A/N: A oto i reakcja Sam...
XI
"SZUKAJĄC ODPOWIEDZI"
Pierwsze, co sobie uświadomiłam powracając z otchłani, w którą po raz kolejny posłał mnie mój oprawca, to że nie czuję bólu. To prawda, że po sarkofagu znikał, ale Ba'al zawsze starał się, by moje przebudzenie było zapowiedzią tego, co szykował dla mnie później. Kiedy więc moja świadomość powróciła, a cierpienie nie nadeszło, pomyślałam, że to już koniec i umarłam.
Nareszcie.
Nigdy nie byłam przesadnie religijna, bo w końcu jestem naukowcem. Dopuszczałam jednak myśl o życiu pozagrobowym, bo Daniel był dowodem na to, że jest ono wynikiem fizycznej i mentalnej ewolucji humanoidów, fizycznym zjawiskiem, dlatego też skłonna byłam uwierzyć, że być może fakt, iż myślę, a co za tym idzie jestem, jest następstwem mojej ascendencji. Moja teoria jednak szybko upadła, gdy zrozumiałam, że stoję w miejscu, że nie mogę się ruszyć. Gdybym przeszła na wyższy plan egzystencji to przecież nie ograniczałyby mnie żadne prawa fizyki, prawda? Ponadto Danielowi zawsze towarzyszyła przy tym Oma Dessala, a ja byłam tu zupełnie sama i nieruchoma.
Wniosek: NIE DOŁĄCZYŁAM DO KLUBU OŚWIECONYCH.
Czy się przejęłam? Nie bardzo. Cały mój dyskomfort wynikał z tego, iż nie wiedziałam, gdzie właściwie jestem i co tak naprawdę się ze mną dzieje.
Skupiłam się i spróbowałam ruszyć, lecz moje ciało (bo chyba nadal je miałam), nie słuchało. Dlaczego? Nie wiedziałam.
- Być może, jeśli jeszcze bardziej się skoncentruję, odpowie na moje rozkazy…- pomyślałam i ponowiłam próbę.
Cóż, najwyraźniej w tym względzie nic to nie pomogło, jednakże zyskałam coś innego…
Gdzieś w oddali dały się słyszeć dźwięki, słowa, początkowo dalekie i niezrozumiałe. Jednak w miarę, jak zmuszałam swój umysł do koncentracji, stawały się coraz bliższe i klarowniejsze, a co ważniejsze, dające mi poczucie bezpieczeństwa. Nie cieszyłam się jednak długo tym doświadczeniem, bo najwyraźniej byłam jeszcze zbyt słaba i wkrótce na nowo otoczyła mnie ciemność i cisza.
Kolejny powrót do świadomości, nie przyniósł większych zmian mojego stanu. Byłam ociężała mentalnie i fizycznie, tak bardzo zmęczona. Na jedną chwilę tylko wszystkie moje zmysły powróciły do pełnego życia. Był to moment, gdy poczułam dotyk i usłyszałam cichy głos…
Znałam ten głos. Choć nie słyszałam go od dawna (chyba tylko w moich snach), poznałabym go wszędzie. Co jednak robił w miejscu, w którym byłam, gdziekolwiek by się ono nie znajdowało? A może po prostu śniłam?
- Zdrowiej i bądź szczęśliwa…- powiedział, a potem zniknął wraz z dotykiem, który ze sobą przyniósł.
Chciałam go powstrzymać, błagać, by wrócił, żeby nie zostawiał mnie samej, ale nie potrafiłam, nie miałam siły i znowu dałam się porwać czeluściom nieświadomości…
Nie bardzo pamiętam, co było dalej. Wracałam i odchodziłam wraz z nowym, innym bólem. Czegoś chciałam, czegoś potrzebowałam i żądałam, ale cokolwiek to było, nie dostałam tego. Dużo później, kiedy już wróciłam do świata żywych, Daniel wyjaśnił mi, że cierpiałam na uzależnienie od sarkofagu, to samo, przez które przeszedł Jack po ucieczce z superfortecy Ba'ala.
Wiecie, jaka była moja reakcja na wieść, że i mnie się udało? Pomyślałam, że to kolejna tortura tego potwora, że znalazł sobie zabawę podobną tej, którą wypróbował na mnie Piąty i daje mi nadzieję, by potem z zadowoleniem patrzeć, jak ją tracę.
Trochę zajęło mi zaakceptowanie faktu, że jednak wróciłam do domu, chociaż początkowo nikt nie chciał mi powiedzieć, jakim cudem. Wydedukowałam więc, że albo pomogli nam Tok'ra, albo generał zorganizował potężną operację odbicia i skonfrontowałam swoje wnioski z tym, co wiedzieli moi przyjaciele.
Jedno spojrzenie w oczy archeologa i wiedziałam, że moje kalkulacje minęły się z prawdą…
- Daniel?- zapytałam słabo, niepewnie.- Jak wróciliśmy?- dorzuciłam z naciskiem widząc, jak zastanawia się, czy mi odpowiedzieć.
