11. NieRaj

Bo tutaj jest strach!

To jest twój lęk przed sobą...

To jest twój plon - świat w oceanie krwi!

Bo tutaj jest krew!

Tutaj jest płacz żałoby!

Tutaj jest śmierć!

Świat w oceanie łez!

Zamieram, a przez moją głowę przebiega momentalnie morze myśli i naiwnych wizji tego, co się zaraz wydarzy. Sam nie wiem, dlaczego pozwalam sobie na taką głupotę, ale wyobrażam sobie, że to Severus. Że słowa, którymi mnie pożegnał, nie są jednak wszystkim, co ma do powiedzenia w tej sytuacji, że chce walczyć o coś, na czego działanie nie potrafię dać mu gwarancji. A może nigdy nie mogłem?

Nie poruszam się z dłonią zawieszoną nad dziennikiem Toma.

Czy dawanie sobie takiej nadziei ma w ogóle jakiś sens? To nie może być Severus i dobrze o tym wiem. Więc kto?

Podnoszę się na drżących nogach, przymykając na chwilę powieki. Wyobrażam sobie, co bym poczuł, gdybym po otworzeniu drzwi znalazł go przed sobą. Jak bym zareagował; czy odetchnąłbym z ulgą, czy mój żołądek zacisnąłby się na myśl o tym, co dopiero się wydarzyło. Nazwałbym się słabym i sam zrobił krok do przodu, wchodząc w jego kłamliwe objęcia czy zatrzasnąłbym drzwi. A może to on wykonałby pierwszy ruch. Nie przeprosiłby. Tego jestem pewien. Czy by mnie dotknął? Tylko po to, by skupić na sobie moją uwagę, zacisnąłby palce na mojej szczęce, nie pozwalając odwrócić wzroku. Sam nie wiem.

Robię krok i waham się. Patrzę za siebie i przy niewielkiej pomocy magii, przesuwam dziennik pod łóżko tak, by nie był widoczny.

Pukanie rozlega się ponownie i jeszcze na długo po tym jak zamiera, odbija się echem w mojej głowie. Analizuję uderzenia, starając się dzięki nim rozpoznać, kto to jest. Są powolne, dokładne. Cztery. Sąsiedzi tak nie pukają. Ich uderzenia zawsze są szybkie, nerwowe. Nieważne, czy łudzą się, że kupisz od nich towar, czy liczą na to, że pożyczysz im cukier. Ten ktoś przyszedł tu specjalnie dla mnie. Ma czas. To dobrze, bo ja też.

Podchodzę bliżej i łapię się na tym, że napinam mięśnie w oczekiwaniu. To głupie. Tak samo jak moja drżąca ręka czy wzburzona magia, po którą nawet nie wiem, kiedy sięgnąłem. Ważne, że chociaż w niewielkim stopniu czuję się dzięki niej mniej samotny. Myślę, że nawet zawód za otwartymi drzwiami nie będzie dla mnie tak ciężki, kiedy będę czuł jej obecność. Mojej magii.

Jego.

Jestem już przy samych drzwiach, gdy znowu cudza pięść spotyka się z nieco chropowatym drewnem. Znowu cztery uderzenia. Robię ostrożny krok i nachylam się, by przyłożyć ucho do drzwi. Nasłuchuję, wstrzymując oddech. Przez chwilę nic nie słyszę, kiedy nagle rozbrzmiewają kroki. Jeden, drugi, trzeci, czwarty i schodek.

Szarpnięciem otwieram drzwi i wypadam na korytarz. Zwabiony hałasem mężczyzna zawraca i przez chwilę patrzymy na siebie. Cisza, jaka zalega nie jest niezręczna. Jest napięta, ciężka, pełna oczekiwania i niewypowiedzianych słów.

Nagle zapominam o wszystkich scenariuszach, które stworzyłem w drodze do drzwi. Liczy się tylko stojący przede mną mężczyzna i jego potargane włosy, zupełnie jakby ktoś kilkakrotnie przeczesał je palcami niekoniecznie w jednym kierunku.

― Harry ― mówi cicho, a ja zaciskam wargi. Cofam się, czując jak mój oddech przyspiesza. Nie jestem pewien, czy chcę odetchnąć z ulgą. Czy może jednak jestem zawiedziony.

