Kamień Małżeństw

Rozdział. 10/87 Cisza przed burzą

Dumbledore pojawił się w towarzystwie Huncwotów kilkanaście minut później, wychodząc z kominka.

― Czterech śmierciożerców uciekło, zanim przybyli aurorzy. Pozostali przekazali, że u uciekinierów nie zniknęły Mroczne Znaki ― powiedział od razu po wejściu dyrektor. ― Wszyscy teraz składają zeznania w Ministerstwie Magii, zajmie to kilkanaście dni zanim wszelkie procedury zostaną zamknięte. Aurorzy zostali poinformowani, jak mają ich traktować.

― Rozumiem. Dziękuję ― rzekł Harry, ale coś z twarzy Albusa mówiło mu, że to nie wszystkie wiadomości. Westchnął i, choć wiedział, że z całą pewnością nie będą to miłe dla wieści, rzucił krótko: ― Coś jeszcze, panie dyrektorze ?

― Dementorzy odeszli z Azkabanu. Ale tego akurat spodziewałem się wcześniej, czy później.

Potter pokiwał głową, zamyślając się na chwilę. Musiał podjąć pewną decyzję, choć sporej ilości osób może się ona nie spodobać. On sam miał mocno mieszane uczucia, co do tego, ale innego wyjścia nie miał.

Zamyślił się na moment, zastanawiając się nad własnym postępowaniem, ale nie widział innego wyjścia. Nie po tym, co ostatnio przekazywały mu kruki. Niepokojące informacje, którymi nie mógł się z nikim na razie podzielić.

― Jak szybko moi ludzie mogą wrócić z Ministerstwa Magii w razie konieczności? ― zapytał nagle.

Wiedział, że to w tej chwili jedna z możliwości, by uchronić zamek przy przypuszczalnym ataku ze strony Toma. Aurorzy nie mogą ciągle przebywać w Hogwarcie, są potrzebni także gdzie indziej.

― Twoi ludzie? ― Syriusz oderwał się na moment od cichej rozmowy z Remusem i dyrektorem.

― Byli śmierciożercy. Będą mi potrzebni tutaj. Wikingowie to mężni wojownicy, ale potrzebuję też zaprawionych w walce czarodziei, a ci już bardziej wyszkoleni chyba być nie mogą.

Co jak co, ale śmierciożercy przerażali się prawie wszystkich. W umyśle Harry'ego pojawiła się migawka z Hogsmeade, gdzie czarodzieje uciekali na widok tylko szóstki zwolenników Voldemorta.

― Twoi… Dziwnie to brzmi, Harry ― stwierdził Lupin, któremu się to nie spodobało, lecz dobrze wiedział, że uparty Potter i tak postawi na swoim. Zwłaszcza, że musiał teraz zaskoczyć Voldemorta i wyprzedzić jego ruch.

― Jakkolwiek to brzmi, to fakt ― westchnął ciężko Gryfon. ― A skoro mamy wojnę, zamierzam skorzystać ze wszystkich dostępnych środków, żeby zwyciężyć. Czas nam się kończy. Potrzebuję ich tutaj. Jeśli będzie trzeba, użyję Prawa Króla.

― Harry! ― Severus był zszokowany takim rozwojem sytuacji.

Potter właśnie zagroził użyciem swojej władzy, a to było do niego całkiem niepodobne. Ten jednak nie zwrócił uwagi na reakcję małżonka i pozostałych, którzy zdawali się być porażeni zmianą w jego zachowaniu. Podparł brodę, intensywnie nad czymś myślał, nieświadomie uderzając palcem wskazującym o dolną wargę.

Dziwną ciszę przerwał wreszcie Albus.

― Zobaczę, co da się zrobić.

― Dziękuję, dyrektorze. ― Gryfon oderwał się na moment od swoich myśli.

Po kilku minutach salon opustoszał z gości, gdy Harry bez słowa opuścił go i przeszedł do biblioteki. Gdy dołączył do niego Severus, małżonek siedział w fotelu z odchyloną głową i z zamkniętymi oczami. Mężczyzna zbliżył się do niego i oparł ramieniem o zagłówek mebla, nie spuszczając z oka Gryfona.

― Co ty planujesz, Harry?

― Wojnę, a cóżby innego ― mruknął w odpowiedzi. ― I to chyba na całkiem dużą skalę.

Pyknięcie przerwało Snape'owi zadanie kolejnego pytania. Przed nimi pojawił się Zgredek z innym skrzatem, co było dosyć niespodziewane, przynajmniej dla mistrza eliksirów. Reakcja Pottera była jednak równie zaskakująca. Szczery uśmiech na jego pobladłej twarzy zastąpił wcześniejsze ponure skupienie.

Nowy skrzat, mistrz eliksirów wcześniej akurat tego nie widział, był bardzo wiekowy. Zgredek pomagał mu stać, dopóki Harry nie poprosił, żeby usiedli obaj na podnóżku. Starszy ze skrzatów pokręcił głową, odsyłając młodszego gestem i spojrzał na Snape'a z wyrzutem, jakby nie cieszyła go jego obecność. Potter westchnął i odwrócił się w stronę małżonka.