Ostatecznie to Teal'c wziął na siebie ten ciężar…
- SG-1 powróciło na Ziemię dzięki pomocy Jacoba Cartera i… O'Neilla, pułkownik Carter.- wyznał Jaffa i serce podeszło mi do gardła.
- Jack? Jack tu jest?- spytałam z desperacją. A więc to mi się nie śniło, nie wyobraziłam sobie jego głosu, jego dotyku! Żyję, bo on raz jeszcze uratował mi życie.- Gdzie? Dlaczego do mnie nie przyszedł?- dopytywałam się.
- Pułkownika nie ma już w bazie, Sam.- nieśmiało wtrącił się Jonas, który dotąd milczał.
- Jak to, nie ma?- wyszeptałam z rozczarowaniem.- To gdzie jest?
- Jack wrócił do siebie, Sam.- powiedział wreszcie Daniel.- Jak tylko sprowadził nas do domu, przeszedł standardowe badania i zdał raport z akcji, odszedł.
- Odszedł…- powtórzyłam za nim, a po moich policzkach pociekły łzy.- To przeze mnie, prawda? Bo nie chciał mnie widzieć…- szepnęłam zdruzgotana.
- W istocie uważam, że nie w tym rzecz, pułkownik Carter.- odezwał się T.- Z tego, co jest mi wiadome, O'Neill powrócił do swoich aktualnych obowiązków i zobowiązań. To wszystko.- dodał uspokajająco, ale ja i tak wiedziałam swoje.
Jack odszedł bez pożegnania, jak zrobił to prawie cztery lata wcześniej, dlatego, że nie chciał mnie widzieć, że nadal mną gardził. On mi nie przebaczył i nigdy nie przebaczy zdrady…
Nie muszę mówić, jak ta myśl, połączona z ostatnimi przejściami po sarkofagu wpłynęła na moje psyche. Tygodniami walczyłam potem z depresją, która odbierała mi chęć do życia. Wiem, że tata, generał Hammond, Daniel i reszta się martwili, ale nic nie mogłam na to poradzić. Nie pomagało mi też, że gdy samotnie snułam się korytarzami bazy, nadal słyszałam rozmowy na temat niespodziewanego przybycia Jacka i jego karkołomnej akcji. Czułam też, że w owych dyskusjach jest coś więcej, ale gdy rozmówcy orientowali się, że jestem w pobliżu, milkli, jakby mieli coś do ukrycia i wkrótce zaczęłam podejrzewać, iż rzeczywiście tak jest.
Czego mi nie mówili? Po co mnie tak chronili? Chyba nie myśleli, że sobie coś zrobię, prawda? Nie odebrałabym sobie życia, zwłaszcza teraz, gdy wiem, kto mi je przywrócił po tym jak myślałam, że już nie wrócę do domu. Nie zmarnowałabym wysiłków Jacka. Tym nie mniej, czymkolwiek był ów sekret, musiał być poważny i mieć bezpośredni z nim związek, inaczej nie byłoby tej zmowy milczenia. Nawet mój ojciec się wykręcał, choć nigdy nie byliśmy ze sobą tak otwarci, jak w okresie po moim rozwodzie. To wtedy, w godzinie szczerości wyznałam mu, dlaczego Pete i ja ponieśliśmy klęskę, dlaczego moje małżeństwo przestało istnieć zanim jeszcze na dobre się zaczęło. Nie zdziwił się. Zawsze podejrzewał, że między mną, a Jackiem jest coś więcej i próbował mnie ostrzegać przed ślubem, ale nie słuchałam. To w jego ramionach wypłakiwałam potajemnie oczy, by nikt nie widział, jakim wrakiem naprawdę się stałam, a dziś nawet on odmawiał mi odpowiedzi…
Kiedy generał zaoferował mi miesiąc wolnego na pozbieranie się, jak nigdy przyjęłam rozkaz bez dyskusji i prób przekonywania go, że praca jest dla mnie najlepszym lekarstwem. Zamierzałam wykorzystać ten czas, by nareszcie uzyskać odpowiedzi na dręczące mnie pytania i wiedziałam, że jest na to tylko jeden sposób …
Musiałam odnaleźć Jacka.
Przez ponad tydzień gnębiłam Daniela, by wyjawił mi jego adres, lecz Danny upierał się, że go nie posiada (co zresztą było prawdą, bo Jack zostawił mu tylko zastrzeżony numer telefonu). Widząc jednak, jak desperacko próbuję go odnaleźć, zlitował się nade mną i wyjawił, w jaki sposób człowiek, którego kochałam, powrócił do domu po tym, jak opuścił bazę. To był pierwszy punkt zaczepienia, jaki miałam.
Nie było trudno namierzyć, dokąd zabrał go wojskowy transportowiec. Było nie było, miałam przyjaciół w Peterson, którzy byli mi winni to i owo. Kiedy więc tylko dowiedziałam się, że poleciał do Stewart, wykorzystałam swoje wojskowe przywileje i załatwiłam sobie miejsce na przelot do Newburgh. Nikomu nie powiedziałam, gdzie się wybieram. Nagrałam się tylko na automatycznej sekretarce Hammonda, by uprzedzić, że wyjeżdżam na trochę z miasta i że w razie potrzeby jestem pod komórką.
