korekta rozdziału: Susie

Rozdział jedenasty:
Obliviate

Półtora tygodnia później, podczas kolacji przyleciała sowa.
Harry wpatrywał się w mugolską kopertę, bojąc się ją otworzyć. Tak naprawdę to nie chciał wiedzieć, jakie były wyniki testów. Nie chciał wracać do Frimley Park, mieć wielkiej igły wbitej w biodro, przez całą kość, i leżeć tam, kiedy będą wysysać szpik. Jasne, powiedział Snape'owi, że jeśli przeżył klątwę Cruciatus, to przetrwa wszystko, ale kiedy się nad tym zastanowić, brzmiało to nieco jak przechwałki. Lub arogancja.
Dziwne, że Snape mu tego nie powiedział, sądząc po tym, że wcześniej miał sporo do powiedzenia na temat arogancji Harry'ego…
No cóż, przechwałki przechwałkami, ale teraz, kiedy trzymał list w dłoni, zaczynał myśleć, że nie chce przechodzić przez to, co obiecał w Surrey. Ale nie było na to nadziei, prawda? Chyba, że w kopercie była informacja, że nie spełniał warunków. Ale jakie były na to szanse? Harry wątpił, aby wuj Vernon kłopotał się pisaniem, jeśli by tak było. Ten list musiał oznaczać to, co myślał. Po prostu musiał.
Harry bezwiednie zaczął patrzeć na podwyższenie, na którym znajdował się stół nauczycieli. Snape pochylał się, głęboko zatopiony w rozmowie z panią Pomfrey, co ostatnio robił często. Cóż, czego się spodziewał? Mistrz Eliksirów nie zamierzał publicznie zwracać uwagi na Harry'ego… Z wyjątkiem codziennej ironii, oczywiście.
— Nie pozwól, aby mugole psuli ci humor — powiedział współczująco Ron. — Ostatnia wizyta poszła dobrze. Nie?
— Jasne — zgodził się Harry, wsuwając nóż i rozciął kopertę. To, co zobaczył, sprawiło, że wytrzeszczył oczy.
Nie był to list od wuja, a zwykła kartka z ciasno zapisanym medycznym podsumowaniem. Wynikiem, jak Harry podejrzewał, wszystkich jego testów. Nie bardzo rozumiał, dopóki nie doszedł do ostatnich linijek.
Wskaźnik kompatybilności: .93 (.85 minimalne dla przeszczepu).
Proszę zgłosić się do Szpitala Frimley Park o 8:00, 22 października na zabieg przeszczepu. Jeśli nie jest pan w stanie pojawić się w wyznaczonym terminie, proszę poinformować nas pisząc na adres: Onkologia, Portsmouth Road, Frimley, Surrey GU12 7UJ albo dzwoniąc pod numer 01276 604604.

To wszystko brzmi tak… oficjalnie, pomyślał Harry, czując jak cała krew odpłynęła mu z twarzy, żołądek wywrócił się na drugą stronę. List wysunął się mu spomiędzy palców i opadł na podłogę.
— Co to? — zapytała natychmiast Hermiona, jej widelec z brzękiem spadł na talerz, kiedy sięgnęła ręką i obróciła Harry'ego w swoją stronę. Obniżając głos wyszeptała cicho. — Twoja blizna?
— Eee… nie — zaskrzeczał Harry zastanawiając się, co było z nim nie tak. To tylko igła, prawda? To tylko wielka, długa igła przebijająca się przez jego miednicę, przez całą kość, sześć razy, a może osiem…
Ron schylił się pod stół i podniósł list, ale nie starał się go czytać, po prostu podał go Harry'emu.
Hermiona nie miała takich skrupułów. Chwyciła list z rąk Rona, przebiegła wzrokiem po kartce.
— Harry…
— Nie tutaj — syknął Harry. Wyrwał z powrotem list, schował go do kieszeni i wstał chwiejnie od stołu. — Pokój Życzeń. Teraz.
Nie zauważył czarnych oczu Snape'a, przyglądających się, jak opuszcza salę z dwojgiem przyjaciół.
