Był środek nocy, kiedy taksówka wreszcie przekopała się przez zaspy na nie odśnieżanej drodze. Feliks otworzył frontowe drzwi, by jego późny gość wtoczył się do środka.
Roderich Edelstein padał ze zmęczenia. Zirytowany strząsał z siebie śnieg.
Feliks już otworzył usta.
- Żadnych komentarzy. Mam już dość twoich SMSów.
Wzruszył ramionami i wziął walizkę Austriaka by zanieść ją do gościnnego pokoju.
Gdy dostał od niego wiadomość, że loty zostały opóźnione i nie zdąży na umówioną godzinę, nie mógł nie odpisać.
- Ja doleciałem bez problemów. Też mogłeś kupić bilet prosto do Warszawy.
- Dopóki nie podpiszecie umowy, nikt nie zobaczy mnie w twojej stolicy – Roderich ogarnął się trochę i popatrzył na Polaka wyczekująco – Oczywiście w tej sytuacji rozumiesz, że nocuję u ciebie?
- Nie mam najmniejszych złudzeń, że może być inaczej – wymamrotał Feliks pod nosem, a głośniej powiedział – Wejdź, rozgość się. Czym chata bogata... i takie tam.
- Już za późno na porządny posiłek, więc poproszę tylko o herbatę. Earl Grey.
- Nie mam – Feliks oświadczył ciesząc się w duchu, że coś jest Austriakowi nie na rękę.
Zmęczony i podenerwowany Edelstein był równie zabawny co irytujący. Jego wielkopańskie maniery nie pasowały ani odrobinę do wiejskiego domu Łukasiewicza.
- To co masz?
- Herbatkę ziołową.
Austriak uniósł brwi mocno zdziwiony.
- No wiesz, stres, ciężkie życie, trudne dzieciństwo. Jak się ma takich sąsiadów, to można nabawić się wrzodów żołądka.
- A herbatka ziołowa pomaga? – zapytał sceptycznie.
Feliks uśmiechnął się od ucha do ucha.
Pół godziny później Edelstein siedział w wytartym fotelu w małym saloniku. Grzał dłonie kubkiem herbaty i natchnionym wzrokiem gapił się na choinkę jak na ósmy cud świata. Każda ozdoba na drzewku była z innego kompletu, którego części zostały zniszczone w różnych okolicznościach. Zamiast popularnej gwiazdy na wierzchu tkwił czerwono-złoty czub. Całości dopełniały różowe lampki od Łucji, kawałki waty i srebrne włosy anielskie.
Feliks zanotował sobie w pamięci, by zapytać Marię, z czego robi swoje herbaty, bo ta podziałała nawet na Austriaka.
- Przestań się gapić. Na pewno widziałeś ładniejsze drzewka w Wiedniu.
- Wygląda prawie jak pierwsze, które ubrał Ludwig.
Feliks ziewnął szeroko. Był zbyt zmęczony, by wymyślić konstruktywną odpowiedź. Z resztą i tak ostatnio wszystkie jego rozważania skupiały się na jednym problemie. Zdążą, czy nie zdążą? Informatorzy nie zdobyli jednoznacznych danych, ale na miejscu Bragińskiego poczekałby do zakończenia mistrzostw, kiedy oczy świata zwrócą się w inną stronę. Czyli czasu miał mało, a pracy dużo. Nic nowego.
- Więc... – zagaił rozmowę – Gdzie to masz?
Edelstein odstawił kubek i sięgnął po neseser schowany za fotelem. Wydobył z niego plik kartek zbindowanych i oprawionych w zwyczajną, nie najwyższej jakości plastikową oprawę. Podał go Polakowi z niepewną miną.
- Rozumiem teraz, czemu nie chciałeś mi tego faksować, ale wiesz, że dorobiłem się już komputera. Pocztę elektroniczną też mam – poinformował go lekko urażony Feliks.
Ci zachodnioeuropejscy malkontenci zapewne uważali, że u nich wciąż jeżdżą furmanki, a domy kryje się strzechą. To, że lubił konie i wciąż nie dorobił się prawa jazdy o niczym jeszcze nie świadczyło.
- W sprawach wagi państwowej nie ufam zbyt mocno nowoczesnej technice. Staram się też uczulać Ludwiga na możliwe wady takiej drogi porozumiewania się.
- Wszyscy podsłuchują wszystkich. Nikt nikomu nie ufa. Co za czasy... – wymamrotał Feliks wstając ze swego fotela.
Zerknął na tytuł wydrukowany na pierwszej stronie pod przeźroczystą okładką, a następnie zaczął rozglądać się wkoło za czymś do pisania.
- Sama umowa ma dwie strony. Reszta to załączniki. Staraliśmy się z Ludwigiem jak najdokładniej opisać zmiany, które zostaną wprowadzone w życie z dniem akcesji. Jeśli pominęliśmy sprawę, która jest dla ciebie ważna, dokonaj poprawek, a następnie... – Austriak miał już dość wodzenia za nim wzrokiem – Co ty w ogóle robisz?
