Uwaga! Ten rozdział zawiera wyjątkowo obrazowe sceny erotyczne i jest przeznaczony tylko dla pełnoletnich czytelników :D


~o~

– Will, stań na czatach, jeśli te paskudy po drugiej stronie wykombinują coś, chcę o tym wiedzieć.

– Beth, zajmij się nią – Erendis wskazała na skuloną postać wciśniętą w róg pomiędzy rozpadającymi się krasnoludzkimi budowlami. Dziewczyna była w szoku, teraz gdy nie musiała się już bronić, gdy znikło bezpośrednie zagrożenie, popadła w otępienie. Czarodziejka podeszła do niej przemawiając łagodnie, jak do zranionego zwierzęcia.

– Już w porządku, wszystko będzie dobrze – uśmiechnęła się łagodnie spoglądając w duże, czarne oczy nieznajomej. Uklękła przy niej na wyciągnięcie ręki.

– Ja jestem Bethany, jestem Szarą Strażniczką. A ty jak masz na imię?

Dziewczyna przez moment wpatrywała się w spokojną twarz czarodziejki.

– Tara – jej cichy głos drżał.

– Taro, jestem też uzdrowicielką, jeśli jesteś ranna, wyczerpana, mogę ci pomóc, jeśli się na to zgodzisz…

– Oghren? – Erendis rozwinęła przed sobą mapę – jak myślisz, gdzie jesteśmy?

Krasnolud zerknął na zżółkły pergamin, podrapał się po rudej brodzie i wskazał palcem.

– Jo, będzie gdzieś tutaj, komendantko.

– Wygląda na to, że będziemy musieli zapuścić się głębiej niż myślałam. Najbliższe wyjście jest jakieś sześć dni drogi stąd, zakładając, że nie zabłądzimy – zwinęła mapę, po czym rozejrzała się po pobojowisku. – Powinniśmy wyjść gdzieś w okolicach Nieprzebytego Lasu.

Zev obszedł pobojowisko. W jednym końcu placu, na czymś, co musiało służyć pomiotom za legowisko, znalazł kilka fiolek z zakrzepłymi płynami, zioła i małą książkę oprawioną w skórę. Erendis zajrzała mu przez ramię. Elf przejrzał pożółknięte strony wypełnione mało czytelnymi runicznymi znakami.

– To jakaś krasnoludzka książka?

Elf podał jej przedmiot.

– Najwyraźniej.

– Zaraz, zaraz… – przekartkowała kilka stron, skupiając wzrok na rysunkach. – To niemożliwe…

– Co takiego?

Erendis zignorowała pytanie elfa i odwróciła się do niego tyłem.

– Oghren? Rzuć na to okiem?

Krasnolud odłożył swój zakrwawiony topór i podszedł do komendantki.

– Możesz to przeczytać?

– Hmmm… zobaczmy… wiesz, nie jestem dobry w tych sprawach…. To symbole orzammarskie, ale nie wiem co te słowa znaczą, to leżało tutaj…

– Pewnie jakiś pomiot prowadził dziennik – zażartował Zevran. Jego uśmiech zgasł na ustach, gdy dostrzegł zmarszczone czoło Erendis.

– Zaraz… ty chyba nie myślisz, że to… pomioci dziennik?

Strażniczka nic nie odparła, schowała książkę do torby i rozejrzała się po zostawionych w legowisku przedmiotach.

– Komendantko! – Will nadbiegł zza rogu. – Wydaje mi się, że pomioty planują przedostać się do nas. Przynoszą liny i haki.

– Zbierajmy się. Beth, czy ona może iść? – Erendis spojrzała na siedzącą w kącie dziewczynę.

Z jej oczu znikła już desperacja, ale nadal wydawała się nieobecna.

– Nic jej nie jest.

– Idziemy korytarzem na prawo. Oghren, jeśli masz w zapasie trochę tego prochu krasnoludów, byłoby miło, gdybyś wysadził w powietrze tunel, jak tylko nim przejdziemy.

– Jo, nie ma to jak mała rozpierducha!

~o~

Kolejna doba na Głębokich Ścieżkach. Bethany miała już tego dość. Nienawidziła tego miejsca z całej duszy, te kamienne ściany, duszne korytarze i wilgotne tunele przypominały jej o tym, że to właśnie w takim miejscu jej życie zmieniło się nieodwracalnie, odrywając ją od matki, brata, przyjaciół i wszystkiego, co z takim trudem osiągnęła w Kirkwall.

Nienawidziła tego zapachu, mdłego, niebieskawego światła żył lyrium, odgłosów kapiącej wody i powykręcanych makabrycznych ciał pomiotów, ich skrzeku, rechotu, odoru ich krwi.

– Bethany?

Dziewczyna uniosła twarz napotykając wzrok towarzysza.

– Mogę o coś zapytać?

Dziwiła ją uprzejmość Rogera, zazwyczaj nie wykazywał delikatności, jeśli chciał uzyskać jakieś informacje. Pokiwała głową przyglądając się mu ciekawie. W jego szarych oczach dostrzegała coś, co nie dawało jej spokoju. Od ich ostatniej rozmowy przy ognisku upłynęło parę dni i czarodziejka odkryła, że napięcie między nimi jakby… zmalało?

