Ciepło. Światło. Chłodna bryza na twarzy. Włosy łaskoczące w policzek. Ramiona zdrętwiałe, od utknięcia w jednej pozycji. Palce splecione z cudzymi dłońmi. Monotonny plusk fal.
Hermiona otworzyła oczy. Poraziło ją słoneczne światło. Jej spojrzenie najpierw skupiło się na dwóch rudych głowach i dwóch parach piegowatych policzków. Cały czas trzymała bliźniaków za ręce. Leżeli razem, ściśnięci na drobnej, drewnianej łupinie. Potem wzrok dziewczyny przeniósł się na drewniane burty. A na koniec na granicę horyzontu - zalew morskich fal i cień lądu.
Znowu płynęli. Tym razem na wiekowej łodzi, którą znaleźli w jaskini. Łajba, która powinna leżeć jako rozsypana sterta spróchniałych desek niosła ich przez morze, sunąc po jego powierzchni. Wiatr nie mógł napędzać dziurawych, żółtych żagli. Nikt nie siedział przy wiosłach. Barka wydawała się płynąć samoistnie. Jakby łódź znała drogę do celu.
- George, Fred, obudźcie się!
Bliźniacy na dźwięk jej głosu otworzyli oczy. Rozglądali się zaskoczeni.
- Zobaczcie! Płyniemy do brzegu. - dłoń Hermiony wskazała zarys lądu, który nieubłaganie się zbliżał.
- Ta cholerna łajba nie zatonie?- rozglądał się niepewnie Fred. Stopy obu braci tkwiły w wodzie,
w miejscu gdzie dostawała się do łodzi poprzez spróchniałe deski. - To cud, że w ogóle płynie...
- A gdzie nasza wściekła żonka, zniknęła? - spytał George. Słońce kuło ich w oczy, rześkie powietrze szczypało w policzki. Zniknęła ta specyficzna aura właściwa duchom, podnosząca włoski na karku i przyprawiająca żywych o gęsią skórkę.
- Mówiła, że statek z artefaktem leży u wybrzeży Gotlandii. Pewnie tam płynie łódź... - snuła przypuszczenia Hermiona. Skuliła się w miejscu, gdzie spod desek pokładu nie wyglądała wodna toń. Słońce zapalało refleksy na morskich falach. Dzień był pogodny, choć wietrzny. Dookoła rozlegały się krzyki mew, ptasie sylwetki bielały na niebie. Królował chłodny i słony zapach morza. W innych okolicznościach rejs przy takiej pogodzie mógłby się wydawać miłą perspektywą. Ale oni płynęli na łajbie pochodzącej sprzed kilku wieków, utrzymywanej magicznie przy życiu, która zmierzała w nieznane miejsce.
- Navigate léarsco!- z różdżki Hermiony ponownie w niebo poszybował świetlisty promień. Magiczna mapa migocąca po chwili w jej dłoniach potwierdziła przypuszczenia całej trójki.
- Płyniemy w kierunku Gotlandii. - zawyrokowała dziewczyna.
Wiatr szarpał im włosy, kształt wyspy rysował się coraz wyraźniej. Resztki żagla o barwie ochry wzdymały się pod dotknięciami podmuchów. Woda chlupotała w łodzi. Łajba pachniała drewnem
i starością. A oni zastanawiali się, jak odnaleźć filakterium.
- Będziemy musieli nurkować.- przypuszczała Hermiona. - Nie sądzę, żeby zadziałało samo zaklęcie accio.
- Wzięliśmy ze sobą skrzeloziele. - George oparł łokcie na kolanach. Utkwił oczy w zbliżającej się gwałtownie linii lądu. Ale chyba mamy coś lepszego. - mrugnął do Hermiony.
- Co takiego?- w jej głowie zakiełkowały najbardziej karkołomne przypuszczenia.
- Zobaczysz. - obaj bliźniacy wyszczerzyli się wesoło. W ich oczach błyszczała żądza przygód.
- Dziwne, że ten worek spróchniałych kości jeszcze nas nie ściga. - rude włosy Freda rozwiewały podmuchy wiatru. Objął kolana ramionami. Mrużył oczy od słońca odbijającego się w powierzchni wody. Wspólnie z bratem wyglądali, jakby przeżywali przygodę życia.