- Szukam długopisu.
Zadowolony Polak znalazł nareszcie potrzebną rzecz i wrócił na swój fotel.
- To gdzie mam podpisać? – przewrócił kartki.
- Nigdzie! – wyraz paniki na twarzy Rodericha był bezcenny - To wersja robocza! Tego się nie podpisuje. A w ogóle to powinieneś najpierw to przeczytać.
- Racja – Feliks posłał mu ironiczny uśmiech – Jeszcze przez pomyłkę mógłbym podpisać rozbiór Polski. Ach, ależ nie! Nikt mi nawet tego nie zaproponował. Wy, chłopaki, sami dogadaliście się za moimi plecami.
- To był żart poniżej pasa – stwierdził cierpko Roderich.
- Nie mów mi, że wciąż w głębi serca jesteś zły, że Gilbert i Wania raz cię pominęli przy krojeniu tortu.
- Kiedyś moje imperium sięgało od Krakowa po Wenecję. Teraz zadowalam się górami i brzegiem Dunaju. Nie rozpaczam za minioną świetnością.
- Kiedyś moje imperium sięgało od morza do morza. Starałem się godzić interesy wszystkich, których miałem pod swoją opieką. I wiesz, co? Nawet mi to wychodziło, dopóki twoi kumple ze wschodu i z zachodu nie zaczęli mieszać na moim podwórku – odpowiedział zimno Feliks – Ludwig przynajmniej szczerze przeprosił. I widzę, że czasem się stara robić coś więcej dla innych, choć pewnie często ma ochotę rzucić to wszystko w diabły i zaszyć się w domu nad kuflem piwa.
- Dlatego to jemu zaproponowałeś ten sojusz?
- Nie mogę mieć żadnej pewności, że on albo ty nie odwrócicie się ode mnie plecami, gdy będę najbardziej potrzebował pomocy. Moim jedynym gwarantem bezpieczeństwa jest Gilbert. Prawdziwa ironia losu, co?
- Dramatyzujesz – stwierdził Austriak.
Wstał i ostatni raz popatrzył na niego.
- Chcesz wszystko załatwić od razu. Tak nie można. Najpierw przeczytaj umowę.
Feliks przez resztę nocy miał towarzysza w postaci pliku kartek zapełnionych drobnym maszynowym pismem. Z każdego zdania wiało nudnym prawniczym żargonem. Mimo to nie poddawał się. Do rana przeczytał wszystko. Naniósł kilka drobnych uwag.
Jako reprezentant narodu nie czuł się specjalnie dumny z dobrze wypełnionego obowiązku.
Po śniadaniu mógł nareszcie pozbyć się Edelsteina.
Kiedy drzwi zamknęły się za Austriakiem, odetchnął z ulgą, ale zaraz przypomniał, że Maria i Wanda musiały spędzić noc pod jednym dachem z pewnym wrednym albinosem. Celowo zignorował wszelkie próby nawiązania kontaktu, choć wyświetlacz komórki nieubłaganie informował go o dwudziestu czterech nieodebranych połączeniach.
Z zepsutym humorem zabrał się do zwykłej codziennej pracy obiecując sobie, że tym razem wymyśli jakąś prawdopodobną wymówkę. Dobrze, że nie wmanewrował Łucji w opiekę nad Gilbertem. Musiałby znowu wszystkim znajomym tłumaczyć się z siniaków na gębie.
Walizka w jednej ręce, a bilet w drugiej. Stojąc pośrodku ogromnej hali, omijany przez strumienie obcych ludzi Roderich Edelstein zastanawiał się, dlaczego ponownie wplątał się w historię z aneksją Polski.
Nie miał nic do zyskania. Ludwig przejmował całe terytorium i tańszą siłę roboczą. Gilbert wracał na stare śmieci. Obaj Beilschmidt'owie będą spłacać długi Łukasiewicza i uciszać zamieszki. Za to kiedy nastroje się uspokoją, zyski obu stron z pewnością wprawią świat w zdumienie. Lecz on, Roderich Edelstein, pozostanie z niczym.
Oczywiście dozgonna wdzięczność Ludwiga w perspektywie znacznie poprawiała jego samopoczucie. Natomiast reakcja Europy na powrót Gilberta i zamiary samego Prusaka były jedną wielką niewiadomą.
Niewiele osób go lubiło, nawet wśród Germanów. Dawało mu to jednak mocny atut do ręki. Gilbert mógł rozruszać zasiedziałe towarzystwo dyskutujące o krzywiźnie ogórka i ochronie żab, ukrócić niekończące się debaty w Brukseli i zmobilizować kolegów do działania. Receptę miał dziecinnie prostą, ale skutkowała zawsze, bez względu na okoliczności. Budował coś, pomagał konstruować, dawał fundusze na jakiś świetny ale niedoceniany projekt, a potem chwalił się głośno na cały świat. Gilbert Beilschmidt jest wspaniały. Gilbert Beilschmidt jest genialny. A jak ktoś ma z tym problem, niech pokaże coś lepszego. Oczywiście Francis, Arthur, Alfred czy Kiku Honda nie chcieli być gorsi i tak wyścig gospodarczy przerodził się w rewolucję przemysłową.
