1978
Albus Dumbledore z smutkiem na twarzy wpatrywał się w swoje odbicie w ogromnym zwierciadle ustawionym w jego dyrektorskiej sypialni. Czarne, eleganckie, ale ponure szaty wisiały na nim nienaturalnie, podkreślając jego chudą sylwetkę – dopiero teraz mag odnotował, że musiał schudnąć dobrych parę kilo przez ostatnie miesiące.
Teoretycznie dziś była radosna okazja – Albus wybierał się na ślub dwójki swoich uczniów, Lily Evans i Jamesa Pottera. Był przeszczęśliwy, gdy dostał piękne zaproszenie w kopercie o kolorze kości słoniowej. Cieszyła go każda oznaka miłości w tym okrutnym i posępnym świecie.
Świecie, który zaledwie tydzień temu pożegnał Dorcas Meadowes – niewiele starszą od nowożeńców członkinię Zakonu Feniksa, osobiście zamordowaną przez Lorda Voldemorta.
Albus do tej pory nie mógł otrząsnąć się po tej ostatniej tragedii – osobiście zwerbował Dorcas, gdyż była potężną, rozsądną czarownicą. W Zakonie bardzo szybko uzyskała reputację wspaniałego żołnierza, ponadto jej krukoński umysł był wyśmienitą pomocą dla Minerwy w tworzeniu nowych strategii. Z jej ręki padło wielu śmierciożerców – zbyt wielu, by Tom mógł to tolerować. Dorcas broniła się dzielnie- śledztwo Zakonu wykazało, że była bezlitośnie torturowana – ale nie była w stanie się uratować. Jej strata była potwornym ciosem dla całej organizacji.
Dyrektor Hogwartu machnął różdżką – jego szaty zmieniły kolor na szary, z ciemnofioletowymi brzegami. Pokiwał głową – fiolet uchodził za kolor żałoby, a całość nie wyglądała zbyt posępnie. Kolejnym machnięciem różdżki poprawił jeszcze swoją brodę i ruszył ku drzwiom prowadzącym do salonu, a potem do gabinetu – tam pewnie czekała już na niego Minerwa.
W istocie, gdy pojawił się na szczycie schodów nas swoim biurkiem, dostrzegł jej postać, dziwnie zgarbioną ponad żerdzią Fawkesa. Stała do niego tyłem – widział jedynie jej czarne włosy, upięte w wyszukaną i perfekcyjną fryzurę, śnieżnobiałą skórę karku i tył długiej do ziemi, prostej w kroju sukni, w kolorze intensywnego, głębokiego fioletu.
Jak zwykle wyczuła go swoimi kocimi zmysłami. Odwróciła się i zmrużyła oczy za swoimi surowymi, prostokątnymi oprawkami.
- Widzę, że pomyśleliśmy o tym samym, moja droga profesor McGonagall. – powitał ją Albus, z uznaniem odnotowując, że choć suknia była prosta, wykonana z lejącego się materiału na wzór rzymskich tunik i spięta w talii srebrnym łańcuchem, robiła piorunujące wrażenie.
-Nie mogłam już patrzeć na czarne szaty. Lecz dalej nie wiem, czy to właściwe. – westchnęła Minerwa, od razu rozumiejąc, co miał na myśli.
- Dorcas nie miałaby nic przeciwko temu – zawsze kibicowała Jamesowi i Lily. – pocieszył ją Albus, będąc już na dole. Czarownica kiwnęła głowa, choć nie wyglądała na do końca przekonaną.
- Całe szczęście, że to wakacje, nie wiem, czy zostawiłabym zamek pełen uczniów.- rzekła, troska ewidentna w jej głosie.
- Trzeba będzie wzmocnić ochronę wraz z początkiem roku. A propos szkoły, przypomniało mi się coś. Pozwól proszę, mamy jeszcze trochę czasu. – Albus, z tajemniczym uśmiechem podszedł do gzymsu kominka w swoim gabinecie. Nie musiał się oglądać – wiedział, że Minerwa stoi tuż za nim, choć bezwiednie poruszała się bezszelestnie. Wyciągnął różdżkę i skierowawszy ją wprost w marmurowy gzyms wypowiedział zaklęcie:
- Alohomora!
Zerknął przez ramię – Minerwa z uniesionymi brwiami wpatrywała się w lśniący prostokąt w marmurze. Albus podwinął rękaw szaty i przyłożył dłoń do lekko wibrującego kamienia. Rozległo się ciche kliknięcie i kamień wysunął się na odległość pół metra, ukazując idealną skrytkę.
Westchnienie Minerwy było wyraźne słyszalne ponad jego prawym ramieniem – w wyściełanej jasnym jedwabiem kasetce, spoczywał imponujący zestaw ametystowej biżuterii – ogromny naszyjnik w wielkich ametystów otoczonych diamentami, pasująca tiara, długie kolczyki, błyszcząca bransoletka, wielka broszka i kilka mniejszych, które mogły służyć również jako spinki do włosów. Wszystko to migotało w świetle, jakby usiłowało wynagrodzić sobie lata spędzone w ukryciu.
- Będzie idealnie pasować do twojej sukni. – rzekł Albus, odwracając się do Minerwy. Ona zasłaniała dłonią usta, a jej oczy były otwarte szeroko ze zdumienia. Jednak jakkolwiek by nie była zszokowana, jej umysł już musiał ze znawstwem analizować parametry zestawu.
- Żartujesz? ! – rzekła wreszcie, cofając się o krok.
