Następny tydzień był ciężki dla Minerwy. W ranek po Nocy Duchów szybko wymknęła się z pokoju wspólnego i wcześniej poszła na śniadanie, by spotkać jak najmniej uczniów. Późniejsze lekcje były męką – wszędzie towarzyszyły jej stłumione szepty i lękliwe spojrzenia. Nauczyciele podchodzili do niej z większą rezerwą, Minerwa miała ochotę krzyczeć ze złości, gdy profesor Merrythought kazała jej w kółko ćwiczyć proste zaklęcia obronne. Tylko część uczniów nie podchodziła do niej z dystansem. Pomona i Poppy nawet o to nie prosiły, ale Minerwa i tak wyjaśniła im całe zajście.
- A więc głównym twoim przewinieniem jest ślepa lojalność wobec babki? – zapytała Poppy na koniec.
- Poppy, jej babka jest najpotężniejszą czarownicą swojego pokolenia. Według dzisiejszego Proroka, paradoksalnie przez to fałszywe oskarżenie lady McGonagall ma wystarczające poparcie, by sięgnąć po stanowisko ministra. – powiedziała Pomona.
- Nigdy tego nie chciała. Ojciec też nie, więc minister Bones powinien być spokojny. – Minerwa pokręciła głową.
- W każdym razie jej zdanie jest decydujące. Jedyna spójna grupa w Wizengamocie to Szkoci, skupieni wokół niej. – Pomona dość dobrze orientowała się w polityce.
Wieczorem Minerwa dostała list od babki, opisujący jej aresztowanie, sprzeciw wiernych McGonagallom przyjaciół, jej uwolnienie i dymisję Bonesa. Theresa bezwzględnie zakazała wnuczce opuszczać Hogwart. Przyszedł też list od rodziców Minerwy. Francuzi na tyle polubili jej ojca, że byli całkowicie oburzeni zachowaniem byłego ministra. Ojciec uważał, że Minerwa zbyt zwróciła na siebie uwagę incydentem z panną Bones, ale jednocześnie powtarzał, że jeśli babcia każe jej nie opuszczać Hogwartu, Minerwa powinna zastosować się do tego polecenia. ,,Ufam twojej babci. Tylko ona wie, co dla ciebie najbezpieczniejsze." – pisał Robert. Dodawał też, że nie zamierza porzucać prac nad sojuszem z Francuzami, by objąć stanowisko ministra. ,,Naprawdę tylko diabeł albo twoja babka musieliby zgarnąć ten stołek, bym zechciał im go odebrać."
Ostatecznie ministrem obwołano Oscara Hedge. Świat czarodziejów odetchnął z ulgą. Hedge nie był zbyt potężnym magiem, ale miał silne poczucie sprawiedliwości i potrafił manewrować między różnymi stronnictwami rodów czystej krwi. Najwyższą wartością był dla niego pokój i był gotowy wspiąć się na wyżyny dyplomacji, by go utrzymać.
Trzy dni po Nocy Duchów i pamiętnych urodzinach Minerwy, do zamku wróciła Amelia Bones. Dalej trzymała głowę wysoko, choć jej ojciec popadł w niełaskę. Amelia również publicznie okazywała swoją sympatię dla Minerwy. Razem spędzały niektóre przerwy, rozmawiały i grywały w szachy, choć Minerwa zawsze wygrywała.
Także drużyna quidditcha nie odwróciła się od Minerwy. Nic tak nie łączy jak sport, poza tym część Gryfonów czuła podświadomą dumę, że ich ,,lwiątko" wywiodło w pole najlepszych aurorów ministerstwa.
Dyrektor Dippet pojawiał się tylko na kolacji, jadł apatycznie, jakby nic do niego nie docierało. Minerwa wiedziała jedynie, że odbył rozmowę z jej babką w Noc Duchów, ale dotarły ją słuchy, że podobno go uderzyła i poniżyła. Dziewczynka postanowiła się tym nie przejmować. To były sprawy jej babci. Ostatecznie Dippet bez mrugnięcia był gotów dać ją aresztować. Babcia miała prawo być wściekła, bynajmniej tak tłumaczyła to sobie Minerwa.
