Komentarz Autorki: Miałam w przeciągu jednego roku napisać kilka krótkich rozdziałów, a skończyło się na prawie siedmiu latach i prawie siedemdziesięciu tysiącach słów. Ma nadzieję, że następnym razem pójdzie to szybciej.

Dziękuję za wszystkie komentarze i cieszę się, że wciąż jeszcze ktoś to czyta.


Rozdział jedenasty: Trzy porażki i sukces

Wściekle czerwone wskazówki okrągłego, białego zegara wiszącego na ścianie pracowni pokazywały za kwadrans piętnastą. Bulma popatrzyła po znużonych twarzach siedzących z nią przy metalowym stole naukowców, podpierających się łokciami i ospale pociągających kawę ze swoich kubków. Wszystkich dopadł kryzys drugiej po południu, kiedy to minęło już wystarczająco dużo czasu od lunchu, na to żeby spadł im poziom cukru, ale nie dość, żeby można było się już zbierać do domu.

Zamieszała resztką swojej kawy po dnie kubka i uśmiechnęła się do siebie. Takich chwil jej brakowało w ostatnich tygodniach. Tylko ona i jej zespół - ludzie, którzy rozumieli ją i jej styl pracy - robiący sobie długą, zasłużoną przerwę na kawę.

Dla jej ludzi jej awans nie zrobił wielkiej różnicy. Nadal traktowali ją jak zawsze - z luzem, ale okraszonym odpowiednią dozą ostrożności. Nic się nie zmieniło. No, może trochę głośniej narzekali, że rzadko ją widują.

- Na ogłoszenie wyników planujesz zostać tutaj czy jedziesz do biura? – zapytał siedzący naprzeciwko niej Franz, drapiąc się po twarzy. Zapuszczał właśnie brodę, z marnym jak na razie skutkiem, ale nikt z nich nie miał mu serca powiedzieć, że to co miał na twarzy bardziej przypominało ś wińską szczecinę niż zarost.

- Do biura. Podobno będzie lepiej wyglądało, jeśli będę wtedy z działem przetargów. Żeby było widać, że doceniam ich ciężką pracę.

- A my nie potrzebujemy docenienia?

- Wy już wiecie, że was kocham. – posłała mu całusa. – Tylko poklepię ich po pleckach i wracam tutaj świętować wygraną.

- Jak świętować? – wyszczerzył się. - Rozumiem, że dajesz przyzwolenie na spożywanie alkoholu w miejscu pracy?

- Tylko jeśli po wszystkim wszyscy zaraz pójdą do domu. Nie będę potem tłumaczyła inspektorom BHP, że zachęcamy swoich pracowników do pracy przy skomplikowanej maszynerii po spożyciu.

- Nie dość, że dostaniemy szampana, to jeszcze wypuścisz nas wcześniej z pracy? Szefowo! – wykrzyknął i chwycił jej rękę, próbując ucałować jej dłoń.

- Dobra, starczy, starczy! – zawołała z udawanym oburzeniem. - Bo dostaniecie szampana dla dzieci!

- A co potem? – odezwała się siedząca obok Franza Annika – Jak już wygrasz? Myślałaś już nad jakimś nowym projektem dla nas?

- Oczywiście, że tak. – Bulma uśmiechnęła się tajemniczo. - Ale na razie nic nowego nie będziemy zaczynać. Jak już podpiszemy kontrakt z rządem, będę musiała dopilnować wszystkich formalności, więc przez następne kilka ładnych tygodni będę więcej w biurze niż tu. A potem pewnie pojadę na trochę do naszych fabryk na północy, żeby tam nadzorować rozpoczęcie prac…

- Czyli tu kończy się nasz udział w twoim super ważnym przetargu? Nie możemy nic więcej zrobić?

- Wy już zrobiliście swoje. Odpocznijcie sobie, należy się wam. – zabujała się na stołku. - Z resztą, powinniście wybrać swoje urlopy. Nikt z nas przez całe lato nie brał wolnego i…

- No dobrze, a jak wszyscy wrócimy z wakacji? – przerwał jej Franz. - Masz już jakiś plan?

- Mam.

- I jest to…?

- Dołączymy do zespołu taty i ich prac nad statkami kosmicznymi.

Wśród siedzących przy stole rozszedł się zawiedziony pomruk.

- Mamy się wprosić do ich projektu? – stęknął ktoś z końca stołu.

- Dajcie mi dokończyć! – Bulma uniosła rękę w uspokajającym geście. – Tak, przyłączymy się do nich. Ale to nie oznacza, że od teraz będziecie pracować dla mojego taty i jego zespołu. Nadal zostajemy oddzielną ekipą. Chcę tylko, żebyście jak najszybciej dowiedzieli się jak najwięcej o kapsułach i w międzyczasie pomyśleli, co możemy zrobić żeby i same kapsuły, i ich produkcja były bardziej efektywne.

- A co jest nie tak z tą nad którą teraz pracują? Z tego co widziałem, jest naprawdę imponująca.

- Cóż, tata ma trochę mało biznesowy stosunek do statków kosmicznych. Jeśli chcemy przystosować je do celów komercyjnych, będzie to wymagało zupełnie innego podejścia do sprawy.

- Twojego podejścia?

- Tak to można nazwać. - wyszczerzyła się.

- Czyli chcesz zagarnąć ten projekt dla siebie?

- Tego nie powiedziałam. - uśmiechnęła się figlarnie. - Ale obiecuję, że nie będziecie się nudzić.

Bulma niecierpliwiła się równie mocno co jej zespół. Przed nią jeszcze kilka nudnych tygodni na ostateczne domkniecie spraw związanych z przetargiem i będzie mogła zająć się przyjemnościami. Nie mogła się już doczekać pracy nad statkami kosmicznymi. Przywracanie do stanu używalności statku Wszechmogącego była jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy jakie kiedykolwiek robiła w swoim życiu. Na samą myśl o tym, że teraz będzie mogła skupić się tylko nad stworzeniem od podstaw własnego statku aż ją roznosiło. Do tej pory, skoncentrowana na przetargu, nad kapsułami pracowała tylko z doskoku - kiedy tylko mogła, poświęcała choć pół godziny na bodaj przejrzenie dokumentacji sporządzonej przez zespół ojca. To był fascynujący temat. I jak stymulująco na nią działał! Przecież problem lądowania rozwiązała w jedno popołudnie. Co uda jej się osiągnąć, jeśli poświęci mu kilka tygodni?

- No dobra, koniec tego lenienia się. – Bulma podniosła się ze stołka i przeciągnęła się. - Wracamy do pracy, moi państwo.

Wszyscy, dość niechętnie, poszli za jej przykładem.

- Twoja przerwa będzie chyba trochę dłuższa od naszej. – mruknęła do niej Annika.

- A to dlaczego?

Franz podążył za wzrokiem Anniki i wzdrygnął się.

- Oho, dziki konus nervus na horyzoncie. Ciekawe co tym razem zepsuł.

Odwróciła się żeby zobaczyć Vegetę, szybkim, stanowczym krokiem przemierzającego laboratorium. Jego widok wywołał lekkie poruszenie wśród jej ludzi, którzy jakby nagle z większym entuzjazmem wracali do pracy, byle szybciej oddalić się od stołu i uniknąć potencjalnego spotkania z intruzem.

Wszyscy rozpierzchli się, prócz Franza i dwóch innych chłopaków, którzy wciąż stali przy stole.

- Chcesz żebyśmy dotrzymali ci towarzystwa na wypadek gdyby ten wojowniczy niziołek coś kombinował?

- Spokojnie, panowie, sama go tu zaprosiłam.

Widzieli jej kolana kiedy wróciła do laboratorium po tym pamiętnym dniu w kapsule, kiedy Vegeta zaprezentował jej możliwości symulatora grawitacji. Ich pytania – sama nie wiedząc czemu - zbyła mówiąc, że potknęła się na trapie kapsuły. Miała wrażenie, że nie wszyscy jej wtedy uwierzyli.

- Jesteśmy teraz w dobrych stosunkach. I właśnie zamierzam je jeszcze polepszyć.