- Nie. To zestaw należący do Hogwartu, jako wieczna własność szkoły. Został wykonany dawno temu, na pierwszy turniej trójmagiczny. Jako że dyrektorka Beauxbatons przybyła z o wiele okazalszym zestawem szafirów, dyrektorowie Hogwartu i Drumstrangu nie chcieli, by ich żony wypadły zbyt blado na jej tle. Dlatego zamówili własne zestawy – z rubinów dla Drumstrangu i z ametystów dla Hogwartu. Od tej pory zestaw pozostaje do dyspozycji dyrektora. – wyjaśnił Albus.
- Nie mogłabym tego założyć. To jest zbyt… nie jestem tego godna. – Minerwa pokręciła głową, choć nie odrywała wzroku od szlachetnych kamieni. Albus przesunął się nieco, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy.
- Minnie, nie możesz zaprzeczyć, że jako najważniejsza czarownica w Hogwarcie, moja prawa ręka, reprezentująca szkołę, masz pełne prawo założyć te klejnoty. – oświadczył z pełnym przekonaniem.
- To nie jest właściwe. Śmierć Dorcas, ślub Lily, my… - Minerwa założyła ręce, z wyraźną rozterką na twarzy.
Albus przewrócił oczami, po czym ostrożnie wyjął bransoletkę, ujął szczupły nadgarstek Minerwy i zapiął na nim rząd połyskujących ametystów. Następnie bez użycia różdżki, siłą woli, uniósł kolczyki i spinki. Zupełnie delikatnie umieścił jej na jej głowie, a potem cofnął się o krok, by podziwiać końcowy efekt.
Nie po raz pierwszy uderzyło go piękno Minerwy. Wyglądała niczym rzymska bogini, spowita w fiolet, idealnie podkreślający jej nienaganną figurę, z błyszczącymi od wzruszenia oczami i delikatnym rumieńcem na wysokich kościach policzkowych.
,,Prawdziwa królowa Hogwartu." – pomyślał, zauroczony.
- Powinniśmy już iść. – wyszeptała, zrywając kontakt wzrokowy. Albus ostrożnie ujął ją pod ramię, a potem gwizdnął na Fawkesa. Mimo wszystko zapowiadał się cudowny wieczór.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa McGonagall z błyszczącymi oczami i zaróżowionymi policzkami oglądała pierwszy taniec pary młodej.
Starsza czarownica z wzruszeniem obserwowała pełne wdzięku, idealnie dopasowane ruchy Lily i Jamesa. Byli parą doskonałą – on niezmiennie pewny siebie w ciemnobrązowej szacie wyjściowej, wspaniale współgrającej z jego orzechowymi oczami i miedzianymi włosami Lily, dziś opadającymi na plecy w miękkich falach. Ona zaś olśniewała, w stosunkowo skromnej, białej sukience, ustrojona jedynie w perłową tiarę i kolczyki, będące prezentem od Minerwy. Razem wirowali w dokładnie zgranym z muzyką rytmie, świata poza sobą nie widząc. Oczy Lily, w kolorze sosnowych igieł, śmiały się do niego, a on zdawał się rozpływać z dumy.
Znajdowali się w domu rodziców Pottera – dostatecznie dużym, by pomieścić około pięćdziesięciu gości, dodatkowo chronionym niemal tak bardzo jak samo ministerstwo. I choć teraz w domostwie rozbrzmiewała wesoła muzyka i gwar, a wszystko wręcz tonęło w kwiatach, ten dom, jak wiele innych, miał doświadczyć smutnego losu sprzedaży – był po prostu zbyt wielki i zbyt kosztowny dla dwójki młodych ludzi.
Minerwa rozpoznawała większość gości – połowa pracowała w Zakonie Feniksa, drugą połowę uczyła w Hogwarcie. Byli tu oczywiście Huncwoci – Syriusz był jedynym świadkiem pary, a poza tym zjawili się też bracia Prewettowie, Emmelina Vance, Frank Longbottom i jego urocza żona Alice, Marlena McKinnon, Caradoc Dearborn, Poppy oraz Filius. W kącie chichotała grupka koleżanek Lily, ale brakowało teoretycznie najważniejszej dla niej osoby – jej mugolskiej siostry, Petunii. Kolejną nieobecną była oczywiście Dorcas.
Gdy pierwsza piosenka się skończyła James i Lily skłonili się dworsko gościom, którzy nagrodzili ich gromkimi oklaskami. Minerwa dołączyła do kanonady okrzyków: ,,Gorzko, gorzko!" , by potem zobaczyć pełen pasji i miłości pocałunek młodej pary. Muzyka znów zaczęła grać – Syriusz porwał do tańca Lily, a James roześmiał się, a potem rozejrzał wokół.
Jego oczy napotkały wzrok Minerwy i oblicze młodzieńca rozjaśniło się. Po chwili Gryfon stanął przed swoją zdumioną nauczycielką i szarmancko się ukłonił.
- Czy pozwoli się pani zaprosić do tańca, profesor? – zapytał głębokim tonem, choć w jego oczach błyszczały niesforne ogniki.
Zszokowana czarownica podała mu dłoń i pozwoliła zaprowadzić się na parkiet. Zaraz jednak dotarło do niej znaczenie tego wszystkiego:
- Zastanawiające, że do drugiego tańca, zaraz po tańcu z żoną, zaprosiłeś akurat takie stare straszydło jak ja, panie Potter. – mruknęła, gdy James położył drugą dłoń na jej tali, a potem zaczął prowadzić ją w umiarkowanie szybkim tańcu.
