Witam po dłuższej przerwie! Niestety, jestem ostatnio pochłonięta pisaniem pracy dyplomowej i nie mam zbyt wiele czasu na pisanie czegokolwiek innego. Z tego względu z przykrością zawiadamiam, że kolejny rozdział pojawi się dopiero w lipcu, wraz z upragnionym przeze mnie wolnym czasem. Uwierzcie, mnie też to boli :/.
PC DVD - Severus wysnuł najbardziej logiczne w tej sytuacji założenie, że Czarny Pan po zdradzie będzie chciał go zabić, w końcu w kanonie Riddle uważał śmierć za najgorszą karę. Snape nie mógł więc przewidzieć, że Voldemort będzie miał bardziej wyszukany pomysł na karę dla niego. Miał za mało danych by się domyśleć, że fakt nie naruszenie osłon w jego domu wcale nie oznacza, że jest tam bezpiecznie. A osłabienie po cruciatusach też nie pomogło w realnej ocenie sytuacji i cóż...stało się. A poganianie było bardzo zaskakujące i miłe. To takie motywujące widzieć, że ktoś wraca do Meus'a i czeka na jego dalsze rozdziały! :)
Lizo - każdy komentarz mnie cieszy, zarówno króciutki jak i taki długi, nie widzę więc powodu, abyś ograniczała się co do długości komentarzy, jeśli będziesz miała ochotę się rozpisać :). Cóż, Hermiona jest co prawda gryfonką, ale jej analityczny umysł sprawia, że czasem nie potrafi pójść prosto za głosem serca. Ona kocha Harry'ego jak brata, wierzy w jego poczucie sprawiedliwości, ale jednocześnie ma wątpliwości, bo za dużo myśli i dostrzega za dużo istotnych drobiazgów, które inni pomijają. I stąd wynika to jej rozdarcie. Co do Snape'a... Lubię tą postać właśnie za jego trudny charakter. Tą jego nienawiść do Pottera uważam, za dosyć dziecinną, ale z drugiej strony, to tylko człowiek. Do tego człowiek, który nosił na barkach wiele i musiał utrzymywać wiele masek. Jako szpieg musiał trzymać większość prawdziwych emocji na wodzy, a gdzieś one wszystkie musiały mieć jednak ujście. I myślę, że ta nienawiść do Pottera Juniora i to widzenie w nim tego, co on sam chciał w nim widzieć, było swojego rodzaju przeniesieniem emocji. Biedny Harry, obrywał od Mistrza Eliksirów nie tylko za własne przewinienia czy grzechy ojca i jego przyjaciół, ale też za grzechy Snape'a. Nie mówię, że to mądre wyżywać się na dziecku, ale czy to nie jest bardzo ludzkie, przenosić na kogoś niewinnego swojej złości? Cóż, zboczyłam z tematu. Jeszcze co do Twojego komentarza to dziękuję za wskazanie błędów (powtórzeń). Podobne ukłony w stronę Red Furry Demon - na pewno poprawię wskazane przez Was błędy.
Mahakao - Harry jest zbyt prostolinijny, by ogarnąć myślenie Węży. Nawet posiadając szczątkowe cechy ślizgona (generowane przez horkruksa, ale zawsze) potrafi dać się paskudnie wodzić za nos.
lohrelain - i się doczekałaś ;).
Opowiadanie tworzy się powoli, ale tworzy i nie planuję go tak łatwo porzucać, szczególnie, kiedy widzę, że to co piszę się Wam drodzy czytelnicy podoba. Choć przyznaję, że nadal mnie to dziwi, ale jak pozytywnie dziwi, to nawet nie potrafię opisać :) !
Nie przedłużając - zapraszam na rozdział!
(rozdział niebetowany)
Harry niechętnie otworzył oczy. Obrzucił nienawistnym spojrzeniem czarny baldachim i przekręcił się na bok, zaciskając z powrotem powieki. Nie miał najmniejszej ochoty wstawać i skonfrontować się z rzeczywistością. Wydarzenia z poprzedniego dnia sprawiły, że miał ochotę zakopać się w kołdrę i nigdy nie wyściubiać już zza niej nosa. Skrzywił się mimowolnie, kiedy róg poszewki otarł mu się o policzek. Wciąż piekły go miejsca po zadrapaniach zadanych przez Lestrange.
