Zbliżały się święta. Każdy czuł to w powietrzu, atmosferze jak i melodiach wyśpiewywanych przez hogwarckie duchy. Nieważne, czy było się Gryfonem, Puchonem, Ślizgonem czy Krukonem. Wielka Sala już za niecały tydzień miała zostać przystrojona przez Hagrida i chętnych do pomocy uczniów w choinki i świąteczne ozdoby. Śnieg zalegający w grubych zaspach na szkolnych błoniach dodawał tylko ogólnemu oczekiwaniu uroku i był przedmiotem ogólnej radości i zabawy.

Chyba każdy tego ranka był szczęśliwy – święta były bowiem coraz bliżej. Jednakże Ginewrze Weasley daleko było do postawy wesołej Gryfonki. Od dwóch miesięcy załamana była nie jedynie nieznanym losem Rona i Harry'ego - Hermiona nie tylko nieomal straciła życie przez tego zidiociałego nietoperza i wcale nie chciała przyjąć do wiadomości, że to jego wina, to jeszcze Ginny musiała się do tego wyżej wymienionego nietoperza udać za… O, nie, pół godziny!

Była sobota, co zazwyczaj oznaczało dłuższe spanie. Ale nie dzisiaj. Snape kazał jejwspaniałomyślnie przyjść o dziewiątej (Ciesz się, Weasley, że nie każę ci przyjść o szóstej. A zawsze mogę jeszcze zmienić zdanie…).

Z jękiem odrzuciła kołdrę i zsunęła się z łóżka. Jej współlokatorki jeszcze spały, tak więc cicho weszła do łazienki, zabrawszy uprzednio ze sobą ubrania i zamknęła za sobą drzwi.

Puściła wodę w wannie i stanęła przed lustrem. Ściągnęła włosy gumką w wysoki kucyk i przyjrzała się bliżej swojej twarzy. Wprawdzie piegów zdawało się przybywać z każdym dniem, to cerę miała bladą i nieskazitelną. Dotknęła dłońmi twarzy. Tak dawno nikt jej nie głaskał, a tak bardzo to lubiła… Na samą myśl o Harrym ścisnęło ją serce.

Kilka minut później weszła do wanny pełnej parującej wody i starała się odprężyć mimo tego, że za jakieś dwadzieścia minut miała się spotkać ze Snap'em, na co zupełnie nie miała ochoty. Szczerze mówiąc, unikała go jak ognia od kiedy wparowała do jego gabinetu i wyskoczyła na niego z wrzaskiem godnym szyszymory. Nie dlatego, że się go bała, oj nie. Po prostu za każdym razem, gdy go widziała, miała ochotę przekląć go jakąś poważną klątwą… A to, że Hermiona nie widziała w jego zachowaniu niczego złego, dolewało tylko oliwy do ognia. Wyglądało na to, że Ginny pozostała jedyną osobą przy zdrowych zmysłach.

Dwadzieścia trzy minuty później stała w chłodnych lochach przed drzwiami gabinetu swojego znienawidzonego nauczyciela i kończyła przeżuwać kromkę z miodem porwaną w pośpiechu z Wielkiej Sali. Zapukała, a po chwili drzwi się uchyliły i stanął w nich sam Nietoperz. Ginny mimowolnie się skrzywiła, ale on nie mógł tego zobaczyć – było tak ciemno, że widziała tylko zarys jego czarnych, długich włosów i haczykowatego nosa.

Snape uchylił szerzej drzwi i gestem nakazał jej wejść do środka. Ginny wzięła głębszy oddech i wkroczyła w jaskinię lwa. A może raczej, nietoperza…?

Ostatnie, na co miał tego poranka ochotę Severus Snape była rozmowa z buntowniczą Ginewrą Weasley, posiadającą skłonności samobójcze. W dodatku, zaraz po niej miała zjawić się Granger na swoją cotygodniową porcję eliksirów do zażycia, i choć próbował to przed sobą ukryć, to była jednak całkiem miła część każdej soboty, żeby nie powiedzieć, że najprzyjemniejsza (nie, zdecydowanie czytanie miesięcznika Warzyciel(a) było o wiele bardziej zajmującym zajęciem, niż leczenie głupiej Gryfonki, tak Snape, masz absolutną rację).

Tak więc siedział na fotelu w swoim salonie i pił gorzką herbatę, mając szczerą nadzieję, że Weasley jednak nawali i nie przyjdzie.