- Straszydło? Kilkanaście minut temu zgodziłem się z Syriuszem, że jest pani tu najpiękniejsza, zaraz po Lily, oczywiście. – James mrugnął do niej, po czym okręcił z gracją.
- A tak szczerze, madam, to jest pani dla nas bardzo ważna, dla mnie i dla Lily. Zatańczyłbym ten drugi taniec z matką, ale ona zmarła, a pani jest jak matka zarówno dla mnie, jak i dla Lily. Bardzo się cieszę, że zdecydowała się pani przybyć. – wyszeptał James, gdy muzyka zwolniła. Minerwa poczuła jak wzruszenie ściska ją za gardło.
Tak, w pewnym sensie wszystkich uczniów Hogwartu traktowała jak swoje dzieci. Do Gryfonów miała szczególną sympatię, ale nigdy nie odwracała się plecami do potrzebujących pomocy uczniów z innych domów. Lecz ta dwójka, słodka Lily i niesforny James, podbili jej serce tak mocno, jak Frank i jego żona. Minerwa jednak nigdy nie spodziewała się, że poza szacunkiem i pewną dozą uprzejmości, nowożeńcy czują do niej coś więcej. Słowa Jamesa, proste i szczere, sprawiły, że zabrakło jej słów, co rzadko zdarzało się niewzruszonej profesor McGonagall.
- Musiałam sprawdzić, jak nauczyłam cię tańczyć. – mruknęła wreszcie, nawiązując do lekcji, jakich udzielała Gryfonom w ich początkowych latach, gdy bale w Hogwarcie były jeszcze wyprawiane. James zachichotał i uniósł ją w górę, jednocześnie obracając się wokół własnej osi. Minerwa uśmiechnęła się – rzadko komuś na tyle ufała, ale dziś mogła sobie pozwolić na nieco luzu.
Trzy godziny później, po przetańczeniu z prawie wszystkimi mężczyznami w sali, Minerwa udała się do bufetu, gdzie Poppy patrzyła na nią z kpiącym uśmiechem.
- No, no, profesor. – mruknęła pielęgniarka z przekąsem.
- Daj spokój. – Minerwa sięgnęła po kolejny kieliszek wina i pociągnęła zdrowy łyk. Drgnęła, gdy nagle tuż obok znalazła się roześmiana i zarumieniona Lily.
- Nie mam już sił! Ale czuję się wspaniale! To rzeczywiście jest najcudowniejszy dzień w życiu kobiety! – wykrzyknęła Lily, chwytając kolejną już szklankę Ognistej Whiskey. Poppy poklepała ją po ramieniu:
- Poczekaj, aż urodzisz dziecko. Nigdy nie zapomnę twarzy matki, której poród odebrałam jako pierwszy. – powiedziała pielęgniarka.
Minerwa zmusiła się do uśmiechu. Uderzyło ją, że tak naprawdę to obie rzeczy są jej obce – bezwarunkowa miłość do męża, całkowite zaślepienie i potem uczucie macierzyńskiej miłości. To, co dziś odczuwała względem Lily i Jamesa było substytutem, podświadomym zabiegiem jej umysłu, wmawiającego jej, że można być szczęśliwą bez własnego domu, bez własnej rodziny.
- Profesor, wszystko w porządku? – czyżby Lily dostrzegła cień w jej oczach? Minerwa poprawiła okulary na nosie i uśmiechnęła się szeroko.
- Oczywiście. Nawet nie wiesz jak cieszę się z twojego szczęścia. – powiedziała Minerwa cicho, bojąc się, że zdradzi ja drżący głos. Ku jej zdumieniu, Lily po prostu rzuciła się jej na szyję. Zdziwiona starsza czarownica odruchowo objęła szczupłe ramiona dziewczyny, wdychając słodki zapach jej miękkich, rudych loków. Serce boleśnie tłukło jej się w piersi, ale w tym momencie Minerwa oddałaby wszystko, by Lily Potter była najszczęśliwsza pod słońcem. Czas na rozpamiętywanie przeszłości minął.
- Tu jest śliczna panna młoda! – zaraz obok pojawił się nienaturalnie radosny Lupin i porwał Lily, przy akompaniamencie dźwięcznego śmiechu. Minerwa otarła czoło i rozejrzała się po sali – zabawa była przednia, wnioskując z głośnych okrzyków, dzikich tańców i rozanielonych spojrzeń. Wtem dostrzegła Albusa, ostrożnie prowadzącego Marlenę McKinnon.
- Pani Pomfrey! Chyba skręciłam kostkę! – krzyknęła Marlena, z grymasem wspierając się na ramieniu Albusa. Poppy natychmiast do niej pospieszyła i zdecydowanym machnięciem różdżki, mimo protestów wiedźmy, przetransportowała ją do pokoju obok. Minerwa odprowadziła je wzrokiem.
- O czym tak rozmyślasz, Minnie? – szept Albusa sprawił, że Minerwa odruchowo sięgnęła do paska, za którym przymocowała różdżkę.
- Na Merlina, Albus. – mruknęła, odwracając się do niego.
- To już chyba ostatnie chwile wesela. – odpowiedział, wskazując ręką na panujący wokół chaos.
- Będziemy zbierać się do wyjścia? – zapytała Minerwa, ale mag pokręcił głową.
- Najpierw jeszcze zatańczymy. Co ty na to? – wyciągnął do niej rękę.
Minerwa podała mu dłoń i zaczęli tańczyć.
