podziękowaniami od całej rodziny Hudson, wysłała zaraz po świętach ekspresowym kurierem.
Już następnego dnia do Jacka zadzwoniła Sue, za jego pośrednictwem wylewnie dziękując za cudowny prezent.
- To najlepsze cynamonowe rolki, jakie kiedykolwiek jedliśmy!- zapewniała gorąco.
- Tak jak wasze ciasto.- wyszczerzył się brunet.- Kiedy moja siostra się do niego dosiadła, zostały tylko okruszki. To cud, że pozwoliła nam w ogóle spróbować!- stwierdził żartobliwie, za co dostał od przechodzącej obok niego Chloe kuksańca w bok.
Odkąd się odnaleźli, Jack i Sue rozmawiali niemal codziennie. Podczas jednej z takich konwersacji dowiedział się, dlaczego panna Thomas nie musiała spieszyć się z powrotem do restauracji. Otóż najwyraźniej miała pomoc w kuchni. By sprostać wymaganiom klientów, zatrudniła jeszcze jedną zdolną kucharkę- Lucy Dotson, która miała oko na interes pod nieobecność właścicielki. To ona robiła zakupy, gdy nie było Sue i nadzorowała kelnerki- swoją kuzynkę Alicię, i dopiero co przyjętą Jacintę. Sue jej ufała, bo znały się już wcześniej z kursów doskonalenia zawodowego, gdzie często pracowały w jednej drużynie.
Kiedy Sue otwierała restaurację, tylko Lucy brała pod uwagę jako partnerkę. Zresztą, dziewczyny wynajmowały obok siebie małe mieszkanka, więc w razie kłopotów panna Thomas wiedziała, gdzie jej szukać.
W każdym razie, on i Sue potrafili rozmawiać godzinami o wszystkim i o niczym. Tym razem z ust swej ulubionej blondynki Jack usłyszał też zapewnienie, że Tom Ryan pracuje nad jego SUV-em, i że według słów mechanika, samochód będzie gotowy do jazdy jeszcze przed końcem starego roku, bo Tom nie lubi zostawiać niedokończonych spraw nim rozpocznie się nowy.
- Ja też wyjeżdżam drugiego stycznia, więc co ty na to, byśmy spotkali się jeszcze tego samego wieczora, powiedzmy o ósmej, na kolacji u mnie w restauracji?- zaproponowała.- Tym sposobem będziesz miał auto do dyspozycji, gdy wrócisz do pracy.
- To świetny pomysł!- ucieszył się Sparky.- Szczególnie jeśli w perspektywie mam kolację z tobą.- dodał i dziewczyna się zarumieniła.
Rzeczywiście, to rozwiązanie bardzo mu odpowiadało. W Waszyngtonie miał lądować o trzeciej popołudniu. Mógł się spokojnie rozpakować, ogarnąć trochę mieszkanie i zrobić pranie, i jeszcze miał na tyle czasu, by przygotować się do randki… eee… spotkania z Sue.
- Zatem jesteśmy umówieni.- usłyszał w słuchawce i wyszczerzył się jak idiota.
Już się nie mógł doczekać!
Dni pozostałe do zabawy noworocznej (jak co roku, miała się odbyć w miejscowej świetlicy), a co za tym idzie, do wyjazdu, zleciały mu bardzo powoli. W normalnych okolicznościach zapewne byłoby na odwrót, ale zwykle jest tak, że gdy się na coś niecierpliwie wyczekuje, Staruszek Czas stroi sobie z nas żarty i spowalnia swój bieg. Oczywiście to tylko ułuda, ale człowiek właśnie tak się czuje- jakby czas specjalnie zwolnił. W przypadku agenta Hudsona nie było inaczej. Im bardziej wyglądał powrotu do D.C. i spotkania ze śliczną „Susie", tym bardziej mu się wydawało, że czas ciągnie się niczym flaki z olejem. Uwielbiał swoją rodzinę. Kochał z nimi być, ale odkąd ścieżki jego i Sue skrzyżowały się na nowo, nie umiał przestać o niej myśleć, tęsknić za nią, pragnąć jej bliskości. Nie czuł tego w stosunku do żadnej innej kobiety.
- To przeznaczenie…- pomyślał.
Chloe zawsze chichotała, gdy przyłapała brata rozmarzonego, śniącego na jawie, bo nie musiała być geniuszem, żeby wiedzieć, o kim wtedy myślał Jack.