― Mógłbyś zostawić na samych, Severusie? ― zapytał spokojnie.

― Wolałbym dowiedzieć się, o co tu chodzi ― warknął tamten, nie kryjąc się ze swoją irytacją. Nie znosił takich sytuacji, gdy pozbawiano go dostępu do niezwykle istotnego fragmentu układanki.

― Jeszcze nie czas, Severusie. Zostaw nas samych, proszę.

Po tych słowach mistrz mógł tylko opuścić bibliotekę. Jednak nie rozumiał tego zachowania starego skrzata i całej tej tajemnicy. Dlaczego rozmowa ze skrzatem o Wielkiej Ciszy musiała odbywać się bez niego? Przecież sam był przy tym, gdy Potter prosił o znalezienie kogoś, kto zna tę historię. Kolejna rzecz, której nie chciał mu wyjawić, podobnie jak zawartość notesu Granger. Chyba nie myślał, że uda mu się długo utrzymać sekret przed wieloletnim szpiegiem?

Co planował ten szalony Gryfon i dlaczego akurat jego z tego wykluczał? Nie podobało mu się to coraz bardziej.

OOOO

Harry z zapartym tchem słuchał historii starego skrzata. Czuł się niczym małe dziecko, któremu opowiada się bajkę na dobranoc. Może i był na to za duży, ale jemu nikt dotąd nie opowiadał podobnych historii. W tej nie było księżniczek, smoków, skarbów. Były natomiast demony, mistrz i mag. I oczywiście artefakt. Opisy ataków demonów powodowały, że robiło mu się chwilami niedobrze, ale nie chciał przerywać. Słuchał o zniszczeniach wiosek czarodziejów i mugoli przez istoty bez dusz i serc. O bezskutecznych, bezsilnych próbach obrony przed nimi i kolejnych ofiarach, gdy te działania przynosiły tylko katastrofalne skutki. A potem ten jeden czar ― Wielka Cisza. Cisza, gdzie skrzaty nie słyszały nikogo. Tkwiły w niej i nic nie mogły zrobić, by odeszła zwracając im głosy.

I przybyło dwóch mężczyzn. Wielki Mistrz i Wielki Mag. I Mistrz użył Artefaktu, by Cisza oddała głosy. Mistrz i Mag oddali całą swoją magię, by Artefakt zadziałał. Co się potem z nimi stało, nie wiadomo. Skrzaty, które to widziały oślepły od ogromnego wybuchu, a miejsce do dziś straszy ogromnymi wgłębieniami w ziemi od rozszalałej magii.

― Jak wyglądał ten artefakt? ― odezwał się na koniec Harry, gdy skrzat umilkł. ― I czy demony po tym odeszły? Czy zatrzymał tylko Wielką Ciszę?

Stare stworzenie uniosło oczy na młodego czarodzieja i cierpliwie wyjaśniło:

― Przedmiot ten nie był duży. Wielki Mistrz trzymał go w jednej dłoni. Wydzielał ogromne ilości światła, więc dokładnie nie wiadomo, jaki miał kształt, czy kolor. A demony nie odeszły. Przegonił je potem inny Mistrz i Mag w inne miejsce, a wraz z ich odejściem Cisza się skończyła.

― Czy mógł to być tylko jeden demon, a nie kilka? ― spytał, nie bardzo mogąc połączyć dwa sprzeczne fakty. Jak odejście demonów mogło zakończyć Wielką Ciszę, skoro on już wszystkich obudził, a demony nadal tu były? Czyżby wtedy sytuacja była połączona, a nie tak jak teraz, spowodowana przez osobę postronną, jaką był Riddle.

― Możliwe. To tylko historia. Ile w niej prawdy, nie wiem.

Skrzat był inteligentny. Harry mógł to stwierdzić już na samym początku. Dobór słów w historii był elokwentny i oczytany. To nie mógł być zwykły skrzat. Harry przygryzł lekko wargę, lecz nie mógł powstrzymać ciekawości.

― Możesz mi powiedzieć, skąd sprowadził cię Zgredek? Raczej nie należysz do skrzatów z Hogwartu.

― Nie. Nie należę. Moja rodzina od wieków służy w Departamencie Tajemnic.

To wyjaśniało inteligencję skrzata. W takich miejscach nie można było trzymać stworzeń poziomu inteligencji Zgredka. To byłoby zbyt niebezpieczne.

Harry uśmiechnął się i odparł:

― Dziękuję ci za przybycie. Bardzo mi pomogłeś.

― Ten-Który-Będzie-Walczył-Sam zbiera siły na kolejny, potężny atak.

― Wiem o tym. ― Potter chciał się też zapytać skąd o tym wie, ale nim zdążył otworzyć usta, skrzat po prostu zniknął w ciszy. Bez pyknięcia.

Harry po raz kolejny zadziwiony został skrzacią magią. Była równie niedoceniana, co istoty, które się nią posługiwały.

Spiesz się. On już działa. Nie masz czasu!

Krakanie czarnych ptaków nabierało siły.