Niestety są osoby, których drażnić nie należy...
Roderich pomyślał w głębi ducha bardzo brzydkie słowo i zmusił twarz do grzecznego uśmiechu.
Właśnie dostrzegł trzech panów w ciemnych płaszczach i grafitowych garniturach. Dwaj nie wyróżniali się zbytnio, ale sylwetkę trzeciego, mimo radykalnych zmian w ubiorze, poznałby zawsze i wszędzie.
Iwan Bragiński także go zobaczył. Odprawił towarzyszących mu mężczyzn skinieniem głowy i krokiem pewnego siebie biznesmena skierował się ku Roderichowi. Wyglądał elegancko w skrojonym na miarę garniturze. Włosy przystrzyżone i modnie ułożone. Dobre włoskie buty, skórzane rękawiczki. Pod kołnierzem płaszcza cienki szalik w bladoróżowym odcieniu z najwyższej jakości kaszmirskiej wełny. Austriak zwracał uwagę na takie szczegóły.
Bragiński był równie zaskoczony jak on, ale słabiej to ukrywał. Cienie pod oczami wskazywały, że jest przemęczony, ale przyczyną tego równie dobrze mogły być problemy wewnętrzne, jak i zarwane noce suto zakrapiane mocnym alkoholem.
Jemu też to spotkanie było nie na rękę.
- Mój drogi druh Roderich! – Iwan uśmiechnął się serdecznie – Co za spotkanie! Kto by pomyślał!
Podali sobie dłonie, choć radość z obu stron była fałszywa.
Austriak lubił Bragińskiego. Jakieś 150 lat temu i tylko wtedy, gdy Rosjanin był trzeźwy i nie podszczypywał jego terytorium. Po rewolucji Iwan się zmienił. Jego najgorsze cechy wyszły na pierwszy plan. Upór, okrucieństwo i szalona fiksacja na punkcie zjednoczenia Słowian pomogły mu wygrać II Wojnę Światową, ale nie ukrywał, że chce więcej. To wtedy Roderich zrozumiał, czemu Gilbert obawiał się Bragińskiego i sam także zaczął patrzeć na niego bardziej krytycznie.
Przez 50 lat Zachodnia Europa wstrzymywała oddech, gdy wiał wiatr ze wschodu. Tuliła się do Ameryki szukając ułudy bezpieczeństwa, choć Jones nie wygrał wtedy definitywnie żadnej wojny.
Teraz znów robili razem interesy, chodzili na proszone bankiety do ambasad i uśmiechali się uprzejmie.
- Dawno się nie widzieliśmy. Dobrze wyglądasz, Iwan – stwierdził Austriak – Co u ciebie?
- W porządku, w porządku. Mam dużo zajęć. Nie mogę narzekać na nudę.
- Ostatnio widziałem cię nawet w telewizji. Byłeś w delegacji, która jeździła do Stanów Zjednoczonych.
- Ach, Amerykanie! – Bragiński potrząsnął głową – Mają obsesję z tymi kamerami. Wszystko by wszystkim pokazali.
- Racja – zgodził się Roderich.
- A jak tobie się wiedzie?
- Wiesz, czas w Wiedniu płynie powoli.
- Przyjechałeś do Warszawy szukać wrażeń?
- Można to tak nazwać. Jeden z cudownych wychowanków konserwatorium, któremu patronuję, dawał koncert z tutejszą orkiestrą symfoniczną.
- Słyszałem o nim.
- A ty? Co cię sprowadza do Polski, jeśli można zapytać?
- Interesy, jak zwykle. Muszę zawieść coś do ambasady.
Rosjanin uniósł lekko lewą rękę, w której cały czas trzymał czarny neseser. Spod rękawa błysnął kawałek krótkiego łańcuszka łączącego uchwyt nesesera z nadgarstkiem.
- Więc cię dłużej nie zatrzymuję.
- Do zobaczenia, Roderich. Zajrzyj kiedyś do Moskwy. Balet Bolszoj przygotowuje nowe przedstawienie.
- Z pewnością mnie nie zabraknie.
Pożegnali się szybko i rozeszli w różne strony. Gdy tylko Bragiński zniknął mu z pola widzenia, Roderich starł z twarzy uśmiech i skierował się w stronę grupy pasażerów lecących do Berlina. Ostatni raz rzucił okiem na rozkład lotów.
Rosjanin mówił, że ma dostarczyć przesyłkę do ambasady, więc co robił na lotnisku na godzinę przed powrotem kolejnego samolotu na wschód? Warszawa nie miała aż tak dobrych połączeń z Moskwą.
