Rozdział 11 — Perypetii uczuciowych ciąg dalszy
„Mógłbyś przyjść, uratować mnie i spróbować przegonić szaleństwo z mojej głowy. Nie chcę być wyspą. Chcę jedynie poczuć, że żyję i zobaczyć twoją twarz jeszcze raz. Jeszcze raz. Tylko moje echo, mój cień. Jesteście jedynymi przyjaciółmi, jakich mam." – Jason Walker
Duża Sala, w której Slughorn wyprawiał swoje przyjęcie, wyglądała wyjątkowo ładnie. Z sufitu zwisały pajęczyny i inne okropieństwa, a wokół ludzi lewitowały wydrążone dynie. Napoje, które stały poustawiane na stołach miały krwistoczerwoną barwę. Jedzenie z kolei, mimo że wyglądało upiornie to pachniało i smakowało wyśmienicie. W pewnym momencie przeprosiłam się nawet z lukrowymi palcami, wyglądającymi jak prawdziwe, świeżo odcięte, ludzki kończyny. Szerokim łukiem omijałam natomiast chmary żywych nietoperzy, które uparcie latały w kilku miejscach.
Moim początkowym zamiarem było wtopienie się w tłum i odbębnienie swojej roli, tak, żeby nie urazić Mistrza Eliksirów, jednak mężczyzna miał zupełnie inne plany i już po chwili od wejścia zostałam przedstawiona Gryzeldzie Marchbanks z Czarodziejskiej Komisji Egzaminacyjnej.
— Moja droga Gryzeldo, pozwól, że przedstawię ci pannę Evans — powiedział Horacy, kładąc mi dłoń na ramieniu.
Surowe spojrzenie kobiety sprawiło, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię, podobnie jak wtedy, gdy kobieta przeprowadzała mój egzamin na SUM-ach.
— Panna Evans, tak? — zapytała i przyjrzała mi się znad okularów. — Ach tak, pamiętam. Nieprzeciętne umiejętności w dziedzinie zaklęć, transmutacji i eliksirów, takich wyników się nie zapomina. Merlin świadkiem, że gdybyśmy mieli więcej takich osób, jak ty, młoda damo, to nie mielibyśmy takich problemów w Ministerstwie.
— Problemów, proszę pani? — rzekłam z zaskoczeniem.
— Och tak, już od dłuższego czasu mamy problemy z jakimś ugrupowaniem. Robimy co w naszej mocy, by wszystko opanować, ale przy niekompetencji naszego obecnego Ministra...
Kobieta urwała, jakby nie chcąc powiedzieć zbyt wiele, jednak wyraz dezaprobaty na jej twarzy mówił wszystko. Profesor odchrząknął z zakłopotaniem, jednak coś w jego oczach mówiło, że on i pani Marchbanks wiedzą o tej sprawie dużo więcej.
— Moja droga panno Evans, jestem pewien, że z przyjemnością poznasz Bathildę Bagshot. Ja i Gryzelda nie będziemy cię dłużej zanudzać polityką, jeszcze za wcześnie, by psuć twoje pojęcie świata. — Zaśmiał się z własnego żartu i popchnął mnie w stronę kobiety, którą rozpoznałam jako panią Bagshot, autorkę wielu książek historycznych, w których się lubowałam.
Staruszka uśmiechnęła się dobrotliwie na mój widok i pokiwała zachęcająco dłonią. Nie myśląc wiele, podeszłam do niej, siląc się na uśmiech. Kątem oka jednak wciąż obserwowałam Jamesa, który szczerzył się wesoło do jakiejś ślicznej szatynki.
— Lily Evans — powiedziałam, po czym podałam kobiecie rękę. — Jestem ogromną fanką pani książek. Tak niesamowicie opisuje pani w nich przeszłość.
— Och, Horacy opowiadał mi o tobie, skarbie. I wspominał o niebywałym takcie. Niemniej ciężko mi jest uwierzyć, że dziewczyna w twoim wieku może widzieć coś ciekawego w książkach o historii.
Zarumieniłam się lekko i spuściłam wzrok, zdając sobie sprawę, że, faktycznie, żadna inna dziewczyna z mojego roku nie uważałaby tych książek za warte uwagi. I zapewne w ogóle nie miałyby pojęcia, kim jest moja rozmówczyni. Ale może to właśnie taką dziewczyną trzeba być, by zdobyć uwagę Jamesa Pottera. Raczej niemyślącą, za to z pięknym uśmiechem i bogatymi rodzicami. Mimowolnie spojrzałam w stronę Jasmin MacDonald, która stała zdecydowanie zbyt blisko bruneta, by można ich było uznać za parę przyjaciół.
