Bon… appétit?

Czas przemykał mi przez palce. Pierwsze miesiące ostatniej klasy mijały niezwykle szybko, a ja po raz pierwszy mogłem przyznać, że nie upłynęły one w męczarniach i mojej osobistej agonii, a te zazwyczaj spowodowane były lekcjami, na które zmuszony byłem uczęszczać. W połowie listopada obaj z Johnem mieliśmy przygotować projekt chemiczny składający się z dwóch prostych eksperymentów. Większość pracy wykonaliśmy u niego w domu, dlatego zmuszony byłem do zatrzymania się pod jego domem w drodze do szkoły i zabrania go razem ze sobą na motocyklu. Od tego wydarzenia mój motor stawał pod domem Johna każdego dnia. Nagle stało się to moim codziennym rytuałem. Szczerze powiedziawszy nie przeszkadzało mi to ani trochę. Wówczas wtedy mój kontakt z Johnem zmienił się diametralnie. Przyzwyczaiłem się do jego obecności u mego boku i z czasem przestałem wmawiać sobie, że dalej tak być nie może i zdałem sobie sprawę, że potrzebowałem kogoś takiego jak on. Przez zaledwie trzy miesiące znajomości chłopak stał się moim przyjacielem, a ja nie potrafiłem patrzeć na niego z drwiną i szyderstwem, jakim obdarzałem go kiedyś z Victorem. Ten drugi, notabene, nie potrafił zaakceptować Johna, czy raczej jak ujął to sam John – „widok osoby, która miała równorzędną pozycję w moim życiu, co on była dla niego niesprawiedliwa, a on nadal upierał się przy swoim, chcąc mieć mnie tylko na własność". Victor odsunął się ode mnie i niestety wybrał towarzystwo, które wzbudzało we mnie wstręt. Niewielka „spółka Moriarty'ego", o której w końcu udało mi się uzyskać informacje, przygarnęła go do siebie, a ja nie chciałem nawet myśleć, co takiego zrobił Victor, by w ogóle ci zwrócili na niego uwagę. Pewnego dnia podczas lunchu John zauważył, jak wodziłem wzrokiem za grupką, która przemierzyła szkolną stołówkę, a mój wzrok utkwiony był w Victorze.

- Dlaczego po prostu do niego nie napiszesz?

Odwróciłem wzrok od Victora, by zerknąć na Johna.

- Po co miałbym?

- Martwisz się o niego, Sherlock, a to całkiem naturalne – odparł spokojnie John, wbijając plastikowy widelec we frytkę. – Jest twoim przyjacielem.

- Był. – Spojrzałem twardo na Johna. – Był moim przyjacielem, John, a to jest różnica.

- Nie zmienia to faktu, że przejmujesz się tym, co się w jego życiu dzieje.

Wywróciłem oczami.

- Gdybym miał przejmować się każdą napotkaną na mojej drodze osobą, mój stan psychiczny zmusiłby mnie do zagrzewania sobie miejsca w psychiatryku.

Na tym rozmowa o Victorze została skończona. Widząc mój poirytowany wyraz twarzy, John odpuścił, nie drążąc więcej tego tematu, za co byłem mu wdzięczny.

Nasze relacje wyglądały teraz zupełnie inaczej niż na początku, a jak się później okazało miało to rzekomo wpływ na mnie samego. W szkole pojawialiśmy się razem, rozdzielaliśmy się tylko na czas trwania zajęć, których nie współdzieliliśmy. Następnie były pory lunchu, wtedy zawsze kierowaliśmy się do niewielkiej restauracji, gdzie Angelo, jej właściciel, serwował nam (w większości tylko Johnowi) ciepłe posiłki i z niewiadomych przyczyn zostawiał zapaloną świeczkę, przez którą na twarzy chłopaka zawsze pojawiał się rumieniec. Kilka tygodni później ten wyjaśnił mi, że Angelo przez cały ten czas myślał, że jesteśmy parą. Wtedy cały ten „romantyczny klimat" nabrał dla mnie sensu.

W pewien grudniowy, sobotni poranek siedziałem przy stole sam, leniwie jedząc ciepłego jeszcze omleta przygotowanego przez moją matkę, która zajmowała się krojeniem warzyw do obiadu. Zerknąłem na zegar, marszcząc brwi. Ach, rzeczywiście. Poranek niecałkowicie należał o tej porze do poranków. Uwielbiałem wylegiwać się w łóżku do późnych godzin.