- Może żona mu powiedziała, że wysłała nas po jego drogocenny artefakt. Chociaż, chyba mają się dość... - śmiał się George. - Nic dziwnego, po tylu latach małżeńskiego stażu...
Hermiona machinalnie obracała w palcach figurkę gospody, którą dostała od McGonagall. Bliźniacy chyba dostrzegli jej zdenerwowanie.
- Poradzimy sobie. - dłoń Freda powędrowała na ramię Hermiony, a George obdarzył ją ciepłym uśmiechem.
Dziewczyna schowała miniaturkę do kieszeni. Wyjęła zawinięty w szmatkę kształt, który dostała od Stelli. Jej palce wyłuskały ze zwojów materiały małą, drewnianą rzeźbę, w kształcie ryby, opatrzoną na grzbiecie, przypominającym koguci grzebieniem. Wszyscy się nad nią nachylili.
- To chyba najbrzydsza ryba, jaką widziałem. - zaśmiał się George. - Do czego to służy?
- Stella nie zdążyła mi powiedzieć. - tłumaczyła Hermiona. - Ale na pewno nie dala mi tego bez powodu.
- Może na szczęście. - zaśmiał się Fred. - Na pewno się nam przyda.
Hermiona schowała maleńki podarunek do kieszeni. Jej oczy znowu napotkały wzrok braci Weasley. Krzepiący i dodający otuchy. Nigdy nie uważała bliźniaków za szczególnie odpowiedzialnych, czy poukładanych. Ale teraz ich obecność dodawała jej sił. Cała trójka wymieniła uśmiechy.
W innych okolicznościach Hermiona może zaczęła by się zastanawiać nad tym co zaszło między nią, a bliźniakami. Nad poczuciem bliskości, które zaczęło ja ogarniać w obecności dwóch rudowłosych głów. Nad szybszym biciem własnego serca, przy każdym zetknięciu dłoni. Ale to przecież byli Fred i George. Bracia Rona. Znała ich, odkąd pierwszy raz przestąpiła progi Hogwartu. Do bliźniaków wzdychała prawie każda z Gryfonek. To, że uratowali ją przed zmorą, byli dla niej mili, wyruszyli razem z nią na wyprawę... To pomoc dla przyjaciółki Rona, młodszej koleżanki. To nic takiego, nic nie znaczy. Chciała tak myśleć. Musiała tak myśleć. Mieli odzyskać filakterium. Uratować Stellę. Nie było czasu na analizowanie własnych uczuć.
Ląd zbliżał się nieubłaganie. Przed ich oczami malowały się coraz wyraźniej skaliste brzegi, przycupnięte między nimi domki, o czerwonych dachach, połacie zbrązowiałej trawy. Hermiona zaczęła się zastanawiać, czy załoga przepływającego statku mogłaby ich zobaczyć, czy też niezwykła łódź sprawia, że są w jakiś sposób niewidoczni dla postronnego oka.
Nagle, niespodziewanie łódka zatrzymała się. Niewzruszona podmuchami wiatru tkwiła w jednym punkcie, mimo że obok fale spieszyły się do brzegu. Od wyspy dzielił ich jeszcze spory dystans. Spojrzeli po sobie.
- To chyba tutaj...- powiedziała niepewnie Hermiona. Spojrzeli za burtę, w szarozieloną toń.
W głębinie nie dało się nic dostrzec. Jeśli rzeczywiście „San Rosario" zalegała gdzieś pod nimi, na morskim dnie musieli wymyślić sposób, jak ją odnaleźć. W głowie Hermiony pojawiały się kolejne szalone pomysły, ale odrzucała je, jako nie dość dobre. Wstała. Nigdy nie rzucała tego zaklęcia, ale powinna sobie poradzić. Wyciągnęła różdżkę. Starała się odtworzyć w pamięci jaki gest wykonała Stella, gdy przywołała złotego królika. Nagle Fred złapał ją za rękę.
- Co chcesz zrobić? - spytał z uśmiechem.