Miała wrażenie, że cofnęli się w czasie, do chwili, gdy on był jej nauczycielem transmutacji, a ona jego ulubienicą, gwiazdą Gryffindoru. To niesamowite poczucie bezpieczeństwa, spełnienia – tak czuła się tylko w jego ramionach. Prowadził ją zdecydowanie, a ona poddawała mu się z wdziękiem, w pełnej harmonii. Każdy jego ruch był dopasowany do niej, co pozwalało im na wymyślne konfiguracje, jak podnoszenia i piruety. Krążyli wokół siebie, blisko, a jednocześnie daleko, nieprzerwanie patrząc sobie w oczy, nie zwracając uwagi na nic więcej. Serce Minerwy biło mocno, w przyśpieszonym rytmie, gdy odsuwał ją od siebie z obrotem, tylko po to, by przyciągnąć z powrotem, by znów wylądować blisko w jego uścisku. Wpatrywała się w jego migoczące, błękitne oczy, tonęła w ich głębi, coraz mocniej wpadała w ich nieodparty urok.
Nagle muzyka przestała grać, a Minerwa powróciła do rzeczywistości.
Byli na parkiecie sami, otoczeni grupą weselników, którzy przyglądali się im z szeroko otwartymi oczami. Minerwa poczuła, jak jej dłoń mocniej zaciska się w dłoni Albusa. Uniosła głowę wyżej, po czym napotkała wzrok Lily. Dziewczyna przez chwilę potrząsnęła głową, a potem zaklaskała głośno. W jej ślady poszła reszta gości i Minerwa wyczuła, że zarówno ona , jak i Albus rozluźniają się trochę.
- No to rozumiem, co miała na myśli, mówiąc, że uczyła się tańczyć od mistrza. – zupełnie pijany Syriusz poklepał Albusa po plecach. Dyrektor posłał Minerwie rozbawione spojrzenie, ale ona uznała to za ostateczny moment na pożegnanie się.
Minęło dobre pół godziny, zanim Minerwa została już wyściskana przez nowożeńców i resztę gości. Gdy wreszcie udało jej się wyrwać z niedźwiedziego uścisku Franka, zobaczyła, że Albus już czeka na nią na tarasie, nucąc jakąś powolną melodię. Pomachawszy jeszcze Poppy i Alice, wyszła do niego.
- Dawno się tak dobrze nie bawiłem. – odezwał się Albus, gwizdnąwszy.
Minerwa uśmiechnęła się w odpowiedzi – od dawna martwiła się o Albusa, o to, że zbyt wiele na siebie bierze, że bezpodstawnie obwinia się o każdą śmierć, o każdą porażkę Zakonu i ministerstwa. Jeśli jednak choć na chwilę udało mu się oderwać od tego wszystkiego, ona była szczęśliwsza.
Fawkes zanurkował z nieba, a Minerwa porzuciła rozmyślania i mocno chwyciła się łokcia Albusa, by zniknąć z nim w złotym rozbłysku.
Gdy otworzyła oczy, ze zdumieniem zanotowała, że nie są w gabinecie Albusa, dokąd zazwyczaj zabierał ich feniks, ale na zupełnie ciemnym dziedzińcu transmutacji, tuż przy pniu ogromnego drzewa, rosnącego tu od wieków. Dyrektor też był zdziwiony, bo wzruszył ramionami i wyciągnął różdżkę.
Minerwa zrobiła krok do przodu, ale wypite weselne wino, śliski mech i plątanina potężnych korzeni drzewa sprawiły, że potknęła się. Albus odruchowo ją złapał, ale i on poślizgnął się na wilgotnym mchu, a ich wspólny ciężar pociągnął ich w dół. Minerwa wydała z siebie cichy okrzyk gdy runęli jak dłudzy, splątani w swoje szaty i poturlali się po twardych korzeniach aż na bruk.
Albus wylądował na Minerwie, przygwożdżając ją do ziemi. Jego broda opadła na jej szyję, a jego twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy. Minerwa patrzyła w jego migoczące, błękitne oczy, świadoma wagi tej chwili. On przez kilka sekund badał wzrokiem jej twarz – przymknęła oczy, boleśnie świadoma jego ciężaru i mocnych uderzeń jego serca. Wtem jednak on odsunął się i uwolnił ją, niezdarnie siadając na bruku. Minerwa dźwignęła się na łokciach, odwracając głowę, by ukryć rumieniec.
- Przepraszam. – mruknęła, otrzepując suknię.
- Minnie, czy ja mam halucynacje, czy na tej kostce obok ciebie jest twój rodowy herb? – zapytał nagle Albus, wskazując na brukową kostkę, obok której niedawno jeszcze była głowa Minerwy.
Czarownica obróciła się zdumiona. Rzeczywiście, na kostce wskazanej przez Albusa widniał niewielki, wyryty symbol – orzeł. To jednak nie był jej rodowy herb:
- To stara wersja mojego rodowego herbu, średniowieczna. W rzeczywistości herb został ustanowiony jako podkreślenie pochodzenia McGonagallów od Roweny Ravenclaw. Ten orzeł to jej znak – wydaje się też równie stary. – wyjaśniła Minerwa, wodząc palcem po wyżłobieniach.
- Ale czemu został tu umieszczony ? Tak mały, jest zupełnie niewidoczny. –zauważył Albus. Minerwa zastanowiła się – znak był dla niej czymś zupełnie znajomym, otaczającym ją wszędzie. Co jednak robił w Hogwarcie? Miał być małą pamiątką po jednej z założycielek, symbolem jej wkładu w istnienie szkoły?