― Ale co mam zrobić?!

Nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi, trzasnął drzwiami, wychodząc i kierując się do sypialni. Miał ochotę położyć się i odpocząć. Zasnąć, odcinając od naglących i mnożących się problemów.

― Harry?

― Tak? ― Odwrócił się w drzwiach, słysząc Severusa, który stał koło kominka.

― Wszystko w porządku?

Potter opuścił na moment głowę i westchnął ciężko.

― Nie bardzo. Coś się święci, a ja nie mogę się na to w żaden sposób przygotować. Mam złe przeczucia, a na dodatek nie napisałem pracy dla McGonagall ― dodał, jakby to było dużo gorsze od czekającego na niego starcia z Voldemortem i jego nieziemskimi poplecznikami.

Snape podszedł do niego i przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu niemal przewiercało podenerwowanego małżonka na wylot.

― Mam z nią porozmawiać?

― Nie! ― obruszył się. ― Jeszcze potem wszyscy będą plotkować, że wykorzystuję nasze małżeństwo do… Nieważne ― sapnął, ściskając dłonie w pięści, chociaż nie wiedział, czemu się denerwuje. ― Spróbuję coś napisać, albo sam porozmawiam z McGonagall, by dała mi późniejszy termin.

Zamiar skończył się w chwili, gdy położył na chwilę głowę na poduszce, żeby odetchnąć przed odrabianiem zadania. Wyczerpany zasnął prawie natychmiast, zapominając o eliksirze.

Jego sny nie dały mu spokoju i tym razem. Gdyby Severus był w ich komnatach, zapewne zareagowałby na pierwszy krzyk, jednak wyszedł porozmawiać z Albusem o ostatnich wydarzeniach. Potem krzyk się urwał i Harry tylko cicho jęczał, rzucając się w łóżku, dopóki sam nie uwolnił się z koszmaru.

Ciężko dysząc, kulił się w łóżku, ściskając zaborczo poduszkę do piersi, nie mogąc odepchnąć tych okropnych obrazów z umysłu. Stare i nowe zalewały go z siłą wodospadu. Robiło mu się niedobrze, gdy tylko zamykał choć na moment oczy. Wręcz czuł unoszący się w powietrzu zapach krwi tych wszystkich ofiar. Docierało do niego też ich cierpienie oraz strach, których nie był w stanie od siebie odrzucić. Nawet jeśli wiedział, że to jego urojenie, to i tak bolało.

Nie potrafił już więcej tego znieść. Chciał tylko spokojnie spać. Uciec od tych obrazów. Zwyczajnie odpocząć. Sięgnął do swojej szafki nocnej i wyjął buteleczkę Bezsennego Snu. Chwilę trzymał ją w dłoni i sięgnął po jeszcze jedną.

Chciał tylko usnąć bez żadnych snów.

Bez zastanowienia opróżnił dwie. Nie zdążył nawet odłożyć pustych pojemniczków, gdy eliksir zadziałał. Opadł na poduszkę, upuszczając obie fiolki na pościel.

Gdy Severus wrócił, zaskoczyła go cisza panująca w komnatach. Potem przypomniał sobie, że przecież Harry chciał odrobić zadanie z transmutacji i pewnie się w nim pogrążył. Zdecydował się, że nie będzie mu przeszkadzał, samemu mając kilka testów do przygotowania.

Trzy godziny później, gdy skończył przygotowywać się na nowy tydzień, wstał i skierował się w stronę sypialni. Otworzył drzwi, pytając:

― Nie masz może ochoty na krótką przerwę i filiżankę herbaty?

Zaraz potem zamarł w miejscu.

Harry wcale się nie uczył. Spał. Jednak, gdy Snape ujrzał aż dwie opróżnione fiolki koło dłoni małżonka, sapnął zszokowany. Nie musiał sprawdzać, co młody mężczyzna zażył. Natychmiast wyjął różdżkę, rzucając na niego zaklęcie diagnostyczne oraz Enervate.Pierwsze wskazało na przedawkowanie eliksirem, drugie nie zadziałało.

― Harry, coś ty znowu wymyślił?! ― zaniepokoił się nie na żarty, posyłając swojego patronusa do Pomfrey.

Jeszcze nigdy dotąd nie spotkał się z osobą, która zażyłaby dwie dawki eliksiru Bezsennego Snu, a teraz Potter wypił jego zmodyfikowaną wersję. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, co go do tego zmusiło.

― Co tym razem? ― Zaniepokojona Poppy wyszła z zielonych płomieni i skierowała się wprost w stronę Severusa, stojącego w drzwiach sypialni.

― Harry przedawkował zmienioną wersję eliksiru na sen. Mikstura została już całkowicie pochłonięta przez cały organizm.

― Dlaczego to zrobił? ― spytała pielęgniarka, rzucając swoje zaklęcia monitorujące i diagnostyczne.

Severus bardzo dobrze wiedział, co odkryje, bo sam już zrobił to samo chwilę wcześniej.