– Gdy ten ogr szarżował… co się wtedy stało?

Nawet w słabym świetle dogasającego ogniska dostrzegł cień w jej oczach.

– To po prostu… nie wiem sama… wspomnienia…– urwała wzruszając ramionami. Zapadła głucha cisza, przerywana urywanym pochrapywaniem Oghrena. Mężczyzna pomyślał, że nie otrzyma więcej wyjaśnień, gdy czarodziejka znów się odezwała.

– To stało się, gdy uciekaliśmy z Lothering, podczas plagi. – Jej wzrok dryfował gdzieś ponad nim, w ciemności ich otaczającej. – Uciekaliśmy. Na przełęczy otoczyły nas pomioty, wśród nich był ogr – jej głos zadrżał i dziewczyna urwała na moment. – Szarżował, zupełnie jak tam na moście, poczęstowałam go soplem, ale to go tylko rozjuszyło, odbił wprost na lewo, prosto na matkę.

Ekstemplariusz poruszył się niespokojnie. Domyślał się, co zaraz usłyszy. Z doświadczenia wiedział, że nie należy rozdrapywać takich ran. Z pewnością nie miał zamiaru zmuszać czarodziejki do mówienia o bolesnych wspomnieniach. W zasadzie nie spodziewał się, że mu odpowie. Mimo długich godzin spędzonych pod ziemią, nadal nie był pewny, czy jest w stanie jej zawierzyć.

– Carver ruszył na ratunek… – głos Hawke się załamał.

Roger obserwował jej twarz, doskonale znał to uczucie malujące się w jej oczach, ból, smutek po stracie kogoś bliskiego.

– Był głupi… narwany. – Dziewczyna pociągnęła nosem. – On go złapał i wycisnął z niego całe życie, a potem… odrzucił jak szmacianą lalkę, nie potrafiłam… nie mogłam – spojrzała na swoje dłonie. – Nie zdołałam go uleczyć.

– Carvera?

– Mój brat… bliźniak… – wysapała w końcu czując, jak łzy zbierają się w kącikach jej oczu – nie miał jeszcze osiemnastu lat.

Otarła wilgotne policzki, zła, że pozwoliła sobie na chwilę słabości i to w obecności tego nieznośnego, ponurego ekstemplariusza. To co było, należało do przeszłości, teraz miała okazję odpłacić tym potworom za krzywdę wyrządzoną jej rodzinie. Ale gdy zobaczyła ogra, biegnącego wprost na nich, to było tak, jakby cofnęła się w czasie, jakby oglądała wszystko w zwolnionym tempie. Gdyby nie ostry ton komendantki, który przywrócił jej zmysły, nie wiedziała, co mogłoby się stać. Czuła się, jakby zawiodła, po raz kolejny.

~o~

Will z rozmachem kopnął kamień leżący na jego drodze. Mruknął jakieś przekleństwo odkładając miskę z polewką z bryłkowca i opadł przy ognisku. Erendis przyglądała się mu z rozbawieniem. Chłopak wyciągnął stopy do ognia. Zagarnął kilka smolistych bryłek, które na Głębokich Ścieżkach służyły za opał i wrzucił je w ogień. Płomień nagle wyprysnął w górę kaskadą iskier, które posypały się na zdumionego Strażnika. W następnej chwili Will otrzepywał spodnie próbując je zagasić. Komendantka, siedząca kilka kroków od ogniska, trzęsła się od tłumionego śmiechu.

– Co w tym śmiesznego? – burknął, gdy już ugasił mały pożar ogarniający jego buty.

– Pamiętam, jak za pierwszym razem w podobny sposób osmoliłam sobie włosy, nie wspominając o spalonych brwiach.

Chłopak podniósł głowę patrząc na nią ponad ogniskiem, uniósł brwi i przez moment była pewna, że się uśmiechnie.

Posłyszeli głuchy jęk dochodzący zza jego pleców. Kobieta, którą uratowali z rąk pomiotów, mimo dobrego stanu zdrowia z dnia na dzień stawała się coraz większym ciężarem. Zachowywała się co najmniej dziwnie. Niby nic jej nie było, jednak szybko się męczyła i musieli robić częste przystanki. Była wyjątkowo małomówna i jedynie Bethany była w stanie wyciągnąć od niej kilka informacji. Do swoich wybawicieli odnosiła się z chłodną rezerwą. Czasami odmawiała jedzenia, ignorowała wszelkie próby nawiązania kontaktu, nie pozwalała się dotykać nikomu innemu prócz czarodziejki i ogólnie była dość zgryźliwa.

– Więc czym tym razem wyprowadziła cię z równowagi nasza urocza Tara?

Will obejrzał się przez ramię na ciemną sylwetkę leżącą w kącie.

– Powiedziała, że to nasza wina, że wszyscy zginęli, tam, w tej klatce. Wysyczała mi prosto w oczy, że nie było nas tam, gdzie być powinniśmy, możesz w to uwierzyć?