- Jakby co, jesteśmy niedaleko.

Rozeszli się, zostawiając ja samą dokładnie w momencie, gdy podszedł do niej Vegeta. Stanął kilka kroków od niej, łypiąc podejrzliwie na nią, na stojących w oddali ludzi i nawet na wypełniające laboratorium sprzęty. To jego węszenie podstępu z każdej strony zaczynało być już nudne. Myślała, że już zakończyli ten etap, szczególnie po tamtym wieczorze kilka dni temu, kiedy udało im się przeprowadzić cywilizowaną konwersację. Ale najwyraźniej nie. Liczyła więc, że to, co dla chciała dziś dla niego zrobić zakończy raz na zawsze ten niedorzeczny festiwal nieufności.

- Twoja matka powiedziała, że chciałaś się ze mną widzieć. – rzucił, zatrzymując na niej w końcu skaczący po pomieszczeniu wzrok.

- To było jakieś sześć godzin temu, nie śpieszyło ci się… Ale dzięki, że przeszedłeś.

Obeszła stół i gestem pokazała, żeby podążył za nią.

- Chodź, chciałam ci coś pokazać.

Zaprowadziła go do pracowni obok. Wyciągnęła z jednej z metalowych szaf duże pudło i postawiła je na biurku.

- Vegeta, mogę śmiało powiedzieć, że właśnie zapłaciłeś za swój pobyt tutaj.

Przesunęła pudło w jego stronę.

- Proszę.

Nie ruszył się, żeby chociaż zajrzeć do środka.

- Co jest w środku?

- Sam zobacz.

Z wahaniem otworzył pudło i uniósł ostrożnie jego zawartość.

- Co to jest?

- Replika twojego stroju. – odparła z dumą w głosie. – Firmy odzieżowe będą się zabijać o ten materiał. Niestety na pancerz będziesz musiał jeszcze trochę poczekać. Nie do końca…

- Skąd to masz? – przerwał jej gwałtownie i wyciągnął trykot z pudła.

- Udało mi się go odtworzyć. To znaczy, nie mi konkretnie. Zleciłam to swoim ludziom. Sama nie miałam czasu żeby…

- Nie skąd to – potrzasnął ubraniem w garści. - się tu wzięło, ale skąd wzięłaś mój?

- Jak to skąd? Od ciebie. Zrobiliśmy go na podstawie tego, w którym przybyłeś z Namek.

Stężał.

- Kto ci na to pozwolił?

- Ty sam? – odparła, zbita z tropu. - Pytałam się ciebie czy mogę.

- Nie przypominam sobie. – odpowiedział, mrużąc oczy.

- To było jak tylko się tu zjawiłeś. Zabrałam wtedy twoje rzeczy.

- Do wyczyszczenia, nie przywłaszczenia.

- Nie przywłaszczyłam go!

- Ale wzięłaś jakby był twój.

Nie takiej reakcji się spodziewała. Nie żeby myślała, że dostanie wylewne podziękowana, ale wściekłość, oburzenie z jakim na nią patrzył naprawdę ją zaskoczyło.

- Hej, trochę wdzięczności… – zaczęła, ale nie dał jej skończyć.

- Myślisz, że skoro dajesz mi dach nad głową, to możesz sobie zabrać co chcesz?

- Nie zrobiłam nic złego! - uniosła głos. - Zachowujesz się jakbym coś ci zrobiła. A ja chciałam ci sprawić prezent!

- Niszcząc jedyną rzecz na tej planecie jaka do mnie należy?

- Nie zniszczyliśmy go! Pobraliśmy tylko próbki, małe kawałeczki materiału do badań. Nie zrobiło to dużej różnicy, i tak jest porwany…

Vegeta przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ściskany w rękach trykot. Nie wiedziała co ma dalej robić. Najchętniej wyrwałaby mu swój prezent z rąk i wyszła. Nie miał prawa tak jej traktować! Ale kto daje i zabiera… Czując się jak idiotka, stała z rękami wbitymi w kieszenie i czekała aż Vegeta w końcu przyjmie albo rzuci jej podarunek w twarz.

- Po co? – zapytał cicho, unosząc w końcu wzrok znad ubrania na nią.

- Powiedziałam, że ci nie podziękowałam. No to teraz dziękuję.

- Co za to chcesz?

Wzruszyła ramionami.

- Nic… Co najwyżej mógłbyś mi pozwolić na jego opatentowanie.

- Oczywiście. – prychnął.

Pogarda na jego twarzy dotknęła ją do żywego.

- I co ci nie pasuje? Utrzymujemy cię, chociaż tak mógłbyś się nam odpłacić.

Vegeta nic nie odpowiedział, opuścił tylko ręce i przez chwilę miętosił strój w dłoniach.

- Co jest? Nie idziesz go przymierzyć?

Rzucił trykot na stół.

- To nie jest to.

Bulma zamrugała, niepewna, czy aby się nie przesłyszała.

- Słucham?

- To nie jest ten materiał.

Poirytowana, wzięła się pod boki.

- Rozumiem, że zbulwersowało cię, że „ukradłam" twój strój, ale to nie powód, żeby robić mi na złość.

- To nie jest ten sam materiał – powtórz ze złością.

- Jak to nie ten? Przecież to to samo! – chwyciła trykot ze stołu.- Może się po prostu odzwyczaiłeś i...

- Spędziłem w tych ubraniach całe swoje życie i mówię ci, że to nie jest to.

- Ale… - zaczęła niepewnie, miętoląc tkaninę w ręku.. – Może… może powinieneś chociaż go założyć. Nawet jeśli nie jest w dotyku taki jak tamten, to…

- Nie. – uciął. - To była strata czasu. Oddaj mi mój stary.

- Musiałabym sprawdzić gdzie on jest.

- Nie wiesz tego? – zapytał ostro.

- Nie ja nad nim pracowałam, mówiłam ci.

- Nie obchodzi mnie to. Masz go zwrócić.

- W porządku, zapytam…

- Do jutra mam go mieć z powrotem! – warknął.

- Dobrze! – odszczeknęła i cisnęła strój z powrotem do pudełka.

Vegeta odwrócił się na pięcie i po prostu wyszedł z pracowni. Żadnego dziękuję za dobre chęci albo następnym razem ci się uda. Bo przecież musi spróbować jeszcze raz. Nie ważne, że on nie chce jej pomocy… Nie, chrzanić pomoc, i tak na nią nie zasługiwał! To chodziło o sam materiał! Jak to się mogło stać?

Usiadła ciężko za stołem, wsparła głowę na dłoniach i wbiła wzrok w niebieską tkaninę. Dobrze, zwróci mu jego strój. Uszczuplony o kolejny mały kawałek. Bo to nie tak jakby na Vegetę było potrzeba dużo materiału… Po przetargu sama zajmie się tkaniną. Jeśli ona to zrobi, to nie ma szans żeby się jej nie udało. Nawet jeżeli jest tak samo trudna do rozgryzienia jak jej właściciel.


Czwarta koszula z kolei wylądowała na podłodze. Bulma stała przed lustrem, zapinając guziki piątej, tym razem w granatowe paseczki. Spędziła ostatnie dziesięć minut stojąc na środku swojej garderoby, nie mogąc się zdecydować na odpowiedni na dziś strój. Powinna założyć coś, co krzyczało jednocześnie 'sukces', ale było na tyle stonowane, że gdyby… Nie, nie mogła nawet dopuszczać do siebie takiej myśli.

Zbudziła się tuż po piątej i, mimo że na dworze dopiero się rozjaśniało, podniosła się z łóżka. Choć jej budzik miał zadzwonić dopiero za półtorej godziny, wypełniająca ją ekscytacja nie pozwoliła jej zostać po ciepłą kołdrą. Za osiem godzin miał zostać podany wynik rozstrzygnięcia przetargu, a ona odliczała każdą minutę.

Myślała, że będzie bardziej zdenerwowana, ale od rana dopisywał jej humor. Podśpiewywała pod prysznicem, jej żołądek, zamiast zacisnąć się z nerwów, głośno domagał się porządnego śniadania.