- John sprawia wrażenie bardzo miłego chłopca – odezwała się moja matka, na co ja tylko mruknąłem cicho pod nosem. – Lubisz jego towarzystwo, prawda?

Uniosłem głowę, oblizując dolną wargę od syropu i przy okazji bawiąc się w tym miejscu kolczykiem.

- Czy kiedykolwiek spędzałem czas z kimś, kogo towarzystwo mi nie odpowiadało? – spytałem.

Kobieta milczała, więc wróciłem do swojego śniadania, krojąc kolejny kawałek omleta. Kątek oka dostrzegłem energiczny ruch rudego ogona i dwa czarne spodki obserwujące moje ręce. Zerknąłem na matkę, czy ta nadal jest zajęta i podzieliłem się z psem pod stołem.

- John ma na ciebie niezwykle korzystny wpływ. – Usłyszałem za plecami. – Promieniejesz odkąd tak bardzo zżyliście się ze sobą.

Zmarszczyłem brwi, odkładając widelec i odwróciłem głowę, by spojrzeć na matkę. A raczej jej plecy.

- Nie przypominam sobie bym urodził się z substancjami fluorescencyjnymi w moim organizmie – odparłem na jej komentarz.

- Och, Sherlock – westchnęła kobieta i opłukując dłonie, a następnie wycierając je w ręcznik, przysiadła się obok mnie. – Przestań zamykać się w tej niepotrzebnej bańce i odpierać matczyną troskę sarkazmem. Nie jesteś ani trochę tak głupiutki, jakiego udajesz.

Podrapałem psa za uchem, czując na jakie tory ta rozmowa miała być za chwilę poprowadzona.

- Zmieniłeś się dzięki niemu – kontynuowała. – Nie jesteś już tak bardzo toksyczny dla środowiska, jak byłeś z tym drugim chłopcem.

- Toksyczny dla środowiska – powtórzyłem rozbawiony i odwróciłem głowę w stronę matki.

- Przestałeś brać, Willy – odparła kobieta, a ja wyraźnie dostrzegłem w jej oczach ulgę i radość z tego powodu.

Spiąłem się. Nienawidziłem rozmawiać o moim uzależnieniu z kimkolwiek. Nie byłem narkomanem, lecz od zawsze lubiłem eksperymentować, a Victor nigdy nie miał nic przeciwko. Wiedziałem, że moja rodzina wiedziała. Duch Mycrofta potrafił nawiedzać mnie wszędzie i do teraz nie rozumiałem, jak mój brat mógł być tak bardzo upierdliwy i mieszać się w moje życie prywatne.

- Rozmawiałam już o tym z Myc'em, sam to potwierdził.

Na litość boską. Zamknąłem oczy poirytowany z dwóch powodów: a) matka zdrobniła imię Mycrofta oraz b) Mycroft znowu mieszał się w nie swoje sprawy.

- To radość dla matki, widząc swoje dziecko szczęśliwe i mogące dzielić z kimś to szczęście.

Och.Natychmiast otworzyłem oczy, by wbić zdezorientowane spojrzenie w oczy kobiety. Zmarszczyłem brwi, poruszając się nieswojo na krześle.

- John… - chrząknąłem, próbując zebrać myśli. – John nie jest… My nie…

- Och, przecież doskonale wiem, że John nie jest twoim chłopakiem, uspokój się, kochany. – Kobieta poklepała mnie po dłoni. – Gdyby tak było nawet nie ruszyłbyś tego omleta, mając za dużo motyli w brzuchu. – Uśmiechnęła się, a ja wywróciłem oczami, cofając rękę. – Chodzi mi o to, że jesteś z nim szczęśliwy, ponieważ znalazłeś w nim przyjaciela, którego od zawsze potrzebowałeś.

- Nie potrzebowałem przyjaciół – odparłem, wchodząc jej w słowo. – Samotność była pożyteczna.

- Samotność była prosta, mój drogi, ale nie pożyteczna. Ona nigdy nie jest dobra, gdy pojawia się w życiu. Może zmienić ludzi nie do poznania, a nawet odizolować ich od reszty ludzi. Każdy z nas potrzebuje drugiego człowieka, by chociażby nie zdziczeć od swojego odbicia w lustrze.

W milczeniu łypnąłem na matkę.

- Chcę, żebyś wiedział, że twoje szczęście jest dla mnie i twojego ojca bardzo ważne. Jeśli tym kimś, kto ci je daje jest John, chcemy go poznać bliżej.

