CZEŚĆ I CZOŁEM! Ile to minęło? 6 miesięcy? Ups... Ale oto jestem! Studia całkiem mnie pochłonęły. Ten rozdział niby miał być na święta (żeby pasowało tematycznie), ale coś nie wyszło, więc jest na walentynki!


W czasie podróży do hotelu gęba Vlada się nie zamykała - opowiadał o pogodzie, czterech próbach zdania prawa jazdy, historii każdego swojego zwierzaka albo miejskich legendach. Był to jeden ze sposobów radzenia sobie z momentami zwątpienia. Co jeśli Aleksander uzna go za nieinteresującego? Albo zanudzi się na śmierć i będzie liczył dni do powrotu? Vlad nie mógł na to pozwolić, więc trajkotał o wszystkim, co mu ślina na język przyniosła, bez żadnego względu na Aleksandra i ich taksówkarza.

Taksówka zatrzymała się przed budynkiem, który nijak wyglądał jak luksusowy hotel, prędzej jak minimalistyczny prostopadłościan. Tylko napis "Hotel Beyfin" potwierdzał, że to rzeczywiście był cel ich podróży. Dopiero w środku miało się styczność ze wzniosłością i przepychem, choć Vlad i tak stwierdził w myślach, że lobby lepiej prezentowało się na zdjęciach.

Potwierdził swoją rezerwację po rumuńsku, podpisał co trzeba i chwycił podaną mu przez pracownicę kartę magnetyczną. Chwilę później przysłano eleganckiego mężczyznę, który miał za zadanie zająć się ich bagażami. Winda już na nich czekała.

- Dziwnie się tu czuję - powiedział Aleksander, który odkąd przekroczyli próg hotelu, przyglądał się każdemu szczegółowi podejrzliwie.

- Nawet takie biedaki jak my muszą czasem poczuć się jak burżuje.

- Jestem przyzwyczajony do tanich hosteli i niewygodnych łóżek, a nie...

- Mamy łazienkę w pokoju - przerwał mu zadowolony. Widział jak zmarszczone brwi Aleksandra powoli się rozluźniają, a na jego twarz wpełza rezygnacja, a w końcu akceptacja. Wiedział, że ta karta przetargowa uciszy wszystkie narzekania.

- Okej, niech będzie.

Vladowi też nie były obce najtańsze hostele i doskonale wiedział, w jak tragicznym stanie najczęściej znajdują się tam wspólne łazienki - po kąpieli człowiek czuje się brudniejszy niż gdy do nich wchodził. Nie zamierzał męczyć się w takich warunkach po raz kolejny, a skoro jego obecna praca pozwalała mu na takie wydatki, to szkoda byłoby nie skorzystać.

Pomiędzy pierwszym a drugim piętrem winda nagle zatrzymała się. No tak, ten przeklęty dzień się jeszcze nie skończył, pomyślał, rzucając Aleksandrowi przepraszające spojrzenie. Ten tylko westchnął i usiadł na podłodze.

Dziesięć minut później mogli w końcu zobaczyć swój pokój. W pomieszczeniu dominowały trzy kolory: biel, granat oraz brąz, co pozytywnie wpływało na poczucie estetyki Vlada. Ku uciesze Aleksandra były tam osobne łóżka, aczkolwiek nie dzieliła je żadna znaczna odległość.

- Czemu na ścianie wisi obraz z dwoma gołymi chłopczykami? - zapytał Vlad, gdy tylko dostrzegł rzeczone arcydzieło.

- To aniołki, ślepy jesteś?

- Hm...

Kiedy zapadła między nimi cisza, nieprzerwana nawet stukaniem zegara, Vlad znów wytężył swój mózg w poszukiwaniu kolejnego tematu do rozmowy. Padło na ukochany przez niego wampiryzm. Aleksander, o dziwo, poświęcił mu swoją niepodzielną uwagę i kiwał głową, słuchając z zainteresowaniem. Wyłączył się, gdy temat zszedł na okoliczne nocne kluby. Vlada ogarnęła panika.

- Uch... O czym chciałbyś teraz porozmawiać? Jestem otwarty na wszystko - zapewnił, usiadłszy na niebieskim fotelu.

Aleksander przyjrzał mu się uważnie, pół-siedząc, pół-leżąc na swoim łóżku.

- Vlad, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale nie musimy rozmawiać przez cały czas.

Realizacja spadła na niego jak grom z jasnego nieba, lecz w proponowanym przez Aleksandra rozwiązaniu wciąż coś mu nie pasowało.

- Nie zaczniesz się nudzić, jak przestanę cię zajmować rozmową? - Zmarszczył brwi.

- Oczywiście, że nie. Prędzej bym się zabił niż zgodził na przegadanie każdej godziny naszego wyjazdu.

- Jesteś pewien?

W odpowiedzi Aleksander rzucił w niego poduszką.

- Za co!?

- Nie wiem, skąd wzięło ci się przeświadczenie, że rozmowa to jedyny sposób na wspólne spędzenie czasu, ale ja, jako introwertyk, potrzebuję trochę spokoju.

Vlad nigdy wcześniej nie spotkał się z podobnym tokiem myślenia; wszyscy jego znajomi spinali się, gdy tylko w pokoju zapadała cisza trwająca dłużej niż pięć sekund. Wtedy też on stawał na wysokości zadania, potrafiąc godzinami nakręcać nowe tematy albo nawijać o wszystkim i o niczym.

- To co innego mam robić?

- Co chcesz. Tylko nie zmuszaj się do gadania.

- Nie zmuszam się!

- Widzę twój wysiłek gołymi oczami. A niby nie umiem czytać ludzi...

Kompletna cisza była dla Vlada dziwnym zjawiskiem. Nikt nigdy nie pozwolił mu się z nią zaznajomić aż do teraz. Wiedział, że Aleksander ma rację - milczenie było złotem, a jednocześnie stanowiło zdrową część każdej relacji, lecz znacznie łatwiej brzmiało to w teorii. Zamknięte usta nie należały do natury Vlada.

Idąc za przykładem Aleksandra chwycił telefon i podłączył się do hotelowego wifi. Jego ekran od razu zalało morze powiadomień z Facebooka, Messengera oraz maila. Odpowiedział na wszystkie wiadomości, w tym wczesne życzenia świąteczne, spam od Matthiasa. Otworzył konwersację z Elizą, przeczytał jej narzekania, po czym zamknął okno, pozostawiając ją bez odpowiedzi, jedynie z podpisem "przeczytano".

Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno; cyknął zdjęcia placu Avram Iancu na instastory, aby pozostać trendy i pochwalić się swoim urlopem. Chciał sfotografować Aleksandra, lecz gdy tylko odwrócił się jego stronę z przygotowanym telefonem, ten już na niego spoglądał. Nie wyglądało jednak na to, aby domyślił się jego zamiarów względem swojej osoby, więc Vlad i tak zrobił zdjęcie, które ku jego niezadowoleniu wyszło zamazane.

- Chcesz zamówić coś na kolację? - zapytał Aleksander, wyciągając w jego kierunku ulotkę z daniami proponowanymi przez hotelową kafeterię.

Vlad przestudiował ją w milczeniu, zdziwiony, że Aleksander nie skomentował wysokości cen. Być może w końcu wziął sobie do serca jego radę, aby pozwolić sobie na pieniężną rozwiązłość.

- Może jakieś zupy? Żebyśmy się za bardzo nie napchali na noc.

- To wybierz nam coś.

- Ciorbă de perişoare? Tradycyjna kwaśna zupa z mięsem.

- Brzmi okej.

- A na śniadanie możemy sobie zamówić cozonac. Słodki chleb z rodzynkami.

- U nas się go je na Wielkanoc. - Aleksander zmarszczył brwi. - I nazywa się kozunak.

- U nas też się je na Wielkanoc. I na Boże Narodzenie. I wszystkie inne święta, które wymagają ciast. - Wzruszył ramionami. - Okej, to zamawiam. W międzyczasie pójdę się myć, więc odbierz, jak przyniosą.

Chwilę męczył się z wybraniem odpowiedniego numeru, ale cały dalszy proces poszedł sprawnie, gdyż nie musiał trzykrotnie powtarzać po angielsku swojego zamówienia. Wystarczyło, że użyje rumuńskiego. Gdy wszedł do łazienki z piżamą, Aleksander zatrzymał go z lekką paniką:

- Czekaj. Co mam powiedzieć, jak przyjdą?

- Hm? W sensie że "dziękuję"? Mulțumesc. Ale jak powiesz thanks to też cię zrozumieją.

- Okej - westchnął. Czyżby trochę się stresował? Nic dziwnego - inny kraj, język i zwyczaje mogły wywrzeć na kimś kolosalną presję.

Vlad zamknął się w łazience i z uznaniem przyjrzał się wystrojowi, wyszorowanej na błysk wannie, białym kafelkom i nieskazitelnej słuchawce prysznica. W końcu nie muszę się martwić o grzybicę, pomyślał, z ulgą zrzucając z siebie ubranie. Na ogromny plus zasługiwały także idealnie co do milimetra ustawione produkty higieny osobistej, takie jak mini mydełka czy szampony. Stojąc przed trudnym wyborem, w końcu zdecydował się na użycie prysznica, ponieważ z wanny na pewno nie chciałoby mu się wychodzić przez co najmniej pół godziny, a w tym czasie jedzenie na pewno by już wystygło.