― Nie wiem, dlaczego wziął aż dwie, ale powód mógł być tylko jeden. Harry miewa agresywne koszmary za każdym razem, gdy zapada w sen. Ostatnio pomagała sama moja obecność, ale wcześniej wypijał eliksir. To musiał być niezwykle intensywny koszmar, skoro zdecydował się na tak drastyczny krok.

Severus był zdenerwowany. Nie wiedział, jak mógłby pomóc małżonkowi. Usunięcie mikstury było już niemożliwe, pozostało jedynie czekać. Wyrzucał sobie, że nie zajrzał do niego zaraz po powrocie. Może wtedy w ogóle nie doszłoby do takiej sytuacji. Może wiedząc, co się stało, byłby w stanie prędzej zareagować i uchronić organizm durnego Gryfona przed zwiększoną dawką eliksiru? Ileż to razy powtarzał, że mikstury nigdy nie są obojętne i nie wolno przyjmować ich więcej, niż to jest zalecone?

Zaczął nerwowo krążyć po sypialni, gdy Poppy ciągle rzucała kolejne zaklęcia.

― Severusie, usiądź. To jest denerwujące i na pewno nie pomoże w niczym Harry'emu. Eliksir ciągle działa, ale nie wpływa w żaden sposób na twojego męża. Po prostu śpi, ale nie śni. Nic złego się nie dzieje ― uspokajała go, próbując zmusić do zajęcia fotela w salonie. Mężczyzna, po raz pierwszy w jej pracy w szkole, zachowywał się w ten sposób. ― On tylko śpi, Severusie ― powtarzała i uśmiechnęła się blado. ― Sądzę, że nic mu nie będzie, a spokojny sen w jego przypadku się przyda i to bardzo.

Mężczyzna uniósł wzrok na czarownicę.

― Eliksir nie spowodował żadnych efektów ubocznych? ― pytał, choć wiedział, że jest to niemożliwe, bo przecież to jego mikstura.

― Nie. Naprawdę nic nietypowego i niepokojącego nie wykryłam. Musimy czekać, aż sam się obudzi. Po dłuższym śnie Harry może być trochę ospały, albo będzie go boleć głowa, co także jest normalne. Teraz pozwól mu spać. Tylko tyle.

Kobieta pożegnała się z uwagą, aby w razie kłopotów znów ją wezwał i wróciła do siebie.

Mistrza eliksirów jednak nie opuszczał niepokój. Już kiedyś przypuszczał, że koszmary mogą złamać Pottera. Czy właśnie teraz nastał ten dzień? Czy król czarodziejskiego świata zostanie pokonany przez wyrzuty sumienia i własne obawy?

Z ciężkim sercem Severus kładł się spać kilka godzin później koło Harry'ego. Specjalnie nałożył na małżonka czar monitorujący, by zaalarmował go, gdyby nastąpiła najmniejsza anomalia od stanu obecnego. Dłuższy czas nie potrafił zasnąć, co kilka minut sprawdzając jego stan. W końcu jednak zmęczenie wygrało i pogrążył się we śnie.

Harry nie obudził się zwykłej porze, co zmartwiło jeszcze bardziej Severusa,. W poniedziałkowy ranek poinformował Albusa o stanie Pottera i poprosił o wyznaczenie zastępstwa. Dyrektor nie robił najmniejszych problemów, co było całkiem zrozumiałe w tej sytuacji.

Niecierpliwie czekał przy łóżku, aż Gryfon się obudzi. Musiał długo czekać.

OOOO

Harry nie miał najmniejszej ochoty się budzić, jednak ból, który opanował jego głowę powodował, że oczy nawet zamknięte bolały go niemiłosiernie, jakby ktoś tuż za nimi wbijał rozżarzone igły. Przez krótką chwilę słyszał tuż obok intensywne pikanie, ale szybko ustało. Zaraz potem na swoim czole poczuł chłodną dłoń.

― Harry, otwórz oczy. Proszę. ― Ostatnie słowo było wręcz błagalne i Harry zaczął się zastanawiać, co się stało.

Wtedy też przypomniał sobie koszmar i co zrobił potem. Czyżby wypicie podwójnej dawki eliksiru spowodowało jakieś nieprzewidziane skutki i dlatego Severus był zmartwiony? Chyba nic mu nie było…?

Powoli otworzył oczy, marszcząc jednocześnie brwi, gdy ból się nasilił. Syknął przykładając dłonie do oczu.

― Powinienem cię teraz tutaj zostawić w tym stanie ― zrugał go Severus, odsuwając mu dłonie i kładąc chłodny okład na obolałe oczy. ― Coś ty sobie myślał, wypijając dwie dawki…

― Severusie… ― przerwał mu cicho.

― Tak? ― warknął ostro, czekając na jakąś burczącą uwagę ze strony Gryfona.

― Przepraszam.

Jedno słowo wypowiedziane tym zbolałym, schrypniętym głosem zatrzymało wszystkie złości, które Snape chciał właśnie wyrzucić na małżonka. Westchnął tylko i usiadł na brzegu łóżka, unosząc ostrożnie głowę Harry'ego, aby mógł wypić eliksir przeciwbólowy.

― Dlaczego do mnie nie przyszedłeś? Pomógłbym ci.