Kobieta położyła mi dłoń na ramieniu, a ja odruchowo na nią zerknąłem.

- Zaproś go do nas jutro na obiad.

- To idiotyczne. Będziecie siedzieć, udawać, jak wielce szczęśliwą rodziną jesteśmy…

- Proszę. – Matka rzuciła mi TO spojrzenie, które mówiło mi „wszystko i tak jest już zaplanowane". – Obiecaj mi, że chociaż się nad tym zastanowisz.

Nie było możliwości odwrócenia wzroku w takim momencie. Moja matka znała sztuczki, o których nawet jeśli wiedziałem lub byłem ich świadom w danym momencie, nie dało się odmówić. Przełknąłem ślinę i skinąłem głową.

- Dziękuję.

Poczułem delikatne muśnięcie dłoni na moim policzku i kątem oka obserwowałem, jak kobieta wstała i wróciła do poprzedniej czynności, to jest, przygotowywania obiadu. Odczekałem jeszcze chwilę, a potem bez słowa wyślizgnąłem się z kuchni, zabierając ze sobą psa.

Nienawidziłem sztuczek mojej matki.


Przekaż ojcu, że nie wybierasz się jutro do kościoła. SH

Wysłano 14:28

Nie rozumiem.

Odebrano 14:44

Mógłbyś umieścić to na t-shircie. SH

Wysłano 14:45

Nie idziesz jutro do kościoła. SH

Wysłano 14:45

Dlaczego nie miałbym? I czemu cały czas się podpisujesz? Przecież wiem, że to ty, Sherlock.

Odebrano 14:47

Nie bądź problematyczny. Jutro: ty - obiad u nas (nie mój pomysł). SH

Wysłano 14:48

John? SH

Wysłano 14:54

Przepraszam. Zaskoczyłeś mnie.

Odebrano 14:56

Więc? SH

Wysłano 14:56

Skąd u ciebie taka propozycja?

Odebrano 14:57

Czytaj uważnie, John. SH

Wysłano 14:58

Och, przepraszam. Zatem kto wpadł na ten pomysł?

Odebrano 14:59

Użyj szarych komórek. SH

Wysłano 15:00

Twoja mama?

Odebrano 15:02

Naprawdę zajęło ci to aż dwie minuty? SH

Wysłano 15:02

Nie jestem punkowym geniuszem, który wie WSZYSTKO. Niestety.

Odebrano 15:03

Więc? SH

Wysłano 15:04

Nie śmiałbym odmówić twojej mamie.

Odebrano 15:06

Tak myślałem. Bądź o 13. SH


Matka była wniebowzięta swoim pomysłem, a co najgorsze wzięła cały ten niedzielny obiad za bardzo na poważnie. Około godziny dwunastej zostałem brutalnie wyciągnięty spośród ciepłych pościeli z rozkazem pojawienia się w salonie w przeciągu dziesięciu minut ubrany, umyty i uczesany. Natychmiast straciłem humor i ochotę na cokolwiek. Wziąłem jednak szybki prysznic i spróbowałem doprowadzić połowę moich loków do ładu, przyklepując drugą, ogoloną stronę głowy. Wciągnąłem na siebie ciemne jeansy, rozcięte i poszarpane przeze mnie na wysokości kolan i czarny t-shirt z logo zespołu The Clash (kochałem klasyczne zespoły punkrockowe). U samego szczytu schodów mogłem wyczuć zapachy, które przeznaczone były na późniejszy posiłek. Leniwie zszedłem na dół, słysząc odgłosy rozmowy i zmarszczyłem brwi, nasłuchując. Usłyszałem męski głos, który rozpoznałem natychmiast.

Pojawiłem się w progu kuchni, dostrzegając ojca pochylonego nad New York Timesem i filiżanką kawy w ręce. Podniósł głowę, gdy powoli zrobiłem kilka kroków do przodu i opadłem na najbliższe krzesło, obejmując wzrokiem przygotowane tosty i herbatę dla mnie. Nie byłem głodny.

- Sherlock. – Łypnąłem niechętnie na ojca, widząc jego promienny uśmiech. – Myślałem, że jednak pojawisz się dopiero na obiedzie.

- Ktoś zdecydował się wypróbować na mnie brutalnych środków, których nie udało mi się odeprzeć – mruknąłem.

Ojciec roześmiał się.

- Powinieneś w końcu przezwyciężyć swoje lenistwo – odparł, upijając łyka kawy. – Nie licz na to, że w przyszłości twoja żona to zaaprobuje.

- Nie mam zamiaru się żenić. – Spojrzałem stanowczo na mężczyznę. – To nudne.

Rodzice spojrzeli po sobie.

- Żaden partner tego nie zaakceptuje… Nawet płci męskiej – dodał ojciec. – Chyba że trafisz na równego sobie lenia.

Wywróciłem oczami. Kwestionowanie mojej seksualności stało się ich numerem jeden odkąd na mojej drodze pojawił się Victor. Nie prawili mi morałów, lecz czułem, że woleliby, gdybym określił się mniej więcej do jakiej kategorii należałem.

W ciszy zacząłem pić herbatę i kilka razy przegryzłem suchego tosta, gdy usłyszałem dzwonek u drzwi. Spojrzałem pytająco na matkę, lecz ta tylko uśmiechnęła się szeroko.

- Otwórz, kochany.

Zerknąłem na ojca, lecz ten tylko pokręcił głową. Wstałem ociężale i wyszedłem z kuchni, słysząc jeszcze głos mojej matki:

- … dlatego doprawdy nie wiem, jak my go wyżywimy, kiedy się w końcu zakocha.

Zapewne skomentowała moje ledwo tknięte śniadanie. Pokręciłem głową, bawiąc się kolczykiem w dolnej wardze i znalazłem się w korytarzu, podchodząc do drzwi. Przekręciłem zamek i chwyciłem za gałkę, ciągnąc drzwi w moją stronę.

Zamarłem. Zamrugałem kilka razy. Zmarszczyłem brwi.

- Co ty tutaj robisz? – fuknąłem.

- Ciebie również miło widzieć, bracie.

Mycroft pchnął drzwi, otwierając je szerzej czubkiem swojego parasola i wyminął mnie w progu bez słowa. Zacisnąłem usta poirytowany. Matka na pewno wszystko sobie idealnie zaplanowała, a cały obiad miał zapewne być jednym wielkim wywiadem, z którego każdy członek mojej rodziny chciał wyciągnąć z Johna, jak najwięcej informacji.

Bez słowa odwróciłem się na pięcie, zostawiając otwarte drzwi i wmaszerowałem z powrotem do środka, by skierować się w stronę kuchni.

- Co – syknąłem, zbliżając się do matki. – to wszystko ma znaczyć? Co on tutaj robi?

- Zaprosiłam Myc'a na niedzielny obiad – rzekła spokojnie kobieta. – To chyba nie przestępstwo?

- Dlaczego dzisiaj? – fuknąłem niezadowolony i zmierzyłem Mycrofta nienawistnym spojrzeniem, na co ten jedynie westchnął, opuszczając kuchnię. – Dlaczego on w ogóle tu się pojawił? Wyprowadził się. Miesiąc temu. Z własnej woli.

- Co nie zmienia faktu, że to nadal jest jego dom i może wracać tutaj, kiedy tylko zechce, Sherlock. – Matka spojrzała na mnie, wzdychając. – Dorastał tutaj.

- Ale dlaczego dzisiaj?

- Och, daj już spokój. – Kobieta poklepała mnie po ramieniu. – I przestań się dąsać.

- Nie dąsam się – mruknąłem nadal niezadowolony. – Akurat dzisiaj Mycroftowi zachciało się zagrzewać tu tyłek?

- Język, chłopcze. – Matka uniosła ostrzegawczo palec i rzuciła mi spojrzenie „jeszcze słowo i to twój tyłek nie będzie zagrzewał tu miejsca". – Myc wykazał szczere zainteresowanie Johnem, gdy wspomniałam mu o moim pomyśle niedzielnego obiadu. Obiecał, że będzie się zachowywał. Oczekuję tego również od ciebie.

Westchnąłem, poddając się. Wiedziałem, że Mycroft przyjechał tu specjalnie, lecz ja nie zamierzałem dać mu żadnej satysfakcji z tego popołudnia. Dostrzegłem go w salonie gawędzącego z ojcem i wywróciłem oczami. Zapewne mieli sobie dużo do powiedzenia. Obaj wciągnięci byli w nudne życie polityczne, którego miałem zdecydowanie dosyć, ponieważ począwszy od ojca, a skończywszy na Mycrofcie, musiałem wysłuchiwać o życiu zapyziałych ludzi w garniturach non-stop.