Zjadła bez pośpiechu, rozkoszując się każdym łykiem kawy, umalowała się starannie i teraz pozostało jej tylko ubrać się, pożegnać z mamą – tatę złapała już w kuchni; był zszokowany widząc ją na nogach przez szóstą – i pojechać do biura. Skoro już była prawie gotowa, powinna wyjechać chwilę wcześniej niż zwykle, może udałoby się jej zdążyć ominąć poranne korki…

Granatowe paski okazały się być strzałem w dziesiątkę. Chwyciła torebkę, przerzuciła przez ramię marynarkę i zeszła na dół w poszukiwaniu matki.

Mamę, tradycyjnie, znalazła z Nameczanami. Oraz z Ando, który od kiedy poznała go z ich gośćmi, spędzał każdą wolną chwilę w szklarni. Był w nich autentycznie zakochany. Stał z grupką starszych Nameczan i z uśmiechem od ucha do ucha słuchał jednego z nich, żywo rozprawiającego o czymś. Mama zaś siedziała z dzieciakami przy ogrodowym stole, prawie niewidocznym pod warstwą kolorowych ścinków.

- Ledwo się rozwidniło a ty już zagoniłaś maluchy do robótek ręcznych? – zapytała, podchodząc bliżej. Po stole walały się kawałki bibuły, tkaniny, wstążki i farbki, dzieciaki zaś aż błyszczały się od brokatu. Psy leżące wokół stołu też.

- Pracują już od wczorajszego wieczoru. – odparła mama.

- A nad czym tak właściwie pracujecie, co? – zwróciła się do dzieci.

- Robimy dekoracje na jutro! – zawołał podekscytowany Esca pokazując jej wycinaną przez siebie girlandę.

- Przystroimy ogród na wezwanie smoka. Jeśli nie będą zapowiadali deszczu na noc, to może nawet zawiesimy ozdoby dziś wieczorem. – mama wydawał się równie przejęta co dzieci. - Już nie mogę się doczekać! Widzisz jakie śliczne rzeczy przygotowały dzieciaczki?

Bulma z pobłażliwym uśmiechem popatrzyła na papierowe łańcuchy i chorągiewki na sznurkach.

- Mamo, to nie pierwszy raz kiedy wzywamy smoka.

- Ale pierwszy raz w naszym domu! Poza tym to inny smok niż zwykle. Powinien czuć się mile przywitany!

- Na Namek przywołanie Porungi to zawsze jest wielkie święto. – odezwał się Dende znad swojej wycinanki i posmutniał – Zawsze było.

Bulma poczuła ukłucie winy. Jutro mijało sto trzydzieści dni - nameczański rok - i już jutro mieli wypowiedzieć swoje trzy życzenia. Nameczanie na swoje mieli poczekać kolejne sto trzydzieści. Choć sami zaproponowali, czuła, jakby bezprawnie odbierali im je, a co za tym idzie, możliwość powrotu do normalnego życia. Chociaż… Czekało ich zbudowanie go od nowa na nowej planecie. Moori mówił, że nie śpieszy się im. Więc nie było co na siłę wzbudzać w sobie poczucia winy. Krzywda im się tu nie działa.

- Mamo, będę się już powili zbierać. Mam w drodze powrotnej wstąpić do jakiegoś sklepu po więcej wstążek?

- Nie, mam jeszcze drugie tyle wszystkiego w domu. Wystarczy nam. – odparła mama i odłożyła nożyczki. - To już dziś twoja wielka chwila? O której będą wyniki?

- O trzynastej mają zamieścić informację na swojej stronie.

- Będę trzymać kciuki. Chcesz kopa na szczęście?

Dzieci wymieniły między sobą zdziwione spojrzenia.

- Tak się u nas robi. – wyjaśniła szybko Bulma. - Dajesz komuś kopniaka jeśli ma coś ważnego do zrobienia.

- Dlaczego? – zapytał Cargo, krzywiąc się.

- Bo… - zastanowiła się Bulma. Tak naprawdę nie miała pojęcia. Czemu właściwie kopie się ludzi na szczęście?

Przed ujawnieniem tych strasznych braków w wiedzy uratował ją Paco, najświeższy nabytek w psiej menażerii Briefsów. Po wielu próbach w końcu udało mu się podskoczyć wystraczająco wysoko, żeby chwycić zębami dyndający ze stołu sznurek od długiej girlandy i pociągnął go za sobą, ściągając przy okazji z połowę materiałów z blatu na ziemię. Bulma odskoczyła, cudem unikając ochlapania czerwoną farbą, której słoiczek poleciał w jej kierunku.

Pies, przestraszony zamieszaniem, rzucił się do ucieczki, nie wypuszczając z pyska girlandy. Dzieci pognały za nim.

- Bulma, zamknęłaś za sobą drzwi? – zapytała mama, podnosząc bibułę i tasiemki z ziemi.

- Chyba… chyba nie.

- To leć je zamknąć zanim Paco wyleci na zewnątrz i będziemy go musieli ganiać po całym ogrodzie!

Bulma podążyła za dzieciarnią, ścigającą psa. Był mały i szybki, i nie taki głupi jakby się wydawało. Paco był tu dłużej od nich i znał każdy zakątek szklarni. I doskonale znał drogę do drzwi.

Już tylko metry dzieliły go od wolności, już czuł rześkie, poranne październikowe powietrze, wdzierające się do dusznego ogrodu zimowego… gdy schwyciła go silna, zielona dłoń zakończona ostrymi paznokciami.

Piccolo podniósł psa do góry i potrząsnął nim. Paco nie dawał za wygraną – dalej przebierał nogami w powietrzu i ze złością machał trzymanym w pysku sznurkiem. Piccolo uniósł psa na wysokość twarzy i spojrzał na niego z niesmakiem. Chwycił dyndający sznurek i – choć Bulma była jeszcze daleko i mogła się tylko przesłyszeć – warknął na psa. Paco otworzył posłusznie pysk i girlanda wypadła na ziemię. Oddał psa Sidze i z obrzydzeniem otrzepał ręce.

- Było blisko. – Bulma podeszła do niego. - Dzięki za pomoc.

- Powinnaś zamykać drzwi. – odparł szorstko. – Już zapomniałaś co wydarzyło się ostatnio kiedy były otwarte?

- Oj tam, czepiasz się. W końcu miałeś okazję się wykazać. – powiedziała, szczerząc się. W odpowiedzi zacisnął usta.

- A ty czemu nie pomagasz w przygotowaniach? – zapytała.

- Myślisz, że nie mam niczego lepszego do roboty niż klejenie bibułek?

- Nie, myślę, że nie masz. – zakpiła. - Ale całe szczęście już od jutra będziesz mógł robić co ci się podoba. Wrócą chłopaki, więc nie będziesz naszym jedynym obrońcą.

- To, że wrócą, wcale nie… - zaczął i nagle gwałtownie uciął. Zamrugał, poruszył nosem…

- Piccolo? Wszystko w porząd…

I kichnął, tak głośno i gwałtownie, aż podskoczyła.

Już raz widziała jak kichał, ale to było nic w porównaniu z tym przedstawieniem.

- Czemu tak… - spróbował powiedzieć, ale znów kichnął, tym razem tak mocno, aż spadł mu turban z głowy.

Dzieciaki wybuchły śmiechem, a Bulma zasłoniła usta dłonią, próbując się nie śmiać.

Piccolo chwycił turban z trawy i wyprostował się, zawstydzony.

- Chcesz chusteczkę? – zaproponowała Bulma ostrożnie. – Chyba naprawdę się przeziębiłeś.

- To przez te przeklęte psy! – burknął pod nosem.

- A co mają psy do… Czekaj. Masz alergię na psy?

Nic nie odpowiedział, strzepując trawę z turbanu.

Bulma zaczęła się śmiać.

- To dlatego nigdy cię tu nie ma kiedy jesteś potrzebny! – wydusiła, próbując powstrzymać rechot. - Masz alergię i uciekasz od psów!