Wracam do mieszkania, a on podąża za mną. Staję przed oknem, kiedy drzwi zatrzaskują się za nim. Nie jest ostrożny czy przy mnie i kątem oka widzę, że wyciąga dłoń jak wtedy w kuchni, ale nie dotyka mnie. Zamiast tego zawiesza ją tuż przy moim policzku, dając mi wybór. Zerkam pod kanapę. Potem unoszę wzrok na jego twarz.

Jego wargi są zaciśnięte, a mięśnie twarzy napięte. Widać, że czeka na moją decyzję i nieważne co zrobię, zaakceptuje to.

― Nie rozumiem dlaczego ― mówię.

Siłą powstrzymuję się przed zbliżeniem do niego, dania mu tego, czego chce. Tym razem jednak nie potrafię. Nie jestem pewien, czy wytrzymałbym, gdyby jego zapach mnie teraz osaczył. Nie wiem, czy magia by się nie zbuntowała przeciwko niemu.

Wzdycha.

― Bez względu na to, jak na to patrzysz, nie jest gorszym człowiekiem ode mnie ― mówi Snape, a ja kręcę głową.

― Nieprawda.

― Był Śmierciożercą jak my wszyscy. Zabijał jak każdy z nas.

― Nie jesteście tacy sami! ― mówię ostro, parząc na niego. Odtrącam jego dłoń.

Coś zmienia się na jego twarzy i odsuwa się. Śledzę uważnie jego ruchy, kiedy zbliża się do łóżka i siada na nim.

― Bez względu na to, jak bardzo byś nie zaprzeczał, to się nie zmieni ― mówi i podciąga rękaw szaty. ― To dowód moich zbrodni. I nic nie będzie w stanie go wymazać. Ani twoje zaprzeczenie, ani moja praca na rzecz Zakonu. Nic.

Czuję narastającą złość. Podchodzę do niego i łapię go za przedramię, czując dreszcz w momencie, gdy dotykam znaku.

― Każdy z was miał wybór. Ci, którzy podjęli zły, zostali ukarani. Dlaczego on nie miałby?

Czuję lekkie szarpnięcie, kiedy próbuje wyrwać swoją rękę, ale jestem nieustępliwy. To musi zostać w końcu zrobione.

― Przestań ― warczy, po czym bierze głęboki wdech. ― Kiedyś przyszedłeś do mnie, każąc go uratować. Pamiętasz to? ― Marszczy brwi. ― To było już po wydarzaniach z ministerstwa. Myślałem, że dorosłeś, ale twoja nienawiść wydaje się bezpodstawna. Poza tym, nie jest jedynym nieukaranym mordercą ― kończy spokojnie a dłoń, którą kładzie na mojej trzymającej mroczny znak jest ciepła. ― Nienawidzę tego, że cię oszukiwałem. Ale nie wydałbym go.

Patrzę na niego uważnie. Mocniej zaciskam palce na jego przedramieniu. Nie ma musiałem cię oszukiwać. Cieszę się, że chociaż nie udaje, iż to nie był jego własny wybór. Jakoś mi lżej z tą myślą.

― Nie byłeś w stanie go zdradzić. A mnie już tak, Severusie? Dlaczego? Powiedz mi, dlaczego. ― Głos mi się łamie. Oddycham ciężko. ― Dlaczego zrobiłeś mi to, wiedząc to wszystko? Po tym, co ci powiedziałem? Co sam widziałeś.

― Jeśli chodzi o Lucjusza, ja… ― waha się i uścisk jego dłoni na moje również się zwiększa. ― Zrobiłbym to znowu. Draco powinien mieć ojca. Stracił już matkę. A Lucjusz robił to, co uważał za słuszne. Tu nie chodzi o ciebie, Harry. Nie mogłem wybierać między wami. On nie zasługuje na śmierć.

Myślę o wszystkim, co wiem. O wszystkich powodach dla których tak bardzo chciałbym widzieć go martwym. O dzienniku pod łóżkiem i w końcu dopuszczam do siebie myśl, którą zakopałem głęboko na dnie mojego umysłu. Powód, dla którego tak bardzo nienawidzę Lucjusza.

On wiedział.

Nigdy nie potrafiłem pogodzić się z myślą, że wiedział ktoś oprócz mnie i Voldemorta. Może i Malfoy nie miał pełnego obrazu, ale dzisiaj potwierdził tylko to, co już wcześniej myślałem. Wiedział wystarczająco dużo, by stać się dla mnie zagrożeniem jeszcze większym niż był dotychczas. Każdy ma swoje tajemnice. O wiele gorsze jednak są te, które musisz z kimś dzielić.