Jednak najbardziej bolał Minerwę chłód ze strony profesora Dumbledore. Nadal miał z nią dodatkowe lekcje, nadal chwalił jej postępy, nadal z nią żartował. Jednak w jego oczach brakowało tego migotania, Minerwa miała wrażenie że nauczyciel transmutacji jest wewnętrznie rozdarty. Jakby dręczyły go potworne wyrzuty sumienia. Minerwa bardzo się starała, zawsze była doskonale przygotowana, nigdy się nie spóźniała, każde polecenie wykonywała sumiennie i dokładnie, a jednak dziwny impas trwał.
Na początku grudnia Minerwa dostała smutny list od rodziców. Nie mogli wrócić na święta, musieli zostać we Francji. Ojciec próbował ją pocieszyć, że Hogwart na święta jest jeszcze cudowniejszy, ale Minerwa i tak czuła rozczarowanie. Nie mogła też liczyć na spędzenie świąt w rezydencji McGonagallów, gdyż babcia powiedziała, że opuszczanie Hogwartu jest dla niej zbyt niebezpieczne, poza tym przyjeżdżali smokologowie by prowadzić badania nad ucieczką smoków. Po raz pierwszy Minerwa miała spędzić święta z dala od rodziny. Czuła się niechciana i porzucona. Pomona i Poppy wracały do domów na święta, więc Minerwa miała być pozbawiona nawet ich towarzystwa.
Gdy nadszedł czas świątecznych wyjazdów, Minerwa objęła mocno obie koleżanki.
- Nie martw się, Minnie, zanim się obejrzysz, będziemy z powrotem. – Pomona starała się uśmiechnąć.
- Jasne, bawcie się dobrze i przekażcie moje najlepsze życzenia waszym rodzinom. – odpowiedziała uprzejmie Minerwa. Poppy rozciągnęła usta w uśmiechu. Często zaśmiewała się z pełnych grzeczności i egzaltacji wypowiedzi Minerwy.
Minerwa odprowadziła wzrokiem grupki uczniów brnących przez zaspy w kierunku głównej bramy. Nie zauważyła pojawienia się Ogga:
- Przemarznie panienka. Lepiej wejść do zamku.
Minerwa skinęła głową i powoli ruszyła do wieży Gryffindoru. Pokój wspólny był prawie pusty, niewielu uczniów musiało zostać na święta. Atmosfera była ciężka, każdy zajęty był swoimi sprawami, więc Minerwa powlokła się do biblioteki.
W pomieszczeniu gromadzącym ogromne zbiory Hogwartu spędziła cały dzień. Czytała wszystko, co wpadło jej w ręce. Wieczorem wróciła do pokoju wspólnego. Wcale nie była senna. Wpadła więc na szalony pomysł. Postanowiła powłóczyć się nocą po Hogwarcie. Choć Minerwa z natury przestrzegała zasad, tego dnia była znudzona i zła. Wszyscy ją zostawili w prawie pustym zamku. Chciała mieć chociaż radość ze zwiedzenia swojego ,,więzienia", jak zaczęła w myślach nazywać Hogwart.
Gruba Dama nie zadawała żadnych pytań, posłusznie otwierając przejście. Korytarze były ciemne, Minerwa podejrzewała, że musiało być po jedenastej. Portrety szeptały do siebie, pokazując ją palcami. Dziewczynka snuła się po korytarzach w swojej szmaragdowej pelerynie. Duchy mijały ją obojętnie, Irytek tylko wykonał przed nią parodię ukłonu i zniknął. Na trzecim piętrze Minerwa spotkała jednak żywą duszę. Z świecą w dłoni, prosto na nią, dreptał prędko profesor Binns, mamrocząc coś do siebie. Minerwa nie miała gdzie się schować, modliła się więc, by profesor był zbyt pogrążony w myślach by ją zauważyć. On jednak ją dostrzegł:
- Panno McGonagall, wyobraża sobie panienka, że w bibliotece Hogwartu nie ma kopii manuskryptu o smoczym wojowniku? – powiedział, nieumyślnie zagradzając jej drogę.
- To chyba niedopuszczalne profesorze? – odpowiedziała słodko Minerwa, ciesząc się w duchu, że Binns jest zbyt zaaferowany by zauważyć późną porę.