Stanąłem przy oknie, opierając się lewym ramieniem o ramę i uniosłem delikatnie firankę. Podjazd był pusty, nie licząc samochodu Mycrofta, na którego widok prychnąłem. Wiedziałem, że mój brat nienawidził prowadzić. Czułem, że ten wolałby być wożony w wybrane miejsca, aniżeli trzymać kurczowo dłonie na kierownicy. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości miało tak być naprawdę.

- To niebywałe.

Zerknąłem przez ramię, dostrzegając samego Myrofta wpatrującego się we mnie z tym swoim irytującym uśmieszkiem na twarzy, który zawsze świadczył, że wiedział o czymś, o czym nie wiedziałem ja, a on sam był na tyle złośliwy, że nigdy nie potrafił powiedzieć wprost, o co mu chodziło. Odwróciłem zatem wzrok z powrotem w stronę okna, ignorując brata.

- Czyżbyś się przejmował? – Usłyszałem za plecami. – Nie masz, o co martwić. Mamusia zdecydowanie wszystkim się zajmie, a twój przyjaciel zostanie ugoszczony niczym Pierwsza dama. – Mycroft zbliżył się, a ja wyczułem jego obecność tuż za sobą. – Nie angażuj się za bardzo, braciszku.

Zmarszczyłem brwi mocno i odwróciłem się, stając twarzą twarz z bratem.

- Angażuj? Nie angażuję się – obruszyłem się.

Dostrzegłem ten uśmiech na twarzy Mycrofta i zazgrzytałem zębami sfrustrowany.

- Nie – odpowiedział powoli. – Oczywiście, że nie. Dlaczego miałbyś?

Zignorowałem jego sarkastyczny ton i odwróciłem się tyłem. Wtedy dostrzegłem Johna zbliżającego się do ganku i uniosłem lekko brwi, na moment zapominając o bracie. Nieświadomie przez moją twarz przebiegł delikatny cień uśmiechu, a ja ruszyłem do korytarza, czekając aż chłopak zadzwoni. Gdy tak się stało, mimowolnie poprawiłem swój t-shirt i otworzyłem drzwi, spotykając wzrok Johna. Dostrzegłem w jego oczach zdenerwowanie, lecz jego twarz rozświetlił uśmiech.

- Cześć – odezwał się niepewny, a ja cofnąłem się, by go wpuścić.

Powiesił kurtkę na wieszak, a ja skinąłem mu głową, by skierował się w stronę salonu i zamknąłem drzwi, podążając za nim. Ostrożnie objąłem jego posturę wzrokiem, ponieważ coś mi nie pasowało… Ach. Nie miał na sobie żadnego swetra. Ubrał białą koszulę, którą wcisnął w jeansy, a ja tylko prychnąłem pod nosem, lecz w duchu przyznałem, że John wyglądał jakoś… inaczej.

- John, kochany! – powitała go moja matka, uśmiechając się rozpromieniona do chłopaka. – Jesteś w końcu.

- Dzień dobry, pani Holmes. – John zerknął na mnie i uśmiechnął się grzecznie do kobiety, a następnie uścisnął dłoń mojego ojca. – Mój tata upiekł ciasto w podzięce za zaproszenie na obiad.

Zmarszczyłem brwi, mrużąc oczy. W podzięce? Ktoś jeszcze tak mówił?

Najwyraźniej zdecydowanie pochlebiło to mojej matce, bo ta przyjęła ciasto od Johna z aprobatą, zanosząc je do kuchni.

- John – odezwał się Mycroft, a ja tylko westchnąłem na tyle głośno i dramatycznie, że obaj z Johnem się na mnie spojrzeli, lecz tylko ten drugi rozumiał moje poirytowanie, którego jednak nie podzielał, zapewne tylko z grzeczności.

- Mycroft – odparł chłopak, wyciągając do mojego brata dłoń. – Nie wiedziałem, że też tutaj będziesz.

- Ach, wielka szkoda. – Uśmiech Mycrofta, który właśnie dostrzegłem zawierał w sobie więcej jadu niż Tajpan pustynny*. – Myślałem, że szeptacie sobie z Sherlockiem do ucha wszystko.

Zmroziłem Mycrofta spojrzeniem.

- Ja… Cóż… My…

- Nie strzęp sobie języka, John – odezwałem się, widząc rumieńce na policzkach chłopaka. – Ten gatunek musi po prostu wyginąć – dodałem kąśliwie, a Mycroft wywrócił oczami.