- Zaklęcie Duco animo... - zaczęła niepewnie. - Zjedlibyśmy skrzeloziele, a potem popłynęli za przewodnikiem.
- George mówił, że mamy coś lepszego. - odparł.
Bliźniacy wstali. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo, z pewnością w oczach i ruchach. Jak na sygnał obaj zamoczyli końce różdżek w szarozielonej morskiej toni. Zaczerpnęli dłońmi
z wody, która ścieliła się poza burtą łodzi i posmarowali sobie nią usta. Stanęli skupieni, wyprostowani, skoncentrowani.
- Expecto aqua elemental. - wypowiedzieli jak na komendę.
Hermiona zamarła. Na jej oczach z powierzchni morza uformowała się olbrzymia fala. Słup wody, wysoki jak dom wirował, migocząc zielenią, jakby zmieniał się w żywą istotę. Nagle usłyszeli ryk, jakby stado morskich bałwanów przewalało się za burtą. Odgłos dochodził z wnętrza masy wody, która przybrała kształt fali. Ale ta fala wydawała się żyć. Poruszała się samoistnie, przeciwnie do pływów morza. Wodny kształt zbliżył się do łodzi i Hermionie zdawało się, że w cieczy widzi monstrualne otwory, niby usta i oczy stwora. Powietrze znowu rozdarł ryk. Bliźniacy, niczym nie wzruszeni przykucnęli przy krawędzi szalupy. Otworzyli usta, ale zamiast słów wydobyły się z nich dźwięki przypominające śpiew delfinów. Kierowali słowa do wodnego kształtu. A on zdawał się rozumieć. Żywa fala wirowała i bulgotała, aż zapadła się w morską głębię, zostawiając rozchodzącą się kołami zmarszczkę.
- Co... co to było?- wydusiła z siebie Hermiona.
- Żywiołak wody. Wezwaliśmy go i rozkazaliśmy, żeby sprowadził tu zatopiony statek. - na twarzy George'a malował się uśmiech od ucha do ucha.
Przez chwilę nic się nie działo. Aż nagle skłębione masy wody eksplodowały. Spod powierzchni morza wynurzył się wrak. Zakonserwowane deski i maszty tkwiły w objęciach żywej fali. Statek kiedyś musiał być wspaniały. Maszty wyrastały z pokładu okolonego wysokimi burtami. Na dziobie zachował się fragment dawnej rzeźby, przedstawiającej kobietę. Patrzyła w przestrzeń drewnianymi oczami, w okaleczonej twarzy. Całą sylwetkę galery pokrywały morskie rośliny, złogi narośli, nadbudowujących się jak kolejny element burt, czy kadłuba. Bez żagli i olinowania okręt wydawał się nagi. Deski, użyte do jego budowy straciły swój pierwotny kolor, przybrały szarozieloną barwę, jakby morze przez te wszystkie lata pozostawiło na nim swoje piętno. Żywiołak trzymał statek
w swoich wodnych ramionach. Hermiona słyszała głos przywołanej istoty, przypominający ryk oceanu, podczas sztormu. „San Rosario" opadła na powierzchnię morza i zaczęła zbliżać się do ich łodzi, jakby na wraku byli niewidzialni żeglarze, którzy nim sterują. Ale Hermiona wiedziała, że galeonem musi kierować żywiołak, stopiony teraz z morską taflą. Jedna burta uderzyła o druga. Łódź zachwiała się lekko.
- To co? - bliźniacy wyciągnęli dłonie w kierunku Hermiony. - Sprawdzimy co tam jest?
Zanim odpowiedziała wyciągnęła różdżkę.
- Hermiona, Fred, George no obruento.- różdżka z winorośli zakreśliła łuk i okrąg światła objął całą trójkę. Hermiona napotkała pełne uznania spojrzenia.
- Znowu, ty jesteś od myślenia. - zaśmiał się Fred.
Ostrożnie postawili stopy na pokładzie. Nikt nie chodził po nim od kilku wieków. Może, oprócz ludzi, których przysłała tu Bogumiła Sercokrzew, którzy mieli ukryć artefakt. Jeśli to, co mówiła było prawdą. Deski skrzypiały pod ich stopami, kilka się zapadło. Galera stała w miejscu, jak na kotwicy, podtrzymywana siłą wodnych ramion żywiołaka.
