Rozdział 10 - Krok od śmierci
[...] kiedy dobrze zna się
śmierć, ma się większą
odpowiedzialność za
życie. Każda, najmniejsza
nawet szansa życia staje się
bardzo ważna.
Hanna Krall —
Zdążyć przed Panem Bogiem
x x x x
- Usiądź – kiedy z ust Voldemorta padło ponownie polecenie, nawet bez spoglądania na niego, każdy mógłby powiedzieć, że ten nie jest już opanowany. Zresztą Harry po nim i tak nie oczekiwałby niczego innego.
Niczego.
Zabij mnie… zabij… – powtarzał bezgłośnie, nie zamierzając się wcale ruszać. Przerażała go myśl o tym, że miałby być torturowany. Coraz bardziej pragnął jednej rzeczy, żeby Voldemort wreszcie dał się wyprowadzić z równowagi i po prostu to wszystko zakończył.
Proszę... zabij mnie szybko... – myśl coraz rozpaczliwiej kołacząca się wewnątrz jego świadomości sprawiała, że miał ochotę wykrzyczeć ją Voldemortowi w twarz.
Chciał umrzeć.
Zabij… Dlaczego zwlekasz? Czy musisz to wciąż przeciągać? Zamierzasz mnie wrzucić do lochu i torturować? Czyż Dumbledore już wystarczająco, nie ugościł mnie swoją cholerną "troskliwością"? Ty także zamierzasz się mną bawić? Tak ciężko ci się nade mną ulitować? W końcu to przecież nie jest takie trudne! Avada Kedavra, to tylko dwa słowa. Nie każ mi dłużej czekać. Zrób to Voldemort. Proszę, zrób to, a ja wtedy… po raz pierwszy naprawdę będę ci za coś wdzięczny.
Harry, schwycony niespodziewanie za ramię i podciągnięty do góry, jęknął, gdy po zrzuceniu z łóżka, jego kolana uderzyły w twardą posadzkę. Opadając na nią niczym marionetka, czekał, w milczeniu przeliczając upływające sekundy.
Tak… proszę bardzo, wściekaj się… wściekaj się ile chcesz tylko rusz się… rusz się i mnie wykończ.
Gdy po nieznośnie długim czasie Voldemort niespiesznie się przysunął, pochylając nad nim, zamarł w napięciu oczekując jego kolejnego ruchu, coraz bardziej przy tym przekonany, że wbrew temu, co pragnie, Voldemort nie będzie dla niego miłosierny. Że ktoś jego pokroju za nic nie odmówi sobie wpierw odrobiny zabawy.
On nie zrezygnuje z tego… zresztą… dlaczego niby miałby od tak mnie zabić? Bez znęcania się? Obojętnie jakby na to patrzeć, on… on jest dokładnie taki sam jak Dumbledore. Niczym się nie różnią… Zarówno dla niego jak i dla dyrektora, najważniejsze są jedynie ich osobiste interesy… nic więcej.
Nic…
- Czy chciałbyś się zemścić?
To jedno zdanie było tak zaskakujące, że momentalnie otworzył oczy, pozwalając by jego wzrok spotkał się z czerwonymi tęczówkami.
- Zemścić? – Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że wypowiedział myśli na głos. Dopiero spokojna odpowiedź Riddle'a mu to uzmysłowiła:
- Tak dzieciaku, po tym, co widziałem w twoich wspomnieniach, sądzę, że masz do tego pełne prawo.
Przypomnienie tego, co się stało kilka minut wcześniej, sprawiło, że ciało Harry'ego ogarnął chłód, ale to przemożne pragnienie śmierci, jeszcze chwilę temu wypełniające wszystkie jego zmysły, nagle jakby zbladło, zastąpione przez jedno, z pozoru zwyczajne słowo:
Zemścić?
Zbierając się do kupy i siadając na ziemi, ani na moment nie spuszczał wzroku z nieprzeniknionej twarzy stojącego przed nim Voldemorta. To, co ten właśnie mu proponował, zdawało mu się nierealne, ale zarazem w jakiś dziwny sposób, wyjątkowo nęcące.
