Shauee Altman: Ja też tak myślę – Obliviate wydawało mi się jedynym rozsądnym wyjściem, kiedy czytałam ten rozdział. Dziękuję za życzenia weny – nie wiem dlaczego, ale im dłużej tłumaczę to opowiadanie, tym więcej jej mam (gdyby tak było zawsze, ech...)! :)
Miłej lektury!
11. Oczekiwanie
Koce. Ciepło. Cisza. Blade światło świtu na jego powiekach.
Rey uśmiechnął się; uwielbiał budzić się w domu.
Czy Diana już wstała? Czy nuciła pod nosem szykując stół do śniadania? Czy czekał już na niego kolejny pyszny przyrządzony przez nią posiłek? A może zaraz obudzi ich oboje wizyta niecierpliwego Remusa, który jak zwykle wdrapie się na łóżko i zacznie skakać między nimi wesoło z uśmiechem chochlika na ustach, aż sen odejdzie w niepamięć?
Rey delikatnie wyciągnął w bok lewą rękę szukając swojej żony, ale natrafił tylko na szorstkie prześcieradło wciśnięte głęboko pod brzeg materaca.
Co do...?
Nagle zorientował się, że całe jego ciało jest obolałe: lewa noga pulsowała, żebra paliły przy każdym zaczerpniętym oddechu, ramię szczypało ostro, a pod czaszką rozlegał się rytmiczny łomot. Jego umysł zaczęła zalewać fala wspomnień. Pościg. Hel. Zakrwawiony Bevan. Jego śpiący synek. Jego uśmiechająca się żona. Ryk ognia w kominku. Greyback. Tyr. Pogrzebacz. Las. Wilk. Szpital. Obliviate.
Remus.
Rey ocknął się w mgnieniu oka.
Silna ręka ujęła jego ramię i zmusiła do ponownego opadnięcia na poduszki. Przed jego oczami pojawiła się blada twarz Diany otoczona ciemnymi lokami; uśmiech, który mu posłała, był bardzo nieprzekonujący.
- Połóż się - szepnęła. - Jesteś ciężko ranny i zupełnie wykończony; straciłeś tyle krwi, że według uzdrowicielki Jarvin to cud, że nie zemdlałeś wcześniej.
- Remus - Rey nie chciał dłużej czekać; przez zasłony zakrywające wysokie okno w drugim końcu sali wpadał już do środka szary blask świtu – na pewno było już wiadomo... - Co się stało? Czy on...
Twarz Diany zachmurzyła się nieco.
- Jeszcze się nie obudził; Jarvin na wszelki wypadek wzmocniła zaklęcie usypiające eliksirem nasennym - jej oczy wypełnił ból. Rey żałował, że to ewidentne cierpienie nie może być jedynie wytworem jego wyobraźni. - Za jakąś godzinę będziemy wiedzieć - spojrzała na łóżko stojące po lewej stronie męża i Rey podążył za jej wzrokiem.
Kilka metrów dalej na wielkim, szpitalnym łóżku leżała mała, skulona figurka. Chłopiec był już czysty – brud, kurz i krew zmyto z jego ciała, a podartą, wilgotną od potu piżamę zastąpiono prostym, szpitalnym ubraniem. Jego brązowe włosy, tonące w puchowej poduszce, spoczywały na czole w idealnym porządku, zapewne od ciągłego głaskania, którym – jak podejrzewał Rey – całą noc obdarzała go delikatna ręka matki. Skóra dziecka była blada, zbyt blada, a twarz zastygła w wyrazie kompletnego spokoju; oczy były zamknięte.
- Chcieli go umieścić w osobnym pokoju - kontynuowała Diana tym samym, łagodnym tonem. - Ukryć przed ludźmi w razie, gdyby... Ale wtedy zapytałam ich – jak mam dokonać wyboru między siedzeniem u boku męża lub syna? Jarvin postarała się więc, by przygotowano dla was tę małą salę; dzięki temu mogłam czuwać nad wami obydwoma.