— Nie ma w tym nic złego, złotko — powiedziała, łapiąc mnie delikatnie za podbródek. — To po prostu dość niespotykane. Ale dość o tym. Powiedz mi lepiej, jak się bawisz? — Uśmiechnęła się, unosząc kieliszek z winem do ust.
— Profesor Slughorn organizuje wspaniałe przyjęcia — wyrecytowałam tę sama formułkę, co zawsze przy takich pytaniach.
— Och, nie, nie. Pytam, jak ty się bawisz.
Westchnęłam i spojrzałam prosto w niebieskie, stare oczy pani Bagshot, mając wrażenie, że przewiercają mnie one na wylot. Dziwne, że tylko starzy ludzie potrafili patrzeć w ten sposób i nie dawali się nabrać na sztuczne uśmiechy i wymuszone grzeczności.
— Chodzi o mężczyznę, prawda? — zapytała, a na jej twarzy pojawił się leciutki, smutny uśmiech. — Tylko mężczyzna potrafi wywołać w oczach kobiety tak wielki smutek.
Pokręciłam szybko głową.
— Nie jestem smutna. To po prostu... Potrzebuję trochę czasu w samotności, ale nie chce urazić profesora. Zawsze bardzo się stara, organizując dla nas te przyjęcia, daje nam szanse poznać wielu ważnych ludzi. Mam kiepski dzień, ale nie chcę go popsuć innym.
— Gdy byłam w twoim wieku moja mama lubiła mawiać, że najpierw powinno się troszczyć o świat, dopiero potem o siebie. Ja z kolei kompletnie się z tym nie zgadzam. Jeśli nie czujesz się na siłach, by tu być, to nie powinnaś się do niczego zmuszać.
— Ja... — zaczęłam, lecz przerwał mi radosny głos profesora Dumbledore'a, który podszedł do nas nie wiadomo kiedy.
— Bathildo, moja droga! Świetnie wyglądasz!
Wyczuwając, że moja rozmowa z panią Bagshot dobiegła końca, odeszłam w stronę stołu z przekąskami. Czułam się dziwnie wyobcowana, choć raczej nie zdarzało mi się to wcześniej na takich przyjęciach. Tym razem jednak coś było inaczej i nie chodziło tylko o fakt, że najchętniej zwinęłabym się w kłębek, płacząc, aż do samego rana.
— Dobrze się bawisz, Królewno? — zapytał zrzędliwy głos zza moich pleców.
— Black! Ty dupku! — zawołałam z oburzeniem. — Przecież miało cię tu nie być!
— Ani słowa! To twoja wina! Ślimak złapał mnie, kiedy wracałem z tej twojej lekcji latania. Nawet nie chciał słyszeć o odmowie.
Mimowolnie się uśmiechnęłam, ani trochę nie biorąc sobie do serca morderczego spojrzenia chłopaka.
— A co z rozmową ze mną? Jest tu sporo ludzi, chyba nie powinieneś...
— Aktualnie jestem zbyt wkurzony, żeby się tym przejmować — przerwał mi.
— W takim razie równie dobrze możesz ze mną zatańczyć. Jeszcze nigdy nie tańczyłam wolnego z chłopakiem. No chodź!
— Nie ma mowy — odparł z kpiącym spojrzeniem.
— Niby czemu? Nie umiesz tańczyć?
Prychnął.
— Zacząłem brać lekcje tańca w wieku sześciu lat. W czarodziejskich rodzinach hańbą jest nie umieć tańczyć.
— No widzisz, więc zatańczysz ze mną.
Nie robiąc sobie nic z jego protestów, pociągnęłam Blacka w kierunku parkietu i czy chłopak tego chciał, czy też nie, po chwili dołączyliśmy do licznego grona tańczących ludzi.
— Co kobiety widzą w kołysaniu się jak nienormalni do muzyki? — zapytał z irytacją w głosie.
— Widzę, że twój dobry humor jest na miejscu, Regi — powiedziałam i wyszczerzyłam zęby, kiedy chłopak zaczął mordować mnie spojrzeniem.
— Nie. Zdrabniaj. Mojego. Imienia — wycedził przez zaciśnięte zęby.
— Mówił ci ktoś, że zbytnio się spinasz?
Uniósł brew, patrząc na mnie z ukosa.
— Może mam powody, by nie pałać radością — stwierdził z, typową dla siebie, złością w głosie.