― Przepraszam.

Severus nie potrafił długo być na niego wściekły, choć jeszcze przed chwilą miał zamiar dać mu bardzo długi wykład. Jednak Gryfon wydawał się wyraźnie załamany. A tego akurat się spodziewał.

― Co cię skłoniło do tego kroku, Harry?

Małżonek nie odpowiedział. Przytrzymał okład na oczach, jakby starając się za nim ukryć.

Mistrz eliksirów nie pozwolił na to.

― Harry. ― Łagodnym ruchem odsunął drobniejsze dłonie, ściskając je lekko. ― Nie mam zamiaru wyciągać tego z ciebie na siłę. Chcę ci pomóc.

― Wiem, po prostu…

W tej chwili rozmowa została im przerwana przez pukanie do drzwi. Warcząc przekleństwa pod nosem, Severus poszedł otworzyć. Harry powoli usiadł, zdejmując okład i przeczesując dłonią włosy. Nie miał ochoty w ogóle wstawać, ale nie mógł pozwolić sobie na lenistwo. Nie teraz, gdy Voldemort nie spał i z całą pewnością już działał.

Choć nawiedzały go straszne sny, to nie one były teraz najważniejsze. Musi sobie z tym poradzić sam.

Ruszył do łazienki lekko oszołomiony, eliksir tylko przytłumił ból. Nawet kąpiel nie pomogła i musiał zwyczajnie przyzwyczaić się do tego słabego, lecz upartego łupania pod czaszką. Pewnie do chwili, w której jego organizm się upora się z eliksirem Bezsennego Snu, ból nie ustąpi. Ubrał się w pierwsze lepsze rzeczy, jakie wpadły mu do ręki i przeszedł do salonu. Severus rozmawiał przyciszonym głosem z Dumbledorem i Harry natychmiast domyślił się, że muszą mówić o nim. Nie przerwał im, gdy pochylali się nad jakimś dokumentem rozłożonym na biurku. Zgredek już podawał mu filiżankę herbaty oraz stary na pierwszy rzut oka zwój. Zaintrygowany nie zdążył nawet podziękować, bo skrzat znikł.

Harry odstawił filiżankę i rozwinął pergamin. Zakręconego misternie pisma nie zrozumiał, ale obrazek u dołu natychmiast dał mu odpowiedź, czego może dotyczyć tekst.

Dziwne, mistyczne postacie unoszące się nad ziemią, odziane w czarne płaszcze. Naprzeciw nich dwóch mężczyzn. Jeden stojący z tyłu, trzymał dłoń na ramieniu towarzysza, który dął w róg. Obaj oświetleni mocnym światłem, które najmocniejsze wydawało się być właśnie w rogu.

Rysunek był stary i mugolski. Nie poruszał się.

― Co tam masz, Harry? ― zapytał Severus, zauważając go w końcu.

Harry zawinął spokojnie zwój, aby nie wzbudzić podejrzeń i schował go do kieszeni.

― Nic takiego. Zgredek przyniósł mi niespodziankę. Czy stało się coś ważnego, dyrektorze? ― Szybko zmienił temat.

Dyrektor spojrzał na Severusa, który tylko wzruszył ramionami.

― I tak się wkrótce dowie. Lepiej mu powiedzieć.

― Ja tu jestem, jeśli zapomniałeś, Severusie ― zauważył chłodno Harry.

― W takim razie podejdź i sam przeczytaj ― rzucił sarkastycznie Snape, wskazując na rozłożonego na biurku Proroka Codziennego. ― Oto efekty twoich wcześniejszych działań.

Już samo zdjęcie przekazywało, o czym będzie pisała gazeta. Zdjęcie jego i przerażonej Nikotris było oczywiście ruchome, więc musiał je zrobić któryś z uczniów podczas tamtego posiłku.

Zaczął czytać. Kruki jak zwykle miały rację. Westchnął ciężko, zamykając gazetę i wracając po swoją filiżankę.

― Co z tym zrobisz, Harry? ― zapytał Albus.

― Nic, przynajmniej na razie. Zaczął działać w sposób, który podejrzewałem. Zrobię, co będę musiał w odpowiednim momencie ― szepnął cicho, zajmując kanapę przed kominkiem.

Ignorując obu mężczyzn, przyzwał sobie zadanie z transmutacji i zaczął je odrabiać, choć z wielkim trudem, nie mogąc się nad nim w ogóle skupić.

― Wszystko w porządku, Harry?

― Tak, dyrektorze. Muszę odrobić pracę dla profesor McGonagall, a także dokończyć tłumaczenie. Jestem trochę zajęty, więc proszę o wybaczenie.

Potter zachowywał się naprawdę dziwnie. Tak przynajmniej myślał Snape, ale nie powiedział tego na głos, odprowadzając dyrektora w stronę kominka. Jemu wystarczyło krótkie wytłumaczenie o efekcie ubocznym zażycia zbyt dużej dawki eliksiru na sen i starzec się już nie martwił. Severus wręcz przeciwnie.