- Chłopcy. – Spojrzałem na matkę, która weszła do salonu, rzucając nam ostrzegawcze spojrzenie. – Siadajcie już do stołu, a ty Myc idź pomóż ojcu.

John spojrzał na mnie, a ja tylko wzruszyłem ramionami, osuwając się na jedno z krzeseł. Chłopak przysiadł się obok mnie, a ja z rozbawieniem wpatrywałem się, jak nerwowo zaczął poprawiać kołnierzyk swojej koszuli. Gdy zdał sobie sprawę, że go obserwowałem, zaczerwienił się jeszcze bardziej, zwieszając głowę.

Chwilę później ojciec z Mycroftem wrócili do salonu, kładąc talerz z pokrojonym indykiem na stół, na co uniosłem lekko brwi. Zerknąłem na matkę, która ukradkiem uśmiechnęła się do mnie. Najwyraźniej zależało jej na zrobieniu dobrego wrażenia bardziej niż myślałem. Odczekałem aż Mycroft odłoży sztuciec, którym mogłem nadziać kawałek indyka i wyciągnąłem rękę, dopiero potem zdając sobie sprawę z tego, że John zrobił to w tym samym momencie. Niechcący chwyciłem jego dłoń i tym razem nie tylko policzki chłopaka uzyskały różowy kolor. Zacisnąłem usta, słysząc znaczące chrząknięcie ze strony matki i prędko cofnąłem dłoń, ustępując Johnowi pierwszeństwa. Spojrzałem w dół na swój talerz sfrustrowany swoim zażenowaniem i z trudem ignorowałem na sobie uważne spojrzenie Mycrofta.

- Zatem John – odezwała się moja matka, przerywając niezręczną ciszę. – Masz już plany dokąd się wybierasz po skończeniu liceum?

John uniósł głowę, chrząkając.

- Tak, ja… - Uśmiechnął się nerwowo, próbując zapanować nad delikatnym drżeniem głosu. – Wybieram się na akademię medyczną.

- Ach, to imponujące! – odparła kobieta, unosząc brwi zaskoczona.

- Medycyna, mój chłopcze, jest jak polityka – wtrącił się ojciec. – Pod koniec dnia liczą się tylko rezultaty.

Widziałem, jak brwi Johna delikatnie się zmarszczyły w skonfundowaniu.

- Bycie lekarzem to bardzo trudne zadanie – dodała szybko matka. – Jest się odpowiedzialnym za życie drugiego człowieka.

John posłał kobiecie ciepły uśmiech, a ja zdałem sobie sprawę, że wstrzymywałem oddech, gdy odezwał się ojciec, bojąc się, że rozmowa zboczy zaraz z dobrego toru. Odetchnąłem głęboko, wbijając widelec w mięso.

- Dlaczego więc lekarz wojskowy? – zapytał z mojej lewej strony Mycroft.

John spojrzał na niego zdziwiony i odwrócił głowę w moją stronę, unosząc brwi.

-John, naprawdę? – Wywróciłem oczami. – On po prostu to widzi. Jak ja. Nie miałoby to z mojej strony najmniejszego sensu, bym miał mu to mówić.

John popatrzył na mnie jeszcze chwilę i spojrzał z powrotem na Mycrofta, oblizując dolną wargę.

- Cóż… Ja… - Zmarszczył brwi delikatnie. – Robię to dla mojego dziadka. On… również był wojskowym.

- Wojsko to nie bułka z masłem – odezwał się mój brat, wpatrując się uważnie w chłopaka, co zdecydowanie przestało mi się podobać.

Kątem oka widziałem, jak John się spiął i zacisnął prawą dłoń w pięść.

- Wojsko potrzebuje ochotników – odparł niezwykle spokojnym i dziwnie niskim tonem, przez co odwróciłem głowę w jego stronę. – Chcę ratować ludziom życie. Zająłbym się nimi, jak własną rodziną, Mycroft.

- Operowałbyś zatem swoją matkę?

Zamknąłem oczy. Tylko nie to.

- Moja mama – powiedział powoli John – nie żyje.

- Mycrofcie Holmes… - wtrąciła się moja matka, a ja otworzyłem oczy, wstrzymując oddech.

- Lecz nie. Oczywiście, że nie – odpowiedział John, twardym spojrzeniem wpatrując się w mojego brata. - Byłbym zbyt zdenerwowany.