Piętnaście minut później wyłonił się z zaparowanej łazienki i z zadowoleniem stwierdził, że czuje się jak nowo narodzony.

Aleksander siedział przy stole, pustym wzrokiem przyglądając się pełnemu talerzowi zupy. Gdy Vlad usiadł naprzeciwko niego, zamrugał kilka razy i podał mu owiniętą serwetką łyżkę. Zjedli posiłek w ciszy, po uprzednim wymienieniu się cichymi "smacznego". Aleksander wstał, aby włączyć telewizor i skrzywił się, widząc, że prawie wszystkie kanały nadają po rumuńsku.

- Smakowało?

- Było bardzo dobre.

- Serio? Cieszę się! - Vlad wyszczerzył w jego stronę swoje ostre kły. - Idziesz się teraz umyć?

- Nie. Zawsze myję się rano.

- Nie masz potrzeby, żeby zmyć z siebie podróż? Na pewno musiałeś się spocić.

- Trochę, ale bardziej niż pot irytuje mnie chodzenie spać w mokrych włosach. A padam na twarz.

Vlad posłał mu zdegustowane spojrzenie. Musiał pamiętać, żeby następnego dnia polecić obsłudze zmienienie pościeli na aleksandrowym łóżku. Mógł znieść spanie obok brudasa, ale przesiąkniętej zarazkami pościeli mu nie popuści.

Aleksander wyjął z walizki jakiś wymięty T-shirt i zrzucił z siebie bluzę, którą miał na sobie od samego rana.

Vlad nie chciał naruszać jego prywatności, ale tęsknota za widokiem skóry była silniejsza; gdy przyglądał się nagim plecom Aleksandra w neonowym świetle telewizora, mógł udawać, że brunet pozbywa się ubrań dla niego.

To niebezpieczne, skarcił się od razu w myślach i przeniósł wzrok na telewizor, lecz nie potrafił się na nim skupić, bo jego mózg już wyczarowywał dla niego sugestywne obrazy.

Obok niego Aleksander wszedł pod kołdrę i zdawał się z uwagą śledzić film, chociaż nie rozumiał ani jednego dialogu. Vlad miał ochotę pokrótce streszczać każdą odbytą przez bohaterów konwersację, ale nie chciał znów wyjść na gadułę. Niedługo później na ekranie pojawiły się napisy końcowe; dopiero wtedy odważył się odezwać.

- Całkiem spoko efekty specjalne, co nie?

Nikt mu nie odpowiedział. Zerknął na Aleksandra i uśmiechnął się, widząc, że ten śpi z otwartą buzią. Miał tylko nadzieję, że nie zacznie chrapać.

Gdy tak sam zasypiał wsłuchując się w jego miarowy oddech, ciche świsty powietrza opuszczające jego płuca, uznał, że być może cisza rzeczywiście nie jest taka zła.


W piątki zazwyczaj każdy miał przysłowiowe owsiki w dupie na myśl o weekendzie, lecz w ostatni dzień przed Świętami zjawisko to przybierało na sile. Znane nie tylko pracownikom, ale także studentom i dzieciom w podstawówce, przyczyniało się do uniwersalnego obniżenia wydajności. Ogólną frustrację potęgował fakt, że od rana zupełnie nic się nie działo; żadnych maili, telefonów czy nawet poleceń od szefostwa.

Bez Vlada, Elizavetty, Rodericha oraz Torisa ich stolik prezentował się chłodno i spokojniej niż zazwyczaj. Matthias przeglądał oferty sklepów z zabawkami dla dzieci, Feliks strona po stronie pochłaniał "Zbrodnię i karę", a Tino i Berwald kulturalnie spożywali lunch. Matthias podejrzewał, że każdemu z nich trochę brakuje wiecznego przedrzeźniania się Vlada i Elizavetty. Bez nich atmosfera była wręcz drętwa.

Miało to zmienić przybycie dwóch postaci, których nikt z grupy się nie spodziewał. Nieczęsto bowiem dane im było ze sobą pracować, lecz widocznie magia świąt popchnęła ich do pogłębienia znajomości.

- Skończ wszędzie za mną chodzić. Mam cię po dziurki w uszach!

- Ależ mon cher, mówi się "po dziurki w nosie".

Arthur Kirkland wywrócił oczami, zatrzymując się przy ich stoliku z okrągłym, blaszanym pudełkiem. Matthias przez chwilę myślał, że to pomyłka. Oderwał wzrok od telefonu i zlustrował ich spojrzeniem. Nie miał do czynienia z Arthurem od miesięcy, a z Francisem ani razu nie zamienił jeszcze słowa.

- Ale niespodzianka - zaćwierkał Feliks, oderwawszy się od lektury. - Macie do nas jakąś sprawę?

- Nasz drogi zgorzkniały Arthur naoglądał się świątecznych filmów i postanowił zdobyć nowych przyjaciół - odpowiedział Francis równie kwiecistym tonem głosu, po czym klapnął na krzesło tuż obok Feliksa.

- No nie zesraj się. Chcę być miły dla swoich współpracowników - westchnął Arthur i usiadł po drugiej stronie.

Matthias przesunął się na ławce, by dać mu więcej swobody. Spojrzał na profil Arthura i od razu skarcił się za to, że jego wzrok natychmiast wylądował na krzaczastych brwiach mężczyzny. Mimo że wszyscy (podobno nawet Arthur) się z nich śmiali, miały one swój urok.

Francis wyglądał nieskazitelnie jak zawsze; nonszalancko zawiązany krawat, dwudniowy zarost, leniwy kucyk z uciekającymi pojedynczymi kosmykami. Matthias był pewien, że ten mężczyzna prezentowałby się wspaniale we wszystkim. Pewność siebie zawsze go pociągała. Odwrócił wzrok, bojąc się, że Francis poczuje jego palące spojrzenie na swojej skórze i zwróci mu uwagę.

Wyjął telefon i napisał szybkiego smsa.

Ja

świąteczny shopping dzisiaj wieczorem? 13:08

Gilbert

tylko jeśli potem pójdziemy na piwko 13:09

Nie zdążył nic odpowiedzieć, gdyż kątem oka dostrzegł jasną głowę wiszącą mu nad ramieniem.

- Do kogo tak namiętnie wypisujesz? - zapytał Tino, uśmiechając się wszechwiedząco.

- Zamknij dziób. - Matthias pstryknął go w środek czoła.

- Niech zgadnę. Hmm... Ach tak! Cudowny, inteligentny, nieziemsko przystojny Lu-

- GILBERT!

Cały stolik spojrzał na niego z przerażeniem i zmarszczonym nosem. Matthias zaśmiał się i rzucił cichym "sorka".

- Gilbert? To on jeszcze żyje? - zdziwił się Tino.

- Jakimś cudem.

- Na studiach zgonował co drugi dzień - zaśmiał się poczciwie.

Matthias musiał przyznać mu rację. Gilbert nie reprezentował sobą najwyższego poziomu, zarówno w kwestii ocen jak i pijactwa. Zresztą, Matthias nie mógł oceniać, ponieważ sam świętoszkiem nie był.

- A więc kochani - zaczął uroczyście Feliks. - Jakie plany na święta?

- Jutro z rana mam samolot do Paryża - powiedział bez wahania Francis. - Moi rodzice organizują wigilię w restauracji i zaprosili...

- Tak, czterdziestu innych żabojadów - wszedł mu w słowo Arthur, wywracając oczami. - Wszyscy wiedzą, że twoja rodzina jest dziana, nie musisz się tak przechwalać.

- Mon Dieu, Arthur. A jak cię zapraszałem, to...

- I skończ wymawiać moje imię z tym obrzydliwym charczącym "r"!

- Jak zaśpiewasz ze mną świąteczną piosenkę.

Przerażenie na twarzy Arthura osiągnęło apogeum.

- No dalej. Vive le vent, vive le vent, vive le vent d'hiver~

- Jeśli jeszcze raz zbezcześcisz "jingle bells", to osobiście cię wypatroszę.

Feliks przyglądał im się z dziwną fascynacją. Nic dziwnego - Matthias musiał przyznać, że ich kłótnie rzeczywiście były fascynujące.

Arthur prawie skoczył Francisowi do gardła, ale Tino - miły, poczciwy Tino - wziął na swoje barki zakończenie tej farsy.

- Hej, Artie, co tam masz w tym pudełku?

- W tym? - Arthur wskazał na kawałek blachy na swoich kolanach.

- Mon Dieu...

- Upiekłem ciastka z myślą, żeby poczęstować wszystkich w pracy. Chcecie spróbować?

Francis pokręcił głową z grobowym wyrazem twarzy, ale było za późno - Tino entuzjastycznie się zgodził.


Tego popołudnia Matthias nauczył się jednej rzeczy - grzeczność nie zawsze idzie w parze z mądrością. Już w chwili, kiedy zobaczył osmolone ciastka o konsystencji kamienia, powinien był uciekać, gdzie pieprz rośnie. Zamiast tego przekonał samego siebie, że nie może być aż tak źle i poczęstował się. Błąd.

