Jestem pewna, że to też jakoś z Hasz obgadałyśmy, wygadałyśmy, przegadałyśmy, ogólnie rzecz ujmując, że się jej dedykacja należy. I basta. Poza tym: absurderska trochę. Komedyjka, o. Nie oczekiwać śmiertelnie poważnego realizmu.
Zgubne skutki chlania wódki
— Ja was zabiję. — Roche wychodził z siebie. — Ja was wszystkie zabiję, po torturach...
Garwena wzięła się pod boki.
— Ludu Flotsam! — krzyknęła — Pozwolicie, by tak za nic, za niewinność, dziewki wam wieszano?
Lud Flotsam zaszemrał gniewnie. Dziewki to dziewki, życie ciężkie, komendant uciska, podatki gnębią, jak tu bez dziwek, do popatrzenia choćby, kolejny tydzień przetrwać?
Garwena zwróciła się teraz bezpośrednio do komendanta, przypomniała, że obyczajówka w jego gestii leży, król już w grobie, świećcie nad jego dobrą duszą, komendanta żołnierze jej dziewczynki lubią i zawsze z rabatem dostają, wszyscy chłopcy, a chłopców przecież komendant trochę ma...
Loredo się zawahał, na wszelki wypadek groźnie marszcząc brwi. Finalizował umowę z Kaedwen. Wściekły lud byłby mu bardzo nie na rękę, kontrahent szemranie na pewno by wykorzystał, żeby zbić cenę. A i garnizon źle ubicie kurew zniesie.
„Chleba i dziwek!", rozległy się w tłumie pierwsze okrzyki. Żołnierze nieśmiało, odruchowo skinęli głowami, w pół ruchu przerywając. To zdecydowanie przeważyło szalę. Oddzialik tego chuja, Roche'a, się w końcu właśnie zmniejszył.
— Nie ma, kurwa, mowy — oznajmił lodowato komendant. — Że się chłop po pijaku potopi, to przypadek częsty. Że chłopy były pijane w cztery dupy, to pół miasta potwierdza. Zapłacili, panie usługę wykonały i wróciły do karczmy, do dalszej pracy. Spełniać potrzeby naszych, miastowych, lokalnych obywateli. Oni od stolicznych nie gorsi! — Te słowa zjednały mu półuśmiechy ludności. — To kurwy, nie niańki, do jasnej ciasnej pizdeczki! Swoje oskarżenia wsadźta sobie w dupę – pani w cipę, rzecz jasna — mruknął, zwracając się do Ves. — A jak się nie podoba, to na skargę do nieboszczyka lećcie. Ciekawym, co wam odpowie — dodał pod nosem.
Roche może i by skoczył na komendanta – bronionego przez dobre pół tuzina ludzi – ale Ves go przytrzymała, tłumacząc, że wiedźmin jeszcze wczorajszy, a bez jego pomocy mogą mieć z wygraną jednak pewne trudności.
'
'
Garwena, wychodząc do lasu wieczorem, złorzeczyła Cedrikowi, aż się po ulicach niosło.
— Zabiją mnie przez tego ochlapusa, jeszcze mi strzały z dekoltu wyjmował będzie, cholera jedna, ubiję, tym razem przysięgam: ubiję, jak znajdę! Tymi dłońmi zaduszę, tymi paznokciami oczy wydłubię! Litości miała – nie będę!
Całe Flotsam znało owe wyrzekania, całe Flotsam machało na nie ręką i kiwało głową z ciężkim westchnieniem. Burdelmama, wiedziano, ma do starego pijaczyny słabość, z rowów wyciąga, z leśnych wykrotów wyprowadza, ziółka rano podaje, miski z karczmy organizuje, słowem: tuli, luli i z odmętów wódczanego upadku podnosi.
Nie jeden z okolicznych chłopów na schwał owej troski elfikowi zazdrościł. Mawiano z przekąsem, że proszę, jak człowiek pijany przechodzi, to go wałkiem tudzież zawartością nocnika witają, ale jak pijanica ma już uszka spiczaste, to zaraz kołderko, kefirek oraz biust na utulenie, a w ogóle nie żaden pijanica, jeno wieszcz, niezrozumiany przez świat i cierpiący za dawne – zatarte już, zatarte! – winy, nadwrażliwiec i ofiara własnego geniuszu.
Na owo gadanie Garwena nie zważała. Po prawdzie nie zważała też specjalnie na Cedrika, już bardziej na swoje elfie pracownice – i na jednego jeszcze elfa, owszem.