- Och… Szkoda – stwierdził Mycroft. – Dlaczego więc wszyscy lekarze upierają się, że każdego pacjenta traktują jak członka rodziny?

- Wyjdź – warknąłem nagle. – Po prostu wyjdź.

- Sherlock, spokojnie. – Matka musiała zauważyć moją furię, ponieważ zaalarmowana wstała i położyła mi dłoń na ramieniu. – Jeżeli usłyszę jeszcze chociażby słowo z twoich ust, Mycrofcie, wyrzucę cię z tego pomieszczenia. Zrozumiano?

Wpatrywałem się nadal wściekłym spojrzeniem w brata, czując jak bardzo, bardzo go nienawidzę. W ciszy, która zapadła była tylko jedna rzecz, z której byłem zadowolony. Wszyscy w salonie w tej jednej chwili obdarzali Mycrofta tym samym uczuciem i zdecydowanie go tutaj nie chcieli.

Mycroft nie odezwał się, lecz zdecydowanie zamilkł, wiedząc, że matka nigdy nie rzucała słów na wiatr. Kobieta puściła moje ramię, wracając na swoje miejsce, a ja rzuciłem Johnowi spojrzenie „wszystko w porządku?". Ten łypnął na mnie, a w jego oczach dostrzec jeszcze mogłem cienie smutku, który przeplatał się furią, taką samą, jaka buzowała we mnie. W końcu skinął mi ledwo zauważalnie głową i spojrzał w swój talerz.

- Wybacz mu, John – odezwał się ojciec po pewnej chwili, gdy atmosfera w salonie choć trochę opadła. – Czasem nie wiem, co wstępuje w moich synów. Chcę cię tylko zapewnić, że nikt z nas nie ma choćby w najmniejszym stopniu złego zdania o twojej mamie. Jestem przekonany, że była cudowną kobietą.

John uniósł głowę i uśmiechnął się do mężczyzny słabo.

- Dziękuję.

Obserwowałem, jak John w ciszy powrócił do posiłku. Nikt nie odezwał się w ciągu następnych dziesięciu minut. Ciszę przerwał jedynie dźwięk telefonu dochodzący z kieszeni Mycrofta. Wodziłem spojrzeniem za moim bratem, gdy ten wstał, przepraszając i wyszedł by odebrać. Nie zdawałem sobie sprawy, że zaciskałem dłoń na siedzeniu, do momentu gdy John chwycił mój nadgarstek.

- Odpuść.

Jego cichy głos zmusił mnie do spojrzenia na niego. Dostrzegłem szczerą prośbę w jego błękitnych oczach. Powoli zerknąłem w dół na jego palce oplatające mój nadgarstek i niezdolny, by się odezwać zamrugałem kilka razy szybko. Poczułem dziwne uczucie ciepła wpełzające na moją twarz, co mnie zaniepokoiło, ponieważ rumienienie się było domeną Johna, a nie moją!

- Oddychaj, kochanie. – Usłyszałem głos mojej matki, a po chwili cichy chichot Johna, któremu zawtórował mój ojciec.

Uniosłem głowę, widząc rodziców wpatrujących się z rozbawieniem we mnie i Johna, dlatego automatycznie cofnąłem swoją dłoń. Chwyciłem widelec, by wrócić do obiadu, nawet jeśli całkowicie straciłem apetyt. John poszedł w moje ślady i czułem, jak zażenowanie jest wprost wypisane na naszych twarzach.

- Cieszę się, że przyjąłeś nasze zaproszenie, John.

- Bardzo za nie dziękuję, pani Holmes – odparł chłopak, a z tonu jego głosu wywnioskowałem, że się uśmiechnął. – Obiad jest cudowny.

- To nic takiego, doprawdy – odparła moja matka. – Lecz muszę przyznać, że twoja obecność działa doprawdy magicznie na mojego młodszego syna. – Przerwałem jedzenie, by łypnąć na nią zdezorientowany. – Minęły wieki odkąd Sherlock wpałaszował cały posiłek w tak krótkim czasie.

John odwrócił głowę w moją stronę, uśmiechając się zadowolony.

- Przede wszystkim… - kontynuowała kobieta. – Bardzo cieszymy się, że Sherlock ma kogoś takiego jak ty u swego boku, John. Jesteś dla niego nadzwyczaj dobry.

Tym razem to John zarumienił się po czubki uszu.

