Dokładnie w tym momencie Harry, znużony już przemierzaniem korytarzy w poszukiwaniu Severusa Snape'a, poczuł ciążenie idące wprost od pęcherza moczowego. Wszystkie łazienki, które mijał, były jak na złość zamknięte. Nie patyczkując się dłużej, wyskoczył przez okno na parterze i trafił na parking.

Zszedł na bok i schował się za drzewkiem bonsai, rozpiął rozporek i czuł jak ciepły mocz ogrzewa jego cewkę moczową. Po takich przeżyciach moment ulgi jest całkowicie zasłużony. Charakterystyczna strużka zdawała się żłobić w betonie dziurę. Harry przesunął strumień i zaczął nim naprawdę żłobić dziurę, ale już w glebie. Pokiwał nim trochę na boki. – Żłobię koryto dla świń – pomyślał.

Ten teren mu się znudził, doszedł do wniosku więc, że podleje drzewko, które dźga go zaczepnie gałązkami.

– Czas na tortury... – powiedział mściwe do drzewka.

Strumień jednak nie trafił, jak Harry przypuszczał, na delikatne listki drzewka, by poddać je torturom. Trafił na czyjeś stopy. Stopy nie należały do człowieka. To znowu ta istota. Harry całkowicie już zrelaksowany spojrzał do góry na istotę. Miarowy odgłos strużki wytworzył przyjemny, mistyczny nastrój. Istota znów położyła głowę na barku i z ciekawością patrzyła na Harry'ego.

– Nie zabiłeś.