- Skąd wiedziałeś, że to mój rodowy herb? – zapytała Albusa.
- Jest na lakowej pieczęci, którą pieczętujesz oficjalną korespondencję z rezydencji. – wyjaśnił bez wahania. Minerwa poczuła jak przechodzi ją dreszcz ekscytacji – to było to!
Wyciągnęła przed siebie lewą dłoń i zdjęła z małego palca rodowy sygnet. Ostrożnie odkręciła górną część, z współczesnym herbem pieczętowym – pod spodem ukazał się stary herb – wytłoczony, w dokładnie takim samym rozmiarze jak ten na kostce brukowej. Minerwa zdecydowanie przyłożyła sygnet do kostki – pasowały do siebie idealnie.
Wtem na dziedzińcu rozległ się szum, a potem łoskot. Minerwa i Albus zerwali się na nogi, widząc że korzenie drzewa, o które potknęli się kilka minut temu, teraz skręcają się jakby z własnej woli, aż wreszcie znieruchomiały, utworzywszy dziurę tuż pod pniem drzewa.
Minerwa spojrzała na Albusa – jego oczy migotały gwałtownie, a na jego twarzy malowała się ekscytacja. Uradowany, zaklaskał i podbiegł do ciemnego otworu.
- Uważaj, nie wiadomo co tam może być! – ostrzegła go Minerwa, pozbierawszy sygnet – otwór wcale nie zniknął, gdy z powrotem założyła rodowy pierścień na mały palec.
- To może być zupełnie nowe tajne przejście! Na pewno wyjątkowe, bo dostępne jedynie dla osób posiadających pierścień! Pewnie nie było używane od setek lat. – mówił prędko podekscytowany Albus. Minerwa z niesmakiem spojrzała na swoją długa suknię, teraz zupełnie brudną i nieco podartą i transmutowała ją w wygodne, fioletowe szaty. Ostrożnie podeszła do Albusa.
-Lumos! – mruknął czarodziej, celując różdżką w otwór.
- Tu jest drabina! – odezwała się Minerwa – nastrój odkrywcy powoli jej się udzielał.
- Powinniśmy to zbadać. Może to jest awaryjna droga ewakuacji, której tak desperacko szukaliśmy! – odpowiedział Albus. Minerwa zawahała się – z jednej strony miał rację, wielokrotnie narzekali, że nie mają tajnej drogi ucieczki z Hogwartu, która nie prowadziłaby do Hogsemade. Lecz z drugiej strony, pakowanie się w ciemny tunel, w środku nocy, bez żadnego przygotowania, było bardzo ryzykowne.
- Zaczekaj. Nie wiemy nawet jak głęboka jest ta dziura, ani dokąd prowadzi. A co jeśli tam zginiemy? – spytała rozsądnie.
- Zaraz napiszemy kartkę i zostawimy tu na dziedzińcu – gdybyśmy nie wrócili do rana, ktoś z zamku, Poppy albo Filius na pewno ją znajdą. – zaproponował Albus – w jego oczach błyszczała prawie dziecięca radość. Minerwa sceptycznie uniosła brwi – gdy zabrał się do pisania wyjaśnień – Poppy i Filius pewnie będą leczyć porannego kaca, a oprócz nich w zamku przebywała jedynie profesor Vatblasky, która nie opuszczała swojej wieży i profesor Mowbray, nauczycielka astronomii, która z przyzwyczajenia budziła się około południa. Niemniej jednak Minerwa była zbyt ciekawa by zaczekać z sprawdzeniem tego odkrycia do rana.
- Idę pierwszy. – zarządził Albus, gdy już przypiął kartkę do muru przy wejściu na dziedziniec.
Minerwa zaświeciła różdżkę i z szybko bijącym sercem obserwowała, jak czarodziej znika w otworze. Dziura musiała być głęboka, bo po paru minutach widziała jedynie światełko różdżki Albusa. Wreszcie usłyszała jego zwielokrotniony przez echo głos:
- Możesz schodzić! Ale ostrożnie, drewno jest zupełnie zbutwiałe!
Minerwa zaklęciem przytwierdziła różdżkę do przedramienia i postawiła stopy na pierwszych stopniach drabiny. Albus miał rację – drewno musiało trzymać się jedynie mocą magii budowlanej – Minerwa wyczuwała ją – była starsza niż większość zamkowych murów. Czarownica powoli i ostrożnie stawiała stopy na zbutwiałych stopniach, wilgotnych i śliskich. To pochłaniało prawie całą jej uwagę – kątem oka widziała, że znajduje się w szybie, przypominającym studnię o średnicy około dwóch metrów, o wygładzonych, kamiennych ścianach. Musiała zejść około trzydziestu metrów pod ziemię, gdy wreszcie znalazła się obok Albusa, stojącego po kostki w wodzie i świecącego różdżką po ścianach.
Po prawej znajdował się łukowy portal – Albus wskazał jej płaskorzeźbę orła nad nim. W świetle obu różdżek za nim widzieli prosty korytarz, o szerokości około trzech metrów.
- Prowadzi w kierunku jeziora. – mruknął Albus, rzucając szybkie zaklęcie czterech stron świata.
- Wyczuwasz jakieś pułapki? W końcu wszystko wskazuje na to, że była to robota Roweny. – zapytała Minerwa, samodzielnie rzuciwszy kilka zaklęć sprawdzających –w korytarzu nie było żywego ducha oprócz małego szczura.