- To nie tylko ja. – odparł, lekko urażony. – Inni też tak na nie reagują.

Wytrzeszczyła oczy.

- To prawda? – zapytała dzieci. Te popatrzyła po sobie, zmieszane.

- No, może kilka osób…- zaczął nieśmiało Dende.

- Sidze łzawią oczy jak się bawi z pieskami! – dodał głośno Cargo, i zarobił kuksańca od Sigy.

- Dlaczego nic nie mówiliście? Moglibyśmy je stąd zabrać.

- Nie! - wykrzyczały dzieci chórem.

- Proszę, proszę, pani Bulmo, niech ich pani nie zabiera!

- Ale skoro źle się z nimi czujecie…

- Nic nam nie będzie! – zapewnił ją Siga, tuląc do siebie psa. Rzeczywiście miał szkliste oczy, tylko teraz nie wiadomo było czy od alergii, czy ze zmartwienia.

- Będziecie się męczyć przez następne sto trzydzieści dni?

- Będziemy się bawić przez następne sto trzydzieści dni! – poprawił ją Esca.

- Bulmo, możesz o tym nie mówić Mooriemu? – poprosił ją Dende. – Jeśli się dowie, może nie pozwolić nam zabrać piesków ze sobą na Nowe Namek.

Bulma popatrzyła na Piccolo, szukając pomocy. Uniósł brwi, dając jej do zrozumienia, że to jej zmartwienie.

- Dobrze, nie powiem nic Mooriemu. – powiedziała w końcu. Dzieci zawiwatowały. – Ale sami powinniście mu to powiedzieć! – dodała, próbując ich przekrzyczeć. – A teraz powinniście wrócić do mojej mamy i pomóc jej posprzątać. Przy stole został niezły bałagan.

Dzieci grzecznie odwróciły się, żeby zrobić to o co prosiła.

- Dende – zatrzymała go Bulma. - Zostaniesz jeszcze chwilkę?

Dende popatrzył niepewnie na nią i na Piccolo, jakby spodziewał się, że jednak dostanie mu się za trzymanie afery z psami w tajemnicy.

- Nie martw się, to nic złego – wyjaśniła, widząc jego wyraz twarzy. - Chciałam tylko zapytać czy niczego nie potrzebujecie na jutro.

- To znaczy?

- No wiesz, do wezwania smoka. Nie wiem jak to się odbywa.

- Jak to nie wiesz? – zdziwił się Piccolo.

- No właśnie nie. Ja wiem tylko jak się przywołuje Shenlonga.

- Przecież byłaś na Namek.

- Ale nie było mnie przy przywoływaniu. Widziałam go tylko z daleka i wiem, że był inny niż nasz. Może trzeba też czego więcej niż u nas żeby go przywołać. – zaśmiała się. - Bez obrazy, Piccolo, ale nasz smok to wersja budżetowa w porównaniu z Nameczańskim.

- Możesz nie martwić się o smoka, Bulmo. – odparł Dende z uśmiechem. - Poradzimy sobie.

- To właśnie chciałam usłyszeć. Dzięki.

Wraz z Piccolo obserwowali, jak Dende wesoło biegnie za resztą dzieci.

- To już jutro. – powiedział, nie spuszczając dzieciaków z oka.

- Tak. Nawet nie wiem kiedy to minęło.

- Szybko.

- Bardzo.

- Musisz się cieszyć.

- Oczywiście, że cię cieszę! – odparła gwałtownie.

Powinna się cieszyć. Powinna być podekscytowana! Ale nie była. To znaczy, oczywiście, już nie mogła się doczekać aż wypowiedzą życzenia, ale nie odczuwała radości z tego że znów zobaczy swoich przyjaciół, znów zobaczy Yamchę, tak mocno, jak się tego spodziewała. I dziwnie się z tym czuła. Supeł w żołądku, który zaciskał się na myśl o tym, że już jutro go odzyska był zaskoczeniem. Czym się martwiła? Przecież chciała go z powrotem. Odliczała dni aż znowu go ujrzy. Czy to była obawa przed tym jaki będzie? Że nie będzie taki jak przedtem? Ale czemu? Przecież już widziała ludzi przywróconych do życia. I wracali tacy sami jak przed śmiercią. Chiaotzu była taki jak zawsze. Goku był taki jak zawsze, tylko silniejszy. Krilin wrócił nawet lepszy, bo jakby stracił trochę ze swojego cynizmu, stał się lepszym człowiekiem. Dlaczego miałoby być inaczej w przypadku Yamchy?

Kiedy zginął, skremowali jego ciało, a prochy rozrzucili w ocean na brzegu wyspy genialnego Żółwia. Teraz dostanie nowe. Czy będą na nim te same stare blizny które tak dobrze znała? Czy jego skóra będzie taka jak ją zapamiętała? Jego oczy, taka samo błyszczące i ciemne, o tym samym ciepłym spojrzeniu?

Nigdy nie pytała ich jak to jest. Pytanie jak czują się, znowu żywi, wydawało jej się to zbyt osobiste, zbyt intymne. Nie byli aż tak blisko. Ale teraz żałowała, że nie znała odpowiedzi na wszystkie dręczące ją wątpliwości.

Nawet pomijając kwestie życia i śmierci, czuła się zagubiona. Jak miała go przywitać? Minęło pół roku od jego śmierci – żadna ich przerwa nie trwała aż tak długo. Chociaż… Powinna być przyzwyczajona do tego, że go nie ma – porównując ich do innych par, spędzali ze sobą niewiele czasu. Nawet kiedy byli razem, jeśli on nie był na meczu wyjazdowym, to znowu ona była piekielnie zajęta i bywało tak, że nie widywali się tygodniami. A w ostatnich miesiącach nie było między nimi najlepiej – mieli za sobą długą przerwę i zeszli się tuż przed przybyciem Saiyan, tak jakby Yamcha przewidywał, że należałoby się pogodzić na wypadek, gdyby jednak im się nie udało pokonać wroga. Uśmiechnęła się do siebie. Zawsze miał niezłą intuicję. Miała cichą nadzieję, że jej własna tym razem ją zawodzi.

Popatrzyła na zegarek i pożegnała się z Piccolo. Musiała się pośpieszyć jeśli chciała zdążyć przed korkami.

Te 129 dni minęło dobrze. Nikt nie zginął, dom nadal stał w jednym kawałku i nie doczekali się nalotu agentów rządowych szukających kosmitów. Jeszcze tylko jeden dzień… Wsiadła do samochodu i zacisnęła ręce na kierownicy, modląc się gorąco do Wszechmogącego i jakiegokolwiek innego bóstwa jakie ją teraz słyszało.

Jeszcze tylko jeden dzień. Dajcie nam tylko jeden dzień spokoju.

I wystarczający zapas Allertecu w pobliskiej aptece.


Wielka, czarna mucha od dobrych piętnastu minut obijała się o sufit pokoju Bulmy. Z uporem pukała w białą powierzchnię, jakby sama jej determinacja miała wystarczać do przebicia kilkudziesięciu centymetrów betonu. Bulma zazdrościła jej. Sama obecnie nie miała nawet dość woli żeby wstać i przynieść klapkę na muchy.

Obróciła się na łóżku i wcisnęła twarz w poduszkę. Powinna wstać i zamknąć okno – chłodne, wieczorne powietrze sprawiało, że chociaż leżała w ubraniu, przechodziły ją dreszcze. Niby mogłaby wejść pod kołdrę, ale… Leżała bez ruchu, czekając aż ziemia ją pochłonie. To najlepsze co mogłoby się jeszcze wydarzyć tego parszywego dnia.