- Całkowicie niedopuszczalne! Już myślałem, że udało mi się rozwiązać tę zagadkę, ale brakuje mi dokładnego tekstu, tej linijki o dziedzictwie.
- Ja pamiętam ten tekst profesorze. – Minerwa dokładnie znała ten manuskrypt, był to największy skarb Brytyjskiego Instytutu Smokologii.
- Doprawdy, panno McGonagall? Merlinie, dziecko, spadłaś mi z nieba. Chodź, wyrecytujesz mi go, zapiszę go i poznam tę tajemnicę! Szybko! –Binns minął ją i pognał do swojego gabinetu. Minerwa łatwo dotrzymywała mu kroku. Choć podzielała poglądy większości uczniów, że profesorowi historii magii brakuje piątej klepki, to czuła się zaintrygowana. Jaką tajemnicę miał na myśli Binns?
Gdy znaleźli się w zupełnie zagraconym papierami gabinecie Binnsa, Minerwa była zdumiona, że staruszkowi udało się znaleźć kawałek czystego pergaminu w tym bałaganie. Organizacja miejsca pracy chyba nie jest jego mocną stroną. – pomyślała Minerwa.
- Znasz dalszy ciąg? ,,Dziecię pobłogosławione przez oddech umierającego władcy smoków… ''
- ,,zostanie namaszczone na kolejnego władcę. Jego moc i ludzki umysł staną się jednym ze smoczym jestestwem. A krew z jego krwi, jako zadośćuczynienie posiądzie moc kontrolowania smoków, lecz ich ród na zawsze będzie śpiewał pieśń przyzwania, aż nie zostanie już ani jeden Smoczy Wojownik z ich krwi, aż ich ród stanie się kolejnym smoczym rodzajem.''- wyrecytowała uroczyście Minerwa.
- Pieśń przyzwania! Tak, to muszą być te szumy w moich uszach! Panno McGonagall, jestem ostatnim Smoczym Wojownikiem. Ukrytym przed swym przeznaczeniem przez ten zamek! Wystarczy że zadmę w róg smoczego władcy i będę mógł je kontrolować! – oczy Binnsa były szeroko otwarte, sam staruszek wydawał się być pijany swoim geniuszem. Minerwa zmarszczyła brwi.
- Pan Smoczym Wojownikiem? Profesorze, przecież to tylko legendy! – wykrzyknęła, z niedowierzaniem obserwując jak Binns szuka czegoś w niekończących się szufladach swojego biurka.
- A to? To jest tylko legendą? – nauczyciel triumfalnie wyciągnął coś z szuflady. W blasku świecy Minerwa ujrzała lśniący, długi, czarny smoczy róg.
- Profesorze, skąd pan go ma? Czy to na pewno bezpieczne? – Minerwa z fascynacją wpatrywała się w cenny artefakt. Gładki róg przyciągał ją. Miała ogromną ochotę w niego zadąć. Czuła tępe pulsowanie za barierami swojego umysłu. Jej moc się przebudziła. Mury zaczęły upadać jeden po drugim.
- Przyzwę smoki z powrotem! Udomowię je! Będą mi posłuszne! Słyszysz panno McGonagall – Cuthbert Binns, Smoczy Wojownik! – nauczyciel dotknął ustami rogu. Minerwa rzuciła się w jego stronę z okrzykiem:
- Nie! – dziewczynką zatkała rękami drugą stronę rogu, tak że nie wydobył się z niego żaden dźwięk.
Jednak zamiast dźwięku z rogu zaczęło bić światło. Minerwa zacisnęła powieki, ale nie wypuszczała magicznego przedmiotu. Poczuła, jak jej energia wydostaje się poza bezpieczne bariery. Brzdęk!
Gdy Minerwa odważyła się otworzyć oczy, pierwsze co dostrzegła, to przezroczysta tarcza otaczająca jej ciało. Musiała wytworzyć ją w odruchu obronnym. W dłoniach dziewczynka trzymała połówkę rogu, który musiał rozpaść się na dwie części. Druga część nadal była w rękach profesora Binnsa. Czarodziej leżał na ziemi zupełnie nieruchomo, z otwartymi oczami i ustami. Minerwa pochyliła się nad nim ze strachem. Dotknęła jego szyi. Nie wyczuła pulsu.