Wyszedł z łazienki po przemyciu ust kranówą i ruszył szybkim krokiem w stronę biura. Jego przerwa skończyła się jakiś czas temu, ale obawiał się, że gdyby nie ogarnął się wcześniej w toalecie, to skończyłby opróżniając zawartość żołądka na środku swojego boksu.

Cichaczem wszedł do gabinetu, gdzie zastał Lukasa pogrążonego w rozmowie głosowej z kimś, kto po chwili okazał się być Aleksandrem.

- Pozdrów ode mnie Emila. Przywiozę mu coś ładnego z jarmarku.

- Rozejrzyj się za pocztówkami. Ostatnio spodobało mu się przerysowywanie budynków.

- Naprawdę? - Śmiech Aleksandra został zniekształcony przez komunikator. - Rośnie ci mały architekt.

- Kto wie. - Lukas uśmiechnął się miękko, zaraz jednak zreflektował się i kiwnął Matthiasowi głową na powitanie. - A wy? Co dzisiaj planujecie?

- Idziemy na jarmark, a potem do pubu spotkać się z przyjaciółmi Vlada.

- I ty się na to zgodziłeś?

- A miałem jakiś wybór? Nie no, żartuję. Myślę, że może być całkiem miło...

Matthias wszedł do swojej części pomieszczenia, odpalił uśpiony komputer i przejrzał skrzynkę mailową. Nic nowego. Zrobił kilka zaległych rzeczy, lecz nie zajęły mu one więcej niż godzinę. Zaczął zastanawiać się, dlaczego wszyscy ostatnimi czasy czytają "Zbrodnię i Karę". Czyżby znów był jakiś boom na Dostojewskiego? A może Feliks zwyczajnie okazuje swoją solidarność z biednym Torisem, który czytał ową książkę z samych złych powodów?

Gdy upewnił się, że Lukas zakończył rozmowę, wyłonił się ze swojego pomieszczenia w celu zamienienia kilku słów. Gdyby Matthias był postacią w Simsach, jego pasek "towarzystwa" spadałby dwukrotnie szybciej niż komukolwiek innemu, jak przystało na stuprocentowego ekstrawertyka.

- Co tam?

Lukas zlustrował go uważnie, lecz z miękkością, której wcześniej nie było w jego spojrzeniu.

- Dostaliśmy kartkę świąteczną od Iwana.

- My? - Usłyszał w skroniach, jak jego serce nagle przyspieszyło.

- Firma. - Lukas uniósł brew i podał mu niewinnie wyglądający papierowy prostokąt.

Matthias spodziewał się choinki, reniferów i tony brokatu, ale zamiast tego powitało go profesjonalne zdjęcie trojga rodzeństwa. Iwan, na środku, dumny i wyprostowany, uśmiechał się potulnie w stronę kamery. Po jego lewej Natalia promieniała naturalnością; niebieska błyszcząca sukienka tylko uwydatniała jej chłodną postawę i jasne oczy. Matthias nie rozpoznał jednak kobiety siedzącej po prawej. Od razu przyszedł mu na myśl klaun na pogrzebie. Porównanie to nie miało jednak nic wspólnego z jej wyglądem; chodziło o kontrast. Blondynka szczerze uśmiechała się, mając gdzieś swoje pulchne policzki, zmarszczki i wszechobecny na zdjęciu patos. W przeciwieństwie do swojego rodzeństwa nie przypominała posągu. Matthias był pod wrażeniem.

- Kto to jest? - zapytał Lukasa, wskazując postać na zdjęciu.

- Starsza siostra Iwana, Katyusha.

- Wygląda na kochaną!

- Ma narzeczonego - zapewnił Lukas z dziwną nagłością.

- Uch - zaniemówił. - Miałem na myśli, że wydaje się być totalnym przeciwieństwem Iwana.

Lukas odwrócił wzrok, jakby nakryto go na czymś zakazanym.

- Owszem, jest bardzo miła.

- Z kim się zaręczyła? Iwan nie wydawał się zadowolony jej wyborem, jak wczoraj tu był.

Wciąż czuł się nieswojo na wspomnienie pamiętnej rozmowy. Cieszył się, że nigdy nie musiał zajmować się klientami pokroju Bragińskiego.

- Z Alfredem F. Jonesem.

- Tym od fastfoodów?

- Znasz go?

- Raz tam jadłem, ale nie smakowało mi. Za tłuste. - Wykrzywił się.

- Katyusha pewnie niedługo zrobi z tym porządek. Natalia mówiła, że obie namawiały Alfreda, aby wprowadził zdrowsze opcje.

- A Iwan ma kogoś na oku? - Matthias poruszył sugestywnie brwiami.

Lukas zapowietrzył się; widocznie i jemu wizja zakochanego Iwana wydała się odległa niczym Andromeda.

- Wątpię, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w najbliższym czasie próbował zaaranżować małżeństwo z jakąś rosyjską milionerką. Natalia wspominała, że kiedyś kręcił z jakąś dziewczyną zza granicy. No, nim prorosyjska szajba uderzyła mu do głowy.

- To właściwie jest dość przykre. Mam nadzieję, że prędzej czy później mu przejdzie.

- Ja też.

Matthias spojrzał na zegarek i uznawszy, że godzina jeszcze młoda, zapytał Lukasa, czy może użyć ekspresu do zrobienia sobie kawy.

- Jasne. Nie musisz pytać, po prostu rób. - Padła odpowiedź.

Czekając, aż sprzęt uczyni swoją powinność, Matthias pozwolił sobie zadać kolejne, nieco bardziej intymne pytanie.

- Jak się czujesz?

- W porządku - odpowiedział automatycznie Lukas, odwrócił wzrok na sekundę, po czym westchnął cicho. - Jestem trochę zmęczony. Muszę się porządnie wyspać. I boli mnie głowa.

- A piłeś dzisiaj coś innego niż kawa?

Trzy puste kubki tworzące rządek na biurku mówiły same za siebie.

- Musisz mi regularnie przypominać o przerwie na wodę.

- Będę. - Uśmiechnął się Matthias.

Ekspres zasygnalizował koniec swojej pracy dziwnym warknięciem spod obudowy i Matthias ostrożnie chwycił kubek za szerokie ucho. Fajnie mu się beształo Lukasa za nadużywanie tego cudownego napoju, podczas gdy sam nie był święty. No, przynajmniej przesypiał całe noce jak człowiek.

- Hej, może to durne pytanie, ale co powinienem kupić twoim rodzicom? Co chcieliby dostać? - Lukas wypalił tak szybko, że Matthias ledwo zrozumiał, co zostało powiedziane.

Dobre pytanie. Czy to święta czy urodziny, Matthias zawsze miał problem z wymyśleniem oryginalnego prezentu, który wpasowałby się w gusta jego rodziców. Gdy przychodziło do rekomendacji, mógł co najwyżej rozłożyć ręce. Jednak co innego odmówić pomocy gadatliwej ciotce, a co innego odmówić Lukasowi, który przejmował się podobnymi rzeczami wręcz za bardzo.

- Podejrzewam, że jakieś przydatne rzeczy, typu koce... Mama mówiła, że ostatnio stłukła im się sosjerka. Świeczek zapachowych też im co chwilę brakuje, bo tata jest fanem. Ale nie wysilaj się specjalnie, na pewno by się nie obrazili nawet jak byś przyszedł z pustymi rękami.

- Źle bym się wtedy czuł. To niegrzeczne.

Matthias też pewnie czułby się nie na miejscu przychodząc z pustymi rękoma.


Dlatego też po skończonej pracy spontanicznie zgadał się z Gilbertem na mały shopping w pobliskiej galerii. Wstyd się przyznać, ale jak zwykle zostawił świąteczne zakupy na ostatnią chwilę, zmuszając się do zręcznego wymijania wszystkich innych prokrastynatorów. Miał wrażenie, że w takie tłoczne dni więcej czasu poświęca się na uważanie, by czegoś przypadkiem nie stłuc, nie zrzucić albo nie nadepnąć komuś na palec, niż na sam proces wyboru i kupna.

- A więc zaprosiłeś go na święta? - Gilbert wydawał się bardziej zainteresowany plotkami niż figurkami piesków w mikołajowych czapkach.

- Moja mama go zaprosiła. To jej pomysł.

- Ten moment gdy własna matka musi wyrywać dla ciebie faceta, bo sam jesteś zbyt beznadziejny w te klocki.

Matthias uniósł wielką figurkę aniołka w obietnicy groźby.

- Tak w ogóle, to co cię tak nagle zaczęło ciągnąć w stronę facetów?

- Zawsze mnie ciągnęło. Po prostu nie tak często. Bądźmy szczerzy, większość facetów po prostu nie jest warta zachodu. - Matthias przyjrzał się kubkom w renifery i uznał, że to całkiem słodki drobiazg dla jego rodziców. - Poza tym, zapomniałeś, że leciałem na Tino na drugim roku?

Gilbert parsknął śmiechem; widocznie zapomniał o tym małym fakcie.

- Tino o tym wie?

- Broń Boże. I się nie dowie - dodał, widząc błysk w oku Gilberta.