Zerknął na duży, drewniany zegar wiszący na ścianie w tej samej chwili, kiedy rozległo się pukanie do drzwi . Z ciężkim westchnieniem odłożył gazetę oraz herbatę na stolik i wstał z fotela. Nie miał nawet specjalnej ochoty podrażnić nieco Weasleyówny za spóźnienie. Podszedł do drzwi i uchylił je tak, aby mogła wejść.

Kiedy wyszła z cienia korytarza i drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem, Snape mógł teraz w pełni jej się przyjrzeć – piegowata twarz zdradzała wciąż jawną niechęć, ale do tego był już przyzwyczajony, więc po prostu minął ją i usiadł na swoim stałym miejscu za biurkiem, a po chwili Ginewra dołączyła do niego, siadając naprzeciwko.

Spojrzał na nią surowo, przez co dziewczyna wyraźnie się spięła. Postanowił od razu przejść do rzeczy.

- Zapewne domyślasz się, dlaczego tutaj jesteś – zaczął chłodno.

- Uhm – przytaknęła. – W sprawie… księgi.

- Taak, dotyczy to księgi – pogładził się długim palcem bo brodzie. – Jednakże to nie to, czego się zapewne spodziewasz, Weasley. Pomijając twoje karygodne zachowanie, chciałbym zająć się faktem, że byłaś...

Ginny Weasley rzuciła mu przenikliwe spojrzenie, które nadało jej twarzy poważny i dorosły wyraz. Zdecydowanie różniła się od reszty rodzeństwa, pomyślał Snape. Oczywiście nie na tyle, żeby być dużo więcej wartą od całej rudej gromady.

- Na początku widziałam tylko tę fałszywą treść. Zlepek fragmentów dzieł w różnych językach, które nie miały sensu… Zdarzały się prześwity, ale trwały tak krótko, że nie mogłam się zorientować, co to jest – przełknęła ślinę, aby nawilżyć nieco zeschnięte gardło. – Ale kiedy udało mi się zabrać książkę Hermionie, udało mi się… przebić przez barierę. – Ton jej głosu wyraźnie zdradzał zaskoczenie, jakby sama nie dowierzała temu, że tak się stało.

Severus skinął tylko głową, przeczuwając, że tak właśnie było.

- Zdajesz sobie sprawę, że to były bardzo silne zabezpieczenia, prawda? Śmiem twierdzić, że jedne z najsilniejszych.

Ginewra przytaknęła i znów przełknęła głośniej ślinę, jakby w obawie, że zemści się na niej za to, że złamała jego barierę. Prychnął.

- Wiesz co to znaczy, że jesteś Siódmym dzieckiem swoich rodziców?

Ginny popatrzyła na niego, jakby nagle stracił rozum.

- Bracia często mi to powtarzają, ale…jak się ze mnie nabijają. Poza tym, to tylko głupi…

- Nie obchodzi mnie, co sądzą twoi przygłupi bracia na ten temat, jasne?! – warknął. – Siódme dziecko czasami, bardzo rzadko, ale jednak to się zdarza, szczególnie, jeśli jest ono płci żeńskiej, zyskuje zdolności całego swojego rodzeństwa razem wziętego. Jeśli jesteś w stanie nadążyć, to zdajesz sobie z pewnością sprawę…

Jednakże Ginewra patrzyła na niego z szeroko otwartymi ustami i oczami i Snape musiał się powstrzymać od kolejnego parsknięcia.

- Chce mi pan powiedzieć, że…

- Tak, Weasley. Masz moc swoich sześciu braci, i w dodatku jeszcze swoją, co daje siedem. Chociaż nie cieszyłbym się na posiadanie czegokolwiek wspólnego z Ronaldem, a reszta też nie jest zbyt… wyszukanym materiałem, to mimo wszystko będziesz bardzo trudna do pokonania. Więc lepiej przygotuj się na treningi. Jeśli coś zagrażałoby szkole, byłabyś bardzo przydatna.

- Ale profesorze… Ja…

- Jesteś prawdopodobnie najpotężniejszą czarownicą w tym zamku, Weasley, co jednak nie zmienia faktu, że wciąż mam nad tobą przewagę. Także nie radzę ci się przeciwstawiać. Przyjdź za tydzień o tej samej porze. Musisz nauczyć się władać całą magią, która jest w tobie ukryta.