Zemścić się…
Czy coś takiego jest możliwe? Dumbledore jest ode mnie znacznie silniejszy, ale... Czy ja… czy rzeczywiście mógłbym, choć trochę uprzykrzyć życie przeklętemu dyrektorowi? Zrewanżować się za to, co musiałem znieść? Za te lata, które właśnie bez skrupułów mi odebrał?
Ja… chciałbym to zrobić.
Harry nie był pewien, ale podejrzewał, że wyraz jego twarzy musiał się jakoś zmienić, bowiem nagle na obliczu Riddle'a zagościł lekki uśmiech i zaraz potem ten się do niego odezwał:
- Widzę, że będziemy w stanie się dogadać.
Dogadać?
- Nie zabijesz mnie?
- A chcesz tego?
Kolejna odpowiedź kompletnie zbijająca z tropu, sprawiła, że zamyślił się. To prawda, że jeszcze przed momentem pragnął jedynie, aby jego życie się skończyło, teraz jednak nie był już tak pewny, czy to jest naprawdę to, czego sobie życzy.
- Ja… – zaczął i urwał – Czego tak naprawdę chcę? Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie, że Voldemort zobaczył jak wyglądało dotąd moje życie? Przecież ono i tak nigdy nie było rzeczą prywatną… Czy ja rzeczywiście nie chcę już być na tym świecie? Przecież…
Przecież to nieprawda!
Ja… dotąd miałem przyjaciół…przyjaciół, którzy lubili mnie za to jaki jestem, a nie dlatego, że nazywałem się Harry Potter! Ja… wciąż nawet nie wiem, kim w rzeczywistości byli moi rodzice, ani czy mam jeszcze jakiś krewnych i chcę móc to odkryć! A także… najbardziej z tego wszystkiego, chcę zemścić się. Voldemort ma rację, to jest to, co od początku pragnąłem zrobić, więc…
Muszę żyć! Nie, nie tylko muszę… ja będę żyć! Nigdy, nigdy więcej nie pomyślę inaczej! Nie pozwolę by Dumbledore znów sprawił, żebym czuł się tak jak wtedy, gdy Voldemort zaglądał do moich wspomnień! Że wszystko, co ma dla mnie wartość, straci znaczenie… Że z własnej woli będę prosił kogokolwiek o śmierć.
- Nie zamierzam umierać.
Podnosząc się z podłogi, nie zwracał uwagi na wyraz satysfakcji u Riddle'a. Nie zamierzał dać się więcej mu stłamsić. Nienawidził Dumbledore'a, ale wciąż nie uważał, żeby Voldemort był od niego nawet o krztynę lepszy.
- Cieszy mnie, że nareszcie uświadomiłeś sobie to. Sądzę też, że teraz w końcu będziemy mogli normalnie porozmawiać. Usiądź więc.
Kiedy Riddle ruchem ręki pokazał mu, że ma wrócić na łóżko, bez oporu spełnił jego polecenie. W dalszym ciągu nie uważał, że przebywanie z Voldemortem w jednym pomieszczeniu jest czymś bezpiecznym, ale był przekonany, że przynajmniej na razie, nie grozi mu z jego strony żadne niebezpieczeństwo. To między innymi, dlatego zdecydował się wypowiedzieć jeszcze jedną, krażącą mu po głowie myśl.
- Nie zostanę twoim sługą.
Choć ostatnie godziny wywróciły wszystko do góry nogami, nie zamierzał już się nikomu poddawać. Ani Dumbledore'owi, ani Voldemortowi.
Nigdy.
- Dobrze dzieciaku. Doceniam, gdy ktoś ma własne zdanie. Płaszczące się przede mną osoby nie mają dla mnie żadnej wartości. Natomiast, jeśli chodzi o twoją pracę dla mnie, to jak na razie nie oczekuję niczego od ciebie. Chwilowo chcę ci po prostu zaproponować bezpieczeństwo i gwarancję, że Dumbledore nie dostanie cię w swoje łapy.