- Czaję zauroczenie Tino, jest miły i zawsze się uśmiecha... Ale czemu Lukas? Mam wrażenie, że to twoje zainteresowanie nim wzięło się trochę z dupy.

Obserwacje Gilberta na pewno nie brały się znikąd. Sam Matthias zdawał sobie sprawę, że dla osoby trzeciej jego zainteresowanie Lukasem może wydać się płytkie i dziecinne, ale mimo to nie miał zamiaru przepraszać za swoje uczucia.

- Otworzył się przede mną. - Wzruszył ramionami. - A ja widzę w nim coś ciepłego. Wiesz, czasem takich rzeczy nie da się wytłumaczyć. Słyszałeś o micie o bratnich duszach?

- Nope.

- Chodzi o to, że ludzie na początku mieli dwie pary rąk i dwie pary nóg, ale Zeus przeciął ich na pół i tak powstała kobieta i mężczyzna. Każda połówka wędruje po świecie i szuka swojej bratniej duszy, a gdy ją znajdzie, znów stają się całością i są szczęśliwi.

- Przy homo związkach też to działa? Patrząc na nasze genitalia... - Gilbert wykonał obsceniczny gest obiema dłońmi, na co Matthias wywrócił oczami.

- Oczywiście. Na początku byli czteroręcy mężczyźni, czterorękie kobiety i czterorękie osoby androgeniczne. Po tym jak Zeus podzielił ich na pół, kobieta, która wcześniej tworzyła całość z inną kobietą, zaczęła szukać drugiej kobiety. Osoby androgeniczne szukają przeciwnej płci. Jasne?

- I gdzie w tym wszystkim są biseksualiści?

- Może nie pamiętają, kogo szukać. I po prostu szukają swojej drugiej połówki, a nie konkretnej płci.

- Ale ta Grecja była gejowa.

- Żebyś wiedział.

- Już, spokojnie, panie filozofie.

Po dziesięciu minutach w kolejce, w końcu wyszli z Home & You.

- Gdzie jeszcze chcesz iść? Umieram z głodu.

- Jeszcze jedno miejsce. Muszę kupić coś dla Emila.

Przez całą drogę do sklepu z zabawkami Gilberta milczał, pogrążony w myślach, i Matthias wiedział, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. Nie mylił się.

- Nie boisz się, że zaczniesz tęsknić za, no wiesz...? - Wskazał na swoją klatkę piersiową. - Za cyckami?

- Nie bądź głupi. To tak nie działa. Cycki i męska klata są dla mnie na równi.

- A leżałeś kiedyś na męskiej klacie?

- Ja... - Matthias zapowietrzył się na chwilę, nie wiedząc, jak na to odpowiedzieć. Oczywiście, że tak, nigdy jednak w kontekście czysto romantycznym.

- Widzisz! Skąd możesz wiedzieć, że ci się spodoba?

- Bo mam takie fantazje? - Zarumienił się. - Jezu, Gilbert, nie próbuj mi mącić w głowie!

- Na miejscu Lukasa bym się trochę obawiał. Wiesz, taki podświadomy strach. Że mimo wszystko zawsze będziesz wolał kobiety. I jak ci się znudzi facet, to wrócisz do jakiejś babki.

- Niektórzy mają preferencje. Ja nie. I nie jestem taki. Przecież dobrze wiesz. - Uciął konwersację.

Chciał miło spędzić popołudnie, a został zbombardowany pytaniami, które słyszał już wcześniej setki razy. Mimo to wciąż nie na każde miał dobrą odpowiedź. Nie było stuprocentowej, naukowo poprawnej odpowiedzi na pytanie "Skąd wiesz, że ci się nie znudzi?" innej niż jego szczerze zapewnienia.

Gilbert wspomniał jednak o czymś, czym Matthias wcześniej się nie martwił. Co sądził o tym Lukas?


Vlad zarzucił na ramiona swój nowy nabytek - długi, krwistoczerwony płaszcz z szerokimi mankietami zakupiony w pobliskim lumpeksie.

- Wciąż nie wierzę, że kupiłeś taką tandetę - powiedział Aleksander, który zamiast pójść z rana na mały shopping wolał poleżeć w wannie gorącej wody. Teraz stał przed lustrem i siłował się z grubym czarnym swetrem.

- Przyznaj, że ma swój urok. - Stanął za nim, tak że jego sylwetka także odbijała się w lustrze.

- Lepiej powiedz, ile ci zostało pieniędzy.

- Na grzańca i sarmale wystarczy.

- I tak musimy wstąpić po drodze do kantoru, bo w święta pewnie będą zamknięte.

- Co dwie głowy to nie jedna.

Najpierw jednak udali się na bożonarodzeniowy jarmark, tak jak wcześniej zaplanowali. Aby się tam dostać, musieli przejść wzdłuż ruchliwych ulic, które pomimo swojego gęstego zaludnienia nadal nie traciły uroku - a to za sprawą kolorowych świątecznych lampek przyczepionych do ulicznych latarni. Vlad upodobał sobie te zielone, okręcone misternie wokół druta, aby w ciemności sylwetką przypominały choinkę.

Aleksander zauważył, że gdziekolwiek nie spojrzy, widzi dumnie powiewającą rumuńską flagę. Vlad pokiwał głową z uznaniem.

W międzyczasie jego telefon rozśpiewał się; odebrał po chwili wahania i zaczął trajkotać po rumuńsku. Po rozłączeniu się streścił Aleksandrowi całą rozmowę.

- Daciana mówi, że zrobili rezerwację na dziewiętnastą w takim jednym pubie. - Nazwa nie była ważna, Aleksander i tak by jej nie kojarzył. - Więc mamy około dwóch godzin. Wystarczy?

- Wydaje mi się, że tak.

Pomysł, aby spotkać się z miejscowymi znajomymi Vlada powstał niezwykle spontanicznie. Iacob, widząc na Instagramie, że Vlad odwiedza rodzinne miasto, wyszedł z inicjatywą i w mgnieniu oka zebrał całą paczkę z licealnych czasów.

- Naprawdę nie masz nic przeciwko? Jeszcze mogę im powiedzieć, że coś ci wypadło albo źle się poczułeś... - zwrócił się do Aleksandra, wiedząc, jak źle znosi on spotkania w liczniejszym gronie.

- Szczerze mówiąc, to z minuty na minutę coraz bardziej mam ochotę jakoś się z tego wywinąć, ale generalnie rzecz biorąc, jestem w dobrym nastroju. Nie mam nic przeciwko temu spotkaniu.

- Aww, chcesz poznać moich znajomych... Czy to już ten level związku? - zapytał, udając teatralne wzruszenie.

Aleksander widocznie spiął się, a jego pogodny wyraz twarzy ustąpił miejsca zmarszczonym brwiom oraz chłodnemu spojrzeniu. Nie miało to miejsca po raz pierwszy. Mimo że Aleksander doskonale poznał się na jego humorze, żartobliwe aluzje do miłości ze strony Vlada wciąż powodowały w nim takie reakcje.

Jarmark w tym roku prezentował się niezwykle pięknie; drewniane budki z kolorowymi produktami ciągnęły się w kilku równoległych rzędach, a nad nimi górowała olbrzymia choinka, najjaśniejszy obiekt na całym rynku. Gdzieś z boku dobiegały dźwięki skocznej muzyki; Vlad rozpoznał ukochane skrzypce i kolędę, którą uwielbiał za dzieciaka.

Aleksander natychmiast zabrał się za uważną inspekcję każdego sklepiku. Vlad tylko podążał za nim jak kula u nogi, od czasu do czasu komentując udany zakup. Po pięciu ślicznych pocztówkach oraz dwóch magnesach zatrzymali się przy stoisku z wielobarwnymi świątecznymi skarpetami.

- Myślisz, że Emilowi się spodobają? - zapytał nagle Aleksander, wskazując na czerwoną parę w renifery.

- Kto to Emil? - Vlad miał wrażenie, że już gdzieś słyszał to imię.

- No tak, racja - mruknął pod nosem. - To młodszy brat Lukasa.

- Szefunio ma brata? Aww, to słodkie.

- Właściwie to jest jego prawnym opiekunem. Po tym jak, no wiesz...

Vlad pokiwał energicznie głową, nie chcąc poruszać żadnych przykrych tematów, zwłaszcza przy tak pozytywnej, świątecznej atmosferze. Nowe informacje ukazywały Lukasa w zupełnie nowej perspektywy, lecz Vlad nie wiedział, czy gotów jest z niej spojrzeć, od początku mając dość zimny obraz szefa w swojej głowie.

- Weź te w renifery. W końcu kto nie lubi reniferów? - Vlad osobiście bardzo miło wspominał "Rudolfa Czerwononosego".

- Okej.

Później Aleksander przystanął pod sceną, z zaciekawieniem przyglądając się występowi pewnego zespołu ludowego, a Vlad kupił sobie sarmale - mięso mielone i ryż zawinięte w kapustę, tradycyjna rumuńska potrawa.

- Głodny? - zapytał, podstawiając mu tekturowy talerzyk pod nos. - Mogę dać ci skosztować.