Ginewra kilka chwil później opuściła jego gabinet, a Severus udał się do swojego magazynku po eliksir, który będzie musiał już trzeci raz zaaplikować Granger. Gdy sięgał właśnie po odpowiednie naczynie, słyszał dosyć osobliwy odgłos dobiegający od drzwi.

- Ginny, co się stało? Ginny!

Wrócił do gabinetu, gdzie, jak się spodziewał, zastał zdezorientowaną Granger.

- Co jej pan powiedział?

- Nic, co by cię interesowało, Granger. A teraz, jeśli łaska, usiądź i staraj się nic nie mówić przez następne dziesięć minut. Albo wieczność – byłbym zobowiązany.

Dziewczyna rzuciła mu niechętne spojrzenie, ale posłusznie usiadła na swoim stałym miejscu i zamknęła oczy dla efektywniejszego odprężenia.

Po chwili stał już przy niej ze strzykawką w ręku, a na biurku postawił pucharek z ciemnozielonym eliksirem, którego nieciekawy zapach docierał do nozdrzy ich obojga.

Granger intuicyjnie wystawiła prawą rękę, którą Severus pochwycił w swoje szczupłe i chłodne palce, tak że Hermiona lekko się wzdrygnęła. Po chwili igła tkwiła już w jej ciele, wprowadzając do krwioobiegu antyczarnomagiczne związki, które miały zniwelować wszystkie szkodliwe czynniki i rozprowadzić uzdrawiające substancje po organizmie.

Spojrzał na dziewczynę. Od dwóch tygodni bacznie obserwował jej reakcje i samopoczucie, starając się określić jej stan. Wszystko jednak wydawało się w porządku - organizm zdawał się przyswajać odtrutki, a Granger wróciła do normalnego życia.

Sięgnęła po eliksir i wypiła powoli, marszcząc mocno swój mały nos, po czym rzuciła mu nieco znużone spojrzenie.

- Czemu znowu pan mi się przygląda?

- Ja się nie przyglądam, Granger. Ja obserwuję, czy odtrutki się przyjmują.

- Przecież od dwóch tygodni czuję się świetnie. Długo będę musiała jeszcze to zażywać i wstrzykiwać?

- Aż będę miał pewność, że nic nie zostało – powiedział Severus przewracając oczami, zirytowany jej niedomyślnością.

Rzuciła mu dłuższe spojrzenie – jak to miała czasami w zwyczaju, po czym westchnęła i wstała.

Severus nie potrafił wyzbyć się tego wrażenia, które prześladowało go odkąd widział ją szlochającą przy oknie. Nie potrafił już patrzeć na swoją uczennicę jak dawniej i wcale mu się to nie podobało.

Rzucił jej sceptyczne spojrzenie, kiedy odwróciła się, stojąc już przy drzwiach.

- Tak w zasadzie, to robi pan coś teraz, profesorze?

Snape popatrzył na nią zaniepokojony, czy przypadkiem odtrutka nie rzuciła się jej na komórki nerwowe.

- Coś ty powiedziała, Granger? – wyartykułował powoli.

- Spytałam, czy pan coś teraz robi.

- A od kiedy obchodzi cię to, co robię? Nie spoufalaj się – syknął, mrużąc oczy.

Tym razem to Granger rzuciła mu spojrzenie pełne dezaprobaty i pokiwała głową jak nad niesfornym dzieckiem.

- Myślałam, że w czymś panu pomogę. W końcu przygotowuje mi pan te mikstury, to powinnam się jakoś odwdzięczyć… Zresztą, i tak nie mam teraz nic do roboty. Kończy się semestr, Ginny jest na mnie obrażona, a chłopaków nadal nie ma…

- Możesz posprzątać w pracowni – rzucił, po czym wyszedł do magazynku, dając jej do zrozumienia, że to koniec rozmowy.

Hermiona popatrzyła za nim, po czym głośno westchnęła i opuściła gabinet, kierując swoje kroki ku klasie eliksirów. Snape tymczasem odkładał pucharek na miejsce kilka metrów dalej, nieświadomie kręcąc lekko głową – nie dowierzał, że Granger właśnie sama wpakowała się w robotę. I to nie byle jaką, o ile się nie mylił, to pierwszoroczni stratowali wczoraj pół pracowni swoimi wybrykami…


Hermiona Granger uważała się za osobę uporządkowaną, i taką rzeczywiście była. Dlatego dużo czasu zajęło jej przyswajanie tego, co się stało, a czego nie pamiętała z własnej perspektywy. W dodatku ciążyła nad nią niczym mglista, ciemna zmora świadomość, że możliwe jest, że nie zostanie wyleczona. Wprawdzie Snape obiecał jej, że z tego wyjdzie, ale obawy cały czas pozostawały.

Ginny nie ułatwiała jej tego ąd tylko wróciła tamtej nocy do dormitorium, Ruda bombardowała ją oskarżeniami skierowanymi w Mistrza Eliksirów. Zareagowała bardzo głośnym okrzykiem protestu, kiedy Hermiona wyznała jej, że dyrektor o niczym nie wie i od razu chciała ten stan rzeczy zmienić, na co oczywiście Hermiona jej nie pozwoliła. Od tamtego czasu Ginny zawsze w jej towarzystwie była naburmuszona, a do tego nie odzywała się ani słowem. Hermiona z ciężkim sercem musiała przed sobą przyznać, że traciła przyjaciółkę coraz bardziej i czuła się samotna, jak jeszcze nigdy. Dlatego, domywając podłogę w pracowni, nie żałowała, że wpakowała się w tę robotę. Wprawdzie miała nadzieję, że mogłaby pomóc w czymś Snape'owi bezpośrednio, ale i tak lepsze to niż godzinne, bezczynne siedzenie w Pokoju Wspólnym pod nieprzychylnym spojrzeniem Ginewry Weasley.

Westchnęła, przerywając czyszczenie. Już prawie skończyła. Musiała się przed sobą przyznać – tak naprawdę miała nadzieję na popołudnie spędzone w jego towarzystwie. Co jeszcze nie dawno było przecież niemożliwe! Wprawdzie uważała go za atrakcyjnego mężczyznę i to od zawsze, o czym on niestety miał okazję się przekonać, to wtedy przebywanie w jego towarzystwie było wręcz… niebezpieczne. Tymczasem od incydentu z księgą, stał się o wiele mniej nieprzyjemny. Wprawdzie chłód został, za to dało się z nim prawie normalnie porozmawiać. Czasami potrafił być nawet… zabawny, chociaż na pewno nie robił tego świadomie.

Ustawiła w rogu kociołki posegregowane rozmiarami, po czym odwinęła z powrotem rękawy i będąc myślami daleko, roztargniona opuściła pomieszczenie.

- Naprawdę mogę się na coś przydać – powtarzała wciąż pewna uparta Gryfonka w gabinecie Severusa Snape'a. – Proszę mi pozwolić zostać i coś zrobić, proszę – dodała błagalnym głosem. – Zwariuję, jak jeszcze jeden dzień spędzę sama.

- Brzmisz jakbyś była bardzo zdesperowana, Granger, wiesz o tym? – zakpił, posyłając jej kolejne spojrzenie pełne politowania. – Powtórzę ostatni raz. NIE MASZ TU CZEGO SZUKAĆ– syknął. - Ja pracuję sam.

- Profesorze, proszę…

- Jakkolwiek miło jest słuchać błagania Gryfona, to odpowiedź brzmi: NIE! – warknął, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w drzwiach prowadzących do jego prywatnych pokoi, a Hermiona mogła przysiąc, że prychnął na odchodnym.

Kiedy kilka godzin później wrócił do gabinetu, Hermiona wciąż tam była – siedziała skulona na ziemi z wyczarowanym kocem pod sobą i czytała jedną z jego książek. Na szczęście nie trzymał tu żadnych niebezpiecznych pozycji, które mogłyby mieć coś wspólnego z Ciemną Stroną. Chociaż nigdy nie reagował dobrze na widok kogoś obcego z jego własnością – odzywał się wtedy jego ślizgoński instynkt posiadania prywatności, to tym razem się tym specjalnie nie przejął. Zapatrzył się chwilę na ten obraz i nagle zachciało mu się po prostu śmiać. Ta dziewczyna była rzeczywiście bardzo zdesperowana.

- Ty chyba rzeczywiście nie zamierzasz odpuszczać – syknął, ale niezbyt groźnie. Nie potrafił być w tej chwili na nią zły. Przedstawiała sobą zbyt żałosny widok i nie było potrzeby jej pogrążać jeszcze bardziej.

Spojrzała na niego znad książki i uśmiechnęła się znienacka.

- Wiedziałam, że kiedyś pan przyjdzie.

- To nie było specjalnie trudne do wydedukowania – zakpił. - Siedzisz tu przez cały czas?