Wczoraj, kiedy próbował odebrać jej różdżkę, czuł się tak, jakby nadmiar adrenaliny miał rozsadzić mu żyły. Czuł się dosłownie o krok od uzyskania przewagi. Teraz z niechęcią przyznawał, że był po prostu żałośnie naiwny. Cóż z tego, że zdobyłby jej różdżkę, skoro wokół stali inni śmierciożercy, gotowi go w każdej chwili obezwładnić, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Czym miałby pokonać dziewięciu dorosłych, świetnie wyszkolonych czarodziejów, do tego bezwzględnych morderców?
No chyba nie zaklęciem expelliarmus, pomyślał ze złością, przewracając się na drugi bok i wciąż w dziecinnym uporze odmawiając otwarcia oczu.
Potter ciężko znosił to, że jego sprytny plan z dywersją nie był jednak tak genialny, jak początkowo zakładał. Nie pomagał też fakt, że był to jego JEDYNY plan na osłabienie sił Voldemorta. Podłego samopoczucia nie poprawiała mu również świadomość tego, jak potoczyła się sprawa ze Snape'm. Było mu niedobrze na samą myśl, że był torturowany, mimo bycia na liście „nietykalnych". Poświęcił na niego ostatnią wolną pozycję i sądził, że już sam ten fakt zapewni mu odpowiednie bezpieczeństwo. Niestety, haniebnie się pomylił.
Poza tym Harry czuł się źle na samą myśl, że w przeszłości sam wyobrażał sobie, jak Mistrz Eliksirów dostaje od kogoś przysłowiowe porządne manto. Teraz, kiedy zobaczył na własne oczy, jak jego znienawidzony nauczyciel wije się z bólu po kamiennej podłodze, nie mógł zrozumieć, jak mógł być do tego stopnia głupi. Było mu wstyd. On przecież na własnej skórze poznał siłę złości Czarnego Pana. Mimo wszystko Snape nie zasłużył, aby do tego stopnia cierpieć. Dziś przestało być już istotne, że ten dupek od początku szkoły szydził z niego i traktował naprawdę podle. W ostatecznym rozrachunku mężczyzna i tak stanął po odpowiedniej stronie. Mimo ich własnych animozji wyciągnął do niego dłoń, chcąc zabrać go w bezpieczne miejsce. Cóż, przynajmniej w teorii bezpieczne, w końcu nie znał pełnego obrazu sytuacji młodego gryfona. Chłopak z niechęcią zgadzał się w myślach z Voldemortem, że był głupi próbując powiedzieć o wszystkim Snape'owi. Powinien sam się domyśleć, że Dumbledore nie byłby skory do dzielenia się tak poufnymi informacjami z kimkolwiek. Widać było przecież jak na dłoni, że Snape nic nie wie o horkruksach.
Leżał jeszcze chwilę, odtwarzając w myślach wydarzenia z wczorajszego dnia. Wzdrygnął się ze wstrętem, kiedy przypomniał sobie jak Voldemort (wciąż go obejmując) wyszeptał mu do ucha pytanie, czy podobało mu się dzisiejsze przedstawienie. Próbował się wyrwać, ale uścisk mężczyzny był zbyt stanowczy. Mógł tylko wykręcać głowę z obrzydzeniem, kiedy ten gad szeptał mu do ucha, że to nie koniec. Że będzie od teraz główną atrakcją każdego spotkania Wewnętrznego Kręgu. Zabaweczką do dręczenia.
Uwierz mi, Potter, spędzisz razem z moim śmierciożeracami wiele niezapomnianych chwil. Jestem pewny, że wyryją się one na trwałe bólem w twojej pamięci…
Ku zdziwieniu chłopca, Riddle nie miał jednak zamiaru kontynuować rozpoczętych przez Bellatrix tortur. Kiedy wypuścił go ze swoich stalowych objęć, rzucił tylko z krzywym uśmieszkiem, że pobawią się innym razem, kiedy będzie miał dla niego więcej czasu, po czym opuścił salę tortur, zostawiając osłupiałego chłopaka samemu sobie. Roztrzęsiony Harry w pierwszym odruchu chciał przywołać Służkę, aby zaprowadziła go do jego komnaty, ale jego duma spowodowała, że szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie był dzieckiem, które musi być ciągle prowadzone za rączkę. Droga powrotna nie była zbyt skomplikowana, więc równie dobrze mógł wrócić samemu. Nie mógł ciągle polegać na pomocy innych.