- Myślicie, że oni tu zeszli, że zanurkowali? - pytanie Freda zawisło w powietrzu.- Czy po prostu opuścili filakterium na statek?
- Myślę, że kazała im zejść pod wodę. - Hermiona szacowała w umyśle to, co wydarzyło się na tym wraku. - Skoro zadała sobie tyle trudu, żeby ukryć relikwiarz...
- Czemu nie wcześniej? Nie mogła się na nim mścić kilka wieków temu? - ich ostrożnym krokom towarzyszyło skrzypienie desek. Stopa George'a uwięzła w jednej z nich, wyciągnął ją ze stłumionym przekleństwem na ustach. Statek cały trzeszczał i chybotał. Muszą znaleźć filakterium jak najszybciej, zanim ta łajba rozpadnie im się pod nogami. Próbowali już zaklęcia „accio", ale bez rezultatu. Zresztą nawet na to nie liczyli. Pokład był pusty, usiany dziurami, nadgryziony przez czas i morskie fale.
- Będzie gorzej, jeśli schowali to gdzieś w ładowni...- mruczał Fed ostrożnie stawiając kroki.
Nagle wzrok Hermiony przykuł srebrny błysk, gdzieś, w głębinach kajuty. Drzwi pod pokład przestały istnieć, ale w ciemności i szepcie szmerów dochodzących stamtąd coś się kryło.
- Widzieliście? - spytała swoich towarzyszy. - Tam coś jest.
Pokład trzeszczał niebezpiecznie. Wejście do kajut groziło, że wrak się zawali i w powodzi spróchniałego drewna wylądują w morskich falach. Spojrzeli po sobie. Cała trójka skierowała kroki do kajut.
Wejście, wyrwane w drewnianych deskach, przez czas i żywioł przypominało monstrualne usta. Brakowało schodków. Ześlizgnęli się na dół, mając nadzieję, że zbutwiała podłoga nie zawali się pod ciężarem ich kroków. W środku zalegał wilgotny półmrok. Pachniało morskim dnem, wodorostami i szlamem. I wiekiem, latami, które okręt spędził uwięziony na dnie, uśpiony w piasku i muszlach.
- Lumos. - końce różdżek braci rozjarzyły się światłem. Jego blask odbił się w metalowym zamknięciu i okuciach niewielkiej skrzyneczki. Spoczywało w miejscu, które kiedyś zapewne było kapitańską kajutą. Dookoła, w wilgotnym półmroku rozpościerały się ślady dawnej świetności statku. Przetrwało ozdobne metalowe okucie, ale szafa, które dekorowało, zamieniła się w pył. Małe, okrągłe okna patrzyły pustym spojrzeniem, pozbawionym szyb. Hermiona, Fred i George zamarli. Filakterium. Musi być schowane w skrzyni.
Bliźniacy znowu wymienili pełne porozumienia spojrzenie. George sięgnął do torby przy pasie, wyjmując jedno cieliste, nitkowate ucho dalekiego zasięgu, zakończone miniaturową gałką uszną.
- Co wy... - zaczęła mówić Hermiona, ale uśmiechy braci zamknęły jej usta.
- Zaufaj nam. - powiedział Fred.
W następnej sekundzie dotknął swoją różdżką linki biegnącej od małżowiny, mrucząc „Elongate".Cielisty sznurek zwinął się w kłębek jak wąż, po czym wystrzelił splotami, powiększając kilkakrotnie swoją długość.
- Capiendo.- George dotknął wynalazku swoją różdżką. W następnej chwili po celnym machnięciu cielisty sznurek oplótł się wokół szkatułki. Jedno pociągnięcie dłonią i George trzymał ją w uścisku.
- Zrobiłabym to samo stosując capiendo lasso. - poskarżyła się Hermiona.
- Wiemy, że jesteś super. - zaśmiał się George. - Ale daj nam też się wykazać.