- Nie było tak źle. – Podniosła się z wciąż pogodnym wyrazem twarzy. – Tylko trochę mało wygodnie.

Severus minął ją z obojętną miną i podszedł do biurka, gdzie trzymał wypracowania uczniów, po które właśnie przyszedł. Miał zamiar zabrać je do siebie i przejrzeć, siedząc wygodnie w fotelu i popijając herbatą. Wyciągnął je z szuflady zwinięte w rulony, westchnął i odwrócił się. Granger stała obok regału i odkładała książkę, najwyraźniej rozglądając się za kolejną.

- Chyba nie masz zamiaru tu zostać - warknął.

Dziewczyna wzruszyła ramionami, jednocześnie ściągając z najwyższej półki obszerne i ciężkie tomisko. O, nie, tylko nie jego sfatygowany „Zbiór magicznych ziól z minionych epok – gdzie i jak je znaleźć" Starając się uspokoić, powiedział tylko zduszonym głosem, jednocześnie podchodząc bliżej Gryfonki.

- Odłóż to, Granger.

I wynoś się z mojego gabinetu, albo tego pożałujesz. – To właśnie powinien jej teraz powiedzieć. Żeby zbierała stąd swój tyłek i nie pokazywała się więcej tutaj nieproszona! Zmrużył groźnie oczy. Dziewczyna popatrzyła na niego przepraszająco i w tej samej chwili kilkukilogramowy tom spał jej na głowę. Severus nie wierzył w to, co się właśnie działo. Sam miał ochotę uderzyć się czymś w głowę, a zaraz po tym poprawić tej niezdarnej idiotce.

oberwała jednak bardzo mocno, nawet i bez jego pomocy, bo przewróciła się na podłogę i masowała rozcięcie na czole, które zaczęło krwawić. Snape westchnął, zirytowany.

- Czekaj tu, zaraz coś przyniosę – warknął i poszedł w stronę składziku, mamrocząc coś nieprzyjemnego pod nosem i chowając zwinięte zwoje do obszernej kieszeni w pelerynie.

Po chwili wrócił z odpowiednim eliksirem w dłoni, po czym stwierdził, że nie ma go tutaj jak zaaplikować. Coraz bardziej zdenerwowany, uświadomił sobie, gdzie musi ją zaprowadzić.

- Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego ja niby mam się tobą ciągle zajmować?! Ciągle coś ci jest! Nie potrafisz nawet stać bez zrobienia sobie krzywdy?!

Kiedy zobaczył grymas na twarzy dziewczyny, uświadomił sobie, że teraz krzyk nic nie da. Będzie musiał się nią zająć – obrażenia głowy mogły być bardzo poważne. Westchnął kolejny raz i spytał, tym razem nieco spokojniej:

- Dasz radę wstać? Wolałbym nie podawać ci tego na podłodze.

Dziewczyna pokiwała głową i jedną ręką podpierając się regału, który niebezpiecznie zachybotał, a drugą tamując krew na rozcięciu, niezgrabnie wstała.

Snape wszedł razem z nią do swojego salonu, uświadamiając sobie, że jest to pierwsza osoba, która nie należała do grona pedagogicznego, a która tutaj weszła. Wciąż przypatrując się, czy krwawienie się nie nasila, nakazał jej siąść na kanapie, a sam poszedł po bandaże z apteczki w łazience.

Po chwili wrócił z kilkoma zawiniętymi bandażami, które razem z eliksirem położył na stoliku obok - zapewne mocno wychłodzonej już - herbaty. Siadł obok Gryfonki i zaczął rozrywać pierwsze opakowanie z wacikiem.

- Odwróć się do mnie – nakazał cicho, a ona posłusznie usłuchała. Po chwili wpatrywała się w niego, śledząc każdy jego ruch. Pod wpływem tego niesamowicie brązowego spojrzenia aż zrobiło mu się nieswojo. Teraz będzie czekała go ta niewątpliwie trudniejsza część. Pochwycił butelkę eliksiru na odkażanie i wylał trochę na watę. Odchrząknął, po czym podniósł spojrzenie na jej czoło, starając się za wszelką cenę nie patrzeć jej w oczy, co było jednak bardzo trudne. Jej twarz była tak blisko jego, jak jeszcze nigdy. Bardzo wyraźnie słyszał cichy oddech, którego ciepło docierało do jego szyi przyjemnymi falami.