- Nie, zabezpieczenie na pierścień było zbyt unikatowe, by potrzeba było innych. Wszystko zależy jeszcze od tego, jakie było przeznaczenie tego wszystkiego. Tunel pochodzi z czasów założycieli – magia budowlana jest silniejsza niż wszędzie indziej. Ciągnie się na odległość około kilometra. – Albus nie mówił już nic więcej, po prostu pewnym krokiem minął portal i ruszył tunelem. Minerwa, z różdżką w ręku, podążyła za nim.
Szli jakieś trzy minuty, gdy Albus zatrzymał się i uniósł dłoń. Wskazał na prawo - w świetle jego różdżki majaczył zarys potężnych, wielkich drzwi. Zbliżyli się do nich ostrożnie – były wykonane z solidnego drewna, z metalowymi okuciami. Zamiast dziurki od klucza znów był maleńki symbol orła. Minerwa zerknęła na Albusa – kiwnął głową, więc przyłożyła sygnet do wyżłobień – rozległo się ciche kliknięcie i drzwi uchyliły się lekko. Minerwa pchnęła je mocno i z różdżką w pogotowiu weszła pierwsza.
Znaleźli się w dość dużej komnacie – wielkości klasy Minerwy. Było to solidne pomieszczenie, z dość niskim sufitem. Wewnątrz nie znaleźli nic oprócz drewnianych szczątków czegoś w kącie i ogromnego kominka, ozdobionego gzymsem z zielonego marmuru, z płaskorzeźbą orła oplecionego przez ogromnego węża. To do tego miejsca skierowała się Minerwa. Zajrzała do kominka – szyb musiał zapewne łączyć się z systemem kominów Hogwartu. Potem przejechała dłonią po płaskorzeźbie – była zupełnie zakurzona.
- Interesujące. – odezwał się Albus z drugiego końca pomieszczenia, pochylony nad drewnianymi szczątkami.
-Co tam znalazłeś?
- To musiała być drewniana rama solidnego łóżka, ale rozpadła się ze starości. – oświadczył, a potem podszedł do niej.
- Nie rozumiem. Co to za miejsce? – Minerwa rozejrzała się po komnacie. Albus tymczasem badał płaskorzeźbę, z wyraźnie zmarszczonymi brwiami.
- Hmm, to rzuca nowe światło na stare plotki. – mruknął. Minerwa spojrzała na niego, zdezorientowana.
- Jakie plotki?
- Jak dokładnie twój ród wywodzi się od Roweny Ravenclaw, Minerwo? – odpowiedział pytaniem, tym razem patrząc jej w oczy.
- W kłótni Slytherina z Gryffindorem miała popierać tego pierwszego, zatem nie została zbyt długo w zamku po odejściu Salazara. Zakochała się w szkockim czarodzieju- pierwszym McGonagallu. Miała z nim syna, który zapoczątkował mój ród. Gdy szkocki czarodziej zmarł, wyszła ponownie za mugola i miała z nim córkę, ale ona umarła bezdzietnie. – wytłumaczyła Minerwa.
- Mam pewną hipotezę, dotyczącą przeznaczenia tego pomieszczenia, ale może być dla ciebie kontrowersyjna. – rzekł Albus.
- Mów. To wszystko i tak jest już wystarczająco nierzeczywiste. – Minerwa z ciekawością czekała na jego tezy.
- Widzisz plotka mówi, że Rowenę i Salazara łączyło coś więcej niż wspólny pogląd dotyczący przyjmowania do Hogwartu jedynie uczniów czystej krwi. Ta płaskorzeźba nie pokazuje walczących zwierząt – są raczej splecione w miłosnym uścisku, a jeśli rzeczywiście stało tu ogromne drewniane łoże, ta komnata mogła być tajemnym miejscem schadzek Roweny i Salazara. – objaśnił Albus.
Minerwa poczuła jak miękną jej kolana. ,,Witaj córo Roweny, wzmocniona krwią Salazara i błogosławieństwem smoków." – właśnie tak powitała ją Tiara Przydziału wiele lat temu. Co jeśli odniesienie do Slytherina nie łączyło się z osobą babki Theresy, jak do tej pory myślała? Co jeśli była potomkinią nie tylko Roweny Ravenclaw, ale również Salazara Slytherina? Czy to odkrycie, akurat dziś, w noc po weselu Lily i Jamesa, miało jakąś szczególną wymowę? Czy Fawkes specjalnie zostawił ich na dziedzińcu transmutacyjnym?
- Nie. – wyszeptała Minerwa. Była Gryfonką od stóp do głów – tiara mogła umieścić ją w domu lwa wbrew dziedzictwu jednego z założycieli Hogwartu. Ale dwóch?
- Czy McGonagallowie mogą być w istocie potomkami zarówno Roweny jak i Salazara? – zapytała cicho, skupiając wzrok na poważnej twarzy Albusa.
- Z tego co pamiętam, to twoi najdalsi przodkowie byli zbyt potężni, by można było to wykluczyć. Nie można też odmówić wam sprytu, ani troski o czystość własnej krwi. – rzekła Albus, jego głos dziwnie zasadniczy.
Minerwa oparła się o ścianę. Z jednej strony pewien stały punkt jej życia – duma z bycia potomkinią Ravenclaw, właśnie runął w gruzy. Z drugiej jednak strony to nic nie zmieniało. Bez względu na rodzinne koligacje, tiara przydzieliła Minerwę do Gryffindoru.
- Dlaczego Fawkes zostawił nas na dziedzińcu transmutacji? Czy naszym przeznaczeniem było odkrycie prawdy o moim pochodzeniu? – zapytała, zanim przemyślała swoje słowa. Pożałowała ich, gdy Albus odwrócił głowę.