Biedna Diana... To musiała być dla niej straszliwie ciężka noc; rozbito jej szczęśliwy dom; jej ukochany syn został porwany, ugryziony przez wilkołaka i teraz walczył o zachowanie ludzkiego umysłu, a jej mąż stracił przytomność z wyczerpania i zostawił ją samą z całą tą sytuacją! Niczym sobie nie zasłużyła na taki los. Niczym.
Rey wyciągnął spod koca swoje obolałe ramiona i ignorując pełne oburzenia sapnięcie żony, podciągnął się na łóżku, objął ją i przytulił do siebie. Diana natychmiast wybuchnęła płaczem i dopiero po dziesięciu czy piętnastu minutach jej szloch zaczął cichnąć. Rey nawet na moment nie poluzował swojego uścisku; oparł głowę żony na swoim ramieniu i pozwolił jej wyrzucić z siebie całą rozpacz. Własne łzy powstrzymywał tylko dlatego, że chciał być oparciem dla Diany, która musiała trzymać się jakoś, kiedy był nieprzytomny; zasłużyła na chwilę słabości i teraz nadeszła jego kolej, by ją wesprzeć.
W końcu Diana wylała z siebie wszystkie łzy. Ukryła wciąż wilgotną twarz w zagłębieniu jego szyi, a Rey gładził ją po plecach zataczając dłonią małe, uspokajające kręgi. Czuł jej oddech na wilgotnym od łez ramieniu.
- Przepraszam - wymamrotała po jakimś czasie. - Myślałam, że jestem silniejsza.
Rey zamknął oczy i wzmocnił swój uścisk.
- Nie pleć bzdur; to, co się wydarzyło, załamałoby każdego! Myślę, że zasłużyłaś sobie na odrobinę płaczu.
W sali rozległo się stłumione, słabe parsknięcie.
- Nazywasz to odrobiną płaczu? Cały ty – Reynard Lupin, mistrz niedomówień!
Kiedy Diana rzuciła tę ironiczną uwagę świat na jeden, krótki moment znów nabrał pozorów normalności; pozory zniknęły jednak tak szybko, jak się pojawiły, i pozostała jedynie kompletnie nienormalna rzeczywistość. Powoli, głaszcząc jedwabistymi włosami szyję i policzek Reya, jego żona odsunęła się, delikatnie dotknęła placami jego ramion i bez słowa zetknęła ich czoła ze sobą.
- Rey - zaczęła cicho; w jej oczach krył się głęboki niepokój i pełen rozpaczy strach. - Myślałam... myślałam przez całą noc, nie robiłam nic innego...! I nie mogę się nie zastanawiać... Nie mogę się oszukiwać... - westchnęła ciężko. Jej palce mocniej ścisnęły ręce męża, a wzrok powędrował w dół i zaczął ślizgać się po szpitalnych prześcieradłach, byle tylko uniknąć spojrzenia Reya. - Nawet jeśli Remus wciąż będzie... Nawet jeśli wciąż będzie sobą, kiedy się obudzi... - przygryzła wargę i znów się zawahała próbując ubrać w słowa coś, czego lękali się oboje. - Cokolwiek się stanie, kiedy Remus się obudzi, nic nie zmieni faktu, że od tej pory będzie... Rey, nasz syn został ugryziony; nasz syn jest... jest...
- Wilkołakiem - Rey również opuścił wzrok i z trudem zachował spokój widząc na twarzy Diany te same emocje, które kotłowały się w jego własnym sercu. - Wiem.
Gdyby nie to, że wypłakała już wszystkie łzy, Rey był pewien, że Diana znów wybuchnęłaby płaczem, ale teraz jej ból widoczny był już tylko w ściągniętych cierpieniem rysach twarzy.
- Wszystko już zaplanowane - Diana niemal zaciskała zęby starając się myśleć o formalnościach mimo targających nią gwałtownych emocji. - Trzeba go będzie zarejestrować, rzecz jasna. Przez moment martwiłam się, czy jego... przemianę... w szpitalu też trzeba będzie zgłosić, ale Jarvin zapewniła, że jeśli my nikomu o tym nie wspomnimy, to personel szpitala tym bardziej; Ministerstwo nie ma litości dla wilkołaków, które... A Jarvin powiedziała, że nie ma serca skazywać na taki los niewinnego dziecka, jeśli tylko można tego uniknąć - uśmiechnęła się boleśnie. - To dobra kobieta.