Nie powiedziałam nawet Danielowi.
Lot przebiegł bez komplikacji i wkrótce byłam przy pierwszym przystanku mojej podróży. Teraz nadszedł czas na fazę drugą…
Jako że przezornie zabrałam swój wyjściowy mundur, bez większego problemu zdobyłam informację, której wtedy szukałam. Okazało się, że ex- pułkownika O'Neilla odwiózł do domu pewien młody Airman* , który na szczęście zapamiętał adres, bo jeden z jego krewnych mieszkał dwa bloki obok. Uprzejmie poprosiłam więc miejscowego podoficera transportowego o wypożyczenie mi samochodu oraz mapy terenu i gdy już rzuciłam swoją małą torbę na tylne siedzenie jeepa, bez wahania odpaliłam silnik. Niedługo potem w pyle kurzu zostawiłam bazę Stewart i pędziłam do oddalonego od niej o trzy kilometry Nowego Jorku, nerwowo ściskając w dłoni zmięty kawałek papieru z nazwą i numerem ulicy.
Na samą myśl o tym, że go znowu zobaczę, kurczył mi się żołądek, a krew w żyłach wrzała. Byłam jednak zdecydowana.
Musiałam go ujrzeć.
Serce podchodziło mi do gardła, gdy parkowałam pod eleganckim apartamentowcem i wchodziłam do strzeżonego holu tego pięknego budynku.
Nie powiem, że nie byłam zdumiona. To miejsce w ogóle nie kojarzyło mi się z Jackiem, którego znałam, ale z drugiej strony, minęło już parę lat. Mógł się przecież zmienić…
- Czym mogę służyć, madame?- zapytał mnie uprzejmie konsjerż, jak tylko podeszłam do recepcji.
- Ummm… dzień dobry.- przywitałam się niepewnie.- Szukam kogoś i poinformowano mnie, że ta osoba tu mieszka. To bardzo ważne, by się ze mną spotkała.- dodałam dla efektu pokazując mu swoją wojskową odznakę, która nie zrobiła na nim większego wrażenia.
- Przykro mi, madame, ale nasi lokatorzy cenią sobie prywatność. Jeśli nie była pani umówiona…
Jup! Wiedziałam, że to zbyt piękne, by było prawdziwe. Ten człowiek prędzej by padł, niż ujawnił dane personalne ludzi, którzy mu płacą. Należało więc wytoczyć cięższe działa i skorzystać z PLANU B, skoro plan A i tak nigdy nie działał. Przybrałam więc na twarz swoją najpoważniejszą minę, rzuciłam mu spojrzenie a'la „jestem pułkownikiem Sił Powietrznych USA, więc mnie nie wpieniaj!" i wypaliłam stanowczo:
- Proszę mnie posłuchać. Nie jestem tu dla przyjemności. To kwestia bezpieczeństwa narodowego, więc albo pan mi pomoże, albo dopilnuję, by pańska kariera tutaj szybko dobiegła końca!
No cóż, chyba pomogło, bo po chwili spytał:
- Nazwisko lokatora, proszę…
- O'Neill.- odparłam już spokojniej.
- Winda po lewej, dziesiąte piętro. Apartament 1224.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się uprzejmie i zanim zmienił zdanie, już wjeżdżałam na górę.
Ręka mi drżała, gdy zapukałam, ale wzięłam głęboki oddech, by się uspokoić i gdy drzwi zaczęły się już uchylać, byłam w miarę skoncentrowana, do momentu jednak, kiedy zobaczyłam, kto za nimi stoi…
- Tak? W czym mogę pomóc?- zapytała niewątpliwie atrakcyjna kobieta w średnim wieku, ubrana w stylowe, ciemnopopielate spodnium i szpilki. Jej włosy były doskonale ostrzyżone, a makijaż nienaganny, podobnie jak jej fryzura oraz sylwetka.
Zamarłam.
- Halo? Czy pani się dobrze czuje, pułkowniku?- zapytała mnie, jak widać doskonale zaznajomiona z wojskowymi insygniami.
- Umm…- odchrząknęłam mało elegancko.- Przepraszam, bardzo.- zaczerwieniłam się i kontynuowałam:- Szukam kogoś, ale nie wiem, czy dobrze trafiłam. To pułkownik O'Neill…- wymamrotałam nieśmiało i owa piękność skinęła twierdząco głową, po czym obróciła się za siebie i krzyknęła:
- Sean! Do ciebie!
- Sean?- pomyślałam.- To chyba jednak źle trafiłam.
Wszystkie moje nadzieje na pomyłkę umarły, gdy zobaczyłam go w progu, z dzieckiem na ręku…
- Carter? A co ty tu do diabła robisz?- spytał zaskoczony moim widokiem.
Jedyne, co zdołałam wyartykułować, to nędzne:
- Hej, sir…
tbc
* A/N: tak nazywa się ogólnie szeregowych żołnierzy Sił powietrznych Stanów Zjednoczonych