Podniósł dłoń z okładem i dotknął delikatnie jej czoła. Hermiona przymknęła oczy, lekko się krzywiąc. I niech tak zostanie!, pomyślał. Ona jednak ani myślała posłuchać jego niewerbalnego przekazu i po chwili znów wpatrywała się prosto w jego ciemne oczy. Przyłożył okład na dłużej, ale nie mógł wytrzymać.

- Mogłabyś się nie patrzeć? – warknął, a ona uśmiechnęła się rozbawiona i na przekór wciąż na niego patrzyła.

- A co, rozpraszam pana? – zażartowała, na co on zgromił ją wzrokiem i natychmiast spoważniała. Miał ochotę sam przyłożyć sobie tą księgą – w jej mniemaniu zapewne właśnie potwierdził jej niedorzeczne wymysły. Niech to szlag!

- Po prostu nie lubię, jak ktoś patrzy mi się na ręce przy pracy – syknął, a po chwili syknęła i Hermiona, bo przyłożył świeży okład.

- Przecież pan teraz nie pracuje.

- Ratowanie twojego życia przed samą sobą to coraz bardziej zajęcie na pełen etat – parsknął zgorzkniale, zdając sobie sprawę, że to prawda. Wyciąganie jej ze stanu agonalnego, podawanie eliksirów i odtrutek, a teraz jeszcze to. Westchnął.

- I nie patrzę panu na ręce, tylko w oczy.

- GRANGER! – warknął, na co zamilkła i zapanowała pomiędzy nimi cisza, przerywana jedynie ich oddechami i odgłosami opatrywania.

Kiedy rana wyglądała już całkiem przyzwoicie, zasklepiona w przyspieszonym tempie, wstał i zebrał zużytą watę.

- Dziękuję – powiedziała cicho Granger, na co on skinął głową, po czym udał się do łazienki, aby odłożyć pozostałe środki lecznicze, których nie użył.

Po niecałej minucie był już z powrotem. Dziewczyna dalej siedziała na kanapie, ale przeglądała stos pergaminów, które zapewne były wypracowaniami. Szlag – musiały mu wypaść z kieszeni, kiedy się nią zajmował.

Odchrząknął. Dziewczyna spojrzała na niego, ale nie wydawała się speszona.

- Zdajesz sobie sprawę, że właśnie łamiesz prawo szkolne, zaglądając do cudzych wypracowań? – poinformował ją ozięble, wyrywając jej z ręki wypociny niejakiego Patha MacMillana i zbierając pokaźny stosik reszty prac ze stolika, po czym podszedł do swojego fotela i wygodnie się na nim rozsiadł, biorąc do ręki wypracowanie, które przed chwilą przeglądała Granger.

- Jest całkiem dobre – powiedziała, kiedy skończył czytać.

- Idioci, wszędzie idioci – podsumował kwaśno Snape, ignorując jej wcześniejszą uwagę i nawet nie obdarzając jej spojrzeniem.

Kiedy wreszcie na nią spojrzał, syknął:

- Kiedy wreszcie stąd pójdziesz?

- A wyrzuca mnie pan? – uśmiechnęła się do niego, na co on przewrócił oczami. – Sam pan powiedział, że mogę sobie zrobić krzywdę…

Severus popatrzył w sufit, jakby powstrzymując się przed przeklęciem jej jakąś dorodną klątwą.

- Znajdź sobie innego Anioła Stróża, któremu będziesz trwoniła czas, bo ja na pewno nim nie będę – warknął, coraz bardziej wyprowadzony z równowagi jej obecnością.

Ona się jednak specjalnie tym nie przejęła, tylko chwyciła kolejne z wypracowań i zaczęła czytać, wygodnie się układając.

- Będzie tak, jakby mnie tu nie było.

- Już to widzę – syknął, ale powrócił do lektury.

Panowała prawie idealna cisza, dopóki Severus ponownie się nie odezwał:

- Miało być tak, jakby cię nie było.

Hermiona podniosła zdziwiony wzrok.

- Oddychasz.

Dziewczyna tylko pokręciła głową, po czym wróciła do czytania dosyć długiego wypracowania, które jej zdaniem zasługiwało co najmniej na Z, ale Snape wystawił jak zawsze O, zarzucając niesłowność autorowi. Snape natomiast zmrużył oczy i popatrzył na nią wściekle, że ośmieliła się nie przejąć jego uwagą.

Prawda jest taka, że jakby ci przeszkadzała, to byś ją wyrzucił, Snape.

Zamilcz.