Aleksander skorzystał z oferty, ale nie był zainteresowany zakupieniem swojej własnej porcji; zjadł porządne drugie śniadanie. Bardziej interesowały go rumuńskie kolędy w wykonaniu pewnej uroczej pani w podeszłym wieku.

Niedługo później Vlad znów zniknął wśród stoisk z jedzeniem. Wrócił po pięciu minutach z parującym kubkiem, a Aleksander skrzywił się mimowolnie czując intensywny zapach napoju.

- Grzane wino - pochwalił się, otaczając papierowy kubek obiema dłońmi. - Chcesz trochę?

- Wiesz, że nie spożywam alkoholu.

- Ale to jest pyszne! No dalej, nie żałuj sobie! - Vlad spojrzał na niego sugestywnie spod na wpół przymkniętych powiek.

- Jeden łyk. - Aby podkreślić swoją stanowczość, Aleksander uniósł palec wskazujący na wysokość swojej twarzy, po czym chwycił kubek, przyjrzał mu się skrzywiony, napił się, odkaszlnął i oddał jakby nigdy nic. - Obrzydliwe. Przypomnij mi, dlaczego ludzie piją to świństwo.

- Żeby się odmóżdżyć, odprężyć, rozerwać - zaczął wyliczać, ale każdy kolejny pomysł był tylko dalszym bądź bliższym synonimem poprzedniego. - Rozgrzać? - uniósł brew, bez zastanowienia pijąc swoje wino. Mimo że temperatury nie były na minusie, to chłodny wiatr wcale nie ułatwiał mu życia. - Czemu jesteś tak negatywnie nastawiony?

Aleksander przez chwilę milczał, zupełnie jakby w ogóle nie usłyszał pytania. Vlad myślał, że rzeczywiście tak było i już chciał sobie odpuścić, gdy brunet nagle wzruszył ramionami i odpowiedział:

- Chyba jestem przewrażliwiony po tym, jak miałem za dużo styczności z alkoholikami.

- Na studiach?

- W domu.

- Och. - Vlad nie wiedział, jakie odpowiedzi się spodziewał, ale na pewno nie takiej. Chciał coś powiedzieć, ale Aleksander go uprzedził; widocznie zdał sobie sprawę, że znów pokazał za dużo bezbronności.

I teraz musi wyjaśnić, że to w rzeczywistości nic takiego. Vlad był pod wrażeniem samego siebie, że tak szybko poznał się na zachowaniach drugiego mężczyzny.

- To nic takiego. Żadnej agresji czy czegoś podobnego - pospieszył z wyjaśnieniami. - Tylko dużo krzyków i kłótni. Czasem zdarzało mu się tłuc szklanki... Zresztą, na studiach też miałem sporo do czynienia z pijaczynami.

- Wiesz, moja mama też lubi sobie popić, ale to nie znaczy, że ja mam się czuć z tego powodu źle. - Wskazał ruchem głowy na swój kubek. - W ograniczonych ilościach to nic takiego. Ale szanuję zarówno twój wybór, jak i powody. - Uśmiechnął się, by dodać Aleksandrowi otuchy.

- Dzięki.

- Clopotei, clopotei veseli suna iar, o zapada ca-n povesti am primit in dar - Vlad zaczął śpiewać rumuńską wersję piosenki "Pada śnieg", aby przywrócić atmosferze jej pierwotną pozytywność. - Macie w Bułgarii swoją własną wersję?

Okazało się, że nie; Aleksander słyszał tylko rosyjską, ale pomimo błagań Vlada nie pokusił się o zaprezentowanie swoich umiejętności wokalnych, cytując bolące gardło.

- Posłuchaj lepiej profesjonalnych artystów - dodał, skupiając całą swoją uwagę na tętniącej życie scenie.

Vlad tak też zrobił. W międzyczasie udało mu się opróżnić kubek grzanego wina; tektura trafiła do wielkiego, czarnego kosza.

- Na pewno nie chcesz nic zjeść?

- Kupię sobie frytki w barze.

- Jak uważasz.

Chwilę później muzyka zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni; ludową kolędę zastąpiła popularna dyskotekowa piosenka, podczas gdy zespół mógł cieszyć się kilkunastominutową przerwą.

Vlad poczuł, że musi zrobić coś głupiego.

Zaczął przeskakiwał z nogi na nogę, zaraz jednak wczuł się w rytm. Od czasu do czasu, dla urozmaicenia, pozwolił sobie dodać jakieś szalone ruchy ramion. Aleksander spojrzał na niego krzywo; zmarszczył nos, by ukazać swoje niezadowolenie.

- Zatańcz ze mną. - Vlad prawie na niego wpadł, próbując wykonać piruet.

Aleksander rozejrzał się z paniką w oczach, lecz cały zgromadzony pod sceną tłum już zdążył zwrócić uwagę na dzikie wygibasy Vlada.

- Robisz z siebie pośmiewisko - wycedził, zdziwiony, że Vlad nie zdaje sobie z tego sprawy.

- No i co?

- Ja... - Aleksander wydał się wytrącony z równowagi jego nonszalancją. - Nie mam zamiaru w tym uczestniczyć.

Po czym stanowczo odwrócił się, rzucił coś o prezentach i zniknął wśród drewnianych budek.

Odkąd skończył piętnaście lat, Vlad wierzył, że każdy człowiek powinien robić, co mu się podoba, nie zważając na opinie innych ludzi, pod warunkiem że jego akcje nikogo nie krzywdziły. Trochę zajęło mu wprowadzenie tej filozofii w swoje życie, lecz wyglądało na to, że Aleksander nie odrobił swojej pracy domowej z tego przedmiotu.

Miał wrażenie, że Aleksander z chęcią zrzuciłby winę za jego wcześniejsze zachowanie na wypite wino, co kompletnie mijałoby się z prawdą - Vlad nie odczuł żadnych skutków jego działania poza miłym ciepłem w czubkach palców. Zlitował się nad swoim towarzyszem i po kolejnej piosence, którą także przetańczył, ruszył mu na poszukiwania.

Znalazł Aleksandra przy interaktywnej wystawie; po kliknięciu wielkiego, czerwonego guzika Mikołaje zaczynały ruszać się i śpiewać skoczną kolędę.

- Podoba ci się? - zapytał, stając tuż za nim. Z rozbawieniem patrzył, jak Aleksander odskakuje na bok.

- Skończyłeś się wygłupiać? - odpowiedział pytaniem, na co Vlad tylko westchnął cierpiętniczo.

- Można tak powiedzieć. Oj, no skończ się dąsać. Ze zmarszczonymi brwiami ci nie do twarzy.

- A z czym mi do twarzy?

- Z ciemnymi kolorami. Ale to już mamy - zauważył, lustrując z góry do dołu jego czarny płaszcz. - Brakuje tylko uśmiechu.

Aleksander mruknął coś niezrozumiałego pod nosem po bułgarsku; Vlad wiedział, jakiego języka powinien zacząć się uczyć.

- Okej, dobra. Postaram się uśmiechać przed twoimi znajomymi.

- Czemu przed nimi? Nie możesz uśmiechać się też do mnie? - zapytał z typowym dla siebie dramatyzmem.

- Nie dajesz mi ku temu żadnych powodów.

Vlad już chciał się oburzyć, lecz dostrzegł, że kąciki ust Aleksandra drżą, nieudolnie próbując powstrzymać wybuch śmiechu.

- Okej, chyba zaczynam rozgryzać twoje poczucie humoru.

- Najwyższy czas.

Gdy zdali sobie sprawę, że minęło już sporo czasu, uzgodnili, że udadzą się do kantoru wcześniej; przezorny zawsze ubezpieczony. Tuż przy wyjściu z jarmarku Vlad kątem oka dostrzegł jakąś ruchomą konstrukcję i nie byłby sobą, gdyby nie przystanął i nie przyjrzał się jej bliżej.

Kolorowa karuzela z grającą wesoło muzyką nie była niczym dziwnym w miejscu takim jak to, ale Vlada ogarnęła dziwna nostalgia. Od lat nie widział czegoś podobnego, a jego wspomnienia z wesołego miasteczka pełne były podrygujących w górę i w dół blaszanych koników oraz głośnych autek wydających z siebie "brum, brum" przy każdym obrocie. Założyłby się o niemałą sumę, że gdzieś w kartonie ze starymi polaroidami jego matka wciąż trzymała fotografie z karuzeli.

- Chodź na moment - rzucił do Aleksandra i zbliżył się do bramki.

- O co chodzi?

Vlad zaczął grzebać w kieszeni, by po chwili wyjąć pięć lejów, z George Enescu na banknocie.

- Muszę się na niej przejechać - powiedział z pełnym przekonaniem.

Na twarzy Aleksandra wymalowała się mieszanka niedowierzania i przerażenia. Może to niemiłe z jego strony, ale Vlad właśnie na taką reakcję czekał i teraz był z siebie niezwykle zadowolony, że udało mu się ją wywołać.

- Skończ się wydurniać. Ile ty masz lat, dwanaście?

- Na twoje szczęście, nie. Wtedy mógłbyś mieć niemałe kłopoty z prawem.

- O czym ty mówisz?

- Nie sądzisz, że to już najwyższy czas, abyś też zaczął ogarniać moje poczucie humoru?