— Każdy ma jakiś powód, żeby się wściekać i nienawidzić świata, a jednak nie każdy jest tak zgorzkniały jak ty. — Wzruszyłam lekko ramionami.
Chłopak zaśmiał się gorzko i popatrzył na mnie z politowaniem.
— Nie jestem zgorzkniały. Po prostu, kiedy się tak zachowuję, próbują się do mnie zbliżyć jedynie głupie małpy, bez grama instynktu przetrwania.
— Och, rozumiem — parsknęłam. — Więc to tylko taka maska, a w środku jesteś łagodnym barankiem, tak?
Ku mojemu zaskoczeniu, chłopak zaśmiał się, tym razem jednak głośno i szczerze, po czym, z czymś na kształt czułości, dotknął delikatnie mojego policzka.
— Nie zmieniaj się, Lily Evans — wyszeptał mi do ucha. — Nigdy się nie zmieniaj.
Nim zdążyłam zapytać, o czym, do diabła, mówi, piosenka dobiegła końca i chłopak zmył się jeszcze szybciej, niż się pojawił, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie i sercem, które rwało się w stronę pewnego, wyjątkowego bruneta.
Westchnęłam cicho i skierowałam się w kierunku wyjścia. Nie miałam głowy, do tłumaczenia profesorowi, dlaczego opuszczam wcześniej przyjęcie, więc poczułam coś w rodzaju ulgi, gdy po drodze nie wpadłam na mężczyznę. Mimo iż było już po ciszy nocnej, ruszyłam na błonia. Nie doszłam nawet do jeziora, a już zaczęłam żałować tej decyzji. Oprócz zwiewnej, cienkiej sukienki nic nie chroniło mnie przed październikowym mrozem, lecz nie zawróciłam. Jak jeszcze nigdy potrzebowałam samotności i przestrzeni tylko dla siebie.
Usiadłam na trawie, tuż przy brzegu jeziora i, nie przejmując się mrozem, przez który dosłownie drżałam, zdjęłam te piekielne obcasy. Zbyt zajęta udawaniem dobrego humoru, nie zauważyłam, iż buty obtarły mi stopy aż do krwi. Przejechałam dłonią po moich długich, rudych włosach, wcześniej ściągając z nich gumkę. Wiatr nie miał zamiaru umilić mi wieczoru, który i bez nabawienia się przeziębienia, był jednym, wielkim koszmarem.
Nim zdałam sobie sprawę, co się tak naprawdę dzieje, zaczęłam płakać rozpaczliwie, a wszelkie próby stłumienia szlochu szły na marne. Wydarzenia ostatnich miesięcy, cały ból, który próbowałam tłumić – nagle to wszystko uderzyło we mnie z całą mocą. Tęsknota za Dorianem, zdrada Alicji, słowa Marleny i James. James Piekielny Potter. Co ten chłopak ma takiego w sobie, że nie potrafiłam z niego zrezygnować, nawet będąc w zdrowym i szczęśliwym związku? I dlaczego nie umiem dać sobie z nim spokoju tak łatwo, jak on ze mną.
Zakochałam się w głupim, niedojrzałym szczeniaku i mam za swoje. Brunet nie miał w sobie nic, co ceniłam u mężczyzny, a jednak moje serce i tak przyspieszało, gdy tylko za bardzo się zbliżył. Na Merlina, miałam siedemnaście lat i przeżywałam nieszczęśliwą miłość z powodu idioty, którego jeszcze dwa lata temu, bez żadnych wątpliwości, nienawidziłam. Tylko ja mogłam zrobić coś tak głupiego. Odrzucałam go przez sześć lat i nagle, bum! Stało się! Oszalałam na jego punkcie. Poczułam do niego to, co do tamtej pory znałam tylko z książek. Gdyby tylko nie był tak niedojrzały i ślepy...
— Czystokrwisty dupek — mruknęłam, pociągając nosem i od razu poczułam się jeszcze gorzej.
Potterowi wiele można było zarzucić, ale nie fakt, że obnosi się ze swoją czystością krwi. Sama nie wiem, ile siedziałam nad jeziorem, nie potrafiąc się uspokoić, jednak w pewnym momencie poczułam na ciele zimne krople deszczu.
— Cudownie! Po prostu świetnie — syknęłam pod nosem, wzięłam buty w ręce i biegiem rzuciłam się w stronę zamku, mając nadzieję, że z powodu choroby nie wystawię Remusa w ostatniej chwili.