— Hasło! — doleciało z ciemnej ściany lasu.
— Cycki sobie tutaj odmrażam, a wy niby nie poznajecie, łajzy jedne? Od fisstechu halucynacje macie czy od metanolu wzrok potraciliście? A my z dziewczynkami za was robotę odwalać musimy! Prowadzić do Iorwetha, bo trzewiki mi przemakają!
W komandach mawiano, że jeśli Garwena poda poprawne hasło, oznaczać to będzie, że przyszła pod przymusem, wojsko czeka za krzakami, i ogólnie strzelajcie, niedochędożeni kretyni.
'
'
Przy Iorwecie Garwena nie klęła. Przy Iorwecie Garwena siliła się na starszą mowę, poduczoną u swoich elfek, niski, gardłowy głos, uprzejmy ton, wyszukane sformułowania i nadrabianie braków w teorii muzyki. Tak jakoś.
— To wyście grali? Śliczne było. Przepiękne. Fantastyczne. Ekstraordynaryjne — zaczęła, wchodząc na polankę. — Elaine... mil — dodała z płaskim, wyuczonym akcentem.
Watażka zrobił nieznaczny gest ręką, ni to zbywając, ni to dziękując, ni to „nic takiego, drobiazg, dawałem znacznie lepsze koncerty" wyrażając. Zaraz się jednak rozjaśnił.
— Oddanie sprawie i bohaterskie czyny pani oraz pani... pracownic... będą pamiętane w Scoia'tael. Sławione po oddziałach. Zadałyście cios, do jakiego my, niestety, od dłuższego czasu nie byliśmy zdolni.
— Nie mieliście okazji — mruknęła.
Biust jej falował, policzki nieco poróżowiały, wargi same z siebie się wydęły, a dłonie złożyły w małdrzyk.
— Nie umniejszaj, proszę, pani, waszego zwycięstwa — odparł gładko elf. — Zabić czterech członków Niebieskich Pasów bez najmniejszych strat własnych – piękne to i chwalebne, i godne pieśni.
— Straty prawie były, Roche się pieklił — mruknęła Garwena. — Ale powiedziałam, że się potopili po pijaku, zresztą — zaśmiała się, ciut może zbyt głośno — tak było, poleźli pijani nad rzekę i woda im wleciała do dróg oddechowy, wszystko prawda, dziewczyny tylko im trochę głowy przechyliły, przytrzymały... Wiedźmina nie dały rady, rzucać się zaczął, przestraszyły się, zostawiły go i wróciły — dodała skruszonym tonem.
— Wiedźmin to problem najmniejszy — zapewnił Iorweth. — Wiedźmina nie obchodzi polityka. Przy pierwszej okazji pryśnie Roche'owi do własnych spraw. Zawsze tak robił, mówią. Żebyś słyszała, pani, jak na niego driady narzekały... Ale nie o wiedźminie przychodzisz mówić, prawda?
Elf ze swojej strony nie używał przy Garwenie starszej mowy. Głównie dlatego, że mimo intensywnego szkolenia prowadzonego przez „jej dziewczynkę", wątpił, by zrozumiała, a na mówienie o Dh'oinne jakoś im nigdy nie zeszło.
— Nie, nie. Mam... Dziewczyny przyniosły wieści. I klucze. Znaczy, odbitki. Dacie radę z tego kopie zrobić? — spytała, wyjmując z kosza pieczołowicie przechowywane kawałki plastycznej masy, takiej, jak do zabawy dla dzieci.
Nie odkształciły się, na szczęście. Watażka skinął głową, zachęcił, by kobieta mówiła dalej.
— Roche się pokłócił w połowie imprezy z wiedźminem... Nad chłopami się znęcał, łajdak, a wiedźmin go powstrzymywał, no, w sumie, macie rację, to jeszcze porządny chłop, może dobrze, że nie utopiły... W każdym razie, Roche wyszedł, a jego żołnierze się spili albo dziewczynkami zajęli, więc te wolne, zaraz przejrzały papiery... Niby w szufladzie schowane, ale przecież sejfu im Loredo nie dał, więc byle spinki starczyło. Przyniosły mi, do rana przekopiowałyśmy z Lynnti – bo elfek do siebie to Pasy nie biorą, logicznie w sumie, Lynnti by im gardła poderżnęła, jakbym jej o rozsądek nie prosiła, brata jej pod Brenną zabili przecież, biedactwu – przekopiowałyśmy, dziewczyny dały radę odłożyć na miejsce. W większości głupoty, niestety, bo nie było czasu wybierać, ale może się na co przyda. No, to klucze, papiery, co jeszcze – a, kusze im jeszcze dziewczyny popsowały, na najbliższej wycieczce bezbronni będą.