——————————
— Zamierzasz to wytłumaczyć? — Hermiona stała na perskim dywanie z rękami na biodrach. Wzdłuż murów dymiły mocno stojaki z kadzidłami, niektóre w kształcie lampy Aladyna. — I jakiego pokoju niby chciałeś? To miejsce wygląda jak… jak… harem!
— Myślę, że pokój po prostu stara się mnie uspokoić — wymamrotał Harry. — Trochę się martwię o…
— O swój przeszczep, swój zabieg? — zażądała Hermiona. — Harry Potterze, powiesz mi tu i teraz co się dzieje!
— Nie, nie powie — odpowiedział gładko kolejny głos. Snape wślizgnął się do pokoju, zamknął drzwi i skrzyżował ramiona. Po krótkiej chwili odwrócił się z powrotem w stronę wejścia i rzucił na nie kilka uciszających zaklęć. Potem podszedł bliżej. Jego czarne szaty falowały, jakby wewnątrz nich szalała burza.
— Niech pan posłucha, muszę im powiedzieć — wyjaśnił Harry, czując się pokonany całą sytuacją. — Hermiona widziała list. I tak to rozgryzie.
— Nie po Obliviate — zaszydził bezlitośnie Snape.
Harry zerwał się na nogi, cała apatia zniknęła.
— Nie! — krzyknął, ale Snape już wskazywał różdżką, paskudne iskry zaczęły świecić w jego oczach, gdy kręcił nią w sposób, który Harry rozpoznał, chociaż ruch był mniej teatralny niż ten, który wykonał Lockhart w Komnacie Tajemnic.
Hermiona zaczęła grzebać w szatach starając się wyciągnąć swoją różdżkę. Ron miał już swoją wyciągniętą i skierowaną. Snape natychmiast wypowiedział inkantację.
Accio różdżki!
Różdżka Harry'ego wyleciała z jego kieszeni.
Snape chwycił zgrabnie wszystkie trzy lecące do niego i schował w swojej pelerynie, dalej patrząc na Hermionę. Jego różdżka nadal obracała się niepokojącym łukiem, oznaczającym, że Obliviate może zostać rzucone za jedno uderzenie serca.
Wściekły Harry podszedł do Snape'a i podnosząc głowę wrzasnął:
— Nie waż się, nie waż, kurwa, się, jasne?
Oczy Rona zrobiły się ogromne.
— Gryffindor traci tysiąc punktów — jęknął, chociaż punkty były jego najmniejszym zmartwieniem w tej chwili.
— Och, zamknij się — sarknął Harry. — Nie odejmie punktów, a nawet jeśli tak, to będzie to tego warte. — Odwrócił głowę z powrotem w stronę Snape'a. — Niech pan po prostu to przeczyta, dobrze? A potem pomyślimy, co zrobić z resztą.
Powiedziawszy to, Harry wcisnął nauczycielowi niechlujnie złożony list i ignorując tę przeklętą różdżkę, nadal skierowaną, spojrzał na Hermionę.
Dziewczyna osunęła się na podłogę, przytulała kolana i kołysała się to do przodu, to do tyłu. Ron nie robił nic poza mamrotaniem, co strasznie zirytowało Harry'ego. Klęknął przy Hermionie, objął ją ramionami, przysunął blisko do siebie i wyszeptał do ucha.
— Ciii, już dobrze. Nie zrobi tego. Obiecuję, że tego nie zrobi. Później ci powiem skąd wiem, ale po prostu wiem, dobrze? Zaufaj mi, Hermiono.
Hermiona przytaknęła i zaprzestała szalonego ruchu, ale nadal wyglądała na przestraszoną.
Kiedy Snape skończył czytać, zwrócił się do Harry'ego.
— Jestem bardzo zawiedziony, panie Potter, że raz jeszcze nie zdołałeś zrobić czegoś tak prostego, jak zachowanie swojej poczty dla siebie!
Ron odzyskał odwagę, kiedy usłyszał jak jego przyjaciel jest niesprawiedliwie atakowany.
— A to dobre! — krzyknął. — To pan zabiera jego listy, aby przeczytać je na głos, profesorze.
