Rozdział dziesiąty
Twoja zagrywka
— Hmm — chrząknęłam znacząco i potrząsnęłam mu przed oczami uniesioną dłonią.
Rodzinny klejnot Borgiów tkwił na moim serdecznym palcu niczym przytwierdzony cementem i żadną siłą nie mogłam go stamtąd zsunąć.
— Nie masz się o co burzyć. Nawet ślepy zauważyłby, jak wspaniale prezentuje się ten pierścień na twojej ręce. Masz przepiękne dłonie. To była pierwsza rzecz, którą u ciebie zauważyłem.
— A nie moje szlamowate, wystające zęby? Bo właśnie to zapamiętałam — odparłam, z irytacją zaciskając usta i ponownie potrząsając ręką.
— O nie! Ona zaciska usta pod moim adresem! — powiedział ze sztucznym przerażeniem. — Uważaj, bo jeszcze trochę, a polecą klątwy — wyszeptał mi do ucha.
— Draco!
— Przestań robić w majtki. Które, mógłbym się założyć, są wykonane z dziewiczo białej bawełny i na każdym innym potrafiłyby wyhamować do zera najgorętsze erotyczne zapędy, ale na tobie z pewnością wyglądają cholernie seksownie. Oho, surowo zmarszczone brwi! Teraz znalazłem się w prawdziwych opałach. Tylko na czas trwania obiadu. Proszę. Obiecuję. No bo widzisz, w końcu jesteś moją żoną…
— Nie jestem twoją…
Przerwał mi niecierpliwym gestem.
— W zasadzie to jesteś. — Widząc wyraz mojej twarzy, momentalnie przystopował. — To znaczy, tutaj. Na obiedzie. Tylko w piątki. Przez godzinę. I już prędzej wykłuję sobie oko tym oto widelcem, niż pogodzę się z faktem, że ktoś mógłby sobie pomyśleć, iż kupiłem ci w zrywie szalonej miłości tę plebejską, potwornie banalną obrączkę, którą nosisz zazwyczaj. To dla mnie obrażające.
— Ron wcale nie kupił mi plebej…
— Proszę, nie zanudzaj mnie jego marnymi możliwościami finansowymi. Tak, tak, jestem pewien, że gdy kupował ci tę okrągłą metalową obrazę oczu i dobrego smaku, nie miał nawet dwóch galeonów w kieszeni. Czego nie można powiedzieć o nim dzisiaj, lecz niestety do tej pory nie zauważyłem, żeby postarał się o zamianę tego żałosnego przedmiotu, który ty szumnie nazywasz obrączką, na coś przyzwoitszego.
— On nie zwraca uwagi na takie rzeczy — odpowiedziałam sztywno.
Dwudziesta rocznica naszego ślubu przeszła niemal niespostrzeżenie, markując swoją obecność jedynie tuzinem róż. Próbowałam, bezskutecznie zresztą, nie myśleć o cudownym pierścionku-niespodziance podarowanym Ginny przez Harry'ego na ich dwudziestą rocznicę (która przypadała tego samego dnia co nasza, jako że nasze zaślubiny były podwójną uroczystością — nawet tego kroku nie potrafiliśmy zrobić niezależnie). Ginny i ja urządziłyśmy zrzutkę i z okazji jubileuszu podarowałyśmy naszym mężom trzydniowy urlop, podłączony do ich aurorskiej wycieczki do Stanów, żeby mogli posmażyć się na plaży jakiegoś dramatycznie drogiego hotelu w San Diego. Merlin jeden wie, gdzie to leży.
Nie, żebym chciała dostać nową obrączkę lub pierścionek, bo wcale mi na tym nie zależało. Oczywiście nie odrzuciłabym takiego prezentu, gdyby już go otrzymała. Ale na pewno ucieszyłabym się z bardziej trwałego dowodu uznania naszych dwóch wspólnych dekad niż z tego, który tydzień po rocznicy wylądował w koszu na śmieci. Poza tym nie mogłam pozbyć się wrażenia, że róże nie były niczym innym niż „ubezpieczeniem". I że pewnie zakończyłoby się na samym cmoknięciu mnie przez Rona w policzek, gdyby Ginny lub Harry nie przypomnieli mu, iż powinien mnie jakoś uczcić. A ja mimo wszystko nadal brałam go w obronę.