Malfoy wie co zrobiłem. Jednak póki co mnie nie zdradził. Nie wyjawił prawdy Severusowi i sam nie wiem, co o tym myśleć. Właściwie, mógł zrobić z tą wiedzą wszystko. Teraz i wcześniej. Co mogło go powstrzymać? Przecież nie dług życia, nie kiedy Narcyza mnie ocaliła.

Marszczę brwi, rozluźniając swój uścisk na dłoni Snape'a. Co mogło go zmusić, by zachował tę wiedzę dla siebie. Nawet teraz.

Nagle coś do mnie dociera. Przypominam sobie co podsłuchałem pewnego wieczoru pod gabinetem Dumbledore'a. Te słowa długo dźwięczały w mojej głowie… Gdybym zmusił cię wtedy do przysięgi, ona by żyła! A tak, wierząc twojemu słowy, zostałem z niczym!.

Och nie.

Przełykam ślinę, odnajdując spojrzenie Severusa. Teraz, z tą nową wiedzą, wszystko zaczyna nabierać sensu. Wszystko. Zaczynam się trząść.

― Harry?

Kręcę gwałtownie głową. Wiem, że muszę się uspokoić, jeżeli nie chcę się przed nim zdradzić. A teraz wiem już, że nie mogę. Teraz nie mam już nic do stracenia.

Potrząsam głową, zmuszając swoje usta do uśmiechu. Patrzę na Severusa i wypuszczam powietrze.

― Masz rację. Również jestem mordercą i nic tego nie zmieni. Ja… myślę, że mogę z tym żyć. ― Kłamstwo.

― Dobrze się czujesz? ― Jest coś takiego w jego głosie… Jest jakiś dziwny. Wolałbym, żeby kpił. Nienawidzę, kiedy się nade mną lituje. Nie potrzebuję tego.

Mały naiwny Potter. Głupi Potter. Zmanipulowany Potter. Martwy Potter.

― Tak, w porządku. Nie otrząsnąłem się chyba jeszcze, jestem trochę zmęczony.

Dopiero teraz uświadamiam sobie, że moja ręka zwisa bez celu przy moim boku, a Snape krzyżuje ramiona na piersi.

― Pójdę w takim razie ― rzuca, ale nie podnosi się. Patrzy na mnie. Czeka. Kręcę głową.

― Nie, w porządku. Myślę… myślę, że cię potrzebuję. ― Śmieję się niewesoło. ― Znowu taki jestem, prawda? Jak ten wystraszony, słaby dzieciak, który pojawiał się nocami w twoich komnatach. Żałosny.

― Nie jesteś żałosny ― warczy, łapiąc mnie za podbródek. ― Po prostu skończ się nad sobą użalać.

Kiwam głową i zaczynam się śmiać. To chyba etap histerii i chciałbym się schować. Jego dłoń jednak jest nieustępliwa.

― Wiem. To trochę dużo… Dawno nie miałem już tyle na głowie. Muszę zapalić ― mamroczę i przypominam sobie, że przecież nie kupiłem papierosów. Patrzę na niego. ― Kupiłbyś mi paczkę? Jakichkolwiek, niedaleko jest sklep. Ja… nie mogę się teleportować. A naprawdę tego potrzebuję, okej? ― plączę się. Myślałem, że już dawno przeszedłem etap robienia z siebie ofiary. Najwyraźniej w świetle nowych rewelacji, nie wychodzi mi to już tak dobrze.

Snape patrzy na mnie podejrzliwie, ale kiwa głową. Przewracam oczami.

― Musisz mnie puścić, jeśli mam dać ci drobne.

Z ociąganiem zabiera dłoń, zupełnie jakby miało to równać się z jakąś przegraną. Wzdycham i odwracam się do niego plecami, szybko zastanawiając się, gdzie mogę mieć pieniądze.

Zaglądam do łazienki i znajduję je na półce nad zlewem. Wzruszam ramionami i wracam, czując na sobie jego wzrok. Bez słowa podaję mu pieniądze; nie mam nawet swoich ulubionych.

― Papierosy ― mówię, kiwając w stronę drzwi. Wydaje mi się, albo na jego twarzy przez chwilę pojawia się coś na kształt uśmiechu. Znika jednak równie szybko, a ja obserwuję zamykające się za nim drzwi.