On jest martwy! – do Minerwy dotarła przerażająca prawda. Nie miała pojęcia co się stało. Nie miała nawet pewności, czy to czasem ona go nie zabiła.
Oddychaj, oddychaj. Kontrola. Zachowaj zimną krew. Musisz coś z tym zrobić, nie mogą posądzić cię o morderstwo.
Minerwa zrobiła to, czego ją nauczono. Zamknęła swoje emocje za jeszcze jednym murem. Zabrała obie połówki smoczego rogu i wsadziła je do pierwszej lepszej szuflady biurka. Podarła tekst manuskryptu o Smoczym Wojowniku. Wreszcie chwyciła Binnsa za bezwładne ramiona i próbowała posadzić go w fotelu. Zajęło jej to sporo czasu, okazało się że staruszek sporo ważył. Na szczęście fotel był blisko. Następnie Minerwa zamknęła mu oczy i usta, starając się nie dopuszczać do siebie żadnych emocji. Obrzuciwszy ostatnim spojrzeniem gabinet Binnsa, zdmuchnęła świecę i wybiegła.
Szybko przemykała przez ciemne korytarze, modląc się, by nikt jej nie zauważył. Odetchnęła z ulgą dopiero w Wieży Gryffindoru. Opadła na swoje łóżko w pustym dormitorium i zapłakała w poduszkę. Dała upust łzom i tłumionym emocjom.
Może oni wszyscy mają rację? Może rzeczywiście jestem zagrożeniem. Przecież właśnie zamordowałam nauczyciela, niewinnego człowieka! Wcale nie kontroluję swoich mocy! Powinnam stąd uciec, zanim zrobię krzywdę komuś jeszcze!
Wreszcie zdruzgotana Minerwa zasnęła, lecz najpierw postanowiła, że następnego ranka ucieknie z zamku.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Albus nie spał dobrze. Wczesnym rankiem zrobił sobie gorącą czekoladę, ale niezbyt mu pomogła. Flamelów nie było, więc musiał spędzić święta w prawie pustym zamku. Oczywiście zamierzał złożyć wizytę bratu i odwiedzić groby w Dolinie Godryka, ale to była ta smutna część świąt.
Och, przestań o tym myśleć, lepiej wymyśl jak pomożesz przy dekorowaniu zamku! – zganił się w myślach. Uznał, że próżne siedzenie w swoich komnatach nic mu nie da, postanowił przejść się po zamku w poszukiwaniu inspiracji do dekoracji.
Mijał właśnie klasę historii magii, gdy usłyszał podniesione głosy:
- Cuthbercie, nic nie pamiętasz? Nie wiesz czym się zajmowałeś po wyjściu z biblioteki? – Albus szybko rozpoznał zdenerwowany głos dyrektora.
Postanowił sprawdzić, co się stało. W klasie historii magii był Armando i Galatea. Był też Binns, ale wyglądał inaczej. Był cały szary i zdawał unosić się nad ziemią. Jest duchem! – Albus otworzył usta ze zdumienia. Cuthbert był stary, ale nie na tyle stary by umierać.
- Dyrektorze! – nauczyciel transmutacji wreszcie odzyskał głos.
- Albusie, pan Senders spotkał Cuthberta przenikającego drzwi prowadzące do Wielkiej Sali. Gdy wczoraj w nocy opuszczał bibliotekę, był jeszcze żywy. –wyjaśnił Armando, równie blady jak duch jego podwładnego.
- Gdzie jest teraz pan Senders?
- W skrzydle szpitalnym, to był dla niego głęboki szok. – wyjaśniła Galatea.
- A… eee… ciało? – wyszeptał Albus, ale Binns i tak go usłyszał.
- O czym wy mówicie? Czuję się świetnie, mogę wracać do pracy! Gdzie są moi uczniowie?
- Przygotowywałeś wczoraj dla nich materiały na dzisiejszą lekcję, Cuthbercie? – zapytała sprytnie Galatea.
- Jakie materiały? Nie używam żadnych materiałów, sam jestem nośnikiem wiedzy! Wczoraj… chyba czytałem… coś o ciemnych willach… chyba… - duch zamyślił się.
- Możesz pożyczyć mi tę książkę? Wille zawsze mnie interesowały.- skłamała gładko czarownica.