Erendis tylko westchnęła spoglądając w ogień.

– Nie miała tego na myśli – odezwała się pragnąc rozchmurzyć chłopaka. – Jest w szoku, przeżyła piekło.

– To cholernie niesprawiedliwe, obwiniać nas o coś, na co nie mamy wpływu.

– Obwiniać obce osoby jest dużo łatwiej, niż pogodzić się z tym, co się stało.

Will utkwił w niej swój wzrok. Przez moment patrzał na komendantkę wstrząśnięty. Jej ciemnoniebieskie oczy były smutne i chłopak miał wrażenie, że tym spojrzeniem odziera go z wszelkich tajemnic, obnaża jego chorą z zemsty duszę. Przeszył go zimny dreszcz, czy ona miała na myśli tę nieszczęsną kobietę, czy może jego samego? Erendis opuściła głowę grzebiąc patykiem w ziemi.

– Gdy zabito moją rodzinę – zaczęła – byłam bardziej wściekła niż zrozpaczona, przez długi czas jedynie gniew utrzymywał mnie przy życiu.

Will słyszał opowieści krążące na wybrzeżu o masakrze w Wysokożu.

– Miałaś przynajmniej swoją zemstę – rzucił przez zaciśnięte zęby.

Popatrzyła na niego ze znużeniem.

– Miałam, ale czy to cokolwiek zmieniło? Oni nadal byli martwi, a ja musiałam żyć dalej.
Chodzi mi o to – spojrzała na Tarę – że gniew jest dobry na początku, pozwala iść dalej, ale na dłuższą metę zatruwa życie. Ona teraz jest zła, to lepiej dla niej, mam jednak nadzieję, że się z tego otrząśnie.

Zapadła cisza, ciężka i krępująca. Erendis odrzuciła patyk w ognisko, przymknęła oczy przeciągając się jednocześnie. Will patrzał na nią i był zdziwiony, po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że tak naprawdę jego Komendantka jest jeszcze młoda, zapewne była rówieśniczką jego starszej siostry. Przyglądał się jej twarzy oświetlonej drgającym blaskiem ognia. Nie była oszałamiająco piękna, ale miała dar zjednywania sobie ludzi, który jak już zdążył zauważyć, przyciągał do niej innych niczym ćmy do światła. Przyglądając jej się uważniej dostrzegł bliznę na je czole, drobne zmarszczki wokół ust, oraz podkrążone oczy. Najwyraźniej była przemęczona, jak wszyscy oni, wędrujący tymi zakichanymi tunelami. Nie spodziewał się jednak że Komendantka będzie dzielić wraz z nimi niewygody. Spała na twardej skale, czuwała przy ogniu gdy wypadła jej kolej, pomagała przy posiłkach tak jak każdy. William spodziewał się czegoś innego po wielkiej damie. Nie dostrzegał w niej próżnej i bezwzględnej arystokratki. Była zaskakująco podobna do zwykłych ludzi, zmęczona, przytłoczona nawałem obowiązków, omylna…

– Przestań – upomniał się w myślach. – Zaraz zaczniesz ją usprawiedliwiać, a przecież jej decyzje była wyrokiem śmierci dla nich, ni mniej ni więcej, cała twoja rodzina zginęła przez nią. Nieważne, jakie były jej intencje, nie podpala się całego miasta tylko po to, by nie wpadło w łapy pomiotów. Nie skazuje się niewinnych ludzi czekających z nadzieją na swoją bohaterkę na śmierć tylko dlatego, że kilku zarażonych rozbiegło się po ulicach Amarantu. Nie zostawia się bezbronnego miasta na pastwę losu po to, by bronić kamiennej twierdzy pełnej strażników.

– Twoja kolej, baryło – usłyszał głos komendantki, gdy podeszła do chrapiącego krasnoluda i trąciła go nogą.

~o~

– Jeszcze kilka dni i zwariuję, przysięgam – odezwała się Bethany.

Poruszali się szerokim korytarzem wykutym w litej skale. Gigantyczne kolumny wspierały sufit. Pomiędzy nimi leżały potrzaskane statuy krasnoludzkich Patronów. Parę kroków przed nimi droga przecinała się z innym tunelem. Światło padające przez szczeliny w suficie było blade i wydawało się jaskrawe kontrastując z czerwonawym blaskiem strumieni lawy spływających po przeciwległej ścianie. W kątach, gdzie padały rozproszone promienie, wybujały bladozielone rośliny. Ich delikatne pnącza pięły się do światła po gładko ociosanych ścianach.

– To mi się wydaje znajome – mruknęła Erendis rozwijając mapę. Stanęła w smudze blasku przyglądając się pożółkłemu pergaminowi. Do tej pory dwukrotnie zmylili drogę, raz okazało się, że dotarli do szerokiej rzeki lawy, raz zaszli w ślepy zaułek. Za każdym razem komendantka cierpliwie nanosiła nowe korytarze na mapę. Kilka centymetrów całkiem niezapisanego papieru poprzecinały teraz linie znaczące ich drogę.