— Pani, z pewnością słyszałaś to wiele razy i z ust niezbyt godnych – ale jesteście boginkami, jesteście duchami opiekuńczymi — wyszeptał elf, chwytając papiery chciwym ruchem. — Brat Lynnti nie umarł na darmo i będzie pomszczony, także dzięki jej wysiłkom.
Gdyby obok znajdował się jakiś pedant, to zauważyłby on może, że o ile w szczerość chciwości, z jaką Iorweth rzucił się czytać papiery wroga, nie dało się wątpić, o tyle głosowi, jakim komplement wypowiadał, brakło nieco ognia, a zapewnienie o pomście dodane zostało z pewną taką mechanicznością. Szczęściem żadnego pedanta w pobliżu nie było, a Garwena, znając elfy i Wiewiórki (oraz jeże Cedrika, ale to całkiem inna historia), niespecjalnie przejmowała się niedostatkami okazywanej przez nie emocjonalności. Za to zapał i styl watażki wydał się jej wzruszająco młodzieńczy. Takie to młode, takie śliczne z tymi sarnimi rzęsami, a już tak okaleczone...
Iorweth gwizdnął nagle przez zęby, bardzo ludzko, plebejsko prawie. Skinął na jednego ze swoich elfów.
— Bardzo istotne informacje znalazłem w tych przypadkowych papierach — stwierdził z nutą deklamacji. — W fakturach, wyobraź sobie. Frisve Kalvik z Wyzimy, o gnomich korzeniach, sprzedaje Pasom kusze. Gdyby zwykłemu wojsku, no, może bym zrozumiał. Ale chłopcom Roche'a?
Wezwany potaknął z miną pełną solennego, posągowego obrzydzenia. Oburzenia. Nieledwie zgrozy.
— Dam znać Yeavinnowi — westchnął watażka — on tam nadal w pobliżu stacjonuje, będzie wiedział, co ze zdrajcą zrobić. A ty, pani, nie masz aby jakiejś listy ludzi... utrudniających ostatnio koegzystencję ras?
Pedant-samobójca zwróciłby może uwagę, że najbardziej w okolicy utrudnia koegzystencję ras sam Iorweth. Pedanta wszakże nie było, a Garwena listę miała. W końcu młodość młodością, wzruszenie wzruszeniem, rzęsy rzęsami, interesa interesami. Scoia'tael jej za informacje i pomoc płaciło. Swoją walutą. Taką czerwoną.
Wyrecytowała z pamięci kilka nazwisk. Nauczą się, dranie, co to zwykli ostro tłuc jej dziewczyny, za uszy targać i wyzywać, bić bezbronne kobiety w tym getcie, dręczyć dzieciaki. No i ci, co to przeciwko jej przybytkowi wyrzekali, powoływali się na niebiosa i żądali zamknięcia – ta hołota też się nauczy, jaki kres czeka tych, co to uczciwej kobiecie utrudniają prowadzenie działalności gospodarczej. Co prawda wniosków już raczej ta zgraja nie wyciągnie, ale przez te parę ostatnich chwil życia z pewnością będzie pamiętać.
— Oni ci bardzo podpadli? — mruknął Iorweth.
— Różnie — odparła z lekkim wzruszeniem ramion. — Warciś Jontek, ten najbardziej. Źle krasnoludów traktuje, nawet dzieci. I żąda, by mi przedsiębiorstwo zamknąć, ale elfki to w dni targowe obłapia, świętoszek palcem rob... z bogów łaski. A czemu pytasz?
— Bo od tego zależy, co im zrobimy.
— To samo, co zawsze. Niech z lasu nie wrócą. Zastrzelcie.
— Możemy też zrobić inne rzeczy — podpowiedział łagodnym tonem watażka. — Ale jeśli twoje niewieście serce wzdraga się na myśl...
— A skądże! — wybuchnęła oburzeniem kobieta. — Na śmierć ich storturujcie! Do mrowiska wrzućcie! Jontka zwłaszcza! Wysmarujcie mu miodem jaj... genitalia i niech mróweczki używanie mają — dodała mściwie.
— Do mrowiska... Też można. Ale myślę, że raczej nimi nakarmimy Eallona.
— A kto to – co to takiego?
— Bławatek, w naszej mowie — oznajmił Iorweth, przymykając oczy; rzęsy mu długie cienie rzuciły na policzki. Czy raczej wystające kości policzkowe, bo wiele poza nimi tam nie było. — A nazywamy tym imieniem mojego... pupilka.