Świetnie! Teraz rozmawiał ze sobą!

Mam rację.

MÓWIŁEM COŚ.

I tak mam.

UCH! Wstał, położył odchudzony o kilka pergaminów stosik niesprawdzonych wypracowań na stoliku, po czym wyszedł do gabinetu, żeby choć na chwilę zażyć samotności i odetchnąć.

Kiedy wrócił już opanowany, dziewczyna półleżała w takiej samej pozie, jak gdy opuszczał pomieszczenie. Nogi miała zgięte obok siebie i podpierała się o podbródek, a jej dekolt zdecydowanie ukazywał więcej, niż zazwyczaj. Musiał przyznać, że wyglądała na jego kanapie całkiem atrakcyjnie, mimo zaróżowionej blizny na czole…

Miałem rację.

UCH!

Severus obrócił się na pięcie i trzasnął drzwiami, a odprowadził go zdziwiony wzrok Hermiony.

Kiedy wrócił ponownie, był po zażyciu porcji jednego z eliksirów uspokajających, tak więc siadł już całkiem rozluźniony na swoim starym miejscu i popijał dopiero co podgrzaną herbatę. Dziewczyna wciąż coś czytała, choć pewnie było to już kolejne wypracowanie. Zauważył, że trzyma w ręku ołówek. No to już była bezczelność…

Własnie miał ją zgromić za bazgranie po cudzej własności, kiedy na stoliku pojawił się parujący posiłek. Snape popatrzył na danie w tym samym momencie, co Hermiona. Prawda była taka, że nie był głodny. Zjadł całkiem spory obiad, który ona z pewnością przegapiła, siedząc jak ostatnia idiotka w jego gabinecie.

Westchnął, po czym spojrzał na nią z dezaprobatą, kiedy ona widocznie próbowała uniknąć ślinienia się na widok kolacji.

- Wprawdzie nie obchodzi mnie to, czy jesteś głodna, Granger…

Dziewczyna spojrzała na niego krzywo znad lektury.

- Ale powiedzmy, że należy ci się za wyczyszczenie pracowni. – Merlinie, co on bredził? Od kiedy on nagradzał? Severus Snape tylko i wyłącznie karał.

- Przecież pan nawet się nie pofatygował, żeby to sprawdzić. Być może wcale w niej nie posprzątałam… - zaczęła się droczyć.

- Chcesz jeść, czy nie? – warknął. Dziewczyna z ociąganiem chwyciła sztućce i przysunęła parującą potrawę do siebie. Jajka, tosty i bekon. I tak nie przepadał za jajkami.

Prawda była taka, że nie chciał się przyznać do tego, że jej ufał – myślał, obserwując w ciszy, jak je. Tak, cholera, naprawdę jej ufał i wiedział, że nie musi iść sprawdzić stanu swojej pracowni jak i zapewne żadnej z rzeczy, jaką zobowiązałaby się zrobić. Ale o tym ona nigdy się nie dowie.

A gdyby zaufanie miało kolor? – spytał mimowolnie sam siebie.

Wtedy z pewnością byłoby Koloru Hermiony Granger.


Kiedy ona wreszcie sobie poszła, Severus zamykał drzwi gabinetu z kwaśnym uśmiechem. Dawno nie spędzał z nikim żadnej soboty. Jego towarzystwa od jakiegoś czasu unikali nawet Albus i Minerwa. Chociaż to może on bardziej unikał ich…

Wprawdzie przypłacił ten dzień wyjedzonym posiłkiem aż do ostatniego kęsa, zakrwawioną okładką jednego z ulubionych dzieł o ziołach oraz małym uszczerbku na honorze, to i tak nie potrafił tego żałować.

Tak więc poszedł do łazienki w nawet niezłym, jak na niego (z z naciskiem na podkreśleniem na nawet) nastroju, a całości dopełnił zimny prysznic, który pozwolił mu rozluźnić spięte mięśnie. Umył dokładnie włosy, używając ziołowo-cytrynowego szamponu, który dostał w prezencie od Minerwy na zeszłe święta. Nienawidził wprawdzie nosić na sobie żadnych zapachów, ponieważ czuł na sobie ich nienaturalność. Teraz jednak woń cytrusów kojarzyła mu się bardzo przyjemnie, więc przywitał z niemalże radością ich woń wokół siebie i na swojej skórze

Wyszedł z łazienki w jeszcze lepszym humorze, z zawiązanym jedynie granatowym ręcznikiem wokół bioder, a woda ze świeżo umytych włosów kapała przyjemnie na jego kark i wychłodzone plecy. Dawno nie czuł się tak dobrze.