Harry analizując to, co ten mu powiedział, nie bardzo potrafił uwierzyć w tego rodzaju zapewnienia.
Nie oczekuje niczego? Od kiedy? I co właściwie rozumie przez zagwarantowanie mi ochrony? Co niby może mi zaproponować?
- W jaki sposób zamierzasz zapewnić mi bezpieczeństwo? Zamkniesz mnie? – starał się brzmieć ironicznie, ale szczerze, mówiąc to, wcale nie był taki pewny, czy w głowie Voldemorta rzeczywiście nie kształtuje się tego typu plan.
- W przeciągu minionych lat poznałem cię na tyle, że oczywiste dla mnie jest to, że tego typu rozwiązanie nie zdałoby egzaminu. Ponadto moim celem wcale nie jest uwięzienie ciebie, wręcz przeciwnie, zamierzam zapewnić ci tyle swobody, ile to tylko możliwe. Wszak tylko wolny będziesz miał okazję wprowadzić swą zemstę w czyn.
- Zemsta… chcieć jej to jedno, a być w stanie wykonać to zupełnie inna bajka. Nie wiem, czy jestem na tyle silny, aby temu podołać.
- Spokojnie, na wszystko przyjdzie czas.
Przygryzając wargę miał ochotę uderzyć sam siebie. Znów nieświadomie wypowiedział na głos to, co miał na myśli.
Jak tak dalej pójdzie, to Voldemort będzie wiedział o mnie absolutnie wszystko! Nigdy wcześniej nie zdarzało mi się odzywać tak bez zastanowienia, a teraz już drugi raz powiedziałem coś, czego on nie powinien usłyszeć, i w dodatku nawet nie zorientowałem się, kiedy!
Szlag! – zaklął, czując, że zaczyna czerwienić się z zażenowania.
Ponowny uśmiech, którym na sekundę obdarzył go Riddle, ani trochę nie poprawił mu nastroju, jednak, gdy ten znów się odezwał, skupił się na tym, starając całkowicie ignorować własne wpadki.
- Proponując ci ochronę, miałem na myśli zastosowanie jednej z magicznych tarcz. Dzięki użyciu tarczy, nie będziesz musiał obawiać się tego, że Dumbledore cię znajdzie.
Tarcza?
- Nigdy nie słyszałem o czymś takim. Czym są te tarcze? – zapytał, gdy tylko Voldemort przerwał.
- Nazwa ta kryje w sobie wiele. Tarcze mają rozmaitą moc oraz zastosowanie. Mogą odbijać zaklęcia, lub uczynić przedmiot niewidzialnym. Stosuje się je do osłaniania przedmiotów, miejsc, a także, jak zamierzam zrobić to w twoim przypadku, do ludzi. Bez względu na to, jakie mają mieć zastosowanie, ich siła i skuteczność zależna jest od mocy rzucającego. Z tego powodu, gdy otacza się tarczą większy obiekt, jak to przykładowo miało miejsce w przypadku terenu Mistrzostw Świata w Quiditchu, zaklęcie rzuca więcej niż jedna osoba.
Powoli trawiąc to, co Voldemort mu powiedział, Harry dopiero po kilku minutach zebrał się w sobie na tyle, by się odezwać:
- Zamierzasz rzucić coś takiego na mnie?
- Tak, jednak o nieco innym zastosowaniu niż te, które wspomniałem.
- Innym?
- W twoich wspomnieniach widziałem, że wyglądałeś jak Potter, sądzę więc, że twój wygląd zmienił się już po tym jak uciekłeś Dumbledore'owi, mam rację?
Gdy przytaknął, Voldemort kontynuował.
- Skoro tak, nie wie on, kim obecnie jesteś. Może zdemaskować cię jedynie tak jak zrobiłem to ja. Za pomocą Legilimencji. Z tego powodu jedyną skuteczną dla ciebie tarczą, będzie taka, która zdoła osłonić twój umysł przed ingerencją z zewnątrz.