Wystarczyła jedna mała tabelka, by wszystkie je dalekosiężne plany legły w gruzach. Jeszcze sześć godzin temu stała tam, w open-spejsie działu przetargów komunikacyjnych, śmiejąc się z pracownikami - ha ha, patrzcie jaką macie wyluzowaną szefową, przyszła sobie z wami pośmieszkować – i żartowała z kierownika zespołu pracującego nad ich przetargiem, żeby uważał, bo zaraz będą musieli wymieniać mu klawiaturę, tak mocno wciskał to F5. Było tak przyjemnie, tak sielankowo, że gdy przeczytali jej wyniki, pomyślała, że sobie z niej żartują. Dopiero gdy popatrzyła na twarze znajdujących się w pokoju – wszystkie oczy skupione na swoich monitorach, nikt nawet nie odważył się podnieść wzroku na panią prezes – zrozumiała, że to prawda. Przegrali. Przegrała. Wygrało Yorin Industries. Yagato, zgodnie ze swoimi zapowiedziami, sprzątnął jej wygraną sprzed nosa. Korporacja Kapsuła była na marnym drugim miejscu. Ktoś z pokoju odważył się powiedzieć, że to przecież drugie z siedmiu, ale zmrożony jej wzrokiem, szybko schował się za monitorem.

Ulotniła się z biura najszybciej jak mogła. Wróciła do domu i zabarykadowała się w swoim pokoju. To było dziecinne, ukrywanie się przed światem - powinna iść do pracowni i zobaczyć się ze swoim zespołem, ale nie wiedziała jak miałaby teraz tam wejść i spojrzeć im wszystkim w oczy. Nie kiedy w lodówce chłodziła się butelka szampana którą miała z nimi wypić.

Jednym, niezasłoniętym poduszką okiem zerknęła na podłogę, usianą zasmarkanymi chusteczkami. Kiedy tylko weszła do pokoju, rozpłakała się jak dzieciak. Wytrzymała te kilkadziesiąt minut w biurze, chłodnym, opanowanym spojrzeniem traktując wszystkich, którzy uznali za stosowne pojawić się w jej drzwiach i wyrazić swoje ubolewanie nad jej… niepowodzeniem, jak to nazywali. To była porażka, totalna, kompletna, upokarzająca porażka! Tak to powinni nazywać!

Całą drogę do domu też udało jej się nie rozkleić. Przeciwnie, wypełniała ją ślepa furia. Nie pamiętała nawet jak dostała się do domu i nie zdziwiłaby się gdyby za jakiś czas przyszły mandaty. Przyjęła słowa pocieszenia od rodziców, uśmiechnęła się kwaśno i poszła na górę. Tak jak stała – w wąskiej spódnicy i drogim żakiecie rzuciła się na łóżko i leżała tak dotąd, licząc, że zaśnie, a gdy się obudzi, znowu będzie czwartek rano i znowu stanie w swojej garderobie, wybierając strój godny zwycięzcy.

Przecież wszystko tak dobrze się układało! Wróciła do domu z kosmosu w idealnym czasie, żeby jeszcze przystąpić do przetargu. Miała trzy miesiące zbiegające się z nameczańskim rokiem, na przygotowania. Nawet ogłoszenie wyników przeniesiono idealnie na dzień przed wezwaniem Smoka! To był znak! Miała wygrać przetarg i dostać z powrotem swojego chłopaka! To tak, jakby jej sukces był zapisany w gwiazdach!

Nie był.

Katastrofa, której tak się obawiała przez ostatnie sto trzydzieści miała być związana z obecnością kosmitów w jej domu. Czymś, nad czym tak naprawdę nie miła kontroli. Nie jej własną nieudolnością. Jej pychą. Nastawiła się, że jeśli cokolwiek złego się stanie, wina będzie leżała na zewnątrz; nie dopuszczała nawet do myśli, że to ona może być winna.

Jęknęła i walnęła pięścią w poduszkę. Powinna to przewidzieć! Powinna wiedzieć, że nie można mieć za dużo szczęścia na raz. Powinna się przygotować!

Chrząknęła i podniosła głowę z poduszki. Przez całe to płakanie zaschło jej w gardle. Sięgnęła ręką do szafki nocnej - tata jakiś czas temu troskliwie przyniósł jej kubek herbaty. Nie ruszyła jej nawet. Teraz pewnie już była zimna. I dobrze, wszystko na co dziś zasłużyła to zimna, gorzka herbata.

Albo nawet i nie na to, przeszło jej przez myśl, gdy trąciła kubek, a on zachybotał się na brzegu szafki i spadł na ziemię. Uderzył o klepkę i rozpadł się, zalewając wszystko herbatą. Zerwała się z łóżka i rzuciła do osuszania kałuży. Chwyciła pierwsze co było pod ręką – sterta zużytych chusteczek – i próbowała powstrzymać kałużę zanim dopłynie do dywanu. Ale, jak gdyby nie dość było jeszcze na dziś nieszczęść, oczywiście jej się to nie udało i na wrzosowym dywaniku wykwitła brązowa plama.

Przeklinając, przykucnęła i zaczęła zbierać kawałki kubka z podłogi. Zerknęła przelotnie przez ramię gdy skrzypnęły za nią drzwi i wróciła do sprzątania skorupy.

- Nic mi nie jest, tato. To tylko kubek. – wymamrotała. - Zostaw mnie samą.

Kiedy wydało jej się, że już wszystko zebrała, podniosła się z klęczek i spojrzała na wciąż czekającego w drzwiach ojca. Tylko to nie był jej ojciec.

- A ty czego chcesz?

Vegeta stojący w jej uchylonych drzwiach przyglądał jej się bez wyrazu.

Uparta mucha, odkrywając nową drogę ucieczki, w końcu porzuciła ofensywę na sufit i wyleciała przez uchylone drzwi. Chociaż tyle dobrego.

- Przyszedłeś pośmiać się ze mnie? – zapytała ze wściekłością, ciskając resztki kubka na szafkę. - Proszę, możesz śmiało ponapawać się moją porażką. Oto wspaniała Bulma Briefs maże się z powodu jakiegoś głupiego przetargu!

Usiadła na łóżku i zasłoniła dłonią twarz.

- Idź sobie, mam już na dziś dość słuchania co wszyscy myślą o mojej przegranej. Jakbym sama nie wiedziała czyja to wina. – odetchnęła głęboko i spojrzała na niego przez palce. - To było przecież do przewidzenia, prawda? Jak ktoś, kto nie wie nic o prowadzeniu firmy mógł nawet liczyć na to, że uda mu się zdobyć taki kontrakt? Powinnam zostać w laboratorium i zająć się dłubaniem w kablach a nie udawać, że wiem co robię. Albo lepiej, powinnam poprosić tatę, żeby został na stanowisko prezesa, a sama, jak na prawdziwą dziedziczkę przystało, poświęcić się przebalowywaniu jego pieniędzy. Bo przecież tylko do tego się nadaję, co? Takie głupie, rozpuszczone dziewczynki jak ja nie powinny brać się za coś, czego nie potrafią!

Z przerażeniem usłyszała jak głos się jej łamie. Nie mogła nad tym zapanować. Myślała, że już jej przeszło, że te kilka godzin spędzonych na użalaniu się nad sobą wystarczyło, żeby przetrawić żal jaki miała do siebie. Dławiło ją w gardle, oczy zaszły jej łzami, a to, że nie umiała ich powstrzymać, jeszcze bardziej ją rozgoryczyło.

- Nie ważne jak się starałam! – wykrztusiła, nie mogąc powstrzymać napływających łez. - Nie ważne jak dużo z siebie dałam! Że każdą chwilę poświęcałam żeby udowodnić im wszystkim, że dam sobie radę. I że nie jestem tylko rozpieszczoną córeczką swojego tatusia, która dostaje wszystko na tacy. Chciałam dowieść, że się mylą!

Potarła oczy dłońmi, rozmazując sobie makijaż.

- Wszystko czego się nie dotknę zamienia się w porażkę! Tracimy pieniądze, robię z siebie idiotkę przed naszą konkurencją, zawaliłam jedyną rzecz jaką zajmowałam się przez ostatnie miesiące… Nie potrafiłam nawet odwzorować tego głupiego materiału dla ciebie!

- I co z tego?

Bulma odjęła dłonie od oczu i spojrzał na Vegetę. Wszedł do jej pokoju, ale drzwi wciąż zostawił otwarte, z ręką na klamce stojąc na progu.

- Coś ci się nie udało i to jest powód do użalania się nad sobą?