Na myśl o Lupinie coś ścisnęło mnie boleśnie w gardle. Jak Potter mógł myśleć, że ja i Remus... Przecież chłopak wyraźnie szaleje za Blackiem, tylko tylko, że obiekt jego uczuć jest największym gamoniem tego świata i tego nie widzi!
Kiedy James mówił mi o tym, co zrobili Alicja i Syriusz, cóż, byłam pewna, że to coś między nami zmieni. I przeliczyłam się, bo chłopak wydawał się zniesmaczony, a może raczej porządnie wkurzony całą sprawą, nie dostrzegając w tym grama romantyzmu. Zresztą wcale mu się nie dziwiłam. Też byłam zła. Zła, jak diabli, bo przy Dorianie nareszcie czułam, że mam szansę wyleczyć się z Jamesa. Jednak z jakiegoś powodu zabolało mnie, że Potter ani przez chwilę nie rozważył faktu, że ja i on... że to mogłoby się udać.
Merlinie, a mówią, że kobiety są skomplikowane! A spróbuj tu zrozumieć mężczyznę! Choćby takiego Regulusa, który nie szczędzi ci przykrych komentarzy, tylko po to, by później stwierdzić, że nawet cię lubi. A Potter?! Uganiał się za mną przez sześć lat tylko po to, by nagle odpuścić?
Wchodząc do dormitorium, skinęłam głową Marie, która jako jedyna jeszcze nie spała i rozwiązywała w łóżku jakieś obliczenia z numerologii. Następnie chwyciłam jakieś ubrania, udałam się do łazienki, po czym, bardzo dokładnie zamykając za sobą drzwi, opadłam na podłogę. Mimo iż biegłam dość szybko i tak byłam cała przemoczona, jednak ignorowanie chłodu przychodziło mi nadzwyczaj łatwo. Całą swoją uwagę skupiłam na powstrzymywaniu kolejnych łez.
Gorąca woda potrafiła zdziałać prawdziwe cuda, dzięki czemu, niecałe pół godziny później, leżałam w łóżku nieco bardziej spokojna i odprężona. Wyciągnęłam z szafki nocnej mój ulubiony tomik sztuk Szekspira i pogrążyłam się w lekturze, doskonale wiedząc, że tej nocy nie mam szansy na sen.
Zasnąć musiałam w godzinach porannych, a bez wątpienia zostałam obudzona o siedem minut po dwunastej, przez moją podekscytowaną przyjaciółkę.
— Śnieg! Lilka! Najprawdziwszy śnieg! Wstawaj i patrz!
Odpowiedziałam jej głośnym kichnięciem i naciągnięciem kołdry na głowę. Bal miał się zacząć o dziewiętnastej, więc nie miałam najmniejszego zamiaru wstawać przed osiemnastą, zwłaszcza, że moja głowa bolała, jakbym poprzedniego dnia spiła się do nieprzytomności. Oczywiście na zamiarach się skończyło, gdyż sekundę później poczułam na sobie czyjś ciężar...
— Dorcas, złaź, jeśli ci życie miłe! — syknęłam, jednak kołdra stłumiła mój głos i groźba wyszła wyjątkowo śmiesznie.
— Gdzieś ty się wczoraj szlajała? — zapytała z prawdziwą ciekawością w głosie, a ja niemal mogłam zobaczyć jej wredny uśmiech. — Byłaś z jakimś chłopakiem?
— Nie! Dorcas, mówię poważnie, odwal się. — Przewróciłam się na drugi bok, uprzednio, dość boleśnie, zrzucając z siebie Meadowes.
— Żadnych szczegółów?
Patrzyłam jak Potter obściskuje się z jakąś Krukonką, a potem skończyłam nad jeziorem, rycząc jak głupia do późnej nocy, bo nie potrafię sobie dać z nim spokoju, zadowolona?!
— Nic się nie wydarzyło, byłam na przyjęciu u Slughorna, pamiętasz? — rzekłam niezadowolona, czując, jak moje szanse na odrobinę snu coraz bardziej się oddalają.
— No cóż, tam się spić nie mogłaś, a wiesz dobrze, że teraz uratowałby cię tylko kac.
— Ja nie piję — odparłam stanowczo i w końcu wynurzyłam się spod kołdry. — Daj mi się przespać jeszcze chociaż godzinę, proszę — dodałam po chwili błagalnie.
— Nie ma opcji. — Pokręciła zdecydowanie głową. — Idę do łazienki, a kiedy wrócę, masz być na nogach!
Nie pozostało mi nic innego, jak jęknąć z rozpaczą. Ten dzień zapowiadał się wyjątkowo paskudnie, a szkolny bal niczego nie miał ułatwić.