Rey skinął głową w milczeniu i potarł czołem o loki swojej żony. Nie ufał swojemu głosowi na tyle, by się odezwać.
- A potem będziemy musieli pomyśleć, co będzie, jak zabierzemy go do domu - Diana drążyła temat z zacięciem kogoś, kto musi wyrzucić z siebie słowa, zanim przez nie eksploduje. - Pomyślałam sobie, że możemy wynieść z piwniczki wszystkie moje składniki do eliksirów i pozwolić mu... pozwolić, by to się działo właśnie tam; mury są grube, okno położone wysoko i zbyt małe, by się przez nie przecisnąć, a drzwi możemy bez problemu wzmocnić zaklęciami. Mogę przenieść swoje rzeczy do schowka pod schodami, a zestaw do sprzątania przełoży się do tej starej skrzyni stojącej w holu. Najpierw chciałam zaproponować przybudówkę, ale potem uświadomiłam sobie, jak silne potrafią być wilkołaki; to mogłoby być rozwiązanie, dopóki Remus jest mały, ale kiedy zacznie dorastać, będzie potrzebował mocniejszego zabezpieczenia. Pomysł z piwniczką wydaje się najlepszy, nie sądzisz, kochanie?
Bardzo starała się ukryć drżenie w swoim głosie; próbowała rozmawiać o praktycznych aspektach nowego stanu ich syna, jakby to był jeden ze zwykłych, domowych problemów. Rey znał Dianę na tyle dobrze, że wiedział, iż był to dla niej jedyny sposób, by przetrwać długą, samotną noc i nie zwariować; szukała jakiegoś – jakiegokolwiek – sposobu, by zmienić tę sytuację na nieco lepszą, by ją załagodzić, by sprawić, że przygnębiająca wizja ich zniszczonej przyszłości choć trochę się rozjaśni. Potrzebowała problemu, którym mogłaby się zająć, czegoś, co zajęłoby jej myśli i odciągnęło je od najważniejszej kwestii – wybrała więc planowanie zmian w Zimowej Dolinie. Rey z całego serca pragnął, by to wszystko było tak proste. Jego syn był wilkołakiem; sama myśl o tym przyprawiała go o mdlący skurcz żołądka. Odkąd tylko pamiętał, słowo „wilkołak" kojarzyło mu się z gniewem, nienawiścią, goryczą i zdradą – bez względu na to, czy te uczucia były usprawiedliwione, czy nie, nie potrafił ich tak po prostu od siebie odsunąć. Z drugiej jednak strony były też dokładnym przeciwieństwem tego, co zawsze czuł do Remusa, małego chłopca, który wniósł w jego życie jedynie radość. Myśl o wymieszaniu się tych dwóch skrajnych gam uczuć była przerażająca. Choć Rey wiedział, że jego miłość do syna będzie zawsze przeważać nad wszelkimi jego wadami jako wilkołaka, potrzebował czasu, by się przyzwyczaić do tej nowej sytuacji – równie dobrze mógł zacząć od myśli o zmianach w Zimowej Dolinie.
Nagle w jego głowie rozległ się złośliwy głos ironii; choć zmiany w umeblowaniu domu konieczne, by umieścić w nim syna-wilkołaka, były swego rodzaju pozytywnym aspektem całej sytuacji, to nie zmieniało to faktu, że ich życie straszliwie się zmieni, i to bynajmniej nie na lepsze – a to i tak był jeszcze optymistyczny scenariusz; pesymistyczny natomiast...
Diana jakby wyczuwała jego myśli; cała noc rozmyślań dała jej czas na przeanalizowanie wszystkich możliwości.