- A nie? – syknęła, sięgając po chusteczkę z kartonu stojącego na szafce. - Zawiodłam swoich ludzi. I tatę. Liczył, że może mi zaufać, a ja tylko zrobiłam z nas pośmiewisko.

- Przed kim?

- Przed wszystkimi! – zawołała i cisnęła chusteczką przez siebie. Ta zamiast dramatycznie pofrunąć, tylko upadła jej pod nogi.

- Popatrz na siebie. – powiedział ze wzgardą w głosie. - Siedzisz tu i się mazgaisz zamiast wziąć się w garść.

- Tak cię to dziwi? – prychnęła gorzkim śmiechem. – Nie tego się po mnie spodziewałeś? Przecież uważasz mnie za głupią, rozwydrzoną dziewuchę!

- Jesteś rozwydrzoną dziewuchą, ale nie jesteś głupia.

Spojrzała na niego, zaskoczona.

- Albo przynajmniej dotąd dobrze udawałaś, że nie jesteś. A teraz co? Ciągle powtarzasz, jaka jesteś wspaniała. I nawet sama w to nie wierzysz?

- Oczywiście, że wierzę! – odparła i podniosła chusteczkę z ziemi, drąc ją na kawałki. - Tylko co mi z tego? Czego bym nie zrobiła, i tak nic to nie daje. Nie wiesz jak to jest kiedy starasz się z całych sił, poświęcasz każda chwilę, każdą myśl, podporządkowujesz jednej rzeczy całe swoje życie, tylko po to, żeby ktoś inny, kto na to nie zasługuje, sprzątnął ci ją sprzed nosa, a ty zostajesz z niczym!

- Nie wiem?

Zamknął drzwi i podszedł bliżej. Wyprostowała się i uniosła głowę żeby spojrzeć mu w twarz. Nie spodobało jej się to co zobaczyła - patrzył na nią z niekrywaną pogardą.

- Masz wszystko czego dusza zapragnie i nie wiesz co masz ze sobą zrobić? Wciąż jesteś bogata, bystra i masz pod sobą tabun ludzi, którzy zrobią co tylko im rozkażesz. – warknął. – I nadal masz czelność zachowywać się jakby świat się skończył?

- Bo dla mnie się skończył!

- Gówno prawda!

Patrzył na nią, jakby jej rezygnacja była dla niego osobistą zniewagą.

- To co mam robić? – zapytała, nie rozumiejąc jego gniewu. - Udawać, że nic się nie stało?

- Przestać się nad sobą użalać. To żałosne. – wycedził. – Zamiast płakać jak dzieciak, po prostu idziesz do przodu i nie dajesz im satysfakcji z niszczenia cię.

- Ty tak robisz?

Wzdrygnął się i stężał, już nie wściekły, a skrępowany.

Widząc to, miłosiernie sięgnęła po chusteczkę i hałaśliwie wydmuchała nos.

- A czemu tak właściwie tu przyszedłeś? – zapytała, siląc się na uśmiech. - Bo chyba nie żeby podzielić się ze mną swoimi życiowymi mądrościami?

Obruszył się.

- Zapytać się o jutro.

- Jutro?

- Mieliście jutro wezwać smoka. Twoi bezużyteczni rodzice nie potrafili mi nic powiedzieć.

Tak przejęła się swoją porażką, że zapomniała, że to już jutro mieli wskrzesić swoich przyjaciół.

- Moi rodzice nie są bezużyteczni, dupku. - rzuciła w niego zasmarkaną chusteczką. Chybiła. - Tak, to jutro. Ustaliliśmy, że zrobimy to popołudniu, po szóstej, jak już wyjdą nasi pracownicy.

Kiwnął głową i odwrócił się.

- Co zrobisz, jak już wskrzesimy Goku? - zapytała, gdy złapał za klamkę.

- Nic ci do tego. – warknął.

- Jeśli nadal masz zamiar go wyzwać do walki i pozabijać nas wszystkich, to miło by było wiedzieć wcześniej. – burknęła.

- Dowiesz się jutro. – odpowiedział szorstko i zamknął za sobą drzwi.

Bulma wpatrywała się jeszcze przez chwilę w drzwi, po czym rozejrzała się po pokoju. Jak zawsze był w nim bałagan – porozrzucane ubrania, gazety, opakowania po jedzeniu i tona zużytych chusteczek. Wstała z łóżka, zdjęła marynarkę i powiesiła ją na krześle.

Może miał rację. Może powinna wziąć się w garść. Może jej pierwsza wielka porażka nie oznaczała, że jej następne przedsięwzięcia też się tak zakończą. I praca… Praca to nie wszystko. Była młoda, żywa i już jutro jej życie za sprawą pozaziemskiej magii miało powróci do normalności! „Iść do przodu", tak powiedział? Od tego mogła zacząć. I od posprzątania zasmarkanych chusteczek.


Zakopana w ciepłej pościeli Bulma przekręciła się na brzuch i leniwie wyciągnęła rękę w poszukiwaniu ciepłych, umięśnionych pleców do których mogłaby się przytulić. Oprzytomniała i zerwała się natychmiast natrafiając na puste miejsce obok niej. Czyżby to był tylko sen?

Przetarła oczy i przygarniając do siebie kołdrę, popatrzyła na leżąc w wezgłowiu drugą poduszkę. Jej pościel pachniała potem i seksem i tym jego jedynym w swoim rodzaju zapachem. Uśmiechnęła się błogo i z powrotem opadła na poduszki. To nie był sen.

Już prawie zasypiała, kiedy zaskrzypiały drzwi. Nie musiała nawet otwierać oczu, po samych krokach mogła rozpoznać kto wszedł do jej sypialni.

Materac ugiął się pod dodatkowym ciężarem. Poczuła jak ciężka, umięśniona ręka obejmuje ją w pasie i przyciąga do siebie. Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się do góry.

- Która godzina? – zapytała rozespanym głosem.

- Już prawie dziewiąta. – odpowiedział i pocałował ją w kark.

- To zbrodnia tak wcześnie wstawać.

- Szkoda życia na spanie.

Odwróciła się i spojrzała prosto w smagłą, przystojną, naznaczoną bliznami twarz Yamchy.

- A jak ci się spało?

- Wybornie. – odparł z uśmiechem. - Już zapomniałem jak cudowną rzeczą jest miękkie łóżko... i leżąca w nim piękna kobieta.

Odgarnął jej włosy za ucho, wpatrując się w jej oczy.

- Przestraszyłam się, kiedy się zbudziłam, a ciebie nie było. Bałam się... – zaczęła, czując dławienie w gardle. - Że to wszystko mi się tylko przyśniło.

- To nie sen. Widzisz? – wyciągnął rękę i uszczypnął ja delikatnie w ramię. - Jestem tu z tobą i nigdzie się nie wybieram.

Przychylił twarz w jej stronę żeby ją pocałować.

- Poczekaj! – Odsunęła się i zasłoniła usta. - Poranny oddech.

- Myślisz, że to mnie powstrzyma? – zapytał, odciągając jej dłoń.

- Nie, ale powstrzyma mnie. – podniosła się do pozycji siedzącej i przeciągnęła się. – Jest już jakieś śniadanie?

- Jeszcze nie, ale twoja mama już coś szykuje.

- Cudownie. – powiedziała i czule przegarnęła mu włosy. Zamknął oczy, rozkoszując się jej dotykiem. - Powinieneś je obciąć.

- Dopiero co wróciłem. – wymamrotał. - Pójście do fryzjera może trochę poczekać.

- Wprost przeciwnie. Niewielu pacjentów po chemioterapii może się pochwalić taką grzywą. Musimy cię ostrzyć.

- Masz rację. Ale trochę szkoda. Nie pamiętam kiedy ostatni raz miałem krótkie włosy.

Ujął jej dłoń i splótł z nią palce.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłem.

- Tak źle ci było u Króla Kai?