- Nigdy tak naprawdę nie pojąłem, dlaczego tiara umieściła cię w moim domu. – odpowiedział.
,,Poślę cię tam, gdzie znajdziesz miłość" – znów słowa tiary dźwięczały w głowie Minerwy, ale teraz brzmiały gorzko, twardo i wbijały się klinem jej serce.
- Pewnie uważała mój przydział za świetny żart. Chodźmy. Może na końcu tego tunelu jest coś ciekawszego. – mruknęła Minerwa, wyminęła czarodzieja i wyszła. Już poza wymowną komnatą głęboko zaczerpnęła wilgotnego powietrza- musiała się uspokoić.
Ruszyli do przodu już bez zbędnych słów. Po kilku minutach tunel kamiennymi stopniami schodził w dół. Podążyli nimi powoli, gdyż schody były kręcone, nie widać było nic poza kilkoma stopniami. Wreszcie idący na przedzie Albus zatrzymał się.
Znaleźli się na końcu schodów. Przed sobą mieli kamienny portal, taki sam jak przy drewnianej drabinie. Za nim musiało znajdować się dużo większe pomieszczenie, bo Minerwa czuła zimny powiew powietrza na twarzy, a światło ich różdżek słabo rozpraszało ciemność za portalem.
- Lumos Maxima! – rzekł Albus, wchodząc w mrok.
Z końca jego różdżki oderwała się sporych rozmiarów kula światła i poszybowała w górę, skąpawszy wszystko w białym blasku.
Znajdowali się w ogromnej, naturalnej grocie, ze stalaktytami zwisającymi ze stropu. Ściany jaskini tworzyły błyszczące na niebiesko skały. Grota musiała ciągnąć się bardzo daleko, bo jej północny koniec nie był oświetlony – oni sami stali na południowym końcu.
Jednak rzeczą, która jako pierwsza zwróciła ich uwagę, było idealnie płaskie dno jaskini, na którym ktoś położył zardzewiałe tory kolejowe. Przed nimi zaś ciągnął się sznur górniczych wagoników, przypominających te z banku Gringotta. Nie były ze sobą połączone, choć miały tę możliwość. Albus z zaciekawieniem ruszył do przodu, wzdłuż szeregu wagoników.
- Są w dobrym stanie, ale muszą być młodsze niż komnata Roweny. – Albus po drodze rzucał różne zaklęcia na wagoniki, między innymi sprawdzając ich wytrzymałość.
Zgodnie z cichymi przypuszczeniami Minerwy, na końcu groty znajdowało się wejście do tunelu, w którym ginęły tory.
- To musi być naprawdę długi tunel, inaczej nie budowano by tu torów. Wagonów jest około czterdziestu, to też o czymś świadczy. – powiedziała do Albusa.
- Masz rację. Dlatego żeby dowiedzieć się dokąd te tory prowadzą, chyba będziemy musieli użyć jednego z tych pojazdów. – Albus otworzył drzwiczki wagoniku mogącego pomieścić do pięciu osób i uśmiechnął się zachęcająco. Minerwa wskoczyła zwinnie do środka, ignorując skrzypienie starych desek. Gdy już obydwoje znaleźli się w środku, zwolniła zaklęciem dźwignię hamulca. Usiadła z przodu z wyciągniętą dłonią w której świeciła różdżka– Albus z tyłu wyczarował podmuch powietrza, pchający wagonik do przodu.
Mimo początkowego skrzypienia kół po szynach, po chwili mknęli w mrok.
Jechali godzinę z dość dużą prędkością. Świst i skrzypienie kół uniemożliwiały rozmowę. Minerwa była zmuszona raz za razem odgarniać gęste pajęczyny z twarzy- tunel rzeczywiście musiał pozostawać nieużywany przez wiele lat. Był mało naznaczony ludzką ręką – jego ściany były w dużej mierze naturalne. Woda ściekała po skałach, a w obniżeniach terenu zbierała się w wielkie kałuże, które Minerwa zauważała zazwyczaj zbyt późno- wjeżdżali w nie z impetem. Woda rozbryzgiwała się na boki, nie pozostawiając na nich suchej nitki. Wreszcie tunel zaczął się rozszerzać – po jakiejś półtorej godziny jazdy .
- Zwolnij! – krzyknęła Minerwa do Albusa.
Już wolniej wtoczyli się do wysokiej jaskini – prawie identycznej jak tej pod Hogwartem. Zatrzymali się przed rządem takich samych wagoników – było ich jednak mniej, bo około dziesięciu. Dwójka magów wytoczyła się z wagonika. Minerwa szybko rzuciła na nich zaklęcie ogrzewające.
- Imponujące. – wymruczał Albus, rozglądając się po podziemnym ,,peronie". Z prawej strony znajdowało się znajome, łukowate przejście. Ruszyli ku niemu. Tym razem od razu znaleźli się przy drabinie, ale ta nie była drewniana, lecz metalowa.
- Ma jakieś kilkanaście metrów. Na górze jest kamienna płyta – chyba marmurowa, jeśli mnie wzrok nie myli. Zapewne na niej też jest orzeł Roweny. – rzekł Albus, zadzierając głowę do góry.
- Zatem pójdę pierwsza. – zaoferowała się Minerwa. Zanim dyrektor szkoły zdążył zaprotestować, już wspinała się po drabinie, w myślach gratulując sobie pomysłu transmutacji sukni w szaty.