- Tak, musiałem zostawić ją w gabinecie. Chodźcie. – to powiedziawszy profesor Binns przeniknął przez ścianę. Trójka profesorów pobiegła do drzwi.
Albus pierwszy wleciał do gabinetu Binnsa. Duch z lekkim zdumieniem wpatrywał się w swoje martwe ciało.
- Czyli to prawda? Naprawdę jestem martwy? – zapytał płaczliwie Albusa.
Albus kiwnął głową, przepuszczając Galateę , która poczęła szeptać różne inkantacje nad ciałem.
- Miałeś atak serca, Cuthbercie. – powiedziała.
- Czyli to była naturalna śmierć? – zapytał dyrektor.
- Oczywiście. Przykro mi. – Galatea wyraźnie czuła się niezręcznie. Albus rozejrzał się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko pasowało w jedną całość, jaką tworzył gabinet Binnsa. Jednak coś przykuło wzrok Albusa. Upewniwszy się, że dwójka przyjaciół jest skupiona na przesłuchiwaniu biednego ducha, Albus szybko zgarnął długi, czarny włos z biurka. Dyskretnie schował go do wyczarowanej naprędce fiolki. Starał się nie wyciągać żadnych wniosków.
- Albusie, idź z Cuthbertem do Krwawego Barona. Duchy zamku pomogą mu przywyknąć do nowej… postaci. Ja i Galatea zajmiemy się pogrzebem.
- Po prostu zakopcie to ciało, tylko mnie ograniczało. Nie mam rodziny, więc zakopcie je gdziekolwiek i przyjmijmy że nic się nie stało. – powiedział zniecierpliwiony nauczyciel historii magii.
- Tak zrobimy, Cuthbercie.
Albus szedł za duchem, gdy natknęli się na pannę McGonagall. Była ubrana w swoją szmaragdową pelerynę, pod którą ukrywała chyba zestaw piłek do quidditcha, bo w drugiej ręce trzymała miotłę. Jej oczy zdawały się być nieco zapuchnięte, jakby miała alergię. Na widok ducha Binnsa w jej szmaragdowych oczach błysnęło przerażenie, a zaraz potem powstrzymywane łzy.
- Ach, panna McGonagall, proszę się nie martwić, nadal będę uczyć. – powiedział wesoło Binns. Dziewczynka pokręciła głową i zapytała cicho, uciekając wzrokiem przed Albusem, który stał tuż za duchem.
- Co się stało, profesorze? – wyszeptała, jej głos był drżący. Albus zastanawiał się, czy pierwszy raz tak blisko zetknęła się ze śmiercią.
- Podobno miałem atak serca. Ja nic nie pamiętam z wczorajszej nocy, chyba po prostu zasnąłem w fotelu, a kiedy się obudziłem, już byłem … tą zjawą. Na szczęście nie zapomniałem całej swojej wiedzy. – dodał pocieszająco.
- Nic, kompletnie nic pan nie pamięta? – Albus miał wrażenie że jej oczy rozbłysły.
- Nie, ale to nie ma dla mnie znaczenia. Najważniejsze, że nadal mogę uczyć! – Binns skinął jej głową z uśmiechem i odfrunął dalej. Dziewczynka patrzyła za nim z niedowierzaniem.
- Śmierć jest kolejną wielką przygodą, panno McGonagall. On jednak chyba za bardzo kocha nauczanie kolejnych pokoleń, by się na nią skusić. Mam nadzieję, że nie zamierzasz trenować w taką pogodę? – spojrzał z uniesionymi brwiami na miotłę w ręku Gryfonki.
- Zmieniłam zdanie, profesorze. – Minerwa odwróciła się i pobiegła w stronę wieży Gryffindoru. Albus obserwował ją ze zmrużonymi oczami. Czasem bardzo żałował, że nie był w stanie przeczytać jej myśli.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa postanowiła zostać w zamku. Ostatecznie Binns nic nie pamiętał, a jeśli to rzeczywiście był atak serca, równie dobrze mogła go wywołać moc rogu, nie jej. Druga sprawa, nie miała się za bardzo gdzie podziać. Babka kazała jej pod żadnym pozorem nie opuszczać zamku.