- Osłoni? Czy to znaczy, że już nikt nie będzie mógł zobaczyć tego, czego… – nawet nie potrafił dokończyć, na szczęście ten go do tego nie zmuszał.
- Jedyną osobą, która będzie mogła się przez nią przebić, będę ja, jako że to ja ją rzucę. Nikt inny nie zdoła się przez nią przedostać. Musisz jednak pamiętać, że z czasem jej działanie będzie słabło. Aby była w pełni funkcjonalna, powinno się odnawiać ją raz w miesiącu.
Przytaknął. A chociaż wcale nie powinien mu ufać, to to, co ten mu właśnie powiedział, sprawiło, że w jego sercu pojawiła się iskierka nadziei. Nadziei, że naprawdę nikt więcej już nie zobaczy tego, co powinno pozostać jego tajemnicą.
- Ale tym zajmiemy się rana. Jest już późno i sądzę, że powinieneś odpocząć. Chociaż, właściwie pozostała nam jeszcze jedna sprawa do ustalenia.
- Jeszcze jedna? – zdziwiony spojrzał na niego, a ten po raz kolejny tego wieczoru, przelotnie się uśmiechnął.
- Tak. Twoje imię.
Imię? Przecież…
- Jak chciałbyś się nazywać?
Jak?
- Mam wybrać?
- Tak dzieciaku, chcę abyś wybrał sobie imię. Nie można się wiecznie zwracać do ciebie bezosobowo.
- Ja… nie wiem – wyszeptał.
Czuł się rozbity. Nie umiał wybrać. Zdawał sobie sprawę, że nigdy więcej nie będzie już Harrym, ale sama perspektywa tego, że od tak ma zdecydować jak będzie brzmiało jego nowe imię, była dziwna i w pewien sposób nieco przerażająca.
Nie chcę nowego imienia.
Wiedział, że jest żałosny, ale naprawdę nie mógł nic na to poradzić. Niby rozumiał, że imię to nie wszystko, że przyjęcie nowego nic nie przekreśla, ale… wciąż po prostu marzył o tym, aby kilka ostatnich dni nie miało miejsca. By jego życie było takie jak kiedyś.
Nie chcę nowego…
- Jeśli nie potrafisz się na nic zdecydować, ja zrobię to za ciebie.
W pierwszym momencie wzdrygnął się na myśl, że ten ma dokonać wyboru, ale po chwili wahania, przytaknął mu na zgodę.
Sam i tak nigdy nie zdołam…
- Dobrze więc. Twój wygląd sam w sobie jest wystarczająco niezwykły, także twoje imię powinno być raczej proste. Proste, ale zarazem mówiące samo za siebie. Może… nie, albo… tak, to będzie dobre imię.
Gdy Voldemort umilkł, wyraźnie z czegoś zadowolony, nie mogąc się powstrzymać, Harry zapytał:
- Jakie imię?
- Neko.
- Neko? Ale… – Co to znaczy? Dziwacznie to brzmi… Czy to w ogóle jest imię? Czyżby on sobie ze mnie drwił!?
- Tak. Neko to dobre imię dla ciebie.
- Ale… – zaczął ponownie, jednak Voldemort jednym ruchem ręki uciszył wszystkie jego protesty.
- Pora spać. Już późno. Spróbuj odpocząć, ja mam jeszcze coś do załatwienia.
Nim zdołał otworzyć usta, Voldemort wstał i w kilkanaście sekund później, drzwi zamknęły się za nim z cichym zgrzytem. Harry pozostawiony sam sobie, opadł zły na poduszki, po raz kolejny zadając sobie to samo pytanie:
Co u licha oznaczać ma Neko?
x x x x
Sądzę, że część z was, w przeciwieństwie do Harry'ego, wie już, o co chodzi. Jednak dla tych, co nigdy nie słyszeli tego zwrotu, drobne wyjaśnienia:
Słowo „neko" pochodzi z języka japońskiego. W tłumaczeniu na polski, jest to po prostu „kot".
x x x x
Koniec Rozdziału 10