Rzeczywiście, po około dwudziestu metrach wspinaczki, Minerwa zobaczyła płytę z zielonego marmuru, takiego samego jak płaskorzeźba w komnacie. W rogu było wgłębienie w kształcie orła. Przytknęła do niego sygnet. Płyta odsunęła się.
Najpierw Minerwa poczuła dziwnie znajomy zapach stęchlizny. Potem wychyliła się.
Natychmiast rozpoznała miejsce, w którym się znaleźli.
Przez witrażowe okna wpadało światło księżyca, spowijając wielkie sarkofagi z zielonego marmuru w bladej poświacie.
- Jesteśmy w mauzoleum McGonagallów! – krzyknęła Minerwa do Albusa.
Z radością wygramoliła się z tunelu, po czym rozejrzała po znajomym wnętrzu. Tunel ukryty był pod niepozorną płytą w posadzce, na samym środku mauzoleum. Albus właśnie się z niego wydostał. Minerwa uśmiechnęła się na widok jego podartych i brudnych szaro fioletowych szat.
- To lepsze niż cokolwiek, czego moglibyśmy się spodziewać. Nie tylko znaleźliśmy bezpieczne połączenie z twoim domem, to jeszcze mamy wymarzone miejsce ewakuacji w razie ataku na Hogwart. – przyznał Albus, zmęczony, ale zadowolony.
- Chodź. Obydwoje potrzebujemy snu i czegoś do zjedzenia. Jutro wrócimy do Hogwartu. Wyślemy sowę, żeby się o nas nie martwili. – zarządziła Minerwa i ruszyła do wyjścia z krypty. Po drodze wyczarowała świeżą wiązankę przy sarkofagu rodziców.
Jej ojciec i dziadek przeżyli swoje życia w niewiedzy o tym, że również Salazar Slytherin może być ich przodkiem. To nie przeszkodziło im w byciu wielkimi czarodziejami. Ona też nie zamierzała pozwolić, by ta wiedza cokolwiek zmieniła.
W końcu była Minerwą McGonagall, opiekunką Gryffindoru w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, znaną z swojej wierności ideałom domu lwa.
oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Hej, moi Czytelnicy! Jesteście tam? Czytacie? Co sądzicie?
Muszę przyznać, że ta sesja dała mi się we znaki, wakacje też nie będą sprzyjać mozolnemu edytowaniu tej mojej pisaniny, ale jeśli interesuje was co będzie dalej to spokojnie, będę dalej publikować ;)
Sciptrix - cieszę się, że czytasz dalej i że znalazłaś czas na napisanie reviews. Postaram się odpowiedzieć na twoje wątpliwości, ale nie na wszystkie, bo musiałabym zdradzić tajemnice dalszej fabuły ;) Spencer-Moon wierzył, że został mu rok, a wyczerpanie wojną przyspieszy postęp choroby. Żył dłużej, bo chciałam podkreślić, że te 7 lat upłynęło mu na cierpieniu i rozmyślaniu o swoich grzechach. Zależało mi też, by śmierć trzech istotnych bohaterów - Spencer-Moona, Dippeta i królowej Marii nastąpiła w mniej więcej tym samym czasie. Czarodziejskie media - Prorok Codzienny, Czarownica itd - od zawsze mnie fascynowały - szczególnie w piątym tomie, gdy Knot manipuluje prasą do swoich politycznych celów. Pewne odniesienia do wpływu prasy i reporterów na życie naszych bohaterów będą się pojawiać, by uwypuklić upodobanie Minerwy i Albusa do ukrywania swoich sekretów. Idealnie podsumowałaś Paulmana, właśnie taki miał być. Cieszę się, że podobała ci się rozmowa kwalifikacyjna- to jeden z moich ulubionych i najlepiej dopracowanych rozdziałów w tym tomie. Kwestia Tatiany rozwiąże się na sam koniec, podobnie jak przepowiednia. Jeśli zaś chodzi o Huncwotów i Severusa - relacje z nimi są dla Minerwy bardzo ważne i będą rzutować na wiele jej późniejszych działań.
Avenity - ta wojna jest zupełnie inna od poprzedniej, bo toczy się na brytyjskiej ziemi, a siły Toma są mniejsze niż nawet ułamek wojsk Grindelwalda. Śmierciożerów porównałabym raczej do terrorystów, atakujących znienacka, wykorzystujących słabości ministerstwa, tworząc złudną atmosferę terroru i zastraszenia. Jest to też konflikt rozłożony w czasie - Voldemort powoli rekrutuje swoich zwolenników, a Albus i Minerwa równie powoli tworzą struktury Zakonu Feniksa. Konfrontacje się pojawią, tylko cierpliwości. Rdzeń różdżki Toma musiałam zmienić, bo wprowadziłam Fawkesa dopiero w trzecim tomie. To, że Minerwa zniszczyła jego pierwszą różdżkę też ma swoje znaczenie - wiąże paranoję Toma na punkcie broni niepokonanej z jego obsesją na punkcie Minerwy. A wątek Toma starającego się o posadę nauczyciela przed czarną magią pominęłam, bo zwyczajnie brakowało mi weny, co często zresztą mi się przytrafiało przy tej części. I wielokrotnie zastanawiałam się, czy czegoś nie dopisać, nawet ostatnio, ale to wiązałoby się z dłuższym przestojem przy publikowaniu i nie wiem czy byłoby tego warte.
Jak Wam podobał się ten rozdział? Jak zwykle jestem ciekawa Waszych opinii, dajcie znać w reviews jak widzicie ten tom.
Pozdrowienia,
Emeraldina