— Jastrzębia? — spróbowała zgadnąć Garwena.
Wizja ptaka, wyłupiającego oczy, a następnie pożerającego wnętrzności Wiciusiowi i paru innym lebiegom, bardzo jej przypadła do gustu.
— Nie, nie. Krabopająka. Też drapieżnik — zapewnił elf z uśmiechem nieco ironicznym. — Trochę większy. Nawet sporo większy. Taki, jak wasza karczma mniej więcej. Rzadkie zwierzątko. Zagrożone wyginięciem, a nie za wiele... odpowiedniego pokarmu zachodzi ostatnio w okolice, więc dokarmiam.
— Ludźmi? — zdziwiła się uprzejmie kobieta.
— Rzadko. Za dużo roboty i za mało za bramy wychodzi... Głównie utopcami, nekkerami, takim tałatajstwem. Ale skoro ci Jontek podpadł... — watażka zawiesił głos.
Garwena zastanowiła się chwilę.
— To będzie gorsze niż fiu... genitalia w mrowisku? — spytała wreszcie, sceptycznie. — Bo brzmi, jakby szybsze było.
— Szybsze, ale straszne — zapewnił Iorweth; komando ochoczo potaknęło. ktoś się uśmiechnął sadystycznie a błogo. — Dh'... Człowiek zwykle ucieka, o życie walczy, zupełnie na darmo, ale ta nadzieja mu sił dodaje, więc biegnie chyżo, błyskawiczna kuracja odmładzająca – a czasem taki próbuje walki – wielce to zabawnym znajduję. Gdybyś ty, pani, chciała kiedyś obejrzeć...
Pokręciła głową.
— Nie, dziękuję, nie trzeba. Już i tak mam reputację przez tę niby słabość do Cedrika starganą. Nie chcę, żeby myślano, że ja z nim po tych lasach libacje urządzam. Albo i orgie. Z Jontkiem i resztą mącicieli, to już zróbcie, co się wam żywnie podoba. Ja się na partyzanckich sprawach nie znam.
— Ale z pokonaniem wrogów poradziłyście sobie lepiej niż niejeden doświadczony weteran — przypomniał watażka. — Nie doceniasz się, pani. Siebie ani swoich podwładnych.
To było miłe i głębokim głosem prawdziwej wdzięczności powiedziane. Garwena poczuła, że ciepło oblewa jej dekolt i policzki. Doprawdy, przecież nie miała już dwunastu lat! Burdel, do cholery, prowadziła!
— To nam fortunnym trafem przyszło — zapewniła, spłoniona. — A mi już wracać pora...
Miała nadzieję, że elf ją poprosi o pozostanie – i poprosił. Co prawda zdawkowo, lecz jednak: zaproponował wino, skromny poczęstunek. Może by nawet została, kusiło, w końcu po winie wiele się zdarzyć może... Ale musiała jeszcze zgarnąć Cedrika, inaczej cała przykrywka na nic. No i wcale nie była pewna, czy to całe spłoszenie, spłonienie, za-am-ba-ra-so-wa-nie to na pewno dobra sprawa. Zadurzenie ładna rzecz, serce ogrzewa, interesa wszakże bardzo komplikuje, Na błędy wystawia. Interesa z komandami mogła zaś łatwo przypłacić głową, zwłaszcza teraz, po utopieniu tych fiutów. Jeden nieostrożny ruch – a po będzie po niej i po dziewczynach. Lynnti tymczasem czekała, wstawiła już pewnie wodę, ułożyła pościel, będzie wypytywać o plotki, co u Lisa Puszczy, co u chłopców z komand, część z nich przecież kojarzyła przez brata, cała będzie jak małe dziecko podekscytowana. Lynnti też była miłym zadurzeniem, też miała długie, gęste rzęsy, a nie komplikowała niczego.
Kiedy już wygrają, pocieszała się Garwena, wracając z mimo wszystko ciężkim sercem, kiedy się już Loreda przedstawi mrówkom, wtedy, to co innego, wtedy sobie poświętują, potańczą, pośpiewają, a może i inne „po" porobi, wtedy się elfowi te wszystkie razy, gdy zostać nie mogła, przypomni...
Jak człowiek tak chwilę pomyśli, ile mogła taka Garwena Iorwethowi po jednej nocy jej dziewczynek u Pasów załatwić, to się aż szkoda robi, że twórcy w tę stronę z fabułą spisków i śledztw nie poszli.