Jego matka z kolei uważała, że to urocze. Jej pierworodny chodził ostatnio z głową w chmurach i jeśli to, co o Sue zasłyszał Sam, było prawdą, Jackie był na najlepszej drodze, by się zakochać i być może nareszcie założyć rodzinę. Dla Ellen nie miało znaczenia, że potencjalna synowa była głucha. Najważniejsze, aby była mu wzajemna, żeby w tym związku jej syn nareszcie odnalazł szczęście. Tylko to się dla niej liczyło…
Samuel tylko przewracał oczami na całą trójkę. Zupełnie jakby grali w jakiejś telenoweli! To prawda, że cieszył się za syna i bawiło go zachowanie bliskich. Entuzjazm Jacka, gdy ten opowiadał o Sue, był wspaniały i zaraźliwy, ale Sam był z natury bardziej powściągliwy, niż jego panie. Poza tym, i on kiedyś był w podobnej sytuacji, gdy zakochał się w Ellie (miał wrażenie, że wszyscy wtedy na niego patrzyli, bawiąc się jego kosztem), więc postanowił nie dokładać chłopakowi dyskomfortu. Niech się młody nacieszy nowym uczuciem w spokoju, a on będzie dyskretnie przyglądał się całemu spektaklowi. Tak też czynił aż do samego końca pobytu Jacka w Watertown.
Kiedy wreszcie nadszedł upragniony poranek drugiego stycznia, Sparky obudził się wcześnie jak nigdy i czując słodkie drżenie na całym ciele, spakował się, i z biciem serca oczekiwał na czas, gdy ojciec odwiezie go na lotnisko. Cudownie mu było w rodzinnym domu, ale w D.C. czekał na niego nowy rozdział życia, życia, które z odrobiną szczęścia już nie będzie samotne. Nareszcie wszystko zaczęło się składać w jedną całość, nabierało sensu, nawet te ckliwe piosenki o miłości. Sue to sprawiła. Jej powrót do jego życia stał się dla niego początkiem ekscytującej drogi. Liczył, że tą ścieżką będzie kroczył właśnie z nią, a dzisiejsza kolacja okaże się pierwszą z wielu, jakie razem zjedzą.
Żegnając się z rodziną usłyszał zwyczajowe życzenia i napomnienia, a Chloe, z właściwą sobie „subtelnością", dorzuciła psotnie:
- Liczę, braciszku, że gdy następnym razem się spotkamy, przedstawisz nam moją przyszłą bratową!- mrugnęła, wpędzając bruneta w zakłopotanie. Czerwony Jack był taki zabawny!
- Nie wiem, o co ci chodzi, Chlo.- wymamrotał zawstydzony.
Dziewczyna zachichotała.
- Skoro tak mówisz!- stwierdziła rozbawiona.
- Skarbie, nie zawstydzaj brata.- pouczyła ją matka, lecz zamiast skruchy ujrzała w oczach córki wesołe światełko.
- Wiń hormony, mamo!- odparła zupełnie nie przepraszająco.
- Myślałem, że większość ciężarnych płacze.- wtrącił się Samuel.
- Tatku…- odparła przekornie panna Hudson.-… Zapomniałeś, że ja jestem jedyna w swoim rodzaju? One płaczą, a ja psocę i nic na to nie poradzę!
Sam roześmiał się pobłażliwie i pokręcił głową.
- Co ja sobie myślałem?- rzucił z humorem, a reszta rodziny wybuchła śmiechem.
Chloe rzeczywiście była nietuzinkowa i nieco ekscentryczna, ale w tym tkwił cały jej urok. Bywała szalona i nieprzewidywalna, lecz nie zamieniliby jej na żadne skarby świata. Kochali ją taką, jaka była.
Wkrótce potem rodzina wymieniła ostatnie serdeczne uściski i mężczyźni załadowali się do samochodu, by wyruszyć w drogę do Milwaukee.
Jack siedział jak na szpilkach. Był podekscytowany faktem, że leci do domu, a ściślej mówiąc do Sue, na spotkanie z którą tak się cieszył.
Za każdym razem, gdy spojrzał na swój bilet, nie mógł się nie uśmiechnąć. Był to jawny dowód jej bezinteresowności i dobrego serca. Nigdy wcześniej nikt nie zrobił dla niego niczego podobnego. Owszem, miał kilka dziewczyn, względnie przyjaciółek, ale Sue była pierwszą, która jego potrzeby postawiła ponad własne.