- Ja… Hm… Cóż… - zająknął się John, a ja dostrzegłem uśmiech błąkający się na jego ustach. Och, John, naprawdę? – Myślę… Myślę, że działa to w dwie strony. Sherlock jest… nadzwyczajny. I magnetyzujący. Ma w sobie tak wiele wspaniałych twarzy, których nie pokazuje innym, a to wielka szkoda. Jest inny, ale nie sprawia to, że jest dziwny… Jest sobą i… cieszę się, że mam w nim przyjaciela. Dzięki niemu mogę szczerze powiedzieć, że… żyję. W pełnym tego słowa znaczeniu.

Cisza, jaka zapadła po słowach Johna utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszyscy byli zaskoczeni wyznanie Johna. Jeśli chodzi o mnie… Zamarłem. Nie było innego słowa opisującego, co się ze mną wtedy stało. Mój widelec zawisł w powietrzu, a mój Pałac Umysłu zatrzasnął wszystkie drzwi, kompletnie znikając z mojej głowy. Zdawało mi się, jakby mój mózg również odmówił posłuszeństwa i najzwyczajniej w świecie się wyłączył. Nie było nic. Nigdy w życiu nie udało się nikomu tak bardzo mnie wyłączyć i to wyłączyć całego. Owszem, John potrafił zaskakiwać, lecz tym razem jego słowa w pełni mnie zaszokowały. Nikt nigdy nie wypowiedział się o mnie w taki sposób, co więcej, głos Johna brzmiał przy tym niezwykle szczerze.

Poczułem ciepły dotyk na ramieniu. Wtedy dopiero udało mi się zresetować. Uniosłem głowę, by spojrzeć na zaniepokojoną twarz Johna. Wpatrywał się we mnie intensywnie, próbując cokolwiek ze mnie wyczytać.

Och, John. Gdybyś ty tylko mógł czytać mi wtedy w głowie.

- Wszystko okej? – zapytał cicho.

Rozejrzałem się, spostrzegając, że zostaliśmy sami. Zmarszczyłem brwi.

- Skończyliśmy jeść przed chwilą. Wyłączyłeś się nagle podczas posiłku – wyjaśnił mi John i pochylił się w moją stronę, upewniając się, czy na pewno powróciłem już do świata żywych. – Twoi rodzice powiedzieli, że to normalne, ale… Nigdy nie zdarzyło ci się wyłączyć tak niespodziewanie i na tak długo… - Zacisnął dłoń na moim ramieniu. – Czy to przez to, co powiedziałem? Czy moje słowa cię jakoś… uraziły?

Uraziły? Raczej sprawiły, że wybiłeś mi szyby w Pałacu.

Powoli przeniosłem wzrok na chłopaka. Spotkałem jego spojrzenie, widząc jak bardzo oczekiwał na odpowiedź. Przełknąłem ślinę, czując przyjemne ciepło na ramieniu, które chcąc czy nie chcąc, niestety mnie trochę dekoncentrowało.

Pokręciłem przecząco głową.

- O co chodzi, Sherlock? – zapytał cicho, a ja zamknąłem oczy, gdy jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko.

- Nic… Jest… - odchrząknąłem. – W porządku.

Usłyszałem zbliżające się kroki i po chwili moja matka wróciła do salonu, niosąc ciasto Johna. Ręka chłopaka zniknęła, a ja zmarszczyłem brwi. Nie spodobało mi się to. Chciałem, bardzo chciałem, by tam została.

Wtedy ponownie poczułem, jakby przeze mnie przebiegła iskra ciepła i rozpełzła się po całym moim ciele. Palce Johna delikatnie otarły się o moje. Zerknąłem kątem oka na chłopaka. Wziąłem kilka głębokich wdechów, uspakajając szybko bijące serce i chwyciłem dłoń Johna w swoją, czując jak jego palce ostrożnie wsunęły się pomiędzy moje.

- Gotowi na deser? – zapytała moja matka, na co John wysłał jej grzeczny uśmiech, a ja mruknąłem cicho pod nosem.

Obserwowałem, jak rodzice usiedli naprzeciwko nas. Mycroft dołączył kilka minut potem. Żaden z obecnych nie skomentował tego, że zacząłem jeść lewą ręką, za co byłem im wdzięczny. Ważny i niezmiernie intrygujący dla mnie fakt był tylko jeden.

Dłoń Johna spoczywała w mojej do końca deseru.


* Tajpan pustynny – to wąż numer jeden na liście najbardziej jadowitych węży żyjących na Ziemi.