Po drodze na szczęście nie spotkał nikogo, za co był wdzięczny Merlinowi. Ostatnim o czym marzył, było spotkanie jakiegoś śmierciożercy-marudera, który nie opuścił jeszcze Czarnego Dworu. Kiedy zamknął za sobą drzwi swojej komnaty, zdjął okulary i rzucił się na łóżko tak jak stał, nie kłopocząc się myciem czy przebieraniem. Zwinął się w kłębek i ukołysany niewesołymi myślami, zasnął nadspodziewanie szybko.
Harry otworzył gwałtownie oczy. Miał dosyć tych retrospekcji. Wstał i przeciągnął się aż chrupnęły mu kości. Jakby na przekór paskudnemu humorowi, czuł się całkiem wypoczęty. Postanowił się w końcu wykąpać.
W łazience popatrzył krytyczne na swoje odbicie. Z tafli lustra patrzył na niego pogardliwie blady, chudy, podrapany nastolatek. Odwrócił szybko wzrok i zajął się toaletą, co nie zajęło mu dłużej niż kwadrans. Wróciwszy do pokoju stwierdził, że musi być bardzo wcześnie, skoro Służka nie przybyła jeszcze ze śniadaniem. Początkowo chciał na nią grzecznie poczekać, jak na przykładnego więźnia przystało, ale szybko się znudził bezmyślnym gapieniem w ściany. W pokoju nie było niczego, co mogłoby zając jego myśli na dłużej, a nie miał już zamiaru analizować po raz setny parszywej sytuacji w której się znalazł. Spojrzał bezwiednie na drzwi, a jego ciekawska, gryfońska natura znowu dała o sobie znać. Miał wielką ochotę zrobić mały rekonesans po okolicy. Zaczął kalkulować sobie w myślach, jak może to się dla niego ewentualnie skończyć. Czy jest sens ryzykować?
Mam dwie opcje, pomyślał. Albo będę tutaj siedział, co koniec końców skończy się tak, że przyjdzie Tom i poczęstuje mnie cruciatusem, albo wyjdę stąd i chociaż trochę zbadam teren. Pewnie i tak przy okazji oberwę, jak gdzieś tam spotkam Riddla, albo Lestrange, albo każdą inną gnidę… Właściwie, to kogokolwiek bym nie spotkał, to i tak będzie nieciekawie. Cholera, pieprzyć to! Bez względu na to, co zrobię i tak wychodzi mi kilka crucio na głowę, więc co za różnica? Tak przynajmniej poznam lepiej swoje więzienie!
Drzwi nie były zamknięte. Chłopak ostrożnie wystawił zza nich głowę i rozejrzał się, ale korytarz okazał się być pusty. Ośmielony tym faktem, wyślizgnął się z pokoju, zastanawiając się w którą stronę powinien się udać. Idąc na lewo minąłby komnatę w której po raz pierwszy torturował go Voldemort, a za zakrętem czekały go schody w dół i sala spotkań Wewnętrznego Kręgu. Po wczorajszym nie miał ochoty powtórnie zapuszczać się w tamte rejony. Nie mając więc innego wyboru, udał się na prawo.
Ta część korytarza była krótsza, kończąca się zakrętem w lewo. Kiedy tam dotarł, ostrożnie wyjrzał zza rogu, ale znowu nikogo nie zobaczył, więc już śmielej wykonał kilka kroków. Przed nim zamajaczyły duże drzwi, łudząco podobne do tych, które prowadziły do sali dla śmierciożerców. To podobieństwo go trochę zaniepokoiło, ale zaraz przypomniał sobie, że przecież w Czarnym Dworze nigdzie nie będzie bezpieczny. Ta myśl paradoksalnie dodała mu odwagi. Nacisnął mocno klamkę, a kiedy ustąpiła ona pod naporem jego siły, odetchnął głęboko i popchnął jedno ze skrzydeł drzwi, przygotowany na najgorsze.
Ale za nimi była po prostu kontynuacja wcześniejszego korytarza. Jedynym co odróżniało go od tego z którego przyszedł, były wiszące na ścianach wielkie obrazy, przedstawiające postacie namalowane w ich rzeczywistych rozmiarach. Chłopak zbliżył się z ciekawością do pierwszego z nich.