— Trzymaj usta zamknięte, panie Weasley, albo Gryffindor straci punkty — warknął Snape, co poskutkowało. Ron zamilkł, chociaż spojrzał pytająco na Harry'ego. Po tym, co ty powiedziałeś nie zamierza zabrać punktów?
— Przepraszam, że upuściłem list, profesorze — powiedział Harry równym głosem Snape'owi, wstając. Prawie zabijał go fakt, że nie może dać upustu gniewowi, ale instynkt, który pomógł przetrwać pięć lat prób, podpowiadał mu, aby nie pogarszał jeszcze bardziej sytuacji.
Ta taktyka wydawała się działać. Kiedy Snape znowu się odezwał, mówił głosem rzeczowym, nie obłudnym.
Obliviate naprawdę byłoby najłatwiejszym rozwiązaniem.
— Nie — nalegał Harry. — Nie może pan. Jeśli pan to jej zrobi, wyjaśnię jej całą sytuację, każdy mały szczegół. I zrobię to tyle razy, ile pan rzuci Obliviate, więc nie ma to sensu.
Oczy Snape'a zaświeciły.
— Może w takim razie powinienem wyczyścić również twoją pamięć!
— Nie sądzę, aby Dumbledore zaaprobował rzucanie Obliviate na którekolwiek z nas — odciął się Harry.
— Czasami naprawdę cię nienawidzę, Potter — odwarknął Snape, podczas gdy stojący z tyłu Ron mruknął tylko czasami? — No dobrze, panno Granger, uspokój się. Myślę, że pan Potter przekonał mnie, abym zostawił twój znakomity intelekt w stanie nienaruszonym. Spróbuj go wykorzystać do czegoś więcej niż tylko popisywanie się, dobrze?
Hermiona otrzepała szatę, chociaż nie była ona brudna i machnęła dłonią odpędzając dym z najbliższej lampy, ale kiedy Ron wreszcie do niej podszedł, znowu opadła na niego.
— Profesorze? — zapytał Harry wskazując na poduszkę rozrzucone po podłodze. — Proszę.
Snape spojrzał pochmurnie, ale usiadł po turecku na posadzce. Dopiero, kiedy Harry również siadł, odezwał się.
— Wygląda na to, że mamy sytuację — zaszydził. — Panna Granger wie więcej niż powinna, a bez wątpienia pan Weasley dowie się wszystkiego podczas pasjonującej schadzki, co uchodzi za wspaniałą rozrywkę między niedorzecznymi szesnastolatkami.
— Możemy to zrobić bez zniewag? — poprosił Harry, przez co w jego kierunku poleciało złowrogie spojrzenie. Jaki był cel takiego zachowania Snape'a? Ron i Hermiona pewnie i tak się domyślili, że coś się działo. Widzieli jak Harry klnie na Snape'a i uchodzi mu to na sucho, więc nie było sensu udawania, nie przy nich, że stara animozja nadal była tak silna i potężna jak zawsze.
Chociaż, myślał Harry, po tym, cała stara animozja może wrócić z rykiem.
Zdziwił się, jak bardzo wystraszyła go ta myśl.
— To sprawa Zakonu — zdecydował się powiedzieć Harry, ponieważ Snape zamilkł. Może bez zniewag nie wiedział, jak rozmawiać z uczniami? Nie, to nie było fair. Dobrze mu poszło z Harrym w Surrey… — Więc naprawdę nie mogę o tym mówić — podsumował Harry. — Sorry.
— Co mają sprawy Zakonu do tego, że potrzebujesz przeszczepu? — spytała Hermiona, podnosząc wzrok. — I od kiedy jesteś w Zakonie?
— Nie jestem w nim — zaprzeczył Harry. — Jestem tylko zmieszany w jego sprawy, jak zawsze. A co do tamtego, będziesz musiała mi zaufać, Hermiono.
Łzy wypełniły jej oczy.
— Ale przeszczep, Harry? Wiem, wiem, zostałeś wychowany przez mugoli, jak ja, więc może nie wiesz, ale naprawdę nie powinieneś iść do lekarzy na taką operację. — Wyszarpując rękę Ronowi, pochyliła się do przodu, aby położyć dłoń na kolanie Harry'ego. — Nie można zrobić nic innego? Byłeś w Świętym Mungo, rozmawiałeś z uzdrowicielem, cokolwiek?