Gdy spojrzała na mapę, palcem wodziła po jednej ze znanych sobie dróg.

– Dobra nowina, jesteśmy jakieś dwa dni od powierzchni – rzuciła do towarzyszy korzystających z przerwy w marszu.

Im bliżej byli powierzchni, tym szybciej parli na przód. W ciągu ostatniej doby niemal nie zatrzymywali się. Wiatr niosący ze sobą świeże powietrze dopingował ich. Wszyscy, jak jeden mąż, chcieli jak najszybciej wydostać się spod tej skalnej skorupy. Wszyscy byli już zmęczeni i głodni. Robili częste przystanki z uwagi na Tarę, z sześciu dni zrobiło się niemal dziesięć.

Dziesięć dni wydawało się mu wiecznością. Na szczęście nie natknęli się na więcej pomiotów, kilka na wpół rozłożonych ciał, kilku martwych nieszczęśników szukających skarbów na głębinach, zaduch, mrok i kurz, i to przytłaczające poczucie beznadziei. Naprawdę zastanawiał się jak to możliwe, że w czasie Plagi pozostawali na Głębokich Ścieżkach niemal miesiąc i nie zwariowali, chociaż jakby się zastanowić było blisko.

Oghren, na litość boską, przestań pierdzieć – warknęła Lel rzucając w jego kierunku butem. Pech chciał, że przez przypadek trafiła Stena. Qunari mruknął coś pod nosem wrzucając but w ognisko.

Hej, co ty wyprawiasz? – Rudowłosa Orlaisianka wyciągnęła nadpalony kamasz z ogniska. – To moje ulubione buty ty… ty bezmózga góro mięsa!

Przecież go wyrzuciłaś – oświadczył Sten niewzruszonym głosem.

Tego już za wiele – usłyszeli po chwili zgryźliwy głos Morrigan. Apostatka podeszła do ogniska w koniuszkach palców trzymając coś, co na odległość cuchnęło bardziej niż niemyty krasnolud.

Jeśli jeszcze raz znajdę coś takiego w swoim plecaku, przysięgam, że wyprawię tego zawszonego kundla na tamten świat – zwróciła się w stronę Erendis. Jej wierny mabari mruknął jedynie wywieszając jęzor.

Oghren wyrwał z ręki czarodziejki zawiniątko i zajrzał do środka.

To wygląda na kość jagnięcą – zawyrokował odwijając materiał. Wsadził nos do środka.

Jo, to jagnięcina, jak nic, założę się, że to resztka naszej kolacji z Orzammaru. Można by na tym ugotować niezły rosołek.

Chyba żartujesz?– Leliana popatrzała na niego z obrzydzeniem. – Śmierdzi gorzej niż ty.

Nie ma mowy, żebym wzięła to do ust – wycedziła przez zęby Morrigan

Jakby potrawka z bryłkowca była dużo lepsza. Szczególnie w twoim wydaniu – mruknął Zev.

Jak jesteś taki mądry, to sam sobie gotuj, szpiczastouchy lowelasie.

Jeśli masz to zamiar zjeść Oghren, nie licz na moje zaklęcia uzdrawiające, mam dość leczenia ciężkiego kaca i obrażeń, których się nabawiacie po pijaku – znad swojej książki odezwała się Wynne.

Pijesz do mnie, starucho? – wysyczała Morrigan. – Dla twojej informacji, ta rozbita głowa to przez tę rudą zdzirę, rzuca swojego szarpidruta gdzie popadnie…

Słucham? – Leliana była oburzona.

Zev wymknął się z kręgu obozowego podążając w ślad za Erendis. W cieniu bocznego korytarza dostrzegał kontur jej postaci. Dziewczyna siedziała tyłem do obozowiska, spoglądając na pulsujące lazurowym światłem drobne żyły lyrium biegnące wzdłuż bocznej ściany.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że coś ją dręczy. Rozpoznawał oznaki zmęczenia, wszyscy był zmęczeni i poirytowani przebywając tak długo pod powierzchnią, jednak w jej przypadku było to coś innego. Przez myśl przeszło mu, a to nie było przyjemne, że mimo wspólnie spędzanych nocy Erendis nadal boleje nad stratą Alistaira. Na samą myśl o tym czuł, jak budzi się w nim coś, co podejrzanie przypominało… zazdrość.

Jednak do tej pory Strażniczka ani razu nie wspomniała o byłym kochanku, który z uwagi na przyszłą pozycję, pozostał wraz z Eamonem w Redcliff.

Elf podszedł do niej bezgłośnie zatrzymując się tuż za jej plecami i oparł dłonie o jej ramiona. Kobieta poruszyła się niespokojnie, zaraz jednak rozluźniła.

Nie rób tak, pewnego dnia skończysz ze sztyletem w brzuchu – mruknęła, nie odwracają się do niego.

Zevran zaczął delikatnie masować ramiona. Wyczuwał duże napięcie w całym ciele Strażniczki, podczas gdy umysł Eris dryfował gdzieś daleko.

Może wreszcie podzielisz się ze mną tym, co cię gryzie?