Spojrzawszy na malowidło, poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Przedstawiało ono starszego jegomościa z fantazyjnie podkręconym wąsem, siedzącego na przypominającym tron niebieskim fotelu. Wyprostowany i nieruchomy, przypominał w pewien sposób osobę ze zwykłego, mugolskiego portretu. Harry był jednak pewny, że to magiczna podobizna – starszy pan miał bowiem na oczach grubą, czarną opaskę, uniemożliwiającą mu zobaczenie czegokolwiek. Zerknął na inne obrazy. Na każdym z nich widniał taki sam dodatek, poza tym w rogach ram widać było czarne wstążki z podobnego materiału. Potter domyślał się, że miały one służyć na podobnej zasadzie, jak kłódka w drzwiach – więziły umieszczonych w nich lokatorów, przez co nie byli oni zdolni nikogo odwiedzić. Nie to jednak wywołało u chłopca mdłości. Ich powodem był fakt, że wargi każdej z postaci były zaszyte grubą, czarną nicią.
Oto jawił się przed nim długi korytarz z rzędem portretów na obydwu ścianach i na każdym z tych obrazów, jego mieszkańcy byli ślepi, niemi i niezdolni do ucieczki. Harry nie znał się co prawda na sztuce magicznego malarstwa, ale przebywał dostatecznie długo wśród obrazów w Hogwarcie, by wiedzieć, że namalowani na nim ludzie byli rozumni i czujący. Nie wiedział co prawda, jak wygląda w ich przypadku odczuwanie bólu, jednak mimo to, na Merlina! Nawet jeśli im to fizycznie nie przysparzało cierpienia, to i tak sposób w jaki ich skrępowano był odrażający sam w sobie. Potter idąc wzdłuż upiornego korytarza pomyślał, że ten kto to rozkazał, był zwykłym potworem. Następnie uświadomił sobie, że na pewno zostało, to wykonane na rozkaz Czarnego Pana. Ogólnie wiadomo, że obrazy były w stanie przenosić informacje, zarówno między sąsiadami, jak i swoimi własnymi duplikatami, zawieszonymi w innych miejscach. Lord Voldemort zaś nie mógł pozwolić, aby jakakolwiek informacja dostała się do czyiś niepowołanych uszu. A propos uszu – na obrazach nie były one zakryte. Znaczyło to tyle, że malowidła wszystko słyszały, ale nie mogły nikogo przestrzec, czy poinformować o czymkolwiek. Były jednocześnie świadome i całkowicie bezradne.
Przypominają trochę mnie, pomyślał wstrząśnięty. Mam wiedzę o horkruksach, znam twarze śmierciożerców, może nawet uda mi się dokopać do ich planów, skoro mam być od teraz maskotką do tortur na ich spotkaniach, a jednak nic z mojej wiedzy nie może zostać wykorzystane przez Jasną Stronę.
Odwrócił wzrok od portretów, akurat w momencie, gdy na końcu korytarza, zaskrzypiały przy otwieraniu identycznie drzwi, jak te przez które dopiero co przeszedł. Zamarł, nie mniej zaskoczony niż mężczyzna, który przez nie przeszedł, nieznany mu z nazwiska śmierciożerca. Był on postawnym, ryżawym mężczyzną o małych, chytrych oczkach. Harry zauważył, że miał nieproporcjonalnie długie względem reszty ciała ręce, przez co kojarzył mu się trochę z przerośniętą małpą*. Mężczyzna początkowo tylko patrzył na niego ze zdziwieniem, ale zaraz jego usta rozciągnęły się w szerokim, niewróżącym niczego dobrego uśmiechu.
- No, no, kogo my tu mamy… Słynny Harry Potter we własnej osobie, cóż za niespodzianka! – zaszydził, zbliżając się pośpiesznie do zastygłego chłopaka.
- Cóż, nie da się ukryć – wymamrotał ocknąwszy się z szoku Harry, robiąc jednocześnie krok do tyłu i modląc się w duchu, aby śmierciożerca zbyt się spieszył, aby sobie na nim poużywać. Wiedział jednak, że to tylko pobożne życzenia.
- To nie jest zbyt mądre, żeby szwendać się tak samemu, bez różdżki po Czarnym Dworze, nie uważasz? Nie pomyślałeś o tym? Możesz się przecież natknąć przypadkiem na… Bo ja wiem? Drapieżnika?