Usiadł koło Harry'ego i ujął jego dłonie, odkładając pióro i ciągle niezapisany nawet słowem zwój pergaminu na stolik.

― Co się dzieje? Czy twoje zachowanie ma coś wspólnego z koszmarem? Czy z tym, co teraz przeczytałeś?

Młody mężczyzna powoli wypuścił powietrze. Severus był tak blisko. Wystarczyło tylko pochylić głowę i poczuć jego magię. Była taka uspokajająca. Wystarczyło tylko lekko się pochylić.

Snape objął Harry'ego, gdy ten położył mu głowę na ramieniu z cichym westchnięciem.

― Zaczyna się ― rzekł nagle Harry, przysuwając się bliżej, jakby szukając czegoś. ― Ludzie zaczną we mnie wątpić, odwracać się. Nastąpi podział, który będę musiał naprawić. Nie wiem tylko, czy zdołam.

― Skąd wiesz? To, co napisali dziś w gazecie, to…

― To tylko początek. Byłem przygotowany na coś podobnego. On chce odsunąć ode mnie czarodziejów. Nastawić ich przeciw mnie. Oddalić każdego, kto mógłby mi pomóc. Wykorzysta każdą sytuację.

Oparł głowę na kolanie małżonka, wpatrując się w ogień, który zawsze płonął w kominku, cichymi trzaskami przerywając panującą ciszę. Dłoń Severusa zanurzyła się we włosach Harry'ego prawie natychmiast, muskając skórę długimi palcami.

Gdy po kilku takich minutach ktoś zapukał do drzwi, mistrz eliksirów miał ochotę zwyczajnie nie reagować. To się robiło naprawdę denerwujące. Ani chwili spokoju.

― Proszę ― odezwał się zamiast niego Harry, podnosząc się i siadając.

Do salonu wkroczyli Ron z Hermioną, witając się z profesorem, który wstał i podszedł do swojego biurka, dając im odrobinę swobody.

― Harry, nie było cię na zajęciach! Coś się stało? Czy to przez poranne wiadomości? Nie przejmuj się nimi. Jak zwykle wszystko przeinaczyli. Wystarczy im wysłać sprostowanie. Malfoy może się tym zająć, sam zaproponował.

― Ta farbowana fretka aż się do tego pali ― dorzucił Weasley, starając się go pocieszyć.

― Nie trzeba, Hermiono. To niczego nie zmieni, Ron ― odparł tylko Harry, uśmiechając się słabo. ― Ludźmi łatwo manipulować. Dopóki nie przejrzą na oczy, żadne sprostowanie nic tutaj nie zmieni.

Ron przypatrywał mu się intensywnie cały czas, raz czy dwa zerkając na obserwującego ich ukradkiem Snape'a.

― Harry, wszystko w porządku? Coś się stało, stary? ― zapytał nagle. ― Wiesz, że zawsze możesz na nas liczyć.

Mistrz eliksirów uważnie się przysłuchiwał, oczekując teraz na odpowiedź małżonka.

― Zażyłem wczoraj za dużo eliksiru snu i ciągle czuję jego efekty. Nic mi nie jest.

Weasley i Granger spojrzeli na siebie, nic nie rozumiejąc.

― Za dużo? Jak można wypić za dużo…? ― Ron spojrzał ostro na Severusa.

― To moja wina ― rzucił natychmiast Potter, widząc piorunujący wzrok przyjaciela. ― Wypiłem dwie butelki zamiast jednej. Severus nie jest niczemu winny.

Weasley nie przestał zerkać na mistrza eliksirów, ale przynajmniej bez wrogości.

Hermiona nie dała się ta łatwo. Patrzyła na przyjaciela smutnym wzrokiem, a chwilę potem przytuliła go, ku zdziwieniu wszystkich.

― Nie poddawaj się, Harry. Jesteśmy tu z tobą.

Snape wręcz mógł widzieć, jakim torem biegną myśli męża. Ile osób stanie po jego stronie po dzisiejszych rewelacjach w Proroku Codziennym?

Gryfon miał rację. Ludźmi łatwo manipulować i tworzyć wyimaginowanego przeciwnika. Po pocieszającym uścisku przyjaciele zajęli się odrabianiem prac domowych. Harry trochę się uspokoił i rozweselił, choć Severus ciągle mógł dostrzec smutek w jego oczach. Godzinę przed kolacją dwójka Gryfonów wróciła do dormitorium i w tym samym czasie przez kominek przybyła lista poczty do nich. Harry otworzył ją pierwszy, siedząc bliżej.

Zwój był podzielony na rodzaje listów. Prośby, skargi, zaproszenia i tym podobne. Jego wzrok przykuł list z Egiptu i właśnie tę korespondencję przyzwał dotykając końcem różdżki adresu nadawcy z boku listy. Zapieczętowany woskową pieczęcią z symbolem skarabeusza zwój pojawił się tuż przed nim i w ostatniej chwili złapał go, zanim ten opadł na podłogę.

Reszta listy niczym go nie zainteresowała i odłożył pergamin na stolik.