Tak więc Minerwa została i przeżyła najgorsze święta w swoim krótkim życiu. Przez większość czasu snuła się po zamku, opanowywała nowe zaklęcia z podręczników magii, połykała kolejne książki i pomagała w przygotowaniach do świąt. Jej jedyną rozrywką było ubieranie choinek z profesorami: ,,Bardziej w lewo ten łańcuch, panno McGonagall! Och jak dobrze, że został ktoś, kto perfekcyjnie włada zaklęciem lewitującym." W wigilijny poranek Minerwa znalazła drogę do kuchni, gdzie chętnie pomagała skrzatom domowym. Nim się obejrzała, nadszedł wieczór.
Wigilia była bardzo wystawna, ale Minerwa nie miała większego apetytu, siedząc przy ogromnym stole Gryffindoru z zaledwie kilkoma starszymi uczniami. Zgodnie z tradycją uprzejmie składano sobie życzenia. Minerwa z obojętną miną powtarzała grzeczne formułki, stając przed kolejnymi nauczycielami i uczniami. Atmosfera była okropna, bo każdy w tym małym gronie czuł się porzucony i samotny. Każdy też jak najszybciej zjadł, pożegnał się i wyszedł.
Minerwa uznała, że jest zbyt wcześnie na sen, usiadła więc przed kominkiem i zaczęła robić na drutach. Proste, rutynowe i powtarzalne czynności pomagały jej się zrelaksować, Minerwa często też ćwiczyła stawianie swoich barier kontrolujących, gdy robiła na drutach. Tej umiejętności nauczyła ją oczywiście babcia Theresa, która zwykła mawiać, że żadna magia szyjąca nie zastąpi serca, które wkłada się w ręczną pracę. Minerwa szyła zapamiętale, gdy do środka ktoś wszedł. Był to profesor Dumbledore, co ją zdziwiło. Oczywiście był opiekunem Gryfonów, ale rzadko zaglądał do ich wieży. Ujrzawszy Minerwę z połową czerwonozłotego szalika, profesor wybuchnął śmiechem.
- W czymś problem, profesorze Dumbledore? – Minerwa uniosła brwi na ten nagły wybuch wesołości.
- Pozwól mi dokładnie zapamiętać ten widok, panno McGonagall. Wigilijna noc i samotna jedenastolatka zapamiętale szyjąca szaliki dla swojej ukochanej drużyny. Nie sądziłem, że powita mnie taki widok. – profesor z migotaniem w oczach usiadł naprzeciw Minerwy.
- Każda dobrze wychowana czarownica powinna umieć szyć bez użycia magii. To uszlachetnia. – odpowiedziała Minerwa, a jej druty śmigały prędko.
- Z pewnością. Nie przeszkadza ci jednak, że musiałaś zostać sama w tym wielkim zamku, podczas gdy wszyscy twoi rówieśnicy pojechali spotkać się ze swoimi rodzinami?
Minerwa spojrzała na profesora, nie przestając szyć. Wydawał się szczerze zainteresowany.
- Moja rodzina nigdy nie była taka jak inne. Ale to rodzina. Jeśli uznali, że lepiej bym tu została, po co mam siedzieć bezczynnie i pomstować na nudę i samotność?
- Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać, Minerwo. – profesor patrzył na nią badawczo, lekko bujając się na szkarłatnym krześle.
- A pan czemu nie spędza świąt z rodziną, profesorze? – zapytała, ale pożałowała swojego pytania, widząc jak uśmiech zamiera na jego twarzy.
- Mój brat, jedyna żyjąca rodzina, woli spędzać święta ze swoimi kozami niż ze mną. – Minerwa wyczuła szczerość i gorycz w głosie nauczyciela.
- Może wierzy, że w tę noc zwierzęta przemawiają ludzkim głosem? Ja dałabym wiele, by mieć brata. By nie musieć samotnie dźwigać odpowiedzialności za przyszłość rodziny. – Minerwa uznała, że skoro profesor był z nią szczery, ona też była mu to winna.
- Masz rację, drogie dziecko, twoja rodzina jest inna. Chyba nigdy nie pojmę waszych motywów działania. Może jednak lepiej, że stanowicie taką zagadkę. Muszę już iść, zapewne dyrektor nie wpadł na pomysł robienia na drutach i pomstuje nad swoją samotnością. – profesor podniósł się energicznie.