- Ale... - tym razem nie udało jej się powstrzymać drżenia głosu, choć pomijając je świetnie nad sobą panowała. - Najbliższa pełnia – pierwsza przemiana – będzie trudna; Remus jest jeszcze zbyt młody, by mu to wyjaśnić, a poza tym nie będzie pamiętał ugryzienia. Nie mamy też gwarancji – nawet, jeśli uda mu się wytworzyć barierę... Nie wiadomo, czy wytrzyma kolejny napór wilka; a jeśli jego umysł się cofnie... Już nic nie da się zrobić, nie będzie więcej wspomnień do wymazania – a to wszystko i tak pod warunkiem, że teraz ci się udało - spojrzała mężowi w oczy. - Rey, co jeśli go stracimy? Jeśli wilk wygra? Co wtedy zrobimy?
Rey przełknął ciężko.
- Zrobimy to, co dla niego najlepsze; pozwolimy... pozwolimy mu odejść.
Diana przymknęła oczy powstrzymując łzy, które i tak nie chciały już płynąć.
- Wiem. Chciałam tylko usłyszeć to od ciebie.
Kolejna godzina ciągnęła się boleśnie długo. Diana kręciła się niespokojnie między łóżkami swojego poddenerwowanego męża i nieprzytomnego syna, czasem siadała na krześle, potem wstawała i spacerowała po pustym korytarzu, ale za każdym razem niemal natychmiast znów wracała do swojej rodziny. Rey czuł, że gdyby nie jego obrażenia, sam również chodziłby po ścianach z napięcia; był niemal wdzięczny za szpitalną pościel, która była tak sztywna, że prawie przywiązywała go do łóżka.
Jakieś dwadzieścia minut po odzyskaniu przytomności przez Reya pojawiła się uzdrowiciela Jarvin, która dokładnie go zbadała, sprawdziła puls i bandaże, a następnie podała sporą ilość eliksirów i rzuciła kilka zaklęć. Kiedy skończyła, usiadła z westchnieniem na brzegu jego łóżka i niechętnie poinformowała go, że stan jego lewej nogi nie jest dobry; leczenie rozpoczęto dość późno po zadaniu rany, ale nawet mimo to rana była bardzo głęboka – zostały zniszczone mięśnie, nerwy i ścięgna; przeszkodą w leczeniu jest również tkanka bliznowata, której nie można usunąć ze względu na zatrucie, jakim charakteryzują się rany zadawane przez wilkołaki. Krótko mówiąc, szansa na to, że Rey kiedykolwiek jeszcze będzie mógł w pełni używać lewej nogi, była niewielka – a właściwie żadna.
Mężczyzna przyjął tę wiadomość ze stoickim spokojem; był już zbyt zobojętniały, by przejąć się nią tak, jak powinien.
Jarvin zbadała również Remusa. Powiedziała, że jego fizyczne obrażenia goiły się szybko i bez zakażeń, ale na reakcje psychiczne trzeba będzie poczekać, aż się obudzi, co nastąpi najprawdopodobniej w ciągu godziny, stwierdziła. Zatrzymała się nad łóżkiem, by na wszelki wypadek unieruchomić ręce i nogi chłopca zaklęciem, i poprosiła Lupinów, by zawołali ją, jak tylko Remus się obudzi.
Kiedy wyszła, Rey chwycił swoją różdżkę ze stojącej obok szafki nocnej i zaczarował swoje łóżko tak, by przelewitowało i stanęło obok łóżka jego synka; nie chciał być daleko od niego w tak ważnym momencie. Diana uratowała swoje krzesło, zanim przemeblowanie Reya zdążyło je zgnieść, usiadła po drugiej stronie i delikatnie chwyciła dziecko za rękę. Minęło niecałe dziesięć minut, gdy w drzwiach pojawiła się nieco utykająca, ale ogólnie nieuszkodzona postać Alastora Moody'ego. Zawahał się niepewnie, ale gdy Rey skinął mu głową, wszedł do środka i podszedł do nich; jego oczy natychmiast spoczęły na nieruchomej figurce Remusa.
- Przemienił się? - zapytał miękko. Rey spojrzał w jego ciemne, pełne współczucia oczy.
- Będziemy wiedzieć, kiedy się obudzi.
- Rozumiem - Moody wiedział, kiedy porzucić bolesny temat. - No cóż, przychodzę tu jako posłaniec; mam dla was dobre i złe wieści.