To nie ma najmniejszego związku z tobą. Nieważne.

Wszystko, co wpływa na jakość naszego pożycia… – szepnął przychylając się nad jej uchem – wszystko to jest dla mnie ważne, cara.

Nie widział twarzy, ale wiedział, że się uśmiechnęła. Położyła swoją chłodną dłoń na jego ciepłej nadal spoczywającej na ramieniu.

To dość nieprzyjemny temat – powiedziała po chwili. – Tym bardziej nieprzyjemny, gdy się go porusza w takim miejscu.

Elf usiadł na kamieniu obok i objął ją ramieniem.

Moja droga, niewiele jest na tym świecie rzeczy, które mogą mnie przerazić.

To sprawy Szarej Straży – wzbraniała się jeszcze.

Wiesz, że możesz mi zaufać – szepnął przyciągając ją jeszcze bliżej. Obróciła do niego twarz i w słabym bladoniebieskim świetle jej granatowe oczy wydawały się niemal czarne, przepastne. Uśmiechnęła się do niego ciepło.

Wiem – jej głos drżał lekko. Z tyłu za nimi słychać było odgłosy awantury. Najgłośniej wibrował cienki sopran Leliany i gruby baryton Oghrena.

Więc, dolce cour, powiedz mi, co tak bardzo cię martwi, oprócz tej bandy kretynów, z którą podróżujemy? Ktoś im powinien powiedzieć, że to Głębokie Ścieżki, wkoło są pomioty i należy siedzieć cicho.

Sam widzisz, to wszystko jest takie… mroczne, straszne – szepnęła przytulając się mocniej do niego. Siedziała mu na kolanach, rękami obejmując go za szyję. Oparła brodę o czoło elfa pozwalając, by jego głowa spoczęła na jej piersiach. Zev milczał, w ciszy wsłuchując się w bicie serca, tego, które z każdym uderzeniem było bliższe nieuniknionego końca. Myśl o tym przyprawiała go o tępy ból głowy.

Z drugiej strony, może niepotrzebnie się zastanawiam, całkiem możliwe, że nie dożyję dwudziestych pierwszych urodzin – mruknęła, dłonią przygładzając jasne włosy Zeva.

Moja piękna Strażniczko, musisz doczekać swoich urodzin, Leliana byłaby niepocieszona.

Tylko mi nie mów, że planuje jakieś zwariowane przyjęcie – niespodziankę?

Zev uśmiechnął się figlarnie.

Jak tak dalej pójdzie, to będzie bardzo nietypowe przyjęcie urodzinowe.

Taaa, zakrapiane Ohgrenowym bimbrem.

Przegryzane udkami bryłkowca.

Z hordą pomiotów na karku.

Strażniczka podniosła się z jego kolan.

Lepiej pójdę sprawdzić, czy się nie pozabijali – rzuciła przez ramię odchodząc w stronę obozu.

Zev został sam, przyglądając się pulsującemu światłu. Za sobą słyszał jej ciche kroki, wydawało się mu, że są bardziej sprężyste, energiczne. Samo to, że zdołał wywołać uśmiech na jej twarzy było postępem. To, co mu powiedziała o skażeniu i sposobie, w jaki odchodzą Strażnicy… Starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo go to poruszyło.

~o~

Tara wysunęła się ostatnia. Stała na zewnątrz zasłaniając dłonią twarz. Mimo że dzień był pochmurny i deszczowy, światło raziło ją w oczy. Wyszła z jaskini i stanęła pod gołym niebem pozwalając, by deszcz obmył ją z kurzu Głębokich Ścieżek, z zapachu krwi i ze strachu, który zalęgł się w jej trzewiach.

Gdy ją złapali, gdy więzili w tej ciemnej kopalni, gdy wyciągali ich jednego za drugim z tej klatki po to tylko, żeby podać jakąś truciznę, po której zwijali z bólu i wyli w agonii, o niczym więcej nie marzyła, jak jeszcze raz poczuć wiatr we włosach, trawę pod stopami i zapach deszczu. Przez te wszystkie dni, gdy wędrowała wraz ze swoimi wybawcami, nie chciała dopuścić do siebie nadziei, że może jednak wyjdzie z tego cało. Była zawsze realistką, w ciągu ostatnich tygodni patrzyła, jak płonie jej dom, jak umiera jej matka i ojczym. Na jej oczach zmarli jej obaj przyrodni bracia. Wiedziała, że czeka ją ten sam los. Była za słaba, by się bronić, za wolna, by uciec. Siedziała w tej klatce i czekała na swoją kolej. Przestała myśleć, planować, czuć. Poddała się. A jednak stała tu teraz, patrząc spod zmrużonych oczu na brudne, wybladłe twarze Strażników i była wdzięczna.

– Wszystko w porządku? – Bethany podeszła do niej otrząsając krople deszczu z płaszcza.

– Ja… czuje się tak, jakbym się obudziła – szepnęła Tara.

Obejrzała się za siebie w głąb szybu, z którego wyszli, tam czaił się mrok i strach, tutaj zaś deszcz obmywał ją do czysta, by mogła zacząć żyć od nowa.