Snape wkroczył w rozmowę, z głosem naznaczonym spokojem.
— Obawiam się, panno Granger, że w tym konkretnym przypadku magia nie będzie skuteczna. — Zamilkł, najwidoczniej nie miał ochoty na kontynuowanie, ale w końcu to zrobił. — Mogę mieć wasze słowo, twoje i pana Weasleya, że nie będziecie naciskać Harry'ego o więcej informacji? Że nie zaczniecie własnego dochodzenia? Nie potrafię podkreślić tego mocniej: zagłębianie się w ten temat może narazić jego życie. Myślę, że w ciągu ostatnich lat było wystawiane na ryzyko wystarczająco często, czyż nie?
Ron patrzył otwartymi ustami, ale zdołał przytaknąć.
— Panno Granger?
Kiedy Hermiona zwlekała, Harry wyciągnął rękę i chwycił jej dłoń, nadal leżącą na jego kolanie.
— Nie jestem w niebezpieczeństwie — zapewnił ją. — Nie, dopóki nie zaczniecie się wtrącać, co tylko zwróci więcej uwagi na moją… sytuację.
— Ale mugolscy doktorzy — jęknęła cicho, patrząc mu w oczy. — Harry, prawie umarłam dwa razy, zanim moi rodzice odkryli, że trzeba trzymać mnie z dala od lekarzy. Myśleli, że mam alergię, na lekarstwa, szczepionki, wszystko, ale to nie była alergia. To moja magia nie chciała, aby ją tłamsić.
Harry wiedział, że lepiej nie opowiadać jej swojej przerażającej historii z mugolskimi lekarzami w roli głównej.
— Wiem, co robię — powiedział tylko, chcąc czuć się tak pewnie jak brzmiał. — I profesor Snape wie.
— To raczej nie jest pocieszające, kumplu — wtrącił Ron rzucając wściekłe spojrzenie profesorowi, który uniósł nieco nos, jak gdyby nawet kadzidło nie mogło zamaskować fetoru Weasleya siedzącego pięć stóp od niego.
— Cóż, Dumbledore też wie, dobra? — spróbował Harry, a potem uświadomił sobie, że nie wie tego na pewno. — Uhm, powiedział mu pan? — zapytał Snape'a.
— Dyrektor był zawiedziony, że osobiście nie przyszedłeś się z nim zobaczyć — odrzekł Snape. — Ale tak, zna szczegóły twojej sytuacji.
— I aprobuje to? — dopytała się Hermiona.
— Nie jest to idealna sytuacji, panno Granger! — warknął Snape. — Ale zrobimy co w naszej mocy, jeśli będziecie tak dobrzy i pozwolicie nam na to!
— Obiecaj mi, Hermiona — błagał Harry, przestraszony, że jeśli będzie za bardzo protestować, Snape może jednak rzucić na nią Obliviate. — Obiecaj, że nie będziesz się wtrącać. Powiem ci o tym, kiedy będę mógł…
— Panie Potter!
— Kiedy będę mógł — podkreślił Harry. — Hermiona? Obiecaj.
— Och, no dobrze — zgodziła się niechętnie.
Snape prychnął głośno.
— Nie zrobię niczego, aby dowiedzieć się więcej! — potwierdziła Hermiona puszczając dłoń Harry'ego i siadając prosto. — Harry ma na to moje słowo.
— Złam swoje sowo — zaszydził Snape — a nie tylko dopilnuję, aby cię wyrzucono za fenomenalnie zły osąd, ale użyję wszelkiej znanej mi czarnej magii, aby zamienić cię w rozgniecioną plamę breji!
Harry westchnął, pomyślał o zaoferowaniu Hej, nie groź moim przyjaciołom, ale zdecydował, że lepiej tego nie robić. Wystarczająco już ośmielił się i z tego co wiedział, Snape żałował serdecznie, że kiedykolwiek był w Surrey.
Hermiona mimowolnie pogorszyła jeszcze sprawy.
— Ja nie łamię swojego słowa, profesorze — odpowiedziała wyniośle, pociągając nosem, jakby sam pomysł był obraźliwy. — Jestem Gryfonką.