Aleksander tylko parsknął pod nosem; widocznie nie udało mu się wymyślić żadnego kontrataku.

- Tak więc teraz pozwól, że przejadę się na karuzeli - powiedział z błyskiem w oku i ustawił się przy bramce.

- Rób, co chcesz, byle nie w moim polu widzenia. Będę czekał pod kantorem, jak już skończysz z tą swoją dziecinadą. - Mimo że zapewne mało osób mogło w całości zrozumieć ich rozmowę, Aleksander i tak zniżył swój głos do konspiracyjnego szeptu.

Vlad patrzył, jak jego towarzysz po raz kolejny znika wśród budek, i po raz kolejny uśmiechnął się do siebie. Co musiało wyglądać dosyć dziwnie, ale jemu niestraszne było wygłupienie się. Odczekał dwie minuty, wręczył pięć lejów smutnemu chłopcu, któremu matka nie chciała zafundować przejażdżki, uśmiechnął się do kobiety i spacerem ruszył w stronę najbliższego kantoru. Miał nadzieję, że Aleksander także jakimś cudem do niego trafi; w końcu nie znał miasta tak dobrze jak Vlad.

Rzeczywiście, Aleksander stał pod niewielkim zadaszeniem w swoim czarnym płaszczu i zmarszczył brwi na widok zbliżającego się blondyna. Vlad już przyzwyczaił się do tej reakcji na swoją osobę i zaczął odbierać ją jako coś pozytywnego.

- Kupione?

- Wolałem zaczekać na ciebie.

- Hm? Czemu?

- Bo obcokrajowców łatwiej oszukać.

- Prawda - mruknął Vlad, po czym zbliżył się do okienka. Przyjrzał się z uwagą niewielkim soczewkom kamer. - Tysiąc euro na leje poproszę. - Uśmiechnął się uprzejmie, kładąc pieniądze na tacce. Aleksander przyglądał się całej wymianie z ubocza.

- Mam nadzieję, że nikt nas teraz nie obserwuje. W końcu to sporo kasy...

- Czyżby ktoś tu lubił kryminały?

Ku zdziwieniu Aleksandra sprzedawca wydał im tylko kilka banknotów, większość o nominale pięćset.

- U nas są tylko setki.

Vlad spojrzał na niego z wyższością, zupełnie jakby wygrał jakiś ważny zakład. Niczym urodzony biznesmen przeliczył pieniądze, podziękował sprzedawcy i stanął po drugiej stronie Aleksandra, z powodzeniem uciekając z zasięgu kamer.

- Masz może portfel? Mój nowy płaszcz nie ma nawet kieszeni.

- Jasne. - Aleksander włożył cały plik do osobnej przegródki. - To co? Teraz do tego całego pubu?

- No chyba że chcesz czekać na zimnie.

- Prowadź. Mam nadzieję, że to niedaleko.


Jak przystało na piątkowy wieczór, każde miejsce z większym asortymentem napojów wyskokowych kipiało od natłoku szarych mas. Vlad musiał przez dziesięć minut przekonywać pewnego konkretnie wstawionego pana, że owszem, nawet w pubach funkcjonuje coś takiego jak rezerwacja stolików. Gdy wszystkie konflikty zostały zażegnane, płaszcze odwieszone, a Aleksander dostał swoje frytki, do lokalu wkroczyła pierwsza znajoma para.

Vlad nie spodziewał się ujrzeć Ioany jako pierwszej, ale oto stanęła przed nim prawie niezmieniona; wciąż te same długie czarne włosy, bystre niebieskie oczy i miłość do kolorowych swetrów w rozmiarze XXL.

- Bine v‑am găsit! Jak dobrze cię znowu widzieć!

Vlad nie sądził, że to możliwe, aby przekrzyczeć zarówno muzykę, jak i rozmowy innych ludzi, ale Ioanie chyba się udało.

Mihai wtoczył się tuż za nią. Gdy Vlad go zobaczył, nie mógł uwierzyć, że kiedykolwiek miał na niego crusha. Ze wszystkich znajomych z liceum, z Mihaiem nie widział się chyba najdłużej. Gdy przyjeżdżał do kraju, najczęściej na tydzień, nie zawsze udawało mu się spotkać ze wszystkimi, a z powodu zapełnionych obowiązkami dni nigdy nie udało im się ustalić dogodnego terminu na rozmowę przez Skype.

Nie minęło dziesięć minut, a przy stoliku siedział komplet. Daciana przyjechała z Iacobem, który jako kierowca na wstępie oznajmił, że nie zamierza pić i nie życzy sobie, aby ktokolwiek proponował mu drinka.

Vlad przyglądał się, podpierając policzek dłonią, jak Aleksander raz po raz przedstawia się i podaje każdemu dłoń. Wyglądał profesjonalnie, zupełnie jakby witał się z klientem, ale jego silniejszy niż zwykle akcent zdradzał poddenerwowanie.

Nagle dotarło do niego, jak znacząco ta scena mogłaby wyglądać, gdyby spojrzeć na nią z innej perspektywy. Jak równie dobrze mógłby przedstawiać teraz swojego partnera, a nie kolegę z pracy. Wystarczyłoby tylko zmienić nazwę ich relacji, a to spotkanie nabrałoby zupełnie nowego znaczenia.

Vlad wiedział, że tego typu fantazje nie należą do najzdrowszych, bo najczęściej kończy się na tym, że wspomina się je z gorzkim posmakiem i poczuciem głupoty, ale nie mógł się powstrzymać. Pewność, że jego uczucia na pewno w pewnym stopniu są odwzajemnione tylko dodawała mu skrzydeł. Istniała jedna niewielka możliwość, która niczym kula u nogi kazała mu trzymać się powierzchni. Co jeśli nadinterpretuje? Dopowiada sobie różne rzeczy? Dla człowieka z wyobraźnią tak bujną jak Vlad to nic trudnego.

- Chyba pójdę po piwo - oznajmił, widząc, że Daciana właśnie wróciła do stolika z wielkim kuflem.

- Ja ci kupię - zaproponował Aleksander z dziwną, nietypową nagłością. - Ty lepiej zostań i porozmawiaj ze swoimi przyjaciółmi. Dawno się nie widzieliście - polecił i wyjął portfel. Jego ręce lekko drżały.

- Okej. Dzięki. - Vlad wiedział, że to pewien sposób na odreagowanie. Aleksander wspominał wielokrotnie, że często stresuje się w towarzystwie nieznanych osób. Wyszedł z wprawy, jak to mawiał. Chociaż Vlad miał swoją własną cichą teorię, że zwyczajnie za bardzo przejmuje się tym, co inni o nim pomyślą.

Aleksander ostrożnie wyjął jeden banknot o nominale pięćset i wstał.

- Chcesz coś jeszcze? Frytki, nachosy?

- Nope. Tylko piwo.

- Okej. To zaraz wracam.

Na odchodne Aleksander posłał wszystkim grzeczny uśmiech i stanął na końcu kolejki, jak przystało na przykładnego konsumenta. Vlad oderwał od niego wzrok dopiero po chwili.

Zdziwił się, gdy wrócił spojrzeniem do swoich przyjaciół, a ci patrzyli na niego wyczekująco. Spodziewał się jakichś przytyków, pytań, kręcenia nosem, ale na pewno nie tego, co właśnie miało nadejść.

- Co się gapisz? - mruknął do Ioany, która wręcz świdrowała go na wylot swoimi ślicznymi, niebieskimi oczami.

- Vlad... - zaczęła złowróżbnie. - Wciąż nam ufasz, prawda? Ostatnio rzadko się widujemy, ale chyba nadal możesz nazwać nas swoimi przyjaciółmi?

- Zawiało grozą. No jasne, a czemu pytasz?

- Czy Aleksander to twój sugar daddy?

Vlad miał ochotę włożyć sobie do ust frytkę i udawać, że się nią dławi. Ot tak, dla dramaturgii, dla lepszego efektu. Lecz na stoliku stała tylko pusta, papierowa tacka, więc zmuszony był roześmiać się histerycznie. Gdyby był postacią w amerykańskim komiksie, dymek z jego myślami na pewno mówiłby "CO?".

- A co? Potrzebujesz porad, jak jakiegoś znaleźć? - zapytał z lekkim jadem, zaraz jednak zreflektował się i odchrząknął. - A tak na poważnie, to nie. Skąd w ogóle wzięłaś taką chory pomysł? Mówiłem wam, że to mój kolega z pracy. I obiekt westchnień, ale ten punkt możemy pominąć. Obecnie chyba jestem we friendzone. - Wolał nie opowiadać im o swoich podejrzeniach, bo jeszcze wyszłoby na to, że ma obsesję.

- Nie lubię tego słowa - mruknęła Daciana.

- Tak, wiem, spokojnie. Moje uczucia to nie jego problem. Sam sobie z nimi radzę. Chyba. - Wzruszył ramionami. Nie był obiektywnym narratorem. Ciężko jest być obiektywnym, gdy prowadzi się narrację swojej własnej historii. Vlad z chęcią zacząłby się rozwodzić nad różnymi rodzajami narratorów, fokalizacją, funkcjami, ale miał na głowie ważniejsze pytania, które dalej pozostawały bez odpowiedzi. - No więc? Skąd takie podejrzenia, hm?

