11. Sztuka pisania

Ingus podniósł kartkę, leżącą na ziemi. Rzucił na nią okiem i uśmiechnął się kpiąco.
- Luneth, nie zgubiłeś czegoś? - pomachał w kierunku kolegi. - Bo to bardzo w twoim stylu.
Luneth odwrócił się i spojrzał na świstek, rozpoznając go od razu.
- "Pszyjć pod dżewo" - Ingus odczytał ze złośliwym uśmieszkiem. - Wielce oryginalna pisownia.
- Oddawaj to! - speszony chłopak wyrwał mu papier.
- W trzech krótkich słowach zrobić trzy błędy to doprawdy niezwykłe osiągnięcie - natrząsał się jasnowłosy rycerz.
- Co cię to obchodzi - Luneth zaczerwienił się, zły na siebie, że zgubił kartkę i dał koledze broń do ręki.
- To dysortografia! - wtrącił się Arc, ze wzburzenia zapominając o własnej nieśmiałości. - To nie wina Lunetha!
- Dysortografia? Sądziłem, iż powiesz, że Luneth ma utylitarne i nowatorskie podejście do zasad pisowni - roześmiał się Ingus, spoglądając ironicznie na obydwóch przyjaciół. - Ale niech ci będzie, że to dysortografia.
Arc zamierzał kontynuować obronę kumpla, ale Ingus nie chciał więcej słuchać. Razem z Refią ruszyli naprzód. Desch, starając się nie roześmiać, popędził za nimi.
- Lun, chodźmy, bo będziemy musieli ich potem gonić.
- Masz rację, ruszajmy się.
Arc spojrzał na zgnębionego przyjaciela.
- Nie przejmuj się tą głupią kartką.
- Łatwo ci mówić. Wyszłem na tumana przed jaśniepanem - pożalił się Luneth.
Wyciągnął zmięty papier z kieszeni i przyjrzał mu się ze zbolałą miną.
- To ta wiadomość, co ci ją zostawiłem kiedyś w domu. Pewno zaplątała mi się gdzieś w plecaku. A co ja tu źle napisałem? - zapytał bezradnie. - Nie wiedziałem, że coś schrzaniłem, nic nie powiedziałeś.
- Zrozumiałem wiadomość - Arc uśmiechnął się pod nosem. - Czy to nie najważniejsze?
- No tak - pocieszył się Luneth.
- Po prostu masz utylitarne i nowatorskie podejście do zasad pisowni - zacytował z humorem Arc.
- Mądrala. Nie mam pojęcia, co to znaczy, więc możesz się nabijać ile wlezie - nadąsał się Luneth.
- To oznacza, że ważniejsze jest dla ciebie skuteczne zrozumienie przez odbiorcę treści informacji, a nie jej forma.
- Aha... To nie myślisz jednak, że mam tą orto... dyr... jak to było?
- Dysortografię.
- No właśnie. Dys.
- Nie wiem. Być może ją masz - uśmiechnął się pogodnie Arc. - Najważniejsze, że Ingus w to uwierzył.
- Ty spryciarzu! - rozbrojony Luneth objął go ramieniem i niechcący strącił mu nakrycie głowy. - Po prostu wymyśliłeś mi ładniejsze określenie na tumana.
- Nieprawda - bronił się Arc, podnosząc kapelusz. - Po pierwsze, wcale nie jesteś tumanem, a po drugie, naprawdę jest takie coś jak dysortografia.
- Wierzę ci - zapewnił Luneth, po czym dodał nieśmiało - ale nadal mi nie powiedziałeś, co źle napisałem...

Zdumiony Ingus obserwował Lunetha, który zachowywał się bardzo nietypowo jak na siebie. Do świątyni Nepto mieli jeszcze kawał drogi i musieli zatrzymać się na nocny postój w lesie. Luneth powinien więc szaleć po okolicznych zaroślach i przetrzebiać lokalną populację potworów, ewentualnie opowiadać Arcowi którąś ze swoich historyjek, no - w ostateczności kłócić się z Ingusem. Normalne Lunethowe zajęcia. Tymczasem dziarski kapitan usiadł sobie cichutko na uboczu, nie odzywając się do nikogo, po czym wyciągnął z kieszeni zmięte papierzyska i ...zaczął coś na nich pisać. Ingus zamrugał z niedowierzaniem. Po incydencie z kartką dałby głowę, że ten głąb był totalnym analfabetą. Niemniej jednak "głąb" usiłował coś napisać, choć widać było, że sprawia mu to spore trudności. Rycerz zasiadł przy płonącym ognisku i raz patrzył na piekące się na patyku mięso, a drugi raz - na kolegę. Po chwili dołączył do niego Desch, aktualnie nie mający nic do roboty.
- Jak idzie z pieczenią? - zainteresowała się Refia, klapnąwszy obok kolegów. - Jestem głodna jak stado wilków.
- Jeszcze kwadrans i powinna być gotowa.
- Świetnie. Co tu tak cicho? - zorientowała się nagle. - Gdzie Luneth?
Ingus wskazał jej podbródkiem miejsce, gdzie ulokował się przywódca ich małej drużyny.
- Pisze coś.
- Luneth?! Pisze...?! Ciekawe, co - zdumiała się.
- Nie wiem. Nie sądziłem, że on w ogóle umie pisać - stwierdził cierpko Ingus.
Srebrnowłosy chłopak nie zdawał sobie sprawy, że wzbudził takie zainteresowanie kolegów. Napisał coś, ale widocznie tekst nie spełnił jego oczekiwań, gdyż skreślił go energicznie i sfrustrowany przerwał na chwilę. Zerknął na Arca, który swoim zwyczajem oglądał tutejsze zielsko. Luneth napisał coś, znowu na niego zerknął, westchnął z udręką, ponownie coś zanotował. Mozolił się bardzo nad kartką, a wzrok co chwilę uciekał mu w kierunku przyjaciela, zupełnie jakby w jego osobie szukał natchnienia. Na bardzo długą chwilę zapatrzył się tęsknie na Arca. Wreszcie dopisał jeszcze parę słów, schował kartki do kieszeni i wstał. Wyglądał, jakby podjął jakąś ważną decyzję.
- Myślę, że to było całkiem oczywiste - zachichotała Refia. - Trudno nie zgadnąć, co i do kogo pisał.
Desch zrozumiał ją w mig.
- Ja to od początku wyczaiłem - pochwalił się z błyskiem w oku. - Oni ze sobą kręcą, mówię wam.
- To tylko wasze domysły – rycerz skrzywił się sceptycznie. - Poza tym po co Luneth miałby to robić? To niedorzeczne, pisać do kogoