Betowała miśqa, dziękuję!

Rozdział 11

Pewien mężczyzna

Gdy Lucjusz mimochodem określił Fawleya, jako jedynego sensownego kandydata, Snape zaczął szukać informacji o nim – również mimochodem, jakby z poczucia obowiązku, nie do końca wierząc, że czarodziej faktycznie obejmie stanowisko dyrektora. Jakby łudził się, że zarząd przejrzy na oczy i przywróci Dumbledore'a.

A później, na początku wakacji, Minerwa poinformowała go, że zaczęła wdrażać razem z Albusem nowego dyrektora w funkcjonowanie szkoły. Jej opinia o nim była oszczędna i niewiele mówiąca: na szczęście nie Śmierciożerca.

Dwa tygodnie później Snape otrzymał lakoniczny list z pytaniem, w jakim – najbliższym – terminie może pojawić się w Hogwarcie, ponieważ dyrektor chciałby przedyskutować z nim parę kwestii. Pismo Fawleya przypominało bezosobowy charakter samonotującego pióra i przez moment, zanim nie przyjrzał się dokładniej, Severus miał absurdalne wrażenie, że mężczyzna podyktował przedmiotowi nawet swój podpis.

W końcu Snape umówił się na pojutrze, choć zżerała go ciekawość. Nie chciał jednak, by Fawley myślał, że będzie do jego dyspozycji o każdej porze dnia i nocy.

Dodatkowy czas wykorzystał, żeby uporządkować informacje i – czego zupełnie nie przewidział – zacząć się stresować. To było absurdalne. Fawley nie mógł nawet zagrozić mu wyrzuceniem z pracy, bo Snape potraktowałby to jako wybawienie, pomijając fakt, że dyrektor nie miał do tego żadnych podstaw. Poza tym w młodości Severus przetrwał najgorszego pracodawcę ze wszystkich dostępnych, a cokolwiek planował Fawley, wątpliwe, żeby zawierało Cruciatiusy. Snape nie miał więc żadnych powodów, by się denerwować tym wezwaniem – więc fakt, że mimo wszystko to robił, strasznie go irytował.

We wtorek, punktualnie o dziesiątej, stawił się pod gabinetem dyrektora, a gargulec łypnął na niego podejrzliwie, ale przepuścił bez pytania o hasło.

Po wejściu do pomieszczenia, zanim w ogóle spojrzał na Fawleya, uderzyła go wszechobecna pustka. To miejsce odkąd pamiętał wypełnione było szpargałami mniej lub bardziej magicznymi, wypchane po brzegi chaosem jak egzotyczny stragan, a Fawkes pełnił rolę dekoracyjnej papugi. Tymczasem teraz wszystkie półki i regały zostały opróżnione, dywany usunięte, a obrazy przykryto białymi pokrowcami, pewnie dźwiękoszczelnymi, bo Snape nie słyszał żadnych oburzonych krzyków dawnych dyrektorów.

Fawley wstał zza biurka, żeby się przywitać, więc Severus otrząsnął się z zaskoczenia i zamknął drzwi. Wymienili uprzejmości, choć nie podali sobie dłoni.

Ogma Fawley, pomyślał Snape, siadając. Przyjrzał się uważnie nowemu pracodawcy, choć krótko – spróbował go ocenić.

Fawley miał pięćdziesiąt siedem lat, ale czas obszedł się z nim łagodnie. Szpakowaty, gładko ogolony, nosił prostą, choć dobrze skrojoną czarną szatę. Severus zauważył dwa sygnety, jeden z herbem rodu, drugi z wygrawerowaną na srebrze różą wiatru. Mężczyzna nie uśmiechał się, ręce trzymał bez ruchu na blacie biurka, nie uciekał wzrokiem – jego spojrzenie było tak intensywne, że gdyby Snape nie znał oklumencji, zacząłby się zastanawiać, czy czarodziej nie bada jego umysłu.

Wystarczyła chwila przesiedziana w ciszy, by Severus zaczął czuć się w jego obecności niekomfortowo. Ten bezruch był nienaturalny.

Nagle Fawley zwinął leżący na biurku pergamin i położył na stosie podobnych przy kałamarzu.

– W tym miesiącu objąłem posadę dyrektora Hogwartu – powiedział tak, jakby podejmował przerwaną przed chwilą rozmowę. Jego wzrok wciąż utkwiony był w twarzy Snape'a. – Choć oficjalnie zostanie to ogłoszone dopiero za dwa tygodnie. Przyznam, że pierwszy raz będę zarządzać placówką edukacyjną, dlatego liczę na wsparcie starej kadry. – W tym momencie powinna być przerwa, żebym mógł odpowiedzieć banałem na banał, pomyślał Snape. Fawley jednak jej nie zrobił. – Mój przyjaciel zarekomendował profesora jako człowieka kompetentnego i rozsądnego, co potwierdził zarówno były dyrektor, jak i profesor McGonagall. Dlatego chciałbym zaproponować panu w tym roku stanowisko wicedyrektora.

Ponieważ Severus był na etapie rozważania, czy wspomnianym przyjacielem jest Lucjusz, ostatnie słowa dotarły do niego jakby z opóźnieniem. Zamrugał.

– Słucham?

– Chcę, aby objął pan stanowisko wicedyrektora Hogwartu – powtórzył Fawley. Z jego twarzy, tonu czy postawy nie dało się niczego odczytać.

– Zamierza pan zwolnić profesor McGonagall? – spytał matowym głosem.

– Nadal będzie nauczać transmutacji, prawdopodobnie również pozostanie opiekunem domu, choć o tym zdecyduję później. – Fawley zmrużył lekko oczy. – Czy ma pan inne pytania? Wynagrodzenie? Zakres obowiązków?

– Mam zdecydować teraz…?

– Jeśli potrzebuje pan czasu do namysłu, mogę zamówić herbatę.

Snape skinął głową, niepewny, czy Fawley żartuje, czy też jest całkowicie poważny. Zaraz jednak na biurku pojawiły się dwa czajniczki, filiżanki i cukiernica. Skrzaty dobrze znały gust Severusa, choć w tej chwili wypiłby wszystko. Próbował przeanalizować sytuację.

Nie chciał być wicedyrektorem. Oznaczało to, że człowiek wykonywał trzy razy większą pracę za śmieszny dodatek do pensji, wypełniał stosy papierów, a co najgorsze, musiał czasami kontaktować się z rodzicami. Minerwa świetnie sobie z tym radziła i – jeśli Severus miał być całkiem szczery – była prawdopodobnie jedyną osobą, dzięki której ta szkoła funkcjonowała. Odwołanie jej ze stanowiska wicedyrektora było jak strzelenie sobie w stopę Avadą.

Ale, stwierdził, biorąc pierwszy łyk herbaty, Minerwa była teraz swoim własnym cieniem. Nie mówiąc już o tym, że wciąż poleciało za mało głów, by uspokoić świat przeżywający śmierć Harry'ego Pottera… Może odsunięcie jej z widoku nie było najgorszą decyzją…

Ale, na litość Salazara, jeśli jakiekolwiek miłosierdzie przejawiał, to nie znaczyło, że Snape nadawał się na jej następcę. Naprawdę Falwey nie wypatrzył nikogo lepszego?

Albus mnie polecił, pomyślał przy drugim łyku. Herbata wydawała mu się dziwnie gorzka, choć wsypał w nią niemal morderczą dawkę cukru. Właściwie rekomendacja od Albusa przesądzała sprawę.

Lucjusz poświęcił sporo energii, aby upewnić się, że Fawley zostanie dyrektorem. Co było o tyle dziwne, że nie wydawali się przesadnie bliscy. Mężczyzna pochodził z czystokrwistego rodu, ale bocznej, mniej zamożnej odnogi. Nie angażował się ani w wojnę, ani w politykę. Przez ostatnie trzydzieści lat zajmował się głównie dalekomorskim handlem. Snape nie miał pojęcia, czemu Malfoy na niego nalegał i ta niewiedza go drażniła.

Cóż, prędzej to odkryje, gdy będzie trzymał się blisko.

Wypił trzeci łyk.

– Zgadzam się – powiedział, odkładając filiżankę na spodek z lekkim brzęknięciem.

Fawley różdżką przesunął tacę i wybrał jeden ze zwojów. Podał go Severusowi.

– To nowa umowa – stwierdził. – Gdy będzie pan czytał, nakreślę aktualną sytuację. Mam nadzieję, że posiada pan podzielność uwagi?

Snape skinął głową, rozwijając pergamin. Zaczął czytać.

– Zwolniłem Glideroya Lockharta, więc stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią jest znów wolne. Słyszałem, że był pan nim zainteresowany?

Snape natychmiast przestał czytać.

– Poniekąd.

– Niestety, w tym roku zostanie zlikwidowane. – Fawley spokojnie dokończył herbatę i odłożył filiżankę cicho. – Ponieważ nikt nie potrafił odpowiedzieć mi, w jaki sposób usunąć klątwę, łącznie z potencjalnymi kandydatami, konieczne stało się usunięcie całego przedmiotu.

– Hogwart przestanie oferować obronę?

O to chodziło Lucjuszowi…?

– Formalnie. Zacznie zaś oferować dwa razy więcej godzin zaklęć. Rozmawiałem już z profesorem Flitwickiem o poszerzeniu programu o czary obronne i nie widział problemu, o ile zatrudnimy dodatkowego nauczyciela oczywiście. Byłbym jednak wdzięczny, gdyby pomógł mu pan z układaniem konspektów, dopóki nie znajdę odpowiedniego kandydata. Pańska wiedza o tej dziedzinie magii, o ile mi wiadomo, jest niezastąpiona. – Już drugi raz Snape nie był pewien, czy Fawley z niego żartuje, czy nie. Mężczyzna jak dotąd ani razu się nie uśmiechnął. – Mam nadzieję, że rozmycie odpowiedzialności zmyli klątwę, ale dopóki nie zyskam pewności, wolę, aby pozostał pan na katedrze eliksirów. Przeczytał pan już umowę?

– Nie – rzucił Snape krótko, wracając do tekstu. Podobał mu się pomysł Fawleya i przez to czuł się jak zdrajca.

– Na emeryturę przeszedł również Argus Filch, dlatego będziemy potrzebować nowego woźnego. Obawiam się, że oferta przyciągnie tylko zdesperowanych szaleńców, ale nie tracę nadziei, że skusi się choć jeden normalny czarodziej. Sentymentalny, jak mniemam.

Snape zmusił się, żeby nie oderwać wzroku od umowy.

– To na razie wszystkie zmiany kadrowe, choć głęboko zastanawiam się nad Hagridem. – Samo nazwisko, zauważył Severus natychmiast. – Profesor McGonagall zapewniała, że mężczyzna doskonale wywiązuje się ze swoich obowiązków, ale jego przeszłość jest dosyć… niejasna. Poza tym niepokoi mnie, że Hagrid nie może używać magii. Zawsze wydawało mi się, że przy pracy w takim miejscu jak Hogwart odrobina zaklęć jest niezbędna... – Zawiesił głos na moment, pozwalając, by sugestia zawisła w powietrzu. – Jaka jest pańska opinia?

– Rubeus jest dobrym gajowym.

Jeśli Flaweya rozczarowała lakoniczna odpowiedź, w żaden sposób nie dał tego po sobie poznać.

– Zaufam więc pana zdaniu.

Dyrektor nalał sobie kolejną filiżankę herbaty i przez chwilę milczał, dzięki czemu w miarę spokojnie Severus dotarł do paragrafu o urlopach.

– Zgłosiłem do zarządu również wniosek o przywrócenie starego systemu dyscypliny. Niestety przez pewne zawirowania prawne potrzebuję zgody zarówno ich, jak i Ministerstwa. Dopóki więc sytuacja się nie wyklaruje, proszę, aby zachował pan to w tajemnicy.

Snape spojrzał na niego bez zrozumienia.

– Stary system dyscypliny?

– Kary cielesne – sprecyzował Fawley. – Dyrektor Dumbledore je wycofał.

Severus w pierwszej chwili pomyślał, że Filch umrze z żalu, gdy odkryje, że przywrócono je po tym, jak został wyrzucony. Zaraz jednak przywołał się do porządku. To nie był dobry moment na myślenie o głupotach.

– To dość… kontrowersyjna decyzja – zauważył. – Podejrzewam, że ani rodzice, ani nauczyciele nie przyjmą jej dobrze.

– A pan?

To był ten moment, gdy Snape zwykle zaczynał się podlizywać. Ale równocześnie to nie był czas wojny, a jego naprawdę męczyło udawanie, że dobrze bawi się w otoczeniu kretynów i sadystów.

– Nie podoba mi się ten pomysł – powiedział po prostu.

Fawley skinął lekko głową i pierwszy raz od początku rozmowy, choć było to absurdalne, jakby odrobinę się rozluźnił.

– Cóż, uczęszczał pan do Hogwartu za czasów Dumbledore'a, byłbym więc zaskoczony, gdyby zmiana regulaminu nie budziła pana obaw – stwierdził i odłożył filiżankę bez wypicia choćby łyku. – Ale chłosta pozostanie tylko jedną z możliwości. Nie będę nalegał, by nauczyciele z niej korzystali.

– Więc po co? – spytał Snape chłodno.

– Ponieważ lepiej mieć więcej opcji niż mniej.

Snape poczuł, jak po plecach przechodzi mu ostrzegawczy, nieprzyjemny dreszcz.

– Chciałbym również, żeby dostarczył mi pan listę wszystkich uczniów mugolskiego i mieszanego pochodzenia uczęszczających do Slytherinu. Do końca tego miesiąca najlepiej. Takie prośby otrzymali wszyscy opiekunowie domów.

– Mogę wiedzieć, po co…?

– Zamierzam wprowadzić dla nich obowiązkowe zajęcia pozalekcyjne. Tradycja, ekonomia, kultura, prawo czarodziejskiego świata, prawdopodobnie w jednym bloku. To, czego nie mogli lub prawdopodobnie nie wynieśli z domu. Kwestią otwartą pozostaje, kto te zajęcia poprowadzi, ale do rozpoczęcia roku pozostało jeszcze trochę czasu. – Fawley otworzył szufladę biurka i wyciągnął z niej zegarek na łańcuszku. Sprawdził godzinę. – Poza tym pozwoli to w przyszłości ustrzec się pomyłek choćby przy wybieraniu prefektów. Skończył pan już czytać?

– Powiedzmy – warknął Snape, sięgając po pióro. Treść umowy zupełnie przestała go obchodzić.

Fawley poczekał, aż złoży podpisy na dwóch egzemplarzach, po czym sam to zrobił i drugi raz otworzył szufladę. Wyciągnął z niej pieczęć z godłem Hogwartu i przez jedną krótką chwilę na jego twarzy odbił się cień niesprecyzowanych emocji. Gdy jednak podawał zwiniętą kopię Severusowi, znów był doskonale obojętny.

– Liczę na owocną współpracę – powiedział.

Snape skinął głową. Przez chwilę czekał, na wypadek, gdyby Fawley zamierzał powiedzieć coś więcej, ale ostatecznie dotarło do niego, że to koniec rozmowy. Dyrektor nawet nie zapytał, czy ma inne wątpliwości ani czy umowa mu odpowiada. Z jakiegoś powodu pomyślał o Albusie.

– To wszystko? – upewnił się na wszelki wypadek.

– Z mojej strony owszem. Prosiłbym jednak, aby w najbliższym czasie nie opędzał się pan od sów.

– Rozumiem – mruknął, wstając. – Do widzenia.

Z gabinetu wyszedł oszołomiony. Nie do końca docierało do niego, co się właśnie stało. A gdy w końcu dotarło – w czasie niespiesznego spaceru w stronę bramy z posągami dzików – poczuł gniew.

Ani Minerwa, ani Albus go nie ostrzegli. Najpewniej i tak by się zgodził – rozumiał, jak ważne jest obserwowanie nowego dyrektora – ale oni zdecydowali, że postawią go pod ścianą i każą decydować w ciągu paru minut. Miał prawo się wściekać.

Czuł się tak, jak wtedy, gdy rozłożył porannego Proroka, a z pierwszej strony łypnął na niego Black. O mało się nie udławił kawą.

Dumbledore powinien poinformować go wcześniej, że będzie wyciągał tego kundla z więzienia. Może udałoby mu się wtedy wyperswadować im wszystkim tak absurdalny i niebezpieczny pomysł. A nawet jeśli nie, miałby czas, aby się oswoić z myślą, że Black będzie wolny. Po tym, co dla Albusa robił, miał chyba prawo oczekiwać jakiegokolwiek ostrzeżenia.

Ale nie chodziło tylko o Blacka. Nie chodziło nawet o Blacka i Fawleya. Po prostu Severusa dręczyło uczucie, że jest coraz bardziej odsuwany od sprawy zaginięcia. Początkowo niemal tego nie zauważał. Dyskutował z Albusem o szczurze i o tym, co jego wiek mógł oznaczać. Pomagał Moody'emu w przeglądaniu wspomnień – na razie niepełnych, bo należących tylko do niego i Kingsleya. Wiedział, że Dumbledore przymierza się do nałożenia Fideliusa na dom przy Grimmauld Place. Nie został odcięty nagle od wszelkich informacji.

Po prostu nie angażowano go w zbyt wiele rzeczy, jakby ani jego wiedza, ani umiejętności nie miały teraz większego znaczenia. Świetnie radził sobie jako szpieg, nawet, gdy był dzieciakiem, który ledwo wytarł mleko spod nosa – problem w tym, że obecnie nie było kogo szpiegować.

Mógł co najwyżej zajrzeć do Malfoya, udając, że do odwiedzin skusił go któryś z rzadkich manuskryptów z jego biblioteki, i spróbować wybadać, dlaczego tak ceni Fawleya.

xxx

– Trafiłem!

Tom uniósł głowę znad książki. Leżał na kocu rozłożonym na trawie za domem, i czytał o ekonomii. Parę jardów od niego Harry ćwiczył strzelanie do celu – drobnej kukiełki lewitującej tuż przed murkiem wyznaczającym granice posiadłości. Jak dotąd większość jego zaklęć rozbijała się na zaklęciu tarczy, które Tom przymocował za nią, ale teraz faktycznie lalka wydawała się nadpalona.

– Podejrzewam, że przypadkiem.

Sięgnął po różdżkę i leniwym ruchem rzucił Reparo.

– Tom – prychnął chłopiec, robiąc naburmuszoną minę. Zaraz jednak uznał, że upieranie się przy swoim nie ma większego sensu. – Przypadkiem. To jest za małe.

Riddle przechylił nieznacznie głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. Harry wykorzystał ten moment, by usiąść koło niego, zupełnie, jakby zasłużył na przerwę. Ciepło bijące od zaczarowanego koca kusiło, szczególnie że ten dzień był chłodny nawet jak na Cape Wrath. Harry'emu nie przeszkadzałoby to, gdyby Tom dał się naciągnąć na pojedynek, ale po pół godzinie stania w miejscu i celowania w nieruchomy punkt, miał wrażenie, że zaraz zamarznie.

– Możliwe, że masz za słabe szkła – stwierdził Riddle w końcu. – Kiedy ostatnio byłeś u okulisty?

– Nie pamiętam. – Chłopiec wzruszył ramionami, po czym położył się na plecach, wsuwając dłonie pod głowę. Zaczynał rozumieć, czemu Riddle miał tak błogą minę w czasie lektury. To zaklęcie termiczne było genialne.

– W zeszłe wakacje?

– Nie, co ty. Dursleyowie kupowali mi cokolwiek tylko, gdy musieli. Jak chodziłem do normalnej szkoły, przynosiłem im kartkę od pielęgniarki, że jestem ślepy jak dżdżownica.

– Nie używaj określenia: normalna.

– Przepraszam.

Trudno było pozbyć się starych nawyków, choć coraz łatwiej przychodziło mu mówienie o swojej rodzinie. Tom prawie nigdy nie komentował jego zwierzeń i czasami kojarzył się przez to Harry'emu z Nagini – tyle że ona po prostu nie rozumiała, dlaczego coś było niewłaściwie.

– Spróbuję w najbliższym czasie nauczyć się odpowiedniego zaklęcia diagnostycznego i poprawię ci okulary.

– Och, okej – chłopiec nie dał rady zamaskować zawodu w swoim głosie.

Tom uniósł pytająco jedną brew.

Harry zawahał się. Tylko na moment.

– Może łatwiej byłoby, jakbyśmy skoczyli do okulisty? – zasugerował. – Mógłbyś mi nałożyć na twarz jakąś iluzję.

– Nauczenie się odpowiedniego zaklęcia zajmie mi chwilę.

Z drugiej strony czasami Tom rozumiał jeszcze mniej niż Nagini.

– No tak. Ale wiesz… fajnie byłoby gdzieś wyjść.

Na czole Riddle'a pojawiła się niewielka zmarszczka.

– Myślałem, że lubisz ten dom.

– Bo lubię, tylko… trochę już tu jesteśmy. Znaczy, ty ciągle gdzieś wychodzisz… – Tom miał nadal sceptyczną minę, więc Harry dodał szybko: – To przecież nie będzie niebezpieczne, jeśli pójdziemy do mugola. I zajmie tylko chwilę.

– W porządku.

– W porządku? – Przez moment myślał, że się przesłyszał. Tom tak często mówił, jak ważne jest, aby Harry unikał innych ludzi, że tak szybka kapitulacja wydawała się chłopcu podejrzana. – Naprawdę?

– Nie jesteś moim więźniem. – Riddle przeniósł wzrok na książkę i przewrócił stronę. – Jeśli chcesz wyjść, nie widzę przeszkód.

– Dzięki!

– Jesteś za to moim uczniem, co najmniej do trzeciej, jeśli dobrze pamiętam.

Harry zrozumiał aluzję i podniósł się z koca, wyciągając różdżkę. Najwyraźniej źle dobrane okulary nie były dostatecznie dobrą wymówką, aby zwolnić go z ćwiczenia. Stanął jednak trochę bliżej kukiełki, kątem oka obserwując, czy Tom to zauważy. Riddle wydawał się jednak pochłonięty lekturą.

Po kwadransie frustracja i nuda wzięły górę.

– Tom…

– Tak?

– Ostatnio trochę myślałem.

– Nad czym?

Chłopiec znowu się zawahał. Nie chciał wyjść przed Tomem na idiotę albo ignoranta, bo, nawet jeśli Riddle nigdy wprost go nie wyśmiewał, doskonale wiedział, że tego nie cierpi. Z drugiej strony nosił się z tymi wątpliwościami już od jakiegoś czasu, a szperanie po książkach, które chłopak kompletował, niewiele mu dało.

– Czym właściwie jest Voldemort?

– Największym czarnoksiężnikiem tego stulecia – mruknął Tom, nawet nie unosząc głowy.

– Chodzi mi o to, czym jest teraz – doprecyzował Harry. – Bo przecież nie duchem, prawda?

To już zwróciło uwagę Riddle'a. Na tyle, by włożył pomiędzy strony zakładkę.

– Nie, duchy to tylko echa zmarłych dusz.

– Mhm. Ale on nie umarł.

– Nie.

– Dlaczego?

– Najwyraźniej udało mu się przed tym zabezpieczyć. Nie wiem jak. Jeszcze nie wiem.

Harry skinął głową powoli, równocześnie ostrożnie układając następne zdanie – wiele nad nim myślał i nie chciał, aby zabrzmiało głupio:

– A mogło być tak, że nie umarł… przypadkiem?

– Przypadkiem? – Tom wydawał się zaskoczony tym pomysłem, ale przynajmniej nie powiedział od razu, że to niemożliwe.

– No tak, przez przypadek. – Chłopiec przeczesał włosy palcami. – Bo wiesz, to wszystko jest trochę bez sensu.

Riddle wyglądał na coraz bardziej zaciekawionego. Zamknął książkę i usiadł po turecku. Kiwnął mu głową, zachęcając, aby mówić dalej.

– Bo gdyby naprawdę zabezpieczył się przed śmiercią… to chyba od razu zrobiłby sobie zapasowe ciało albo coś w tym stylu. Bo chyba nie pomyślał: okej, jeśli mnie pozbawią głowy, to będę się włóczył przez następne dziesięć lat jako ektoplazma i wtedy coś wykombinuję. A ta narośl… twarz… ugh… to coś z tyłu głowy profesora Quirrella nie wyglądało na przemyślane. Poza tym w tym roku nie ginęły jednorożce, bo pytałem Hagrida, więc chyba dał sobie z tym spokój.

Z twarzy Toma nie dało się nic wyczytać.

– Co o tym myślisz? – spytał więc Harry, gdy cisza się przedłużała.

– Nie musiał przygotowywać ciała na zapas.

– Nie musiał?

– Dusza sama z siebie posiada niesamowity potencjał… pamięć fizyczności. Jeśli uda się ją zatrzymać po tej stronie na wystarczająco długo, może oblec się w ciało. Wystarczy, że dostarczy się jej energii.

Tom brzmiał, jakby świetnie wiedział, co mówi i Harry przez moment chciał zapytać, czy też szukał informacji o Voldemorcie, ale wtedy uświadomił sobie, że Riddle może mówić z własnego doświadczenia. A o dzienniku nie rozmawiali od śmierci Ginny.

– Więc czemu tego nie zrobił? – spytał w zamian.

Tom zabębnił palcami o okładkę książki. Harry jeszcze nigdy nie widział go tak zamyślonego. Niemal jakby zapomniał, gdzie jest.

– Coś mu to uniemożliwia. Coś… co nie powinno się zdarzyć. Będę jednak musiał z nim porozmawiać.

– Z Voldemortem? – spytał Harry, głupiejąc.

To jakby przywróciło Riddle'a do rzeczywistości.

– Z pewnym mężczyzną. Być może jego słowa rozjaśnią sytuację.

– Chcę iść z tobą – zaoferował Harry natychmiast.

– To niemożliwe.

– On wie coś o Voldemorcie, prawda?

– Nie.

– To czemu do niego idziesz?

– Skonsultować swoje pomysły – stwierdził Tom lodowato. W większości wypadków ten ton wystarczał, aby Harry się wycofał. Nie lubił się z nim kłócić. Tym razem jednak chodziło o Voldemorta.

– No to idę z tobą. Mogę przefarbować włosy, a ty byś zmienił mi trochę twarz i już.

– To zbyt niebezpieczne. Zostaniesz w domu.

Tom wstał, wsuwając książkę pod ramię.

– Niby czemu? Mówiłeś, że on nie jest od Voldemorta. A ja nie jestem twoim więźniem, mogę decydować sam – wytknął natychmiast.

– Jesteś dzieckiem.

– I co z tego? Uczysz mnie czarnej magii. Jaki to ma sens, jeśli nie mogę ci pomóc?

Coś w spojrzeniu Toma sprawiło, że odruchowo cofnął się o krok i mocniej zacisnął palce na różdżce. I zaraz zdenerwował się na samego siebie za tę reakcję.

– Wciąż umiesz zbyt mało – stwierdził Riddle zaskakująco spokojnym tonem, a następnie spojrzał na nieuszkodzoną laleczkę.

Chłopiec poczuł, jak na policzkach pojawiają się mu czerwone plamy. Wcześniejsza złość wymieszała się z poczuciem niesprawiedliwości.

– Sam powiedziałeś, że mam za słabe okulary – przypomniał mu. – Tylko tyle. Możemy je wymienić po drodze.

– Tylko tyle? – w głosie Riddle'a zabrzmiała kpina. A w następnej chwili w jego dłoni znalazła się różdżka. Harry ledwo uskoczył przed zaklęciem, które zostawiło w trawniku płytką bruzdę.

– Zwariowałeś?!

– Potraktuj to jak egzamin – stwierdził Tom doskonale obojętnym tonem. Nawet nie przyjął postawy do pojedynku, jakby Harry nie był żadnym zagrożeniem.

– Świetnie – warknął Potter i rzucił kontrę.

Przez ostatnie tygodnie, gdy mieszkali w Cape Wrath, wykorzystywał każdą możliwą okazję, aby uczyć się pojedynków – najchętniej z Tomem, choć ten o wiele bardziej lubił zadręczać go historią czy transmutacją. Może nie liczył na wygraną, ale przynajmniej chciał zmusić chłopaka do odłożenie Ekonomii dla wytrwałych.

A chwilę później gniew zmienił się w palący wstyd, gdy po wymianie paru zaklęć Tom wytrącił mu różdżkę z ręki, a następnym czarem zawiesił do góry nogami nad trawnikiem. Przez moment chłopiec bujał się, próbując dosięgnąć leżącej na ziemi różdżki, ale w końcu musiał pogodzić się w faktem, że rąk o parę cali sobie nie wydłuży. Dyszał, powoli się uspokajając.

– W porządku, Tom. Wygrałeś – burknął w końcu.

– I?

Naprawdę musiał to mówić?

– Muszę się jeszcze trochę nauczyć.

– Owszem.

– Wiele.

– Fakt.

– Odwiesisz mnie już?

– Nie.

– Przecież przeprosiłem.

Wygiął się w bok, żeby móc spojrzeć na Toma. Spojrzenie Riddle'a wciąż było lodowate. Na tyle, aby Harry mimo woli przypomniał sobie ich rozmowę o Crucio. Momentalnie zaschło mu w gardle. Różdżka leżała tuż poza jego zasięgiem, a on nagle poczuł się strasznie bezbronny, mimo że to był tylko Tom. Złapał brzeg bluzy, która opadła wraz z podkoszulką, odsłaniając jego brzuch i plecy, po czym podciągnął ją do góry.

Riddle wsunął różdżkę do kieszeni szaty.

– Dam ci czas na przemyślenie swojego zachowania – stwierdził, podchodząc do koca. Położył się i wrócił do lektury, jak gdyby nic nie zaszło.

– Tom, nie świruj – poprosił Harry, ponownie próbując dosięgnąć własną różdżkę. Znów poczuł złość. Riddle nie miał prawa go tak traktować. Szczególnie że to on zauważył, że coś jest nie tak z Voldemortem. Musieli działać razem, jeśli chcieli go dorwać.

Przez chwilę kołysał się, następnie podciągnął, próbując dosięgnąć kostki – choć wątpił, aby w ten sposób dało się wpłynąć na zaklęcie. Szybko jednak zabrakło mu siły. Znów zawisł. Czas mijał, a on czuł się coraz gorzej – psychicznie i fizycznie.

Obok Tom czytał.

xxx

Cóż, kolejny pretekst, by zjawić się w domu Lucjusza z przyjacielską wizytą, pomyślał dyrektor, sprawdzając czy dobrze zamknął gabinet. Dzień był nad wyraz owocny, a fakt, że Snape zgodził się na objęcie stanowiska na pewno Malfoya ucieszy. Powie mu, że zajrzał, żeby przekazać dobrą informację osobiście… To brzmiało odpowiednio. Sensownie.

Choć prawdziwy powód, dla którego Ogma go odwiedzał, był niezmienny od lat. By pocałować dłoń Narcyzy w czasie powitania, by cieszyć się jej towarzystwem przy herbacie, zanim Malfoy nie zaciągnie go do gabinetu, i fantazjować, patrząc na jej odsłoniętą szyję, na włosy upięte wysoko, na smukłe dłonie i kolczyki kołyszące się przy uszach... By fantazjować, jak kocha się z nią, uprzednio wydusiwszy wszystkie pawie, bo od ich wrzasków cierpła mu skóra. Na szczęście dla Lucjusza Ogma nie był mordercą.