Siadam na łóżko, patrząc w przestrzeń.

Czy naprawdę to nic takiego? Ta zdrada boli, bardziej niż jakakolwiek inna już od dawna. Mimo to rozumiem go. Teraz, kiedy emocje już nieco opadły, uświadamiam sobie, że zrobiłem to samo. Robiłem to latami. Oszukiwałem cały czarodziejski świat, lgnąc do Czarnego Pana.

Boisz się mnie?

Nie, Tom. Boję się tylko siebie.

Drżę na to wspomnienie. Przymykam powieki, starając się przywołać to wspomnienie. Dotyk jego warg, jego języka.

Wciągam ze świstem powietrze.

Nie. Teraz jest Severus. Tom, Voldemort, odszedł.

I chce, byś do niego dołączył.

Wzdrygam się. Jestem ciekawy, kiedy Malfoy znowu po mnie przyjdzie. Nie jestem pewien, czy mam siłę dalej przed nim uciekać. I po co? I tak znowu mnie znajdzie. Będzie mnie śledził, to nietrudne, kiedy ktoś nie może się teleportować. Znajdzie mnie. Albo będzie na mnie czekał. Teraz już wiem, że nic nie powie, ale nie sprawia to jednak, że chcę go się w mniejszym stopniu pozbyć niż wcześniej. Jest rysą na szkle rzeczywistości, którą chciałbym stworzyć. Mojego świata. Jest skazą, której nie pozbędę się za darmo. A gdy już to się stanie, ten świat się rozpadnie.

Przełykam gorycz i próbuję zmusić się do uśmiechu. Severus powinien zaraz wrócić.

Leżę na brzuchu, kiedy dobiega mnie pukanie. Po chwili drzwi uchylają się i Severus powoli wchodzi do środka. Ogarnia wzrokiem pomieszczenie i widzę moment, w którym mnie dostrzega. Rzuca mi paczkę papierosów. Patrzę na nią przez chwilę, ale decyduję się z tym poczekać. Mało kto lubi zapach dymu.

― Dzięki.

Nie podnoszę się, a on nie wykonuje żadnego ruchu. Przez chwilę patrzymy na siebie i jestem pewien, że czeka na moją reakcję. Na jakieś przyzwolenie, czy cokolwiek.

― Nie sądzę, bym znowu ci tak zaufał ― mówię niemal szeptem. Mam ochotę odwrócić wzrok, gdy czuję gorąco na twarzy na wskutek jego uważnego spojrzenia.

― Nie, oczywiście, że nie ― odpowiada, a ja patrzę na niego ze zmarszczonymi brwiami. ― Nie ufasz mi, a przynajmniej nie tak, jakbym tego chciał. Odkąd wróciłeś.

W pierwszej chwili chcę zaoponować, ale uzmysławiam sobie, o czym mówi. Nigdy nie powiedziałem mu, gdzie mieszkam. Właściwie dopuściłem go do siebie tylko w pewnym stopniu. Nie miał pojęcia co tak naprawdę się ze mną dzieje. O koszmarach. Nie wie o Tomie.

Poczucie winy spływa po mnie dreszczem. Właściwie… to coś między nami nie jest na tyle silne, nie było w tym zbyt wielkiego zaufania, nie wiemy o sobie zbyt wiele… Nie miałem tak naprawdę prawa niczego oczekiwać. Owszem, mógł mi powiedzieć. Ale z drugiej strony, nie miał obowiązku.

― Wiem. Przepraszam. ― Chowam twarz w pościeli. Chciałbym, by pachniała świeżością, wiosennym wiatrem i delikatnym płynem. Nie pamiętam, kiedy tak było.

Słyszę zbliżające się do mnie kroki, ale nie podnoszę głowy. Nawet, kiedy czuję uginający się pode mną materac i dotyk dłoni na plecach.

― Przepraszanie do nas nie pasuje, panie Potter.

Parskam, słysząc jego ton. Przekręcam się nieco, by móc na niego spojrzeć.

― Masz rację.

― Nic się nie zmieni. ― Nie pyta, stwierdza.

― Nie sądzę, bym potrafił powiedzieć ci o niektórych rzeczach… ― Waham się. ― Chciałbym mieć kogoś, komu mógłbym zaufać. Samotność we dwoje może być znośniejsza