~o~

Z zadowoleniem spojrzała w lustro. Dwa długie tygodnie bez gorącej kąpieli i czystych ubrań. Wyruszając nie sądziła, że przyjdzie im wędrować Głębokimi Ścieżkami.

Gdy o zmroku wrócili wreszcie do Twierdzy, jej mieszkańcy powitali ich radośnie. Cody niemal zgniótł ją w uścisku.

– Nate jak oszalały wysyłał zwiadowców po całych mokradłach. Obawialiśmy się, że spotkał was nieprzyjemny koniec.

– Legion pomiotów to za mało, żeby powalić naszą komendantkę – zawołał Oghren.

– Biorąc pod uwagę całą naszą szóstkę, nawet dwa legiony nie dałyby sobie rady – rzuciła Erendis. – A gdzie jest Nate? – zapytała w końcu rozglądając się po wielkiej sali.

– Zapewne w tawernie, Hym bardzo poważnie wziął sobie do serca rolę twojego zastępcy i nie pozwolił mu przejąć obowiązków, nawet gdy Nate doszedł już do siebie.

Nie miała najmniejszego zamiaru zaglądać do gabinetu, gdzie papiery czekające na nią zapewne zasłały jej biurko grubą warstwą. Wzięła gorącą kąpiel, kazała przynieść sobie kolację do pokoju i postanowiła do jutra rana wziąć wolne. Skoro Hym dawał sobie radę przez dwa tygodnie, równie dobrze może ją zastępować jeszcze jeden wieczór.

Nim zdążyła rozebrać się do spania, drzwi w jej pokoju rozwarły się gwałtownie i zostały zamknięte z głośnym trzaskiem. Zaalarmowana doskoczyła do stołu, gdzie leżał jej podręczny sztylet. Odłożyła go jednak widząc w mdłym świetle świec Howe`a. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, mężczyzna wyglądał niecodziennie, chociaż rany wywołane zaklęciem Bethany już znikły. Nate miał potargane włosy, głębokie cienie pod oczami i lekko zamglone spojrzenie. W trzech krokach był przy niej biorąc ją w ramiona.

– Jesteś nareszcie – wysapał w jej włosy. Poczuła ostry zapach rumu w jego oddechu, gdy wypuścił ją z objęć tylko po to, żeby ująć w obie dłonie jej policzki. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć wycisnął na jej ustach miażdżący pocałunek.

– Nate? Mam nadzieję, że nie siedziałeś w tawernie całe dwa tygodnie – mruknęła, odrywając się od niego. – Uh, jedziesz bimbrem – rzuciła.

– Dis, gdzie byłaś? Martwiłem się – szepnął niskim głosem. Jego dłonie znów ją chwyciły w talii przyciskając do muskularnego ciała.

– Zwykłe obowiązki Strażników, pomioty, Głębokie Ścieżki, takie tam… – rzuciła lekko, starając się wsunąć dłonie między ich ciała.

– Nigdy więcej nie puszczę cię samej – szepnął, nic nie robiąc sobie z jej wysiłków, pochylił głowę delikatnie całując ją w kark.

Z jakiegoś powodu nie podobał jej się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa. Nate był najwidoczniej pijany.

– Idź spać – szepnęła, starając się wysunąć z jego objęć. – Porozmawiamy jutro.

– Jutro? – Jego silne dłonie zacisnęły się z żelazną siłą na ramionach Strażniczki, nie pozwalając jej się odsunąć. – Jutro? Potrzebuję cię dzisiaj, teraz… – jego niski wibrujący głos przyprawił ją o drżenie, z jednej strony podniecając ją, z drugiej irytując.

Wyszarpnęła się czując, jak jego palce zostawiają czerwone ślady na skórze. Nim jednak odsunęła się na bezpieczną odległość, chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie po raz kolejny.

– Nate? – Jej głos był ostry, władczy, ale Howe nic sobie z tego nie robił.

Jakimś cudem zdołał uchwycić jej obie dłonie za plecami w swoją niedźwiedzią rękę, podczas gdy drugą zaczął rozpinać lnianą bluzkę.

Sapnęła poirytowana, ale wyśliznąć się z objęć zwiadowcy nie była w stanie. Po chwili Nate miał już w ręku jędrną pierś i najwyraźniej nie zamierzał obchodzić się z nią delikatnie.

Z ust kobiety wyrwał się niekontrolowany jęk, gdy poczuła jak dwa palce chwytają za twardniejącą brodawkę. Czuła, wyraźnie przyciśnięta do jego ciała, jak organ w spodniach Howe'a szybko pęcznieje. Nathaniel opuścił głowę, ustami wodząc po szczupłej szyi, językiem pieścił obojczyk schodząc coraz niżej, aż wreszcie usta spoczęły na drugiej piersi.

– Dis – sapnął, nim potraktował wrażliwe ciało zębami.

Przeszył ją spazm bólu, który spotęgował jedynie pożądanie budzące się w podbrzuszu.