Rozległ się trzask, jakby świat zatrząsł się w nagle posadach. Przy akompaniamencie łoskotu „San Rosario" składała swoje zwłoki na morskim dnie, z którego ją wyrwano. Bliźniacy i Hermiona w kilku skokach wybiegli z kajuty, która wraz z całym okrętem osuwała się w morskie głębiny. Woda chlupotała pod ich stopami, deski pękały z trzaskiem. Gdy okręt już udawał się na spoczynek, żywiołak, mocą swych wodnych ramion pchnął tę resztkę pokładu, na której stali w kierunku ich łodzi. Jedne spróchniałe deski uderzyły o drugie. Fred i George wrzucili Hermionę do łódki, po czym sami do niej wskoczyli. Morska toń zachwiała się, gdy „San Rosario" w ostatnim spazmie zatrzęsła się i poszła na dno. Nad tym co zostało ze statku z chlupotem zamknęły się szarozielone fale. Mewy krzyczały, unosząc się na niebie, na białych żaglach swoich skrzydeł. Hermiona, Fred
i George odprowadzili statek wzrokiem.
- Mam nadzieję, że to jest cholerne filakterium. - wydyszał George. - Bo jeśli nie, to trzeba będzie szukać w śmieciach po całym morskim dnie.
Cała trójka utkwiła pełen napięcia wzrok w puzderku. Hermiona przełamała ciszę.
- Alohomora. - dotknęła końcem różdżki metalowego zamknięcia. Drewniane wieczko drgnęło
i otworzyło się z trzaskiem.
W środku spoczywało małe pudełeczko, o kształcie cylindra. Wykonano je ze szlachetnego metalu, mieniącego się w promieniach słońca. Wyryto na nim runy i znaki. Hermiona nie znała żadnego
z tych symboli.
- Jest... To musi być to. - Dziewczyna zatopiła wzrok w puzderku. - To musi być filakterium...
Przedmiot rozjarzył się w promieniach słońca. Hermiona poczuła niemal namacalną, fizyczną ulgę. Udało się. Zdobyli artefakt. Teraz Niespokojny Żeglarz zostawi Stellę w spokoju. Naprawdę się udało. I nagle, pod dotykiem promieni słonecznych, przedmiot w niewytłumaczalny sposób zaczął się kurczyć i rozpadać. Kolejna wypolerowana, pokryta runami płaszczyzna metalowego cylindra znikała w niebycie. Wyglądało, jakby słoneczny blask był gumką, która wymazuje skarb lisza
z rzeczywistości. Zdrętwieli.
- Protego! Protego! - krzyczała Hermiona.
Zaklęcia nic nie dały. Na ich oczach filakterium przestało istnieć. Zostało po nim tylko drewniane puzderko, pusta, bezużyteczna skorupa. Spojrzeli po sobie, przerażeni i zszokowani.
- Ja... nie chciałam... - wydukała Hermiona.
Nagle niebo spowiła ciemność. Po plecach przeszedł im dreszcz chłodu, ramiona okryła gęsia skórka. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić zobaczyli jak ku nim niebezpiecznie szybko zbliża się wstęga błękitnego światła. Rośnie i przybiera postać człowieka, który wydarł śmierci nieśmiertelność. Pawła Sercokrzewa. Niespokojnego Żeglarza. Lisz zawisł nad morską tonią, teraz czarną jak smoła. Otaczająca go błękitna poświata odbijała się w falach. Jego szeleszczący głos napełnił im uszy.
- Zniszczyliście... zniszczyliście filakterium... Żywe gnidy... Gotujcie się na śmierć...
Objaśnienia:
Expecto aqua elemental – Expecto łac. oczekuję, Aqua łac. - woda, Elemental – ang. podstawowy. Zaklęcie przywołujące żywiołaka wody. Aby istota była posłuszna przywołującemu czarodziejowi należy najpierw zamoczyć różdżkę w wodzie i umoczyć w niej usta, by móc się komunikować z żywiołakiem.
No obruento - Obrue łac. - topić. Zaklęcie utrzymujące daną osobę na powierzchni wody.
Elongate – ang. wydłużać się. Zaklęcie wydłużające wskazany obiekt np. sznur.