- Nie mogę powiedzieć, że tam cierpiałem, są pewnie dużo gorsze opcje spędzania życia po śmierci… Ale pół roku na planecie, która ma powierzchnię mniejszą niż wasze podwórko w towarzystwie trzech innych umarlaków, małpy, świerszcza i gderliwego boga może człowieka wykończyć. Powoli zaczynaliśmy działać sobie na nerwy. Nie wiem jak Goku mógł tam wytrzymać cały rok.

- A ja dalej nie wiem jak to się stało, że ten cały Król Kai nie wpadł na pomysł, żeby sprawdzić czy Goku rzeczywiście zginął na Namek. – wsparła się na łokciu. - Pozwolił nam go opłakiwać, mimo, że wciąż żył?

- Hej, nie miej go niego pretensji. To dobry facet…bóg. – poprawił się. - Dobry bóg. Jego moc też ma swoje ograniczenia. Byliście po drugiej stronie wszechświata.

- No dobrze, nie będę szargać imienia twojego nowego mistrza. – poklepała go po kolanie. - No to sam Goku mógłby jakoś dać nam znać, że żyje.

- Pewnie nie miał jak.

- Nie rozumiem czemu nie pozwolił nam się przenieść na Ziemię.

- Na pewno ma swoje powody.

- Mam nadzieje, że wie co robi. – westchnęła.

- To Goku, na pewno wie co robi. Ale nie chciałbym być na jego miejscu jak już wróci. Chi-Chi nie wyglądała na zadowoloną.

- Przejdzie jej. Wystarczy, że zobaczy jego uśmiech i jedyne o czym będzie myślała, to jak bardzo się cieszy, że jej mąż wrócił do domu.

- Jak ty? – zapytał, głaszcząc ją po ręce.

- Jak ja.

Położyła się obok niego i przytuliła się, kładąc głowę na jego piersi.

- Ma ci tyle do opowiedzenia, że sama nie wiem od czego zacząć.

- No to zacznij od początku. Od podróży na Namek.

- Zanim skończę, wystygnie nam śniadanie. – uniosła głowę żeby na niego spojrzeć. - I obiad.

- Mamy czas. – zaśmiał się. To musiało być niesamowite, co? Podróż w kosmos… Widziałem wasz statek. Robi wrażenie.

- Byłeś w pracowni taty?

- Tak. Jak tylko się zbudziłem, poszedłem się przejść i pozwiedzać stare kąty. Twój ojciec pokazał mi kapsułę nad którą pracujecie.

- Jest niesamowita, prawda? To połączenie nameczańskiej technologii i rozwiązań z kapsuł Armii Friezy z odrobiną magii Briefsów. Ale ja na Namek leciałam starym statkiem naszego Wszechmogącego. – na jego uniesione brwi odpowiedziała śmiechem. – To też będę musiała ci później wyjaśnić. Wracając do statków… Ta którą co widziałeś jest jeszcze nieukończona. Po tym jak już skończyliśmy szykować statek Wszechmogącego, zaczęliśmy budować kapsułę, którą Goku poleciał na Namek, ale tam została. No i potem zbudowaliśmy jeszcze następną. Szkoda, że Vegeta ją zabrał. Mógł jeszcze poczekać u nas ten dzień czy dwa, to mógłbyś ją zobaczyć. To dopiero była prawdziwa…

- Czekaj, czekaj! – poczuła jak Yamcha niespokojnie poruszył się na łóżku. – Jak to poczekać?

- Zabrał się stąd jak tylko okazało się, że Goku wciąż żyje.

- Vegeta? To on tu był? - wykrztusił z siebie Yamcha. - Z wami?

Bulma zamarła. Nie wspominała mu wczoraj kto oprócz Nameczan skorzystał z jej gościnności po wybuchu Namek. A potem... Potem mieli ciekawsze zajęcia niż rozmowa.

- Kiedy zostaliśmy przeniesieni na Ziemię, on i Nameczanie zostali u nas. – powiedziała, podnosząc się. - Myślałam, że o tym wiedziałeś.

- Niby skąd?!

- Od Króla Kai?

- Nie, przekazywał nam tylko najważniejsze informacje.

- No to skoro ci tego nie powiedział, to znaczy nie była to aż taka wielka sprawa.

Yamcha wyskoczył z łóżka jak oparzony.

- Czy ty postradałaś rozum?! Zdajesz sobie sprawę kogo wpuściłaś do swojego domu?!

- Tak, zdaję sobie sprawę. – odparła zniecierpliwiona. - Ale nie wiesz wszystkiego, Yamcha. Kiedy cię nie było, Vegeta…

- Wiem kim on jest, Bulmo! Na planecie Króla Kai usłyszałem o tym co zrobił na Ziemi i na Namek! Jak mogłaś być tak lekkomyślna?

Bulma usiadła na łóżku i zakryła się kołdrą. Czuła się niezręcznie kłócąc się z nim nago.

- A co twoim zdaniem miałam zrobić? Zostawić go tu samego, bez pieniędzy i miejsca do spania? Wiesz co mogłoby się stać, gdybym pozwoliła mu tak bez kontroli latać sobie po świecie?

- Ale dlaczego zaprosiłaś go do siebie?

- Zrobiłam co było trzeba! Może nie jestem wojownikiem jak wy i kiedy nadchodzi zagrożenie, nie wyruszam na epickie bitwy, ale dobro Ziemi obchodzi mnie tak samo jak was! Jesteście mądrzy gdy chodzi o bicie się po mordach, ale kiedy problem dotyka prawdziwego życia, to ja muszę się wszystkim sama zająć!

Odetchnęła głęboko.

- Poza tym, już go tu nie ma i możliwe, że nawet już tu nie wróci.

- To nie o to chodzi!

- Więc o co?

- Pozwoliłaś żyć pod swoim dachem człowiekowi odpowiedzialnemu za zamordowanie dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy ludzi!

- Co chciałbyś żebym zrobiła w takim razie? Zabrała ze sobą Nameczan a jemu powiedzieć „No, kosmiczny piracie, a ty radź sobie sam"?

- Tak!

- Yamcha, to bez sensu!

- On mnie zabił, Bulmo!

Popatrzyła na niego, spiętego, z zaciśniętymi pięściami, dyszącego ciężko. Czuł się zraniony, jak gdyby jej zupełnie normalny ludzki odruch pomocy potrzebującemu był wymierzony przeciw niemu. W jego spojrzeniu dostrzegła nie tylko żal. Widziała na jego twarzy zawód. Jak mogła okazać się tak głupia? Jak mogła sama zdecydować komu należy pomóc, a kogo uznać za wroga? Nie była jednym z nich, obrońców świata. Była tylko słabą dziewczynką, która przypadkiem zalazła się w pobliżu i podjęła decyzję, która do niej nie należała.

Spojrzała na niego, przyjrzała mu się dokładnie.

- Nie był on, tylko jego Saibamen.

Yamcha głośno wciągnął powietrze i natychmiast pożałowała że cokolwiek powiedziała. Ból jaki zobaczyła w jego oczach był straszniejszy od wszystkich jej przeżyć na Namek.

- Yamcha... - zaczęła, ale on już był za drzwiami.

Zerwała się z łóżka, żeby za nim pobiec, ale zdała sobie sprawę, że jest naga. Szybko naciągnęła leżące na podłodze ubrania i pobiegła za nim. Nie wrócił do swojego pokoju, więc zbiegła na dół. Tam też nigdzie go nie było.

- Mamo, nie widziałaś Yamchy? – zapytała matkę wbiegając do kuchni.

- Tak, wyszedł przed chwileczką. – odparła mama. - Był bardzo zdenerwowany. Czy coś się stało?

Zagryzła wargi.

- Bulma, już zdążyliście się pokłócić?

- Mamo…

- Usiądź, zjedz naleśnika. – przerwała jej matka i popchnęła ją w kierunku stołu. - Zanim skończysz, na pewno tu wróci.

Usiadła posłusznie za stołem, ale nawet gdyby chciała, nie dałaby rady niczego przełknąć.


Był już wieczór, a Yamcha dalej nie wrócił.

Najpierw czuła się winna - siedząc z mamą w kuchni i słuchając jej trajkotania, podskakiwała na swoim krześle na każde skrzypniecie drzwi, na każdy szelest, licząc, że Yamcha już za chwilę wróci i będzie mogła go przeprosić.