Musiała się uwolnić, musiała się wycofać, zanim przestanie racjonalnie myśleć. Korzystając z tego, że mężczyzna był w dość niewygodnej pozycji, przechylając się w przód, aby sięgnąć ustami jej dekoltu, wyrwała się wreszcie. Sięgnął po nią, ale zdołał uchwycić jedynie skraj jej bluzki. Chcąc ją do siebie przyciągnąć, szarpnął tkaniną i rozdarł ją.

– Przestaniesz wreszcie? – rzuciła chłodno. – Dopiero wróciłam, jestem zmęczona i…

– To przez tego szpiczastouchego?

Spojrzała na Nate'a w zdumieniu. Na jego ustach wykwitł gorzki uśmiech, gniew gorzał w srebrzystoszarych oczach.

– To jego sprawka? Dobrze bawiłaś się z nim przez te dwa tygodnie?

Nim pojęła co robi, jej dłoń wystrzeliła do przodu, wymierzając mu siarczysty policzek. Spojrzała na jego twarz, z ust Howe'a znikł uśmiech, oczy lśniły drapieżnie.

– Lubisz takie zabawy, co?

Wymierzyła mu kolejny policzek, ale chwycił ją za nadgarstek, po raz kolejny znacząc delikatne ciało. Obrócił ją, wykręcając obie ręce do tyłu i trzymając w żelaznym uścisku. Z łatwością przyparł ją swoim niedźwiedzim ciałem do drzwi.

– On pozwala się tak traktować?

Przyciśnięta twarzą do zimnego drewna, czuła jego dłoń rozpinającą do reszty jej bluzkę. Sapała z gniewu, a jednak nie potrafiła pojąć, czemu jej ciało reaguje w taki sposób. Dotyk niecierpliwej, niedelikatnej dłoni Nate'a sprawiał jej rozkosz. Jego biodra przyciśnięte do jej pośladków, jego twardą męskość wyczuwalna poprzez materiał ich spodni. W myślach przeklinała się za to, że tak szybko robi się wilgotna, mimo gniewu, zmęczenia i niepokoju nie mogła zaprzeczyć, że perspektywa brutalnego seksu podnieca ją.

Drgnęła wyprężając się, gdy rozpiął jej spodnie i zsunął je do kolan.

– Nate, natychmiast przestań – warknęła.

Z jego krtani wydobył się jedynie głuchy pomruk. W następnej chwili odsunął się od niej, ale tylko na moment, aby zsunąć własne spodnie. Ciało Erendis zareagowało instynktownie, gdy poczuła przy sobie jego gorącą skórę, ciepły oddech łaskoczący ją w ucho, natarczywe usta kąsające kark.

– Przestań – jęknęła, starając się jednocześnie jak najściślej do niego przylegać.

Poczuła dłoń na swoich pośladkach, jego palce przesuwające się po wewnętrznej stronie ud i wyżej ku pulsującemu żądzą wejściu.

Mężczyzna mruknął z aprobatą palcami rozcierając wilgoć, jaka się z niej wydobywała.

– Chyba jednak nie chcesz, żebym przestał – mruknął, nachylając się nad jej karkiem.

Miał rację. Nie chciała. Sfrustrowana i rozdrażniona wypięła w jego kierunku pośladki. Czuła gorący członek przesuwający się pomiędzy udami, wprost ku wilgotnemu otworowi.

Jęknęła przeciągle, gdy wśliznął się w nią, szybkim natarczywym ruchem. Nadział ją na swój imponujący organ, rozciągnął boleśnie, nieprzygotowaną i spiętą, ale ból był jedynie kroplą w morzu rozkoszy.

Chwycił obie jej dłonie za nadgarstki wyciągając je tuż nad głową kobiety. Ugryzł ją w szyję i zaczął poruszać się w niej szybkimi, posuwistymi pchnięciami. Nawet gdyby chciała, nie mogła się mu wyrwać, nadgarstki bolały, szyja szczypała od ugryzień, jej wnętrze pulsowało w takt każdego uderzenia.

Oboje zbliżali się do szczytu i mężczyzna zdwoił tempo. Wreszcie uwolnił jej ręce, tak że mogła sięgnąć nimi za siebie i zatopić palce w jego rozpuszczonych włosach. Odwróciła twarz, by mógł ją pocałować i ich usta złączyły się w gorącym pocałunku, jedna z jego dłoni opasała ją mocno w tali sprawiając, że jeszcze głębiej nadziała się na jego świdrujący pal. Druga dłoń wylądowała między jej udami, drażniąc delikatny obszar powyżej jej wejścia.

– Nate… Nate…

Kilka brutalnych pchnięć, gdy krzyknęła w szale uwolnionego orgazmu. Aksamitne wnętrze zacisnęło się na jego przyrodzeniu sprawiając, że jęknął wprost w ucho kochanki. Gdyby nie trzymał jej tak mocno, zapewne opadłaby na podłogę, ale on jeszcze nie skończył i nie pozwalał jej się wyśliznąć.

– Przestań… Nate – jęknęła cicho.

Dopiero gdy była pewna, że nie zniesie już więcej, poczuła jak tężeje, głęboki pomruk wydobył się z jego gardła i mężczyzna znieruchomiał. Przez moment stał przy niej przytulając ją do siebie.