— Tak jak Peter Pettigrew — odparł uszczypliwie Snape, przyciągając blisko do siebie szaty i wstając. — Nie ma nic świętego w twoim domu, z niechęcią niszczę twoje patetyczne przesądy, które bez wątpienia kołyszą cię w nocy do snu. A może to rola pana Weasleya?
— Profesorze — ostrzegł Harry.
— Potterze — przedrzeźniał w odpowiedzi nauczyciel.
Harry westchnął. Naprawdę nie wiedział, co powiedzieć mężczyźnie. Wszystko było dużo prostsze w Surrey… Choć wtedy nie wydawało się takie, prawda?
— Mogę otrzymać z powrotem swój list?
— Nie — powiedział Snape głosem nie pozostawiającym miejsca na dyskusję.
— Należy do niego — zauważyła Hermiona, chociaż Harry próbował ją uciszyć.
Jedyną odpowiedzią Snape'a, jaką im dał przed wyjściem, było rzucenie trzech różdżek na perski dywan.
——————————
— Co to, do cholery, było, Harry? — zapytał napastliwie Ron w chwili, kiedy zamknęły się drzwi.
Harry przyłożył palec do ust sięgając po różdżkę i rzucając najsilniejsze Silencio jakie mógł. Miał nadzieję, że to wystarczy. Nie wiedział jak rzucić Imperforable. Wskazał przyjaciołom, aby dołączyli do niego w odległym końcu sali i usiadł z nimi na zimnej, granitowej posadzce. Kiedy Snape zatrzasnął drzwi, scena haremu zniknęła, ale wcale im to nie przeszkadzało. Harry nie sądził, aby to było to, czego potrzebował.
— Mówcie ściszonymi głosami — ostrzegł.
— Dobrze — wyszeptał Ron. — Co to, do cholery, było? Odpowiedz tym razem.
— To prawda, że nie mogę powiedzieć wam tego, czego bym chciał — podkreślił Harry.
— Nie o to pytam i wiesz o tym — odparł Ron wściekłym szeptem. — Co to było, to ze Snape'em? Przepraszam, że upuściłem list, profesorze! — przedrzeźniał złośliwie. — Co to było, Harry? On torturuje cię na lekcjach eliksirów, wyśmiewa się z twojej blizny i zachęca Ślizgonów do tego samego, każe ci pisać dodatkowy test bez żadnego powodu i daje ci szlaban, ponieważ go piszesz, potem stara się rzucić klątwę na umysł Hermiony, a jedyne co ty robisz to mówisz, aby usiadł, proszę. Praktycznie zaoferowałeś mu herbatkę!
— Nie bądź durniem — warknął Harry. — Powstrzymałem go przed rzuceniem zaklęcia na Hermionę! Jedyne, co ty potrafiłeś zrobić, to jęczeć na temat tych głupich punktów!
— Głupich! — zaprotestował Ron.
— Taak, głupich — potwierdził Harry.
Ron chciał powiedzieć coś więcej, ale Hermiona wyciągnęła rękę.
— W porównaniu do tego, czemu czoła stawia Harry, są głupie, Ron. — Pochyliła się tak blisko, że jej nos prawie dotykał Harry'ego. — Powiedziałeś, że nie rzuci na mnie Obliviate. Podejrzewam, że miałeś rację, ale czemu byłeś taki pewny?
Harry uśmiechnął się ponuro.
— Dlatego, że wiem na pewno, iż potrafi to zrobić bez różdżki — wyjaśnił myśląc o Snapie rzucającym zaklęcie na pielęgniarkę w Frimley Park. — Robił wielkie przedstawienie, ale gdyby naprawdę chciał to zrobić, po prostu by to zrobił.
— Wredny drań — sapnął Ron. — Sprawić, aby Hermiona pomyślała coś takiego. Czy ona mu kiedykolwiek coś zrobiła?
Dobre pytanie, uwiadomił sobie Harry, ale rzeczywiście była na nie odpowiedź.