Szanowny Panie Potter-Snape

Dziękujemy za przedstawienie nam swojego zdania co do wychowywania faraon Nikotris, jednako nie życzymy sobie więcej jakichkolwiek kontaktów z Panem. Jesteśmy oburzeni potraktowaniem niepełnoletniej dziewczyny niczym seryjnego mordercy, choć to, co zrobiła można było omówić w prywatnym gronie, a nie wywoływać skandal na skalę światową tylko dlatego, że nastolatka się zadurzyła. Po omówieniu zaistniałej sytuacji z naszymi doradcami żądamy natychmiastowego uwolnienia naszej podopiecznej spod brutalnych łap brytyjskiego prawa…"

Potem nastąpiło bardziej biurokratyczne słownictwo, a wśród niego kilka zawoalowanych gróźb, które spowodowały u Harry'ego parę prychnięć. Na koniec lista tytułów faraon i zamaszysty podpis któregoś z jej wujów.

Harry przeczytał dwukrotnie list i położył go na gzymsie kominka. Nie miał najmniejszego zamiaru spełnić żądań egipskich władz. Jeśli ugnie się raz każdy inny przestępca będzie chciał podobnej „ulgi" dla siebie.

― Czy Nikotris jest nadal w Azkabanie? ― zapytał Potter, zwracając się do Severusa, który przypatrywał mu się co jakiś czas podczas czytania listu.

― Tak. Z tego, co przekazał mi Albus nie podoba jej się tam zbytnio, nawet jeśli nie ma tam już dementorów.

Harry przeczesał włosy i zdecydował się wyjść. Potrzebował jakiejś odmiany, by pomyśleć. Zabrał list z Egiptu, chowając go do kieszeni i wyszedł, rzucając na odchodnym.

― Wrócę po kolacji. Nie czekaj na mnie.

Łatwo powiedzieć, gorzej z realizacją. Severus nienawidził niewiedzy, a Harry nie dopuszczał go do swoich tajemnic, a tych zdawało się być coraz więcej. Cokolwiek było w liście, musiało nim mocno poruszyć. Snape dostrzegł jak dotychczasowe obawy i niepokój w jednej chwili znikają pod maską uprzejmego chłodu. Potter był przerażająco spokojny, a to nie wróżyło nic dobrego.

To jak cisza przed burzą. Potężną burzą.

OOOO

Harry odesłał wikingów po raz pierwszy, odkąd ci zdecydowali się go chronić. Przynajmniej próbował. Jedyne, co mu się udało to zwiększenie odległości, ale akurat w jego stanie umysłu wystarczyło. Na razie.

Reakcje spotykanych na korytarzu uczniów zaskoczyły go. Spodziewał się zmiany zachowania, jak we wcześniejszych latach, gdy zmieniali swoje nastawienie względem niego niczym chorągiewki na wietrze. Cóż, tym razem on był wiatrem, który nakierował wszystkich w jednym kierunku.

― Potter! Krążysz niczym śmierciotula w poszukiwaniu ofiary.

Draco Malfoy zatarasował swoją osoba drogę. Harry musiał zatrzymać się w miejscu. Korytarz nie był zatłoczony, ale co kilka kroków stało parę osób, samotnych lub w grupach. Teraz najbliżej stojący patrzyli na nich.

― Chciałbyś nią zostać? ― zapytał chłodno, choć wyraźnie Ślizgon z niego żartował.

Może i stanął po jego stronie, ale nadal jego specyficzne zachowanie potrafiło działać na nerwy. Zwłaszcza, że akurat jego były w nie najlepszym stanie.

― Czyżby jedna ci na ten weekend nie wystarczyła?

― Igrasz sobie, Malfoy ― ostrzegł go.

Widział jak skrzaty zbliżają się jego stronę. Ostatnio stały się prawie natarczywe, choć nie robiły niczego poza byciem w pobliżu.

― Och, wybacz, Potter. Zapomniałem, że Wasza Wysokość…

Więcej nie zdołał powiedzieć. Dwa najbliższe skrzaty skoczyły na Draco i przewróciły go na posadzkę.

Kusiło przez chwilę Harry'ego rzucić jakąś słabą klątwę na Ślizgona za drażnienie go, ale widząc, że skrzaty całkiem dobrze sobie radzą z upiększaniem głowy arystokraty, tylko stał i patrzył ze słabym uśmiechem. Zareagował dopiero, gdy w ręce jednego ze skrzatów pojawiły się nożyczki.

― Wystarczy! ― rozkazał ostro. ― Dosyć! ― Musiał powtórzyć dużo donośniej, bo przez wrzaski Draco nic nie usłyszały.

Złapał dłoń trzymającą nożyczki tuż nad uchem Malfoya i podniósł sprawcę nad ziemię.

― Powiedziałem: wystarczy! ― powtórzył i fala magii odsunęła wszystkie stworzenia od blondyna.

Może i wyglądał teraz zabawnie z dziwnymi rzeczami we włosach, ale Gryfon nie miał najmniejszego zamiaru się nad nim znęcać, ani tym bardziej ranić. Wyciągnął w stronę leżącego dłoń.

― Wstawaj, Draco. Nic ci nie zrobią. Są trochę nadopiekuńcze.