Po chwili milczenia wyrwała się z jego objęcia. Żądza znikła pozostawiając jedynie gniew. Erendis podciągnęła spodnie i zapięła bluzkę. Odsunęła się od drzwi spoglądając na Nate'a.

Jego oczy wędrowały po jej ciele, czerwieniejących śladach na nadgarstkach, ramionach, szyi i karku. Otrzeźwiał całkiem, rozumiejąc z przerażeniem, co właściwie zrobił. Zaciskając usta spojrzał wreszcie w jej twarz.

– Na krew Andrasty, Nate, zabieraj się stąd albo cię zabiję – powiedziała zimnym jak stal głosem.

– Dis… ja… – szepnął, zbliżając się do niej.

– Wynoś się! – podniosła głos do krzyku.

– Dis…

– Natychmiast!

Z miną zbitego psa wysunął się z jej komnaty pozostawiając ją samą.

~o~

Izba była pusta, jedynie w jednym kącie spoczywała masywna skrzynia okuta żelazem, zamknięta na kłódkę. Zakapturzona postać wsunęła się do ciemnego pomieszczenia. Zwróciła się tyłem do okna, skąd przez dziury w zakurzonych portierach wydobywały się smugi światła.

– A więc? – Głos dobiegał z przeciwległego kąta sali, w mroku tam zalegającym dało się dostrzec zarys szczupłej sylwetki.

– Wrócili do Warowni.

– Tak jak myślałem.

– Powinniśmy byli iść za nimi – rzucił przybyły.

Z cienia dało się słyszeć pomruk niezadowolenia.

– Myślisz, że polowanie na Szarych Strażników na Głębokich Ścieżkach to świetny pomysł?

– Oczywiście, nikt by się nie zdziwił, gdyby zniknęli.

– Głupcze, mam ci przypomnieć nauki mistrza Morqusa?

– Doskonale je pamiętam – przybyły mruknął przez zaciśnięte zęby.

– Głębokie Ścieżki to dobre miejsce… dla pomiotów. Przewaga Strażników byłaby większa, nie dość, że było ich kilkoro, to jeszcze znają podziemia lepiej od nas, nie wspominając o tym, że to oni są w stanie wyczuć wcześniej pomioty.

Przybyły zdjął płaszcz i rzucił go w kąt, sam siadając przy ścianie pod oknem. W milczeniu wyjął swój sztylet i zaczął go ostrzyć.

– Nadal uważam, że straciliśmy świetną okazję…

– Nie obchodzi mnie co uważasz, to ja wydaję rozkazy – beznamiętny głos zabrzmiał twardo.

– Jak długo mamy czekać? Mógłbym prześliznąć się do zamku…

– Myślę że pora zastosować bardziej… egzotyczne rozwiązanie.

~o~

– Nie chcę tego słuchać – w jej głosie brzmiała nieustępliwość, jaką okazywała często na polu walki. Ale to nie była walka. On nie chciał z nią walczyć. Jego oczy spoczęły na jej dłoniach, w długich palcach trzymała gęsie pióro, ściskała je z taką siłą, że w każdej chwili mogło się złamać. Odwrócił wzrok, nie mógł patrzeć na ślady, jakie zostawił na niej wczorajszej nocy. Był pijany… z obawy o nią.

Dziesięć dni, bez żadnych wieści, dziesięć dni i był gotów w każdej chwili ruszyć na poszukiwania.

Wczoraj, w tawernie, widział ich. Szła pieszo, ramię w ramię z tym przeklętym elfem. Oboje wyglądali na zmęczonych i… bardzo zadowolonych ze swojego towarzystwa. Usłyszał jej dźwięczny śmiech i zdziwił się, nigdy nie słyszał, by śmiała się tak beztrosko. Wychodząc z tawerny był pijany… z zazdrości.

Spojrzał na jej szyję, na delikatnej skórze nadal widział znaki po jego zębach. Czuł się podle.

– Dis? Proszę…

– Nate, to nie ma nic wspólnego z nami – jej głos złagodniał. – Weźmiesz Hyrmiela i Adrila oraz dwudziestu gwardzistów.

Westchnął z rezygnacją. Była jego dowódcą i chociaż nie miał ochoty spuszczać jej z oka, nie mógł być nieposłuszny.

– Zawiadomiłam już Dvorkina, przygotuje dla was proch, weźmiesz dwóch jego czeladników, chcę żeby te szyby kopalniane zostały dokumentnie zasypane. Wszystko będzie gotowe na jutro rano.

Spojrzała na niego po raz pierwszy tego poranka. Smutny uśmiech jaki mu przesłała wzmógł tylko jego niepokój.

– Chciałabym…. – przerwała, odwracając wzrok, jej głos na powrót przybrał oficjalny ton.

– Wróć jak najszybciej, na początku miesiąca jedziemy do Amarantu, mam sprawować sądy, mógłbyś odwiedzić siostrę.

– Wrócę, nim się obejrzysz – szepnął, wychodząc z pokoju.