- Chyba raczej na padlinożercę – palnął Harry, zanim zdążył się ugryźć w język.
Szeroki uśmiech wykrzywiający brzydką twarz śmierciożercy zmienił się w grymas irytacji.
- Staramy się strugać bohatera? Radziłbym ci uważać, mogę roznieść cię na strzępy jednym zaklęciem, Potter – zagroził robiąc kolejny krok w stronę wciąż cofającego się chłopaka.
- Voldemort na pewno ucieszy się na wieść, że mimo zakazu zabił mnie jakiś pierwszy lepszy śmierciożerca – zakpił Harry. Wiedział, że zanim zdążyłby dobiec do drzwi, dostałby kilkoma paskudnymi klątwami, dlatego nie próbował nawet uciekać. Napiął mięśnie oczekując z niepokojem na atak. Był świadomy tego, że jest zdany na łaskę tego śmierciożercy, nie miał jednak zamiaru milczeć i po prostu dać mu się poniżać. Nie uląkł się Voldemorta, dlaczego więc miałby chylić głowę przed jego byle sługusem?
- Pierwszy lepszy śmierciożerca?! Nie masz cholernego pojęcia, Potter, do kogo ośmieliłeś się zapyskować – warknął czarodziej, po czym machnął różdżką mrucząc Profondere**. Harry jedynie dzięki niezawodnemu refleksowi, nabytemu podczas treningów quidditcha, zdołał umknąć klątwie, która rozbiła się na drzwiach za jego plecami, żłobiąc w nich głębokie rozcięcie.
- Myślisz, że jesteś takim pieprzonym bohaterem? Kimś ważnym, bo Czarny Pan zostawił cię przy życiu? Tak myślisz, co? Posłuchaj mnie uważnie, Potter! Tak naprawdę jesteś zaledwie małą, zarozumiałą dziwką, którą Czarny Pan obdarzył tymczasowym zainteresowaniem. Ale nic nie trwa wiecznie, słyszysz?!
- Patrz, a ja myślałem, że wszystkie stanowiska jego dziwek są już obsadzone przez śmierciożerców – odszczeknął się całkiem odruchowo Harry.
Pożałował jednak od razu swojej bezczelności, widząc jak bardzo mężczyzna pobladł z wściekłości. Krótka, gruba różdżka znowu przecięła powietrze, wypuszczając kolejny srebrzysty promień zaklęcia, które tym razem trafiło celu, raniąc go w ramię. Chłopak zasyczał z bólu. Zza rozciętej szaty trysnęła krew. Odruchowo przycisnął rękę do rany w nieudanej próbie zatamowania krwawienia. Słysząc po raz trzeci tą samą inkantację zdążył jedynie podnieść do góry wzrok. Zarejestrował jeszcze błysk mściwej satysfakcji w oczach mężczyzny. W następnej zaś sekundzie jego ciało przeszył okropny ból. Miał wrażenie, że klątwa przepołowiła go na pół. Przesunął dłoń z ramienia na bok, a drugą ręką objął się w głową usłyszał szyderczy śmiech swojego oprawcy.
- To twoja praca domowa na dzisiaj - postarać się nie wykrwawić na śmierć, bo nie będzie potem zabawy! – Śmierciożerca schował różdżkę do kieszeni szaty, po czym minął go z zadowolonym uśmieszkiem. Ruszył wzdłuż korytarza, odwracając się co chwilę przez ramię, aby nacieszyć oczy widokiem własnoręcznie sponiewieranego ex-wybawcy czarodziejskiego świata.
Tymczasem Harry nie był zdolny do żadnego ruchu. Najgorsza fala bólu zdawała się już minąć, ale i cierpienie, które odczuwał było obezwładniające. Spojrzał na swój brzuch i przez chwilę wpatrywał się tępo w szkarłatną plamę, która powiększała się w zastraszająco szybkim tempie, ale zaraz spróbował wziąć się w garść. Musiał jakoś zatrzymać krwawienie. Początkowo próbował oderwać kawałek materiału od dołu szaty i wykorzystać go do zrobienia prowizorycznego opatrunku, ale jego trzęsące się i śliskie od krwi dłonie nie były dostateczne silne, aby rozedrzeć grubą tkaninę. Tymczasem krew zaczęła skapywać posadzkę, wsiąkając w szczeliny między kamiennymi płytami.