Czysta dobroć, obleczona w zapierającą dech w piersi powłokę. Po prostu anioł…
Lot powrotny nie trwał długo, lecz jemu wydawał się wiecznością. Tyle miał do zrobienia, zanim pojedzie do restauracji. W myślach Jack zanotował sobie, by koniecznie zajrzeć do kwiaciarni. Sue zasługiwała na porządny bukiet za wszystko, co dla niego zrobiła. Poza tym, jeśli chciał zyskać jej uczucie, musiał się postarać i pokazać z jak najlepszej strony. Sparky zdawał sobie sprawę, że jego wybranka nie jest interesowna i łasa na prezenty, ale wiedział też, że kochała kwiaty. Chciał jej więc podarować takie, które powiedzą jej, jak ważna jest dla niego, jak doceniania za wszystko, czym jest. Na szczęście niedaleko jego domu była jedna nieduża kwiaciarnia. Często korzystał z jej usług przy różnych okazjach, bo ceny były przystępne, a kwiaty zawsze świeże i piękne. Poza tym, lubił właścicielkę. Starsza pani zawsze była pomocna i bardzo miła. Zawsze umiała mu doradzić prezent na każdą okoliczność. Musiał tylko zajrzeć do niej w drodze do mieszkania, bo jej sklepik czynny był tylko do szóstej, więc Jack musiał się sprężyć jeśli miał zdążyć przed zamknięciem.
Zdążył na styk i to dzięki temu, że dał taksówkarzowi ekstra napiwek, jeśli ten dowiezie go na miejsce na czas. Pani Daisy już miała kończyć pracę, ale na widok jego zziajanej buzi uśmiechnęła się ciepło.
- Jack! Co mogę dla ciebie zrobić, drogi chłopcze?- spytała łagodnie.
- Dobry wieczór, pani Warwick.- przywitał się.- Przepraszam, że tak późno, ale jadę prosto z lotniska.- wyjaśnił.- Potrzebuję specjalnego bukietu dla pewnej specjalnej osoby.
- Rozumiem, że chodzi o jakąś młodą damę?- mrugnęła porozumiewawczo i Hudson się zarumienił.
- Tak, proszę pani.- potwierdził nieśmiało.
- Jak bardzo specjalna jest ta młoda dama?- zapytała znowu kwiaciarka.
- Na tyle, że cena nie gra roli, Ma'am.- odparł szczerze i pani Daisy uśmiechnęła się szeroko.
- Zatem zobaczmy, co tu mamy.- rzuciła wesoło.- Czy twoja przyjaciółka ma jakieś szczególne preferencje co do kwiatów?- upewniła się jeszcze.
- Chyba nie.- powiedział niepewnie.- Z tego, co mi wiadomo, kocha wszystkie.
- Zatem mam ułatwione zadanie.- usłyszał i przez kolejne kilka minut patrzył, jak kobieta tworzy misterny, będący niemal dziełem sztuki bukiet dla jego Sue. Kiedy spojrzał na finalny produkt jej poczynań, wiedział, że raz jeszcze trafił pod właściwy adres. Był więcej niż pewien, że kompozycja spodoba się blondynce, bo jemu podobała się na pewno!
Uregulowawszy rachunek, Jack mógł spokojnie iść do domu, by się przygotować do randki.
Pal licho sprzątanie i pranie. Załatwi to jutro. Dziś dla Sue musiał wyglądać jak z żurnala. Ona zasługiwała na to i jeszcze więcej.
Już w mieszkaniu wykąpał się, powtórnie ogolił, dokładnie wyszczotkował zęby i zakończył toaletę wodą toaletową naniesioną w strategicznych miejscach. Potem była rewia mody przed lustrem, bo nie umiał się zdecydować, w którym zestawie wygląda najbardziej korzystnie. Wreszcie po długiej debacie z samym sobą postawił na klasykę i wybrał ciemno-grafitowy, jednorzędowy garnitur z białą koszulą oraz prążkowany krawat. Skórzane, eleganckie buty i pasek dopełniły całości, i Jack WRESZCIE uznał, że jest gotów. W samą porę, bo przygotowania zajęły mu dłużej, niż się spodziewał i nim się obejrzał, musiał wzywać taksówkę.
Jadąc do „Don'tSueMe" Hudson czuł, jak wali mu serce. Już wkrótce ją zobaczy!
tbc