- Tak?
Auror chrząknął, przysunął sobie krzesło i usiadł obok Diany.
- Złe wieści są takie, że Fenrir Oby-Go-Piekło-Pochłonęło Greyback najprawdopodobniej nam uciekł.
Rey poczuł w żołądku lodowaty chłód. Greyback uciekł; jego obłąkany siostrzeniec, mężczyzna, potwór, który zniszczył przyszłość jego syna i najprawdopodobniej jego zdrowie psychiczne, wciąż był na wolności – a skoro jego zemsta została tak nieuprzejmie przerwana, kto wie, czy nie postanowi wrócić, by ją dokończyć...? Rey spojrzał na Moody'ego zimnym, ostrym wzrokiem.
- Powiedz mi, jaka może być w tych okolicznościach dobra wiadomość.
Auror skrzywił się nieco słysząc jego ton i westchnął.
- Cóż, dobra wiadomość jest taka, że najprawdopodobniej opuścił kraj.
Rey i Diana spojrzeli na niego szeroko otwartymi oczami.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytał Lupin z niedowierzaniem. Moody znów się skrzywił.
- Ponieważ jakąś godzinę temu nagi, poobijany, zakrwawiony mężczyzna odpowiadający rysopisowi Fenrira Greybacka wyskoczył z kominka na Międzynarodowym Terminalu Sieci Fiuu, zabił dwóch pracowników i przedostał się na kontynent. Ponownie pojawił się w wiejskim domu niedaleko Zagrzebia – to najdalszy trop, który udało nam się wyśledzić; podejrzewamy, że tuż po zachodzie księżyca włamał się do czarodziejskiej chaty po drugiej stronie wzgórza, przy którym mieszkacie, i użył tamtejszego kominka, tak jak to zrobił u Bevanów. Udało nam się jednak coś osiągnąć – porozmawiałem o tej sprawie z ludźmi z Regulacji Sieci Fiuu i zgodzili się oznakować ślad Greybacka. Jeśli spróbuje teraz wrócić do Anglii za pomocą sieci Fiuu albo użyje jakiegokolwiek krajowego połączenia, kominek, z którego będzie korzystał, eksploduje. Koniec zakradania się i ataków! - uśmiechnął się z satysfakcją. - Wiemy, że nie potrafi ani się aportować, ani sporządzać światoklików; nie otrzymał żadnego oficjalnego czarodziejskiego treningu, a jeśli posiada jakiekolwiek zdolności magiczne, to są po pierwsze słabe, a po drugie niezdyscyplinowane. Jeśli będzie chciał tu wrócić, czeka go niezły spacer.
- Myślisz, że będzie chciał? - ton Diany zdradził jej zdenerwowanie, podobnie jak to, że mocniej ścisnęła rączkę Remusa. - Wrócić tutaj?
Moody pokręcił głową.
- Wątpię. Kiedy go ścigaliśmy, dość wyraźnie daliśmy mu do zrozumienia, że jedyne, czego może się spodziewać po powrocie do kraju, to porządna sesja tortur i powolna egzekucja. Aurorzy źle znoszą tych, którzy atakują niewinne dzieci i mordują ich towarzyszy. Jego opis jest bardzo szczegółowy. Miejmy nadzieje, że Greyback okaże odrobinę rozsądku, znajdzie sobie w Europie jakąś cichą, przyjemną dziurę, zaszyje się w niej i zdechnie.
Rey spróbował się uśmiechnąć, ale podejrzewał, że wyszedł mu z tego raczej grymas.
- Dziękuję ci, Alastorze. Za wszystko.
Moody skinął głową i z trudem podniósł się na nogi.
- Nie dziękuj mi - westchnął i znów spojrzał w oczy przyjaciela. - Muszę już iść - zawahał się przez moment. - Twój chłopaczek jest silny, Rey. Da sobie radę. Diano...
- Alastorze - odpowiedziała kobieta oszczędzając Rey'owi kłopotu szukania dodatkowych słów. Auror rzucił im ostatni półuśmiech i opuścił salę. Oczekiwanie rozpoczęło się na nowo.