— Ron nie ma szczególnego daru obserwacyjnego, chyba że chodzi o kafla szybującego w powietrzu. Można się z tym pogodzić.
— Tak, tego daru rzeczywiście mu brakuje. Drażni mnie to. Dlatego też nie zauważa, jak harujesz podczas urlopu i bez słowa protestu pozwala ci zamienić się w zaniedbane czupiradło w średnim wieku — odparł z ostrą naganą. — Proszę, nie mówmy o nim. Ten temat potrafi mnie wyłącznie zirytować. — Nie znosiłam, gdy Draco obrażał Rona, bo choć dziewięćdziesiąt procent tego, co o nim mówił, mijało się z prawdą, to pozostałe dziesięć nie było niestety wyssane z palca. — Wygląda na to, że zraniłem właśnie twoje uczucia. Chciałem to wprawdzie zachować na później, ale będę muszę podzielić się tym z tobą już teraz, inaczej będziesz się dąsać przez cały posiłek. Nie wytrzymam tego po tygodniach jedzenia obiadów samotnie. A więc słuchaj: twój mąż, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, sprawdza się wyśmienicie na nowym stanowisku.
— Draco!
— No, znów na mnie krzyczysz. Doskonale. Oczywiście spodziewałem się, że się wykaże, ale przeszedł wszelkie oczekiwania i pozatykał gęby krytykom, którzy ważyli się szemrać po kątach coś o nepotyzmie. — Spojrzał na mnie znacząco. Zignorowałam go. — Nie mówię, że miałem rację. Faktem jest, że Jenkins pozostawił biuro w stanie kompletnego bałaganu. Twój małżonek pozamiatał wszystkie kąty nową miotłą, że się tak wyrażę, odkrywając przy okazji robienia porządków pewne, nazwijmy to, finansowe nieprawidłowości.
Wyjaśniało to niektóre uwagi Rona pod adresem Jenkinsa, takie jak „Jeśli kiedyś jeszcze będę miał okazję spotkać tego cholernego darmozjada, zrobię z niego krwawą miazgę."
— Ale on pracuje teraz w „Proroku". Nie boisz się, że cię…
— …okradnie? Tylko, jeśli okaże się totalnym idiotą. Na szczęście szef dystrybucji ma do roboty znacznie więcej niż beztroskie ściskanie dłoni i kupowanie piw, co jest domeną Jenkinsa. Przeprowadziłem już z nim poważną rozmowę. Jeśli chce, żeby jego kutas pozostał tam, gdzie jego miejsce, a nie wyrastał mu, powiedzmy, z prawego ucha, ma się ze mną rozliczać z każdego służbowego knuta, który przejdzie przez jego ręce. Ta mała rewelacja, odkryta przez twojego męża, skłoniła mnie do pospiesznego zorganizowania Jenkinsowi asystenta, którego zadanie polega na obserwowaniu szefa i trzymaniu porządku w aktach. Pansy urwałaby mi głowę, gdyby „Prorok" skończył jako scena jakiejś afery łapówkarskiej.
Było jasne, że u Jenkinsów nie przelewało się z pieniędzmi. Sądząc po żałosnym stanie umeblowania i jeszcze gorszej garderobie, którą miała na sobie Konstancja tamtego dnia, gdy potajemnie badałam ich dom, skłaniałam się ku stwierdzeniu, że coś się bardzo mocno nie zgadzało. Szefowie departamentów zawsze otrzymywali wysokie wynagrodzenie.
— Sugeruję, żebyś użył swojej szpiegowskiej sieci i ustalił, czy Jenkins nie ma czasem problemów z hazardem. To niemożliwe, żeby wydawał wszystkie dodatkowe gratyfikacje na alkohol, inaczej już dawno zapiłby się na śmierć. Mogę cię zapewnić, że nie przeznaczył ich też na rozpieszczanie żony. Konstancja Jenkins ubiera się tak, jakby kupowała swoje rzeczy w sklepie z używaną odzieżą. Wątpię też, czy jej włosy od miesięcy widziały się z fryzjerem. Jak już niejeden raz raczyłeś podkreślić, jestem ekspertem w dziedzinie zaniedbania. Myślisz, że ministerstwo może podać Jenkinsa do sądu?