Sięgał właśnie po nocną szatę, kiedy rozległo się przytłumione przez ściany walenie do drzwi. Co znowu – warknął w myślach, ale założył w pośpiechu ubranie i przeszedł przez sypialnię i salon aż wreszcie dotarł do gabinetu i otworzył drzwi.

Stała tam Ginewra Weasley, tak samo jak dwa tygodnie wcześniej. Tym razem jednak nie była zdenerwowana. Była przerażona - pot spływał po jej czole, a oddech miała wyraźnie przyspieszony. Zaalarmowany, poczuł jak jego krew zamarza w żyłach.

Ale nie z powodu rudej Gryfonki.

Obok niej, ledwo trzymając się na nogach, słaniała się Hermiona Granger. Mocno drżała na całym ciele, a z jej ust dobywał się przeraźliwy dźwięk zdradzający ogromny ból.

Severus Snape bez słowa zrobił krok na przód w momencie, kiedy dziewczyna ostatecznie straciła równowagę i złapał ją w ostatniej chwili w swoje ramiona, po czym nie dbając nawet o zamknięcie drzwi, wziął ją na ręce i zaprowadził do siebie.

W tym momencie jedna z tysięcy myśli wyrażających ogromne obawy miała na tyle siły, aby wybić się ponad inne.

Przeżyj.


Nieco wcześniej, niedaleko koła polarnego

Kiedy Hogwart pogrążał się w świątecznej gorączce, pewien chłopiec szedł przez zamarzniętą ziemię Islandii. Wirujące płatki śniegu osiadały na jego futrzanym kapturze, który szczelnie opatulał głowę wędrowca, a pod nogami chrzęściła cienka warstwa świeżego puchu. W oddali majaczyły zarysy wysokich i stromych gór, gdzie zalegały grube warstwy białego i ciężkiego śniegu.

Chłopiec spojrzał w niebo i zmrużył oczy. Słońce odbijające promienie na wszechogarniającej oblodzonej powierzchni i każdym płatku śniegu, raziło zewsząd niemiłosiernie. W trzeci dzień wędrówki, nastolatka nogi bolały tak bardzo, że zdawały się lada chwila odmówić postawienia kolejnego kroku do celu.

Ale nie mógł się zatrzymać. Był już blisko, czuł to. Musiał być. Na tym lodowym pustkowiu nikt nie mógł się teleportować. Zamarzał na kość, był głodny i bardzo zmęczony. Westchnął ciężko i sięgnął ręką do plecaka spoczywającego na plecach, skąd wyjął tabletkę i wziął do ust – na języku poczuł przyjemny aromat ziół, które załagodziły ból w spierzchniętym gardle. Oblizał popękane usta i spojrzał przed siebie. Wszędzie tylko śnieg, śnieg i śnieg. Tylko raz spotkał inną żywą istotę – renifera wygrzebującego ze śniegu resztki jakiegoś roślinnego pokarmu, nie było jednak z niego żadnego pożytku, więc chłopiec minął go i ruszył dalej.

Kiedy zaczął się zastanawiać nad znalezieniem sobie jakiejś jaskini,w której mógłby przenocować, zaszła pewna zmiana – na niebie kluczyło bardzo liczne stado ptaków, które swoją czernią przecinały kolorowe smugi nieba w kolorze zachodzącego słońca. Nastolatek przystanął i zapatrzył się na ich taniec, w którym układały się w przeróżne formy i kształty tak, że myślał iż próbują przedstawić mu jakąś konkretną treść. W pewnym momencie zdarzyło się jednak coś niespodziewanego – kiedy całe stado leciało prosto w kierunku zachodu, nagle skręciło w prawo, zbierając się w jedną poplątaną chmarę – ptaki wyraźnie były nieco zdezorientowane, ale ominąwszy niewidzialną przeszkodę poleciały dalej w kierunku zachodzącego słońca, zapewne udając się na nocny spoczynek.

Chłopiec uśmiechnął się pod nosem, kiedy zrozumiał, co właśnie zaszło. Nie sądził, że znajdzie ich tak łatwo. Chociaż z drugiej strony, może nie powinno go to dziwić. W szkole też byli niedorajdami.

Potter i Weasley zdecydowanie powinni popracować nad zaklęciami maskującymi.