Diana zauważyła to jako pierwsza; Rey odpłynął nieco – jego głowa opadała na poduszki, a powieki zamykały się co chwila, gdy wyczerpanie spowodowane wydarzeniami kilku ostatnich dni w końcu dawało o sobie znać. Ciche sapnięcie żony przywróciło mu jednak przytomność. Diana wpatrywała się w małą rączkę, którą ściskała teraz z zaskoczeniem i odrobiną lęku; na jej twarzy odbijała się mieszanina nadziei i strachu.
- Poruszył się! - sapnęła otwierając szeroko oczy. - Rey, on się poruszył! Jego ręka drgnęła!
Rey podniósł się na łokciach i ignorując ból, który przeszył jego żebra i ramię, wyciągnął różdżkę spod poduszki, po czym pochylił się nad brzegiem łóżka syna. Chwilę później wiedział już, że Diana się nie myliła – Remus obrócił głowę, a jego ręce i nogi, skrępowane niewidzialnymi pasami, naprężyły się. Chłopiec budził się... ale kogo – lub co – ujrzą, kiedy otworzy oczy?
Jego powieki zadrgały. Diana wpatrywała się w swoje jedyne dziecko z niespokojną, desperacką nadzieją; Rey jedną ręką chwycił mocno brzeg łóżka, a drugą zacisnął na różdżce – choć z całego serca życzył sobie szczęśliwego zakończenia, nie mógł ryzykować.
Bądź Remusem. Bądź Remusem. Bądź Remusem. Błagam.
Oczy dziecka otworzyły się; nie było w nich nawet śladu złota.
- Mamusiu? - ciszę przeciął senny, wyraźnie zdezorientowany głosik. - Tatusiu?
Przez moment ani Rey, ani Diana nie byli w stanie się poruszyć; z trudem oddychali. Po tym wszystkim, co się stało, prawie nie mieli odwagi żywić nadziei... Czy to mogła być prawda?
Remus przyglądał się niepewnie nieznanemu otoczeniu; nagle jego buzia wykrzywiła się z bólu, a podbródek zaczął drżeć.
- Boli - wymamrotał tonem jeszcze nie do końca przytomnym, ale już nieszczęśliwym. - I czuję się jakoś tak śmiesznie.
Instynkt macierzyński przeważył nad szokiem; Diana wydała pełen płaczliwej ulgi okrzyk, zlikwidowała machnięciem różdżki zaklęcie Jarvin, pochyliła się, chwyciła synka w ramiona i pogładziła po włosach tuląc mocno do siebie. Niepewność na buzi Remusa zniknęła w znajomych objęciach matki i chłopiec z pojedynczym chlipnięciem przylgnął do jej piersi; chociaż rana po ugryzieniu ewidentnie bolała go trochę i miał dopiero przekonać się, jak bardzo niewinnie określone śmieszne uczucie zmieni jego życie, zdobył się nawet na mały uśmiech.
Rey patrzył na nich, po prostu wpatrywał się w obraz, którego tak bardzo obawiał się, że nie ujrzy nigdy więcej – jego mały chłopiec tulił się ufnie do swojej matki. Mężczyzna wyciągnął rękę i delikatnie pogładził nią ramię dziecka.
Udało mu się. Wygrał. Mój mały chłopaczek wygrał!
Wszystko będzie dobrze.
Był tego pewien. Och, przyszłość, która się przed nimi rysowała, oczywiście wciąż zapowiadała się na trudną – nadal musieli stawić czoła kłopotom, jakie ściągnął na nich Greyback. Czekało ich wiele wyzwań, a jasne i proste życie, o jakim marzył dla swojego syna, przepadło wraz z jednym kłapnięciem wilczych szczęk. Poza tym wciąż nie było wiadomo, co wydarzy się podczas najbliższej pełni.
Ale wciąż byli razem; wciąż byli rodziną i mieli siebie nawzajem. Uda im się pokonać wszelkie wyzwania. Wszystko będzie dobrze – z Remusem również.
Był tego pewien.