Taki obrót spraw uczyniłby pracę Rona niemożliwą. Chociaż jego podwładni szybko ochłonęli z pierwszego szoku i w międzyczasie zdążyli się z nim oswoić, to jednak ataki natury politycznej i socjalnej mocno różnią się od poważnego wsypania kogoś, kto był kiedyś ich lubianym szefem. Bo Jenkins, niezależnie od swych innych poczynań, dbał o pracowników, rozdając im miłe bonusy i udzielając szczodrych podwyżek. Żaden z nich nie zdradziłby jego finansowych machinacji, co do tego nie miałam wątpliwości.
— Minister utrzymuje, że nie. Z drugiej strony, Bowden…
— Szef księgowości?
— Rano jeszcze tak. Wątpliwe, czy uda mu się utrzymać to stanowisko do końca dzisiejszego dnia pracy. Beznadziejny półgłówek. Nieustannie przymykał oczy na paskudne machlojki Jenkinsa. Minister słusznie postanowił poddać go pilnej obserwacji. Jeśli trzeba będzie podrzucić prasie winnego, to tym kimś zostanie właśnie Bowden. Minister zadecydował bowiem, iż nie opłaca się robić afery z oskarżaniem Jenkinsa.
— Co z pewnością zasugerowałeś ministrowi ty sam, zręcznie pozbywając się możliwych nieprzyjemnych skutków takiego oskarżenia, czyli zbyt dociekliwego wnikania w sprawy niektórych czystokrwistych i ich małe intrygi.
— Niewykluczone. Ale wracając do rzeczy, nie chodziło o nic więcej niż niekompetencję i sprytne zestawianie rozliczeń za podróże służbowe. To ostatnie byłoby zresztą cholernie trudne do udowodnienia. Powiedziałbym, że diety Jenkinsa przewyższały moje, i to sporo, przy czym ja nigdy nie wahałem się stawiać ludziom piwa na koszt ministerstwa. — Moje oczy rozszerzyły się z przerażenia, bo jeśli wieść o tych obiadkach zostanie rozgłoszona publicznie… Jak zwykle, gdy Malfoy rozprawiał o podwójnych gierkach, miałam wrażenie, że po prostu za nim nie nadążam. — Nie martw się. Nasze obiady są finansowane za galeony Malfoyów, zapewniam cię. A raczej funty Malfoyów, dokładnie rzecz biorąc. Mówiłem ci już, jak cudownie, absolutnie cudownie jest widzieć cię znów, siedzącą razem ze mną przy stole? W dodatku bez zamiaru uderzenia mnie w twarz, kopnięcia lub chluśnięcia w moją stronę szampanem. Co się dzieje z tym światem? — Podparł podbródek na dłoni i spojrzał na mnie z uśmiechem. Wyglądał na szczęśliwego. — Tęskniłem za tobą. I to strasznie. — Po czym osłabił zaraz działanie tego „strasznie", dodając niepoważnie: — Kto inny poza tobą potrafiłby zadbać o moją moralność? Hmm?
— Beznadziejne zadanie — skomentowałam. A ponieważ kierunek, jaki zaczęła obierać ta rozmowa, wzbudzał we mnie spory niepokój, postanowiłam zmienić temat. — Lily i Roddy mają się świetnie. Wczoraj wieczorem byliśmy u nich z wizytą mimo tego okropnego wiatru. Co za pogoda! Chyba rzucę zaklęcie ogrzewające. Stopy mi marzną.
— Wybieramy się do nich dziś wieczorem. Tak, paskudna aura — przytaknął i nagle poczułam, że moje stopy robią się gorące. — W przyszłym tygodniu Tate* otwiera nową wystawę. Zabierzmy ze sobą prowiant i obejrzyjmy ją w ramach przerwy obiadowej. Co powiesz na czwartek?