Harry'ego na ten widok zemdliło. Do tej pory miewał już w swoim życiu wiele wypadków, w tym został nawet raz dźgnięty nożem przez Glizdogona, ale nawet tamta rana nie była aż tak głęboka i nie krwawiła do tego stopnia, jak ta zadana tnącym zaklęciem. Pchany pierwotnym instynktem przetrwania, postanowił się jak najszybciej ewakuować z tego miejsca, gdzie był doskonale wyeksponowany na kolejne ataki wrogów. Wolał nawet nie myśleć co zrobiłaby z nim Lesterage, gdyby znalazła go rannego na środku głównego korytarza. Podczołgał się do ściany, wstając z trudem i zaczął niepewnie wzdłuż niej kuśtykać, idąc w kierunku z którego przyszedł.
Zdołał przemieścić się ledwie parę metrów, gdy za plecami usłyszał niepokojący syk. Zamarł zaskoczony, czując jednocześnie jak zimny pot występuje mu na czoło, a strach ściska za gardło. Takiego odgłosu w życiu nie pomyliłby z żadnym innym. Za chwilę gdzieś tam, zza niezamkniętych przez śmierciożercę drzwi wyłoni się cielsko ogromnego węża, najpewniej zwabionego zapachem świeżej krwi. A Harry nie miał wątpliwości co to za gad może przebywać w Czarnym Dworze.
To musiał być syk Nagini.
Dźwięk był jeszcze odległy, ale jednocześnie niepokojąco wyraźny, tak jakby zwierzę, choć na razie niewidoczne, znajdowało się bliżej niż Harry sądził – to tylko kwestia czasu, kiedy się spotkają.
Chłopiec rzucił się do ucieczki, czując jak ogarnia go panika. Nie rozumiał tego syczenia. Nie znaczyło to jednak, że stracił nagle swój dar rozumienia wężomowy. Stało się coś o wiele gorszego – nie rozumiał głosu Nagini bo, to co wydobywało się z jej gardła, nie miało nic wspólnego ze słowami. To był nieartykułowany syk wydawany przez polującego drapieżnika, który zwietrzył zwierzynę. A jeśli w wężu obudził się instynkt łowcy, to znaczyło, że Harry został zakwalifikowany jako ofiara.
Nie miał najmniejszej ochoty skończyć, jako czyjkolwiek obiad. Obejrzał się niespokojnie za siebie, ale węża nie było jeszcze widać. Mógł za to podziwiać krwawy, długi ślad, który pozostawiał po sobie w miarę odczołgiwania się w głąb korytarza. Zdał sobie boleśnie sprawę, że taka ucieczka nie ma najmniejszego sensu. Był zbyt powolny i łatwy do wytropienia. Od utraty krwi kręciło mu się w głowie i nie mógł jasno myśleć. Zacisnął powieki, czując jak drży niekontrolowanie ze strachu. Czy naprawdę przyjdzie mu zginąć tak marnie, jako przekąska cholernego węża Czarnego Pana? Nie mógł tak skończyć, bo jeśli umrze, zginą też osoby z podpisanego przez niego cyrografu! Na szczęście dla Harry'ego okazało się, że jego ogarnięty paniką mózg był jednak w stanie spłodzić chociaż jedną rozsądną myśl. Poganiany coraz głośniejszym sykiem, zawołał:
- Służko! Służko!
W napięciu, rozpaczliwie oglądając się za siebie, czekał na pojawienie się skrzatki. Ta zaś po chwili zmaterializowała się przed nim z cichym pyknięciem.
- Panicz wzywał…? – Nie zdążyła dodać nic więcej, bo Harry złapał ją zakrwawioną dłonią za drobny nadgarstek, szarpiąc mocno.
- Zabierz mnie do mojego pokoju, proszę! Szybko! Możesz to zrobić? Szybko!
Odrobinę zaskoczona skrzatka otworzyła usta, aby odpowiedzieć, kiedy zza otworzonych drzwi wpełzła Nagini. Zatrzymawszy się, uniosła swój potężny łeb, smakując powietrze językiem. Potem zasyczała:
- Krew, tyyyle krwi…
Służka, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, aportowała się wraz z uczepionym do jej ręki, przestraszonym chłopcem. Kiedy wylądowali w łazience graniczącej z jego komnatą, Harry stwierdził z zaskoczeniem, że teleportacja ze skrzatem domowym jest o wiele łatwiejszym przeżyciem niż ta z czarodziejem. Na jego bladej twarzy wykwitł nieśmiały, pełen ulgi uśmiech.