— Cóż, w trzeciej klasie całą trójką rzuciliśmy na niego zaklęcie — przypomniał na głos. — I nigdy nie zostaliśmy ukarani. Za zaatakowanie nauczyciela! Myślę, że ta mała scena z zabraniem różdżek, była jego sposobem na wyrównanie z nami rachunków.
Taak, lubi wyrównywać sprawy…
— W każdym razie to nie ma znaczenia — kontynuował Harry nadal szepcząc tak cicho, że Silencio nie było pewnie potrzebne. — Jeśli coś ma znaczenie, to to, żebyście trzymali się swojej własnej obietnicy, oboje. Znowu będę musiał wyjechać — nie pytajcie mnie po co, ale założę się, że możecie zgadnąć — i gdy mnie nie będzie, trzymajcie się wersji, jaką rozpuszczę po Wieży, dobra? To ważne. Nie tylko dla mnie, ale dla wojny.
— Nigdy byśmy ciebie nie narazili, Harry — przysięgła Hermiona. — Czy ty… to znaczy, czy mogę zapytać, czy nie będzie ciebie tym razem dłużej niż weekend?
— Nie wiem — przyznał Harry. — Ale zrób co będziesz mogła, aby utrzymać mnie na bieżąco z lekcjami, okej? — Zamilkł zakłopotany. — Już dobrze? Nie mogę wam powiedzieć, i przykro mi, że nie mogę, ale powiem wam o wszystkim, jak tylko wszystko będzie… uregulowane.
— Cóż, nie zamierzaliśmy przestać być twoimi przyjaciółmi, Harry — powiedziała Hermiona zaskoczonym głosem. — Kochamy cię.
Harry przytulił ich, chcąc móc powiedzieć im więcej, powiedzieć, jak bardzo się bał. Ale nie mógł. Jedyne co mógł, to się trzymać.
——————————
Schody w Wieży Gryffindoru zachowywały się gorzej niż zwykle, pomyślał Harry wlekąc się za Ronem i Hermioną, ale wszystko to zostało wyjaśnione, gdy zobaczył Mistrza Eliksirów czającego się w mroku i zginającego jeden palec, aby pokazać Harry'emu, że powinien pójść za nim.
Harry zawahał się, nienawidząc wszystkich tych wybiegów, ale z westchnieniem zgodził się.
— Hej — zawołał w górę schodów. — Porozmawiam ze Zgredkiem chwilę, dobra?
— Przynieś nam trochę puddingu — powiedział Ron, gdy razem z Hermioną skręcili za róg.
——————————
Snape nie odezwał się aż do chwili, kiedy wciągnął Harry'ego do nieużywanego gabinetu w połowie drogi do lochów i rzucił zaklęcia na drzwi. W środku było zupełnie czarno i Harry czuł pokusę wyciągnięcia swojej różdżki i wypowiedzenia Lumos, ale zdecydował, że jednak woli nie widzieć twarzy nauczyciela.
— Przedyskutowałem twój list z dyrektorem — ogłosił Snape, jego głęboki głos brzmiał niesamowicie w ciemności. — Bądź gotowy wyruszyć siecią fiuu wczesnym rankiem dwudziestego drugiego. Raz jeszcze skorzystamy z gabinetu profesora Dumbledore'a.
— My? — Po scenie w Pokoju Życzeń nie był pewny.
— Po staremu. Znowu będę wyglądał jak ten kundel, którego zwiesz przyjacielem.
Harry przemyślał to i zdziwił się, że był trochę zawiedzony. Nie podobało mu się, kiedy granice między Snape'em a Remusem zacierały się tak bardzo, że były nie do rozpoznania. Jeszcze bardziej nie podobało mu się uczucie, że nie wiedział na czym stał. Wcześniej wszystko było prostsze. Pokręcone, ale jasne, jeśli to miało jakikolwiek sens. Teraz wszystko było zaciemnione.
— Podejrzewam, że przebranie jest konieczne — mruknął Harry. — Profesorze…?
Prawie czuł na sobie spojrzenie Snape'a przeszywające go w ciemności.
— Tak?
— Przepraszam, że musiałem na pana krzyknąć.
— Czy to miały być przeprosiny, Potter?
Zajęło Harry'emu moment rozszyfrowanie, co miał na myśli jego nauczyciel, potem poczuł się trochę zmartwiony, chociaż trudno było powiedzieć dlaczego.