- Miał portfel pełen banknotów - wtrącił Iacob. - Wyglądało na sporo kasy.

- A dla mnie - Mihai, zwykle lakoniczny, także postanowił zaangażować się w rozmowę. - To wyglądało, jakby nie pierwszy raz ci coś kupował.

- Serio? To tylko durne piwo. Szukacie dramy na siłę.

- Nie dziw się. Odkąd wyjechałeś, mamy dramę raz na pół roku.

- A nie co tydzień w niedzielę.

- Pamiętasz, jak pani Albescu z monopolowego zaczęła drzeć się na całą cerkiew? Szalona kobieta.

- Trudno zapomnieć tak traumatyczne przeżycie. - Vlad musiał się uśmiechnąć.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy dostrzegł, że Aleksander wraca z jego upragnionym piwem.


Spotkanie przebiegło całkiem pomyślnie, zdecydowanie lepiej niż Vlad się spodziewał. Aleksander dotrzymał swojej obietnicy i wykrzesał z siebie kilka leniwych uśmiechów. Ba, nawet wyrażał sobie zdanie na tematy, o których gadali w języku angielskim. Częściej jednak nalegał, aby cały stolik rozmawiał po rumuńsku, dzięki czemu przyjaciele Vlada nie będą się krępować, że podsłuchuje.

Mihai, Ioana, Iacob i Daciana zabrali się jednym autem jakiś czas temu, a Vlad został z Aleksandrem, aby dopić piwo. Nie musieli korzystać z transportu, gdy do hotelu mieli góra piętnaście minut drogi.

- Było okej? Myślisz, że dobrze wypadłem? - zapytał Aleksander, stukając palcami o brzeg stołu.

- Zdecydowanie. Dzięki, że ze mną przyszedłeś.

- Nie ma sprawy. Chociaż to było stresujące. Strasznie stresujące.

- Ale zrobiłeś to! Jestem z ciebie dumny.

Spodziewał się jakiegoś niemiłego komentarza, ale Aleksander tylko spojrzał na niego ciepło. Czyżby udzieliła mu się magia świąt? Trwało to tylko chwilę, ale Vlad i tak poczuł gorąco na twarzy.

- Nie chcę, żeby to zabrzmiało niemiło, ale cieszę się, że już poszli - zaczął nic stąd, ni zowąd Aleksander. - I nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale bycie sam na sam z tobą jest prawie tak fajne, jak bycie samemu.

- Czy to jakiś introwertyczny podryw?

- Chciałbyś. Idziemy?

Vlad opróżnił kufel jednym łykiem, zawiązał szalik wokół szyi i zapiął płaszcz. Mimo że ten dzień nie należał do męczących, wciąż nie opuściły go traumatyczne emocje związane z zeszłodniowym przelotem. Marzył o kolejnej gorącej kąpieli i porządnej dawce snu.

Gdy opuścili lokal, w oczy od razu rzuciły im się mokre ulice, i to bynajmniej nie z powodu śniegu, tylko z powodu okropnej ulewy. Lało tak mocno, że ledwo można było zarejestrować moment, kiedy kropla styka się z podłożem.

- Takie deszcz w zimie!? - Wręcz krzyknął Aleksander, bo hałas generowany przez ulewę okazał się zbyt duży.

- Przypadku chodzą po ludziach - odpowiedział Vlad.

Nie musiał dodawać, że nie mają parasolki, bo obaj mieli tę świadomość. Vlad zastanawiał się nad zadzwonieniem do Iacoba i poproszeniem go o transport, ale to wydało mu się na miejscu. Musieliby czekać pewnie kolejną godzinę.

- Biegniemy!?

- Chyba cię pogięło! Przeziębimy się!

- Deszcz to fajna zabawa!

- Fajną zabawę będziesz mieć łykając antybiotyk i gnijąc w łóżku.

- Nie masz ochoty sobie poskakać w kałużach? Jak za dziecka.

Odpowiedziało mu milczenie, co mogło oznaczać, że Aleksander albo go nie usłyszał, albo rzeczywiście ma ochotę taplać się w wodzie i kontempluje nad postawioną mu propozycją.

- Będą się na nas patrzeć jak na debili - powiedział ostatecznie, zerkając na Vlada spode łba.

- No i co?

- No i co? - Aleksander powtórzył za nim, oburzony.

- Niech myślą, co chcą. Przestań przejmować się opiniami ludzi, których nawet nie znasz.

Aleksander widocznie nie potrafił znieść jego wzroku, bo spojrzał przed siebie. Vlad, widząc jego profil na tle deszczu, po raz kolejny upewnił się, że taka pogoda została dla niego stworzona; ponura, chłodna, szara. Oczywiście nie było w tym nic złego, mimo to chciał kiedyś zobaczyć jego twarz w aureoli słonecznych promieni.

Wyciągnął w jego stronę dłoń, dość nieśmiało jak na niego, a Aleksander niepewnie ją chwycił. Ale chwycił.

- Robię to tylko dlatego, że chcę jak najszybciej wrócić to hotelu.

- Chodźmy więc!

I pociągnął go w sam środek ulewy.

W pierwszej chwili Vlad sam zaczął kwestionować swój pomysł, gdy chłodna woda dostała mu się za kołnierz i ledwo mógł otworzyć oczy. Miał wrażenie, że tuż za nim Aleksander powiedział coś w stylu "Nienawidzę cię", ale równie dobrze mogło mu się to ubzdurać. Znów poczuł, jakby był w przedszkolu; brakowało mu tylko zielonych kaloszy w dinozaury.

W zmieniającej się pogodzie była pewna dzikość, która pozwalała mu zrozumieć prawdziwą wolność. Miał nadzieję, że Aleksander poczuł się tak samo. Jakby progi zwalniające, powstrzymujące go przed spełnieniem swoich niepoważnych zachcianek, w końcu ustąpiły.

Wskoczył w kałużę, rozpryskując lodowatą wodę na boki; Aleksander o dziwo nie odskoczył. Śmiesznie wyglądał z ciemnymi kosmykami gładko przylegającymi do policzków. Gdyby spotkał go takiego przypadkiem, pewnie pomyślałby, że spogląda oko w oko mrocznej zjawie. Odskoczył na bok, czując wilgoć w swoich butach. Widocznie nie były tak nieprzemakalne, jak mu się wydawało.

- I jak? Fajnie jest w końcu zrobić coś, co zawsze się chciało?

- To dość...wyzwalające uczucie - potwierdził Aleksander, zachrypnięty. - Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałbym zrobić.

- Okej? - Vlad uniósł brwi, zdziwiony tą nagłą prośbą.

Sięgając pamięcią do tego momentu jakiś czas później, Vlad przeklinał swoją głupotę. Czekał na ten moment od miesięcy, ale gdy w końcu nadszedł, nie potrafił go rozpoznać. A wszystkie znaki były tuż pod nosem. Święta. Deszcz. Wdzięczność Aleksandra. Ta dziwna prośba.

Mimo to gdy Aleksander chwycił go za kołnierz i przyciągnął do siebie, Vlad stał jak kołek, kompletnie bierny. Dopiero gdy poczuł ciepło bijące z ust bruneta, przypomniał sobie, jak się oddycha. Niepewnie położył dłonie na jego przemoczonych ramionach; bał się, że mężczyzna lada chwila obróci się w mżawkę i sen się skończy.

Vlad od każdego słyszał, że kiedy pocałuje właściwą osobę, będzie wiedział. Takiego niepowtarzalnego, magicznego uczucia, skrętu kiszek z ekscytacji, nie da się przeoczyć. Okazało się, że mieli rację.

Usta Aleksandra były suche i całowały niestarannie, ale mimo to pod Vladem uginały się nogi. Przyciągnął go do siebie jeszcze mocniej, wręcz zachłannie; drżącymi palcami odgarnął jego mokre, ciemne kosmyki.

Po minucie chyba obaj zdali sobie sprawę, że podobne sceny w deszczu znacznie romantyczniej wyglądały w telewizji. Vlad zatkał jedną dziurkę i smarknął; nigdy nie spodziewał się, że będzie wydmuchiwał z nosa wodę z ulewy.

- A więc jednak mnie lubisz - powiedział z głupim wyrazem twarzy, nie mogąc powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu.

- Mam cię dość.

- Czyli mnie lubisz.

Aleksander tylko pokręcił głową, chwycił go za rękę i pociągnął w dalszą drogę. Mimo że Vlad szedł nieco za nim, wiedział, że nie tylko on sam się uśmiecha.


Pół godziny przed siedemnastą Matthias zaczął odczuwać lekki niepokój. Czy będzie dobrym gospodarzem? Czy sprawi, że Lukas będzie czuł się chciany? Czy rodzice nie zrobią mu przypadkiem siary?

Za pięć siedemnasta przemierzał pokój w tę i z powrotem, próbując przemówić sobie do rozsądku, że Lukas pewnie stresuje się tą kolacją dziesięć razy bardziej niż on sam. Nowe miejsce, nowi ludzie. Dla osoby, która nie słynie z bycia duszą towarzystwa, to na pewno spore przeżycie.