- Dziękuję ci Służko, chyba właśnie uratowałaś mi życie… - Harry zaśmiał się nerwowo, zaraz jednak jego śmiech przeszedł w jęk bólu. – Czy mogłabyś jeszcze…?
Nie zdążył dokończyć, bo skrzatka zniknęła, aby po krótkiej chwili pojawić się z powrotem z kilkoma różnymi buteleczkami i zwitkiem białego bandaża.
- Służka opatrzy, Służka pomoże paniczowi Harry'emu – powiedział poważnie, po czym bezzwłocznie zajęła się jego raną. Zranienie rwało go do tego stopnia, że bez większego sprzeciwu pozwolił skrzatce rozebrać się do bielizny. Ich oczom ukazała się brzydkie, głębokie rozcięcie, przechodzące od żeber, przez bok i kończące się gdzieś na dole pleców. Harry nie był w stanie wygiąć się do tego stopnia, by zobaczyć dokąd dokładnie sięgało. Rana na ramieniu była płytsza, ale również wymagała natychmiastowej pomocy. Chłopiec popatrzył prosząco na skrzatkę, ale ta była zbyt skupiona na studiowaniu skutków klątwy i nie patrzyła mu w oczy. Wtedy dopiero zauważył, że Służka była bardzo blada.
Skrzatka sprawnie oczyściła jego rany, zajmując się również zadrapaniami z poprzedniego dnia, po czym zabandażowała go tak ciasno, że miał wrażenie, że zmienił się w egipską mumię. Doprowadziwszy słaniającego się na nogach chłopaka do łóżka, wybrała z przyniesionych buteleczek trzy eliksiry – przeciwbólowy, uzupełniający niedobory krwi oraz (pomimo jego słabego sprzeciwu) nasenny. Harry był zbyt osłabiony by długo opierać się upartej istotce („Panicz musi to wypić, to dla panicza dobra. Służka przysięga, że to zwykły eliksir Bezsennego Snu, paniczu Harry!") i koniec końców zaaplikowała mu po dawce wszystkich trzech mikstur.
Kiedy zasnął, Służka otuliła go szczelnie kołdrą. Drżącymi dłońmi pochowała puste buteleczki do kieszonki swojej szaty i początkowo chciała od razu wrócić do swoich obowiązków. Zawahała się jednak. Spojrzała smutnym wzrokiem na śpiącego spokojnie chłopca. Było jej go okropnie żal. Dobrze wiedziała co to ból i nikomu nie życzyłaby tego co oni boje muszą przechodzić w Czarnym Dworze. A on był taki młody! A jego oczy były już takie zmęczone…
Po chwili wahania pogłaskała go delikatnie po zmierzwionych włosach. Gest ten był niepewny i nieporadny. Nie była przyzwyczajona do okazywania czułości, więc szybko zabrała dłoń, przyciskając ją do chudej piersi. Westchnęła, pozwalając sobie na ostatnie zatroskane spojrzenie na czarną czuprynę swojego panicza. Przywdziała na powrót maskę obojętności, akurat w momencie, kiedy rozbrzmiało jej imienne wezwanie. Aż sapnęła zdziwiona, rozpoznając magię czarodzieja, który ją wzywał. Przymknęła oczy, uśmiechając się delikatnie, ale szybko przywołała się do porządku. Kiedy deportowała się z pokoju, na jej poznaczonej bliznami twarzy nie widać było już ani śladu jakichkolwiek emocji.
* Wiele się Harry nie pomylił – rzeczony śmierciożerca nazywa się bowiem Gibbon. W kanonie biedaczek został zabity w VI tomie, kiedy to Draco wprowadził śmierciożerców do Hogwartu. Cóż, u mnie pożyje dłużej ;)
** Profondere – zaklęcie mojej „produkcji", zlepek łacińskich słów – „profundus" (głęboko) i „leadere" (ranić). Zaklęcie powodujące pojawienie się na ciele ofiary głębokich, ciętych ran. Srebrny promień zaklęcia powinien się kojarzyć z błyskiem ostrza.