Zanim się obejrzałam, co piątek spotykaliśmy się u Chevalierów. Teoretycznie po to, by omówić sprawy ministerialne poza jego terenem, ale wszystkie godne poruszenia tematy były zakończone, zanim podano nam zamówione dania. Następnie przyszła kolej na poniedziałkowe przerwy obiadowe: te zamieniły się wkrótce w wyprawy do sklepów z antykami. Oczywiście nie takie zwykłe wyprawy, które można sobie urządzać z kimkolwiek. Odwiedzaliśmy salony, w których konieczne było uprzednie ustalenie terminu wizyty, a drzwi otwierano nam dopiero po naciśnięciu dzwonka. Na mój protest, że nie stać mnie w takim przybytku nawet na kupno filiżanki, Draco prychnął tylko: „Zazwyczaj szybciej domyślasz się, w czym rzecz. Szukam nowego wyposażenia do mieszkania. Przecież ci mówiłem, że chcę je inaczej urządzić. Szczerze wątpię, żeby to biurko rzeczywiście pochodziło z początku dziewiętnastego wieku. Nie ma prostych nóg. Ale i tak wygląda wspaniale. Jak myślisz? Podoba mi się tamten porcelanowy serwis. Ale na dwadzieścia osób to chyba lekka przesada. Ciekawe, czy sprzedaliby tylko jego część. Czy nie jest trochę za wystawny jak na codzienny użytek?". Wtorkowe przerwy na obiad poświęcaliśmy na wizyty w muzeach. Zabieraliśmy ze sobą kupione w kafeterii kanapki i zjadaliśmy je po drodze, po czym napawaliśmy się sztuką. W czwartki przerwy spędzaliśmy w księgarniach, przeważnie u Foylesa**, grzebiąc w woluminach, a w piątki tradycyjnie wybieraliśmy się do Chevalierów. Nim to do mnie dotarło, spędzałam z Draconem cztery przerwy obiadowe w tygodniu. Jedynie w środy miałam czas tylko dla siebie. W te dni Malfoy jadał z ministrem.
Pewnego razu, w księgarni, zauważyłam głośno, że Draco czuje się w świecie mugoli jak u siebie w domu.
— Chyba się nie obrazisz, jeśli ci powiem, że jestem tym faktem zupełnie zaskoczona — powiedziałam, biorąc do ręki historię rodu Borgiów i przerzucając ją pobieżnie. Wyjął mi tom z ręki i odstawił z powrotem na półkę.
— Ta książka jest w najlepszym wypadku niekompletna. Niedługo czas na wizytę u ciotki Delizii. Wybierzmy się do niej razem na herbatę. W ciągu pół godziny dowiesz się o tej odnodze mojej rodziny o wiele więcej niż ze wszystkich tych nieudacznych prób spisania jej dziejów przez mugolskich historyków. — Zatrząsł się, jakby przeszedł go nagły dreszcz. — Oczywiście, że to nie ich wina. Nic nie poradzą na to, że niezależnie od swoich starań, mogą się tylko mylić. Ale wracając do twojej uwagi. No cóż, po wojnie nie byłem, łagodnie mówiąc, mile widziany w czarodziejskim świecie. Z pewnością cieszy cię ironia losu, nakazująca mi szukać ucieczki w mugolskim Londynie. Jego mieszkańcy nie reagowali na mój widok skrzywieniem ust, ale uśmiechem. O, patrz, nowa książka Iana McEwana. Uwielbiam jego powieści. A ty?
To był stopniowy proces: a to zaproszenie na to, a to propozycja tamtego. Stopniowy do tego nomen omen stopnia, że dopiero późną wiosną zdążyłam się zorientować, iż spędzam więcej czasu z Draconem Malfoyem niż z własnym mężem. Ron był bez przerwy w rozjazdach, poświęcając im nawet część weekendów. Zapewniał mnie, że to zwariowane tempo przypuszczalnie utrzyma się najwyżej rok. Patrząc na ilość nadgodzin, które pakowałam we własną karierę, wszelkie skargi z mojej strony byłyby absolutnie nie fair. Musiałam więc ugryźć się w język, żeby nie wyrazić ubolewania nad naszymi wspólnymi sobotami, teraz należącymi już do przeszłości. Nawet święta i nietykalna tradycja niedzielnych kolacji u Artura i Molly została zredukowana do najwyżej jednego razu w miesiącu. Nie nadążałam z opróżnianiem jego walizki z brudnej bielizny i napełnianiem jej świeżą.
Mimo tego w ogóle nie doskwierała mi samotność. Dni wypełniała mi praca i przerwy obiadowe z Draconem, noce jeszcze więcej pracy lub przeglądanie mugolskich gazet w poszukiwaniu recenzji ciekawych książek lub informacji o interesujących wystawach. Gdy zaczynało ogarniać mnie znużenie, kładłam się do łóżka z lekturą od Foylesa. Kupioną razem z Draconem.