Jego troski, na szczęście, w sporej mierze okazały się nieuzasadnione. Lukas wszedł do mieszkania nieco roztrzęsiony, jednak gdy ojciec Matthiasa zaczął mówić do niego po norwesku, rozluźnił się całkowicie. Jego matka uścisnęła go mocno, mówiąc łamanym angielskim, jak bardzo się cieszy, że w końcu może poznać szefa swojego syna.

Emil skradł serce całego towarzystwa, dając całej rodzinie Kohlerów w prezencie duży kubek z ręcznie namalowanym duńskim elfem i duńską flagą. Matthias podarował mu zestaw klocków Lego, a jego matka ręcznie robiony szalik z brązowymi plackami, które, powołując się na jej słowa, miały być reniferami. Kolacja też przebiegła bezproblemowo; przewinęły się tematy pracy, zdrowia, trochę narzekania, komplementy.

Matthias cieszył się, widząc, jak jego rodzice i Lukas się dogadują, ale gdzieś w głębi liczył na to, że w końcu przyjdzie chwila, kiedy będą mogli porozmawiać sam na sam.

Jakimś cudem przebolał fakt, że jego tata opowiedział Lukasowi historię z młodości Matthiasa, w której to wysmarkał zjedzony makaron nosem.

- Opowiedz mu tę drugą - powiedziała jego mama, i Matthias zapragnął zapaść się pod ziemię.

- O tak, a więc gdy Matthias miał osiem lat, zamiast powiedzieć...

- STOP. Nie wolno. Macie zakaz! - Matthias był zdania, że na takie historie przyjdzie odpowiedni czas. Nie wyobrażał sobie, jak może mu się udać poderwać Lukasa, gdy ten dowie się, że w wieku ośmiu lat Matthias zamiast powiedzieć do swojej matki "Zrób mi miętę", powiedział "Zrób mi minetę". Rodziców to bawiło. On dusił się z zażenowania. Bo trzeba przyznać, to rzeczywiście było głupie.

Jego sprzeciw zadziałał, chociaż Lukas wyglądał, jakby z chęcią wysłuchał jeszcze więcej podobnych historii. Matthias mógł przysiąc, że nad jego głową wyrosły dwa małe diable rogi.

O dwudziestej jego rodzice uroczyście ogłosili, że idą zanieść ciasto do sąsiadki i wyszli z cichym "zostawimy was chłopcy samych, żebyście sobie pogadali". Matthias z ulgą przesiadł się na kanapę, gdzie Lukas rozsiadł się wygodnie z ręką luźno położoną na brzuchu.

- Najedzony?

- Dawno się tak nie przejadłem. Umieram.

- Spokojnie, niedługo wiosna, będzie można spalić nadmiar kalorii na rowerze.

- A ja nie umiem jeździć na rowerze - wtrącił nagle Emil, budując na dywanie dziwną konstrukcję z klocków Lego.

- Jak to nie? - Posłał Lukasowi spojrzenie spode łba, na co ten wzruszył ramionami, spuściwszy wzrok.

- Nie było czasu.

- Więc może ja cię nauczę, hm? - zwrócił się znów do Emila. - Chciałbyś?

- Jeśli Lukas się zgodzi.

- Oczywiście, że się zgadzam.

- Hurra!

Uśmiech na twarzy Emila, z tego co Matthias wiedział, był dość rzadkim widokiem, dlatego cieszył się, że to on go wywołał. Niczym przez żołądek do serca, tyle że zmienione na "Przez Emila do Lukasa". Powinienem gratulować sobie pomysłowości, naprawdę, pomyślał z przekąsem.

- Mogę zadzwonić do cioci Emmy? - zapytał Emila, wpychając się między nich na kanapę.

- Jeszcze nie dzwoniłeś? - Lukas wyjął dwa telefony z torby i podał mu jeden z nich. - Masz. Nie zapomnij też złożyć życzeń jej żonie.

- Nie ma sprawy.

- Żonie? - zainteresował się Matthias. - Nie wspominałeś, że Emma ma partnerkę.

- To nie takie ważne.

- Rzeczywiście, ale jednak fajnie wiedzieć, że ktoś, kogo znasz, też należy do kręgu LGBT.

Jako że Emil był zajęty rozmową telefoniczną, i wyglądało na to, że szykuje się jedna z dłuższych rozmów, Matthias uznał, że musi przełamać swój strach i wykonać jakiś ruch. Najwyżej zrobi z siebie błazna. To jedna z niewielu rzeczy, które konsekwentnie dobrze mu wychodzą.

- A ty? Nie masz kogoś na oku?

Lukas przyjrzał mu się z nieodgadnioną miną. Czyżby czuł się zawstydzony? A może uznał tego typu pytanie za naruszenie prywatności?

- Nie myślałem ostatnio o związku.

- Dlaczego?

Jego dłoń zadrżała. Widocznie chodziło o to drugie. Jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze mogę wymigać się zręcznie albo żartować o sobie. Niczym w Simsach 4, pomyślał, nieświadom, że Lukas wewnętrznie ledwo trzyma się kupy.

- Nie chcę brzmieć, jakbym się nad sobą użalał, ale spójrz na mnie - powiedział dziwnym tonem, zahaczającym o zdenerwowanie. - Kto normalny chciałby takiego zgorzkniałego człowieka?

Matthiasowi wydawało się, że wie, jak radzić sobie z czyjąś niską samooceną - w końcu w trakcie całego życia każdy człowiek prędzej czy później przejdzie przez podobny okres psychicznego załamania. Ciekaw był, czy uda mu się przemówić do rozsądku drugiej osobie. Robienie za psychologa rzadko kiedy mu wychodziło, przy Lukasie jednak czuł, że nie może zawieźć.

- Też tak kiedyś o sobie myślałem. Że nie da się mnie kochać. Że jestem zbyt pełen energii, żeby ktokolwiek ze mną wytrzymał. Jak teraz się nad tym zastanawiam, to myślę, że to mogła być moja nieuzasadniona faza nienawiści. Pamiętasz? Kiedyś o tym rozmawialiśmy. - Uśmiechnął się, odwracając się mocniej w stronę Lukasa, który w milczeniu wpatrywał się w swoje kolana. - Ale to bez sensu, bo jestem wspaniały taki, jaki jestem. Trzymam kciuki, żebyś pewnego dnia też tak o sobie pomyślał.

Lukas pokiwał głową, co oznaczało, że nie zamknął się w sobie całkowicie. Matthias nie chciał go zmusić do jakiejkolwiek interakcji, kiedy ten nie czuł się gotowy. Postanowił dodać tylko coś prosto od serca, coś, co chciał powiedzieć już od dawna:

- A tak na marginesie, to ja bym cię chciał. Z całym twoim bagażem.

Widocznie ta wypowiedź wywołała w Lukasie jakąś silną emocjonalną reakcję, bo jego ramiona zadrżały gwałtownie w bezgłośnym szlochu. Matthias nie miał zamiaru się ruszać, nie chciał zostawiać go w takim stanie. Wychylił się tylko lekko, aby sprawdzić, czy Emil dalej rozmawia przez telefon; leżał na dywanie, bawiąc się bezmyślnie klockami Lego, z telefonem przy uchu.

- Nie powinieneś tak żartować.

Ta odpowiedź była dla Matthiasa niczym cios w policzek. Jednak zamiast odebrać to personalnie, pomyślał tylko Och, Lukas, ten świat naprawdę cię skrzywdził.

- Nie żartuję.

- Nie mogę spotykać się ze swoim podwładnym. To wbrew etyce pracy.

Gdyby Matthias chciał zachować się jak kompletny dupek, pewnie powiedziałby coś w stylu "To daj mi awans", ale jego poczucie własnej wartości nakazywało mu przyjąć tę odpowiedź i nie kwestionować jej. Nic nie mógł poradzić na regulamin. Chciałby jednak wiedzieć, czy gdyby nie to, odpowiedź w jakiś sposób by się różniła.

- Ale... - powiedział Lukas prawie na bezdechu, westchnął i zaczął jeszcze raz. - Planuję sprzedać firmę Iwanowi Bragińskiemu. Myślę, że powinieneś wiedzieć.

Matthias miał wrażenie, że się przesłyszał. Nie przeszło mu przez myśl, że kiedykolwiek usłyszy coś podobnego z ust samego Lukasa. Ten pomysł brzmiał absurdalnie z każdej perspektywy, na każdym poziomie. Co?


Przerywam w takim dzikim momencie, bo brat mnie goni:( W tym rozdziale, jak widać, spory rozwój miał rombul, dlatego w kolejnych dwóch skupie się na dennorze!

Allylay - matko, dziekuje za AZ DWA komentarze! I że przeczytalas całość drugi raz:-D Cieszę się też, że aż tyle roznych emocji to w tobie wywołało. Taki był plan! Jako autorka też sie utozsamiam po trochu z każdą postacią, bo jednak każda z nich dostaje trochę autobiograficznych wydarzeń lub doświadczeń. Fajnie wiedziec, że czytelnicy tez widzą w tym siebie:) Rozdział rzeczywiście zajął mi SPORO czasu, ale cieszę się że jest. I mam nadzieję, że kolejny pojawi sie szybciej