Ale minęło pół godziny, godzina, i jej poczucie winy słabło, z każda minutą ustępując miejsca irytacji. Uciekanie od problemów było dziecinadą. Powinien zostać, dać jej wyjaśnić czemu zrobiła tak a nie inaczej. Pozwolić żeby załagodziła ten spór i wynagrodziła mu tą podłość (jeszcze by się cieszył, że się pokłócili).

Mijały kolejne godziny, a irytacja przerodziła się we wściekłość. Bo co on sobie myślał? Że będzie go szukać i błagać o wybaczenie? Że powie, że tak, miał rację, nie powinna ulegać swojemu miękkiemu sercu i zapraszać morderczych kosmitów do swojego domu? Niedoczekanie jego!

Ale nawet wciąż wściekła, zaczęła się niepokoić. Żeby o nim nie myśleć, wzięła się do pracy, ale łapała się na tym, że co chwila patrzy na zegar, odliczając ile już go nie ma.

I choć wiedziała, że potraktował ją niesprawiedliwie, czuła, że to jej wina. Nie zdążyli nawet pobyć razem całego dnia, a już zdążyli się pokłócić. I co najgorsze, to nie było dla nich niezwykłe. To był ich problem - sprzeczki były u nich na porządku dziennym. Raz mniejsze, raz większe, jak ta… Tym razem naprawdę go zraniła. Ale i to było jej częste zagranie. Ona nie wiedziała kiedy się hamować… Nie, właśnie wiedziała. Zawsze zauważała dokładny moment kiedy trzeba było odpuścić i dać mu ostatnie słowo, ale nigdy tego nie robiła. Nie potrafiła odmówić sobie poprowadzenia sytuacji tak, żeby jej było na wierzchu, nawet za cenę tego, że potem nie odzywali się do siebie do końca dnia. Potem któreś z nich (z trudem musiała przyznać, że częściej on) wyciągało rękę na zgodę. I gdy już się pogodzili się, znowu było jak w bajce. Do momentu, aż po raz kolejny posunęła się o krok za daleko i wracali do punktu wyjścia.

W końcu, nie mogąc się skupić, Bulma poszła do Nameczan. Jak zwykle podziałali jak balsam na skołatane nerwy. Pobawiła się z dzieciakami, pomogła im nawet sprzątać ozdoby które rozwiesili wczoraj w ogrodzie. Była naprawdę wdzięczna losowi, że zdecydowali się zostać tu jeszcze przez następny nameczański rok. Nic tak nie odwracało uwagi od zmartwień jak banda roześmianych, rozgadanych buzi, zadających dziesiątki pytań i żądających długich, wyczerpujących odpowiedzi.

Zaczynało się już ściemniać, wróciła więc do pracowni, żeby rzucić okiem na dzisiejsze postępy przy kapsule. Prawie wszyscy już wyszli, po pracowni kręciło się już tylko kilka osób. Podeszła do komputera taty i już miała wpisać hasło, kiedy zauważyła go, siedzącego na stole pod ścianą.

- Wróciłeś. – powiedziała, czując jak ciężar, który przygniatał ją od rana spada jej z ramion.

- Bałaś się, że nie wrócę? – zapytał z kwaśnym uśmiechem.

Spuściła wzrok. Tak, przeszło jej przez myśl, że już nie wróci. Że nie chce dalej tak żyć. Że ma dość jej pretensji, podłości, samolubności.

- Yamcha, nie powinnam… - zaczęła.

- Przepraszam.

Stanął na nogi i podszedł do niej.

- Nie powinienem na ciebie krzyczeć. Zrobiłaś co uznałaś za słuszne.

- Posłuchaj…

- Nie, nie, daj mi skończyć. – potarł kark, zakłopotany. – Miałem chwilę żeby to wszystko przemyśleć i chcę ci się wytłumaczyć.

Już chciała powiedzieć, że to nie on powinien się tłumaczyć, ale ugryzła się w język. Musiała pozwolić mu się wygadać.

- Kiedy powiedziałaś, że pozwoliłaś Vegecie zostać w waszym domu, to było tak jakby cię w ogóle nie obeszło co on nam zrobił. Co mi zrobił. Ale wiem, że to nie było tak. – odetchnął głęboko. - Wróciłaś do domu po długiej, ciężkiej podróży, i nawet nie będę udawał, że wiem co przeszłaś na Namek… I mimo to wzięłaś to wszystko na siebie. Nie zrobiłaś tego mi na złość, tylko dlatego, że ktoś musiał to zrobić. A ty masz na tyle dobre serce, że zajęłaś się nawet takim potworem jak Vegeta.

Stała, wbijając wzrok w ekran powitalny na monitorze. Rozgrzeszał ją, a mimo to ona wcale nie czuła się lepiej.

- Przez cały ten czas radziłaś sobie sama. I z tego co widzę, świetnie ci poszło. Ale czego innego mógłbym się spodziewać po Bulmie Briefs? – dodał z uśmiechem.

- Yamcha…

- Jeszcze tylko chwila. – zatrzymał ją. – Byłem zły, bo nie tak wyobrażałem sobie mój powrót do domu. Bo miałem nadzieję, że od teraz już wszystko będzie idealnie. Dostałem nowe życie, nową szansę i myślałem, że teraz może być już tylko lepiej. Ale to tak nie działa.

Podszedł bliżej i stanął za nią.

- Nie mogę ci powiedzieć, że jestem innym, lepszym człowiekiem, Nie czuję się inny. Ale chcę być.

- Ja też chcę, żeby od teraz było inaczej. – powiedziała cicho.

Przysunął się i objął ją, przytulając się do jej pleców. Brakowało jej tego – jego silnych, ciepłych ramion, poczucia bezpieczeństwa. Jakby nic na świecie nie mogło jej zranić.

- Spróbujemy jeszcze raz. – wyszeptał, dotykając ustami jej skroni. – I tym razem naprawdę się postaramy.

Odwróciła się i obejmując jego szyję, popatrzyła mu w oczy.

- Będziemy się starać jak nigdy przedtem.

- I nie pozwolimy, żeby ktokolwiek, nawet morderczy kosmici mogli nas skłócić. – dodał z uśmiechem.

- Nigdy. – zachichotała.

Objął ją mocniej.

- Co jak co, ale jednak Vegeta miał wyczucie czasu. Cieszę się, że nie musiałem go oglądać.

- Mhm. – zgodziła się, wtulając się w jego ramię.

- Wyniósł się stąd i już nie wróci.

Wiedziała, że Vegeta wróci. Kapsuła była przygotowana do lotu i paliwa powinno starczyć na więcej niż rok, przy oszczędnym użytkowaniu nawet na dwa lata. Ale kiedyś będzie musiał wrócić – ich kapsuła odbiegała znacznie od tych oryginalnych i Vegeta miałby spory kłopot ze znalezieniem odpowiedniego zasilania dla niej poza Ziemią.

Będzie się tym przejmować kiedy nadejdzie pora. Na razie miała lepsze rzeczy do roboty niż martwienie się nim.

Yamcha pociągnął nosem.

- Chyba nawet tutaj czuję, że twoja mama coś gotuje. Umieram z głodu. – uśmiechnął się i odgarnął jej włosy z twarzy. - Przecież nie załapałem się na śniadanie.

- Już wierzę w to, że cały dzień nic nie jadłeś.

- No, może jednego malutkiego hamburgera. Musiałem czymś zająć ręce kiedy nad tym wszystkim rozmyślałem.

- Chodźmy więc. – wypuściła go z ramion i wzięła z rękę. – Najpierw coś zjesz, a potem przedstawię cię oficjalnie Nameczanom. A potem zrobimy coś z twoimi włosami. I zadzwonimy do twojego managera.

- Już to wszystko wcześniej zaplanowałaś?

- Nie tylko ty miałeś dziś dużo czasu na przemyślenia.

Roześmiał się, objął ją ramieniem i przytuleni, wyszli razem z pracowni.

Koniec.