Nie, wcale nie czułam się samotna, choć w zasadzie powinnam. Dokonując wewnętrznego obrachunku, wyraźnie widziałam, jak intymne były nasze spotkania: obiady, dyskusje o sztuce i książkach, sprzeczki na temat wyższości muzyki klasycznej nad jazzem, wspólna miłość do ogrodów, pod której wpływem spotnanicznie wybraliśmy się na wystawę kwiatów do Chelsea. To wszystko razem. Tak, to było niebezpiecznie intymne.
A potem doszła jeszcze kwestia mojej garderoby.
Ten człowiek był podstępny i zepsuty do szpiku kości. Muszę przyznać, że zajęło mi dobre parę tygodni, zanim zaczęłam zauważać, iż moje ubrania powoli, ale nieustannie są wymieniane na inne. Szara ołówkowa spódnica z cienkiej wełny, którą zamierzałam powierzyć pojemnikowi z odzieżą używaną ze względu na przetarte siedzenie, raptem okazała się nie być wytarta. Dokładnie rzecz biorąc, nie była to nawet ta sama spódnica. Po pierwsze, tamta miała podszewkę z taniej sztucznej satyny. Ta zaś, choć idealnie imitowała ją krojem, była podszyta czarnym jedwabiem. Wyglądała też odrobinę inaczej. Poważnie, ale szykownie. W odróżnieniu od poważnie, ale niechlujnie. Różnica była drobna, ale niezaprzeczalna.
Następnie mój wysłużony, praktyczny czarny bliźniak został wymieniony na taki sam, ale z pierwszorzędnej wełny z merynosów. Działając dalej w takim tempie, do sierpnia Draco zdąży odnowić całą zawartość mojej szafy.
Pewnego piątku, podczas obiadu, powiedziałam mimochodem:
— Nie wiedziałam, że jestem Elizą Doolittle, a ty Henrym Higginsem***. — Naprawdę się zaczerwienił. I zabrakło mu słów! — Wiem, jak wielką wagę przykładasz do ubrań i bez wątpienia czujesz się zakłopotany moim wyglądem, gdy wychodzimy gdzieś razem. Ale proszę, skończ z tym. Żadnych podmian więcej. W porządku?
Skinął głową.
— Posunąłem się za daleko? — wymamrotał w zupełnie nietypowy dla siebie sposób.
— Tak — potwierdziłam. — Przypuszczam, że to skrzatom kazałeś podrzucać mi te rzeczy?
— Możliwe, ale… Posłuchaj, Hermiono. Spójrz na siebie. Jesteś taka…
— Jeszcze trzy podobne zdania i będziesz musiał zakopać się w jakiejś norze, w której nawet magia ci nie pomoże — ostrzegłam go. Wzruszył ramionami i zaczął się dąsać. — Natychmiast przestań.
— Ja tylko… — Zmarszczyłam brwi, a potem uniósł oba ramiona w geście poddania. — A tak swoją drogą, twoje bariery są fatalnej jakości. Oczywiście Sneepy poradziłby sobie z każdymi, z łatwością aportując się do środka. Skrzaty Malfoyów są niezwykle potężne. Nie patrz się na mnie z takim przerażeniem. Wiedz, że uwolniłem nasze skrzaty pod koniec wojny. Dostały swoje ubrania i wszystko, czego potrzebują. No, już lepiej. Ubóstwiam twój uśmiech. Jest przesłodki, a tak rzadko kierujesz go pod moim adresem. Powinienem zatrzymać tę chwilę na zawsze. — Zamilkł na sekundę, po czym dodał: — Niestety, nawet oszałamiająca ilość twych uśmiechów nie zmieni faktu, że koniecznie potrzebujesz kursu odświeżającego umiejętności zakładania barier. Doprawdy, potrafiłbym złamać twoje żałosne zaklęcia nawet jako sześcioletni brzdąc. I to bez różdżki.
— Z pewnością nie.
— Z pewnością tak.
— Nie.
— Tak.
— Nie.
— Tak. Byłem przedwcześnie dojrzałym dzieckiem.
— „Przedwcześnie dojrzałym" niezbyt trafnie oddaje istotę rzeczy.
— Jestem też przedwcześnie dojrzałym dorosłym.
— Draco — powiedziałam ostrzegawczo.
Kolejny raz usłyszałam jego gromki śmiech. Gdy się wreszcie uspokoił, otarł sobie oczy serwetką i odezwał się:
— Po prostu cię uwielbiam. Dobrze, a teraz wybieraj deser. Może podzielimy się porcją crème brûlée****?