- Profesorze, proszę zaczekać. – Minerwa szybko podjęła decyzję. Podniosła się i wyciągnęła do niego ukończony, szkarłatno-złoty szalik.
- Wesołych świąt, profesorze.
Na twarzy zastępcy dyrektora pojawił się rumieniec, kiedy wziął od niej szalik.
- Dziękuję bardzo, Minerwo, ale ja nie mam nic dla ciebie… nie spodziewałem się nikogo tu znaleźć, szczerze mówiąc. – starszy czarodziej był widocznie zakłopotany. Minerwa uśmiechnęła się.
- Nic nie szkodzi. Moim prezentem było pańskie towarzystwo, profesorze. – mrugnęła do niego.
- To niezwykle miłe z twojej strony. Wesołych świąt, Minerwo. – profesor Dumbledore wyszedł z wieży Gryffindoru, trzymając mięciutki, nowy szalik w barwach swojego domu.
Następnego ranka Minerwa znalazła mały stos prezentów pod swoim łóżkiem: mugolskie układanki od Poppy, ćwiczące logiczne myślenie i śliczną, złotozieloną papeterię od Pomony. Nawet Amelia Bones wysłała jej paczkę słodyczy. Rodzice przysłali jej zestaw książek o transmutacji i ręcznie haftowane rękawiczki. Największa paczka przyszła z szkockiej rezydencji McGonagallów. Minerwa szybko rozerwała szary papier, po czym wybuchła śmiechem. W środku znajdowały się rodzinne dudy! Nie te stare, wysłużone, na których uczyła się grać, lecz te lepsze, używane tylko na większych uroczystościach. Babcia Minerwy nie znosiła tego instrumentu, bo to dziadek był mistrzem w grze na dudach. Jednak nie sprzeciwiała się, gdy Robert uczył Minerwę szkockich melodii, a teraz pewnie odetchnęła z ulgą, mogąc pozbyć się znienawidzonego instrumentu.
Minerwa szybko się ubrała i wybiegła z wieży Gryffindoru. Udała się na Wieżę Astronomiczną, po czym zaczęła grać. Ostre dźwięki instrumentu niosły się w ten mroźny poranek, ale najwyższa wieża w Hogwarcie była dostatecznie oddalona od reszty zamku, by gra Minerwy nikomu nie przeszkadzała. Grała melodię za melodią, przypominając sobie wszystkie, których kiedyś się nauczyła. Muzyka również była swego rodzaju magią, Minerwa szybko to pojęła. Gra pozwalała jej uwalniać te wszystkie emocje, które zazwyczaj tłumiła w sobie, które chowała za barierami umysłu. W jakiś sposób muzyka była jej katharsis, jej oczyszczeniem. Bez względu na motywy, babcia sprawiła jej wspaniały prezent.
Ktoś jednak usłyszał jej grę i stał teraz w cieniu schodów. Minerwa dokończyła melodię i się odezwała:
- Wesołych świąt, dyrektorze.
Armando Dippet wyszedł z cienia. Profesor Dumbledore miał rację, dyrektor wyglądał jakby nie spał całą noc. Jego głos jednak był spokojny gdy odpowiedział:
- Tobie również, panno McGonagall. Widzę, że z ciebie prawdziwa Szkotka, z krwi i kości. – Minerwa wyczuła lekką niechęć w jego tonie.
- Urodziłam się w Szkocji. Jestem z tego dumna. To chyba nie jest nic złego, prawda? – Minerwa uniosła buntowniczo podbródek.
- Nie, oczywiście że nie. Może zechciałabyś pochwalić się swoim talentem na świątecznym śniadaniu? – dziewczynka musiała przyznać, że propozycja dyrektora ją zaskoczyła.
- Nie, dziękuję. Gram tylko dla siebie, nie lubię publiczności.- choć Minerwa bardzo się starała, jej słowa i tak brzmiały chłodno.
- Zatem nie będę już przeszkadzał. Wesołych świąt, panno McGonagall. - dyrektor wycofał się pokornie, zanim Minerwa zdążyła zareagować.
Wzruszyła ramionami i grała dalej.