― Spadaj, Potter! ― warknął Malfoy i wstał bez przyjmowania pomocy. ― Wykorzystywanie skrzatów? To do ciebie niepodobne.

― Nie muszę nikim się wysługiwać. Robią to, bo chcą. Poza tym, to ty zacząłeś.

Zanim Draco zdążył zareagować, wyciągnął w jego kierunku różdżkę i rzucił dwa czy trzy zaklęcia uporządkowujące bałagan na głowie Malfoya.

― Jak mówiłem są nadopiekuńcze.

Zostawił Ślizgona w otoczeniu zgromadzonych aferą uczniów, którzy nawet nie odważyli się przeszkodzić i udał się w stronę wieży astronomicznej. Miał nadzieję, że tam będzie miał trochę spokoju. Całe zdarzenie z Draco wyleciało mu prawie natychmiast z głowy, gdy kruki ponowiły swoje ponaglenia do działania. Naprawdę chciał wiedzieć, co niby ma aktualnie zrobić.

Oparł się plecami o blankę muru i spojrzał w górę. Słońce kierowało się ku widnokręgowi i niebo zmieniało swoją barwę. na delikatny jeszcze odcień pomarańczu.

Harry zastanawiał się, co zrobi Egipt, gdy faraon, ani żadna odpowiedź nie wróci w najbliższym czasie. Chciałby teraz poćwiczyć z Severusem. W obecnym stanie emocjonalnym wolał jednak nie ryzykować, że nie zrobiłby krzywdy ani sobie, ani jemu, nawet mając na sobie tarczę osłaniającą.

Voldemort jakby właśnie do tego chciał go doprowadzić. Do jego irytacji i błędu, który stałby się tragedią. Co chciał tym osiągnąć? Mając znikomą ilość zwolenników i raczej niewielkie szanse na zdobycie nowych po tym, co niedawno zrobił, musiał planować coś niezwykłego. W cokolwiek zaangażowały się demony nie mogło być czymś zwyczajnym. A z całą pewnością się wtrąciły.

Nagle do głowy wpadła mu niezwykła myśl. A jeżeli Nikotris padła ofiarą manipulacji? Niby wtedy Voldemort jeszcze spał, ale nie demony. Czy mogły mieć coś wspólnego z atakiem na Severusa? Jak mógłby to sprawdzić? Imperiusa chyba da się wykryć, jednak kto może wiedzieć, jaką magią posługiwały się tak przedwieczne istoty jak demony?

― Coś cię trapi, Harry?

Jego serce załomotało. Nagłe pojawienie się Syriusza za jego plecami zaskoczyło go, ale ostatnio zbyt często chodził zamyślony i łatwo było go podejść. Musi zacząć uważać, taki stan może doprowadzić do nieszczęścia. Odetchnął i odwrócił się nieznacznie w stronę ojca chrzestnego.

― Chyba wiesz kto, Syriuszu.

― Nikotris.

Black podszedł bliżej chrześniaka, próbując dodać mu otuchy. Niepokoiło go, że Harry oddala się coraz bardziej od wszystkich.

― Raczej nie uznają jej za duże zagrożenie. Mam po prostu podejrzenia, że ktoś inny mógł stać za jej postępowaniem. Zastanawiam się, jak to sprawdzić.

Oparł się z powrotem o blankę i spojrzał w dół na Zakazany Las. Gdzieś w oddali ujrzał polankę i pasące się na niej testrale. Z tej odległości wyglądały niczym malutkie zabawki.

― Myślisz, że Sam-Wiesz-Kto użył na niej Imperio? ― rzekł Syriusz, opierając się tuż koło niego i wychylając się, by spojrzeć w dół.

― On wtedy jeszcze spał ― zauważył Harry, ciągnąc go za ubranie, gdy niebezpiecznie za daleko się wychylił.

― Czyli to któryś ze śmierciożerców? ― Mężczyzna zmierzwił mu włosy, gdy odwrócił się w jego stronę.

Harry zmarszczył brwi, ale nie przeszkodził mu.

― Nie. Oni nie mieli na to siły, wyczerpani magicznie.

― To kto mógłby? ― próbował domyślić się Syriusz.

― Voldemort zawarł pakt z dużo silniejszym przeciwnikiem. Już go użył, przyzywając starożytnego demona, potem Wielką Ciszę.

― Wielką Ciszę? Chodzi ci o…?

― Tak. Przyzwyczaiłem się do nazwy skrzatów, bardziej oddaje grozę sytuacji. One już jedną taką przeżyły. ― Nagle coś w jego umyśle zaskoczyło.

Trybiki wskoczyły w jednej chwili na odpowiednie miejsce. Sapnął, odwracając się w stronę Blacka.

― Wiem! To jest wyjście!

Kruki zaczęły szaleńczo krakać, jakby szczęśliwe i dumne, że wpadł na ten pomysł.

― Jakie wyjście? Harry!

Ale Gryfon wyminął go w biegu, zbiegając po dwa stopnie. Musiał znaleźć Hermionę, by jej to powiedzieć.