XXX
Któregoś dnia pod koniec maja wracaliśmy do ministerstwa z naszej tradycyjnej czwartkowej wycieczki po księgarniach, gdy Draco zapytał ni z tego, ni z owego:
— Czy ty uprawiasz jakiś sport?
— Nie, ale ciągle mam taki zamiar — odparłam nieco chłodnym głosem, ponieważ ten temat od lat był kością niezgody między mną a Ronem.
— Co powiesz na tenis? Potrafisz w to grać?
— Owszem, byłam nawet kiedyś całkiem niezła.
— Doskonale — odpowiedział. — Będziemy więc spotykać się w klubie Activité w poniedziałki i środy o siódmej rano.
W pierwszym odruchu, zanim dotarł do mnie sens jego słów, chciałam przystać na tę propozycję.
— Czy to dla ciebie trochę nie za wcześnie?
— Bo zjawiam się w ministerstwie koło dziesiątej? Należę do tej obrzydliwej odmiany ludzi, którym wystarczają cztery godziny snu na dobę. Maksymalnie. Wstaję codziennie o piątej rano. O tej porze, gdy ty, leniwa panno, przewracasz się w łóżku na drugi bok, jestem już wykąpany, ogolony, po rozmowie z brokerem i ustaleniu planu dnia. A potem przez dobrą godzinę uprawiam sport. Codziennie. A kiedy ty ostatni raz ruszyłaś swój apetyczny tyłeczek?
— Pohamuj się, bardzo cię proszę.
— Punkt dla mnie. Nawet gdybym miał się powtarzać: zobaczymy się w poniedziałek rano w Activité.
Tenis. Całe wieki nie grałam w tenisa. Kiedyś kochałam to robić.
— Zgoda, w porządku — usłyszałam własny głos, zanim zdrowy rozsądek zdążył kazać mi odmówić.
XXX
Dwa dni później, po obiedzie, odezwałam się sztucznie swobodnym tonem:
— Ron, nie zagrałbyś ze mną krótkiego meczu w tenisa?
Byłam na tyle szczera wobec samej siebie, by przyznać się do winy, która podszywała moje pytanie. Dobrnęliśmy z Ronem w międzyczasie do punktu, w którym nasz wzajemny stosunek nie odbiegał od tego, jaki łączy zwykłych współmieszkańców. Po raz pierwszy od tygodni spędzał weekend w domu. Spojrzał na mnie znad kartkowanego właśnie magazynu quidditcha.
— W tenisa? — powiedział z takim entuzjazmem, jakbym pytała, czy jest w nastroju na małą rundkę obrzucania się zaklęciem upiorogacka. — Przecież wiesz, że w to nie gram.
— No tak, ale mogłeś zmienić zdanie. Możemy spróbować jutro. Na kortach w Tunbridge Wells. Przed kolacją u twoich rodziców.
Zawahał się na chwilę, a gdy znów się odezwał, zrozumiałam, że tylko z trudem udaje mu się pohamować przed obdarciem mnie ze skóry.
— Hermiono, pracuję po dziewięćdziesiąt godzin w tygodniu. Jestem tak cholernie wykończony, że mogę się położyć na trzy godziny po południu i mimo tego czuć potrzebę ponownego pójścia do łóżka, zanim się ściemni. Jutro? Spróbuj mnie tylko obudzić przed południem, to nie żyjesz. A gdy już wstanę, przez kilka następnych godzin będę leniuchował w samej bieliźnie i ubiorę się dopiero wtedy, kiedy przyjdzie czas pokazać się na oczy matce. Nawet się nie ogolę, jeśli nie będę absolutnie musiał.
I po sprawie.
Gdy Ron zapadł w popołudniową drzemkę, aportowałam się do Tunbridge Wells, kupiłam sobie nowe tenisówki, a następnie przeniosłam się do domu rodziców, żeby wygrzebać moją starą rakietę z zasnutego pajęczyną kąta w garażu. Nie udało mi się namówić ojca, by wybrał się ze mną na tutejsze korty na lekki trening, skończyło się więc na tym, że przez dwie godziny odbijałam piłkę od tablicy do koszykówki.
Nie grałam od letnich wakacji przed szóstym rokiem w Hogwarcie, zanim rozpętało się piekło i udoskonalanie mojego backhandu straciło znaczenie w obliczu faktu, że mogłam nie dożyć swoich siedemnastych urodzin. Niemniej swego czasu byłam naprawdę niezłą tenisistką-amatorką, na tyle obeznaną z grą, by nie dać się powalić na łopatki przeciwnikowi.
Activité, powstałe niedawno przedłużenie Alei Pokątnej, to przyczepiony na samym jej końcu areał, okryty potężnymi czarami. Stanowił czarodziejski odpowiednik nowoczesnych mugolskich klubów sportowych. Oferował korty do gry w tenisa i squasha, a także sale kursów mogi (magicznej jogi), siłownie (w których muskularni młodzi czarodzieje ćwiczyli na urządzeniach przypominających średniowieczne machiny do zadawania tortur) i pomieszczenia przystosowane za pomocą czarów do potrzeb biegaczy, mogących wybierać sobie dowolną długość oraz wygląd trasy treningu. Ci bardziej leniwi mogli biegać ścieżkami, meandrującymi przez tereny New Forest*****, a fanatycy nieco trudniejszych wyzwań przemierzać w górę i w dół szkockie wzgórza. Całość, wyposażona w niewiarygodną funkcję wyboru interaktywnych kulisów, sprawiała, że na członkostwo w klubie trzeba było czekać miesiącami. Osobiście nie mogłam sobie wyobrazić, że flirtowanie z kimś, kto właśnie poci się jak świnia, jest czymś godnym pożądania, z drugiej strony jednak ten rodzaj tańców godowych nigdy nie leżał w mojej naturze.
Nigdy nie widziałam tego klubu od środka, ale Harry i Ron byli w nim częstymi gośćmi od dnia jego otwarcia. Co miesiąc lekkim dreszczem przerażenia reagowałam na obciążenie naszego konta u Gringotta. Nie, żebyśmy nie mieli z Ronem na to pieniędzy (a w przypadku Harry'ego ten problem odpadał całkowicie), niemniej traktowałam to jako uciążliwą ekstrawagancję, zwłaszcza że wątpiłam, czy Ron i Harry oddają się tam jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Wystarczająco nasłuchałam się już, siedząc wraz z nimi przy posiłku, o wspaniałym wyposażeniu klubu, począwszy od zawsze ciepłych ręczników, a skończywszy na pierwszorzędnym pubie położonym na najniższym poziomie. Wytknęłam im kiedyś, że nie wydają się być w najmniejszym stopniu zainteresowani uprawianiem tam sportów, za to płacą podwójnie za kufel piwa tylko dlatego, by móc sobie popatrzeć na młode dziewczyny w obcisłych strojach gimnastycznych. Na co obaj przewrócili oczami i spojrzeli na siebie wzrokiem mówiącym „ona za grosz tego nie rozumie".
I choć sceptycznie podchodziłam do możliwej „wspaniałości" klubu, poczułam niejaką obawę, popychając drzwi wejściowe. Draco czekał na mnie w holu, a jego szczupłą sylwetkę okrywała elegancka biel tenisowego stroju. Wychodząc z domu nie myślałam wprawdzie o tym, ale nagle z niezwykłą wyrazistością dotarła do mnie świadomość, że znoszony podkoszulek Rona oraz szorty do prac w ogródku są, jak widać, absolutnie nieadekwatne do tego miejsca. Ubiór ten być może nie raził na kortach w sąsiedztwie domu moich rodziców, ale tutaj najprawdopodobniej zaraz wyrzucą mnie z jego powodu za drzwi.
Nie zwracając uwagi na moje nowiutkie tenisówki, Draco wręczył mi torbę ze słowami:
— Co za niedopatrzenie z mojej strony, że zarezerwowałem dla nas kort w tak krótkim terminie. Dlatego też pozwoliłem sobie kupić ci parę rzeczy. — Po czym nie zostawiając mi czasu na odpowiedź, dodał pospiesznie: — Spotkamy się na korcie numer jeden. — I już go nie było.
Poczułam po części gniew, ponieważ jak śmiał założyć, że będę wyglądać jak totalne czupiradło, które dopiero co wypełzło z łóżka, ale zarazem też i wdzięczność, jako że mój obecny wygląd można było opisać dokładnie tymi słowami.
No dobrze, miałam przecież różdżkę i mogłam przerobić kupiony przez niego strój, jeśli nie będzie pasował.
Co za niemądre przypuszczenie. Całość leżała na mnie jak ulał. W tej obcisłej podkoszulce i krótkiej spódniczce mogłabym bez mrugnięcia okiem wystąpić na Wimbledonie. Merlinowi niech będą dzięki, że wczoraj wieczorem wydepilowałam sobie nogi.
Gdy weszłam na salę, Draco pił właśnie wodę z butelki. Widząc mnie, zastygł w pół łyku. Jak kamień.
— Co jest? — krzyknęłam.
Odstawił butelkę i podszedł do mnie.
— Wyglądasz zjawiskowo. Oczywiście to nie jest dla mnie zaskoczeniem. — Wyciągnął rękę i założył mi za ucho opadający luźno kosmyk. — Wiedz tylko, że nie obejdę się z tobą łagodnie…
— Jakbyś potrafił.
— Wspominałaś, że kiedyś byłaś całkiem niezła w tenisa.
Mistrzostwo południowej Anglii dla juniorów poniżej piętnastego roku życia przez dwa lata pod rząd, ale postanowiłam powstrzymać się od przechwałek.
— Tak, nie najgorsza.
Zmrużył oczy.
— Hmm, znając ciebie, twoi przeciwnicy opuszczali kort, rozpływając się we łzach porażki. Jedyną rzeczą, która ci nie wychodzi, to gustowne ubieranie. Czy… — urwał, a jego oczy rozszerzyły się odrobinę. — To twoja rakieta?
Podniosłam mojego starego, drewnianego Wilsona******, trochę obitego na krawędziach, ale nadal sprawnego w boju.
— Tak. Czemu pytasz?
— Ponieważ dylemat, co kupić ci na urodziny, został właśnie rozwiązany. To co, zaczynamy? — Skinął grzecznie dłonią, zapraszając mnie do gry. Wyłowił z kieszeni parę piłek i odbił je w moją stronę. Złapałam je płynnie. Dobry znak.
Rozpoczęliśmy rozgrzewkę, wymieniając piłki w spokojnym tempie.
— Całkiem tu przyjemnie — zawołałam, komentując wygląd sali, przemienionej zaklęciem w kort przy jakiejś angielskiej posiadłości. Otaczające go ogrody uderzały oszałamiającą urodą, tonąc w różach i azaliach. Wszystko sprawiało znajome wrażenie.
— Owszem. Rozmawiałem z właścicielami tego dworu i wydali zgodę na to specjalne zaklęcie, kopiujące tereny Sissinghurst. Trwa tu wieczna wiosna.
Zastygłam w pół ruchu. Właściciele. Czemu brzmiało to tak znajomo?
— Ty czy Pansy? — Nie starałam się nawet wyjaśniać, co mam na myśli.
— Odbijesz tę piłkę czy nie? — wykręcił się od odpowiedzi.
— Ty czy Pansy?
— Merlinie, ależ ty jesteś irytująca. Matka, jeśli już. Potrzebowała inwestycji.
Wyprostowałam ramię i zamachnęłam się do serwu, posyłając ku niemu piłkę z przypominającym klaśnięcie pogłosem. Możliwe, że moja rakieta nie była najnowsza, ale sposób, w jaki uderzała, absolutnie nie pozwalał domyśleć się jej wieku. Piłka z impetem odbiła się od trawy, odskakując od Dracona. Serwując, podkręciłam ją lekko.
— Piętnaście, mój drogi.
— Jędza — mruknął pod nosem.
— Czy w tym czarodziejskim świecie istnieje ktoś, kto nie zadłużył się w jakiś sposób wobec ciebie lub twojej rodziny?
— Są tacy, nad którymi nadal jeszcze pracuję. Serwuj, jeśli można prosić. Tym razem odbiorę.
Koniec rozdziału dziesiątego
* Tate Gallery of Modern Art w Londynie to największe na świecie muzeum sztuki nowoczesnej.
** Foyles (właściwie W & G Foyle Ltd.) to jedna z najbardziej znanych londyńskich księgarni.
*** Eliza Doolittle i Henry Higgins to bohaterowie komedii Bernarda Shawa Pigmalion, lepiej znanej w swojej musicalowej wersji My Fair Lady.
**** Tradycyjny francuski deser z charakterystyczną skarmelizowaną skorupką na wierzchu. Jeśli pamiętacie film o Amelii, bohaterka uwielbiała łamać ją łyżeczką ;-)
***** New Forest to rodzaj rezerwatu krajobrazowego na gęsto zaludnionym południu Anglii.
****** Wilson to marka rakiet tenisowych.