— Tak. To miały być przeprosiny.
Niski dźwięk odbił się od granitowych murów. Harry po chwili rozpoznał mroczny, ponury śmiech.
— Profesorze?
— Myślałem o twarzy pana Weasleya, kiedy wymówiłeś to nieprzyzwoite słowo.
— Och — odparł Harry niepewny co na to odpowiedzieć. — Cóż, w takim razie dobranoc.
— Chwilę, panie Potter.
Harry odwrócił się, nerwowy mimo spokoju Snape'a. Ale oczywiście nie widział mężczyzny, więc może to dlatego czuł się niepewnie.
— Dlaczego powiedziałeś, że to dotyczy Zakonu?
Harry poruszył stopą.
— A nie dotyczy? Pomyślałem, że jeśli sprawą Zakonu było stanie na warcie przy mnie przez całe lato, to moje pole też nim jest, a przez to cały ten… projekt. Dlaczego?
— Wspomnienie o Zakonie było jedynym prawdopodobnym sposobem na uzyskanie zgody twoich przyjaciół na nasze warunki.
— Mhm… — odparł Harry nadal czując zagubienie.
Szaty zaszeleściły, kiedy Snape przysunął się bliżej.
— Pomyślałem, że powiedziałeś to, aby nimi manipulować.
Ślizgon, pomyślał Harry i skrzywił się.
— Nie. Tylko byłem szczery. Na tyle, na ile mogłem.
Snape podniósł nieco głos.
— Wierzysz, że panna Granger jest tak samo szczera? Jeśli popędzi do biblioteki, a pan Malfoy postara się dowiedzieć, czego szuka, śmierciożercy domyślą się co robimy, i dlaczego.
Harry pokręcił głową.
— Malfoy raczej nie będzie śledził, co Hermiona robi w bibliotece, profesorze.
— Zapewniam cię, że jest to bardzo prawdopodobne — warknął Snape. — Będzie podejrzewać, że coś wie o twoim zniknięciu. Będzie szukać czegokolwiek, co mógłby przekazać swojemu ojcu! — Kolejny szelest, teraz głos odezwał się tuż przy jego uchu. — Lucjusz Malfoy nie zawaha się zabić twojej ciotki i kuzyna, aby zniszczyć pole, panie Potter. A ty będziesz następny.
— Ufam Hermionie — nalegał Harry. — I Ronowi.
— Czarny Pan ufa mnie. — Ostrzeżenie zmroziło powietrze w pomieszczeniu.
— Taak, ale pan jest Ślizgonem — zaprotestował drżąc Harry. — Wie pan jak grać na oba fronty. Hermiona jest… — Nie chciał powiedzieć Gryfonką i wysłuchać zniewag. — Jest przyjaciółką — zakończył.
— Ona naprawdę się o ciebie troszczy — skomentował Snape, brzmiał, jakby był nieco zakłopotany. — Bardzo.
— Myśli pan, że to takie dziwne, że ktoś może się o mnie troszczyć? — warknął Harry.
— Nie powiedziałem tego.
— Więc dlaczego to zabrzmiało tak, jakby był pan zaintrygowany? — spytał zastanawiając się, czy ta cała rozmowa nie jest jeszcze jednym ćwiczeniem ślizgońskiej przebiegłości.
— Ponieważ ludzie są lojalni najczęściej tylko względem siebie.
— Musi pan częściej wychodzić z lochów — powiedział mu Harry. — Mogę iść? Już prawie cisza nocna a jeszcze muszę pójść do kuchni i na górę do Wieży.
— Dwudziesty drugi — przypomniał Snape. — Wcześnie. Znowu weź książki. Możesz potrzebować czegoś do czytania, kiedy będziesz… wracać do zdrowia.
Wracać do zdrowia. Harry'emu nie podobało się brzmienie tych słów. Był przyzwyczajony, że nocny pobyt w skrzydle szpitalnym leczył prawie wszystko. Nadal o tym myślał, kiedy Snape powiedział coś cicho po łacinie, potem otworzył drzwi.

Rozdział następny:
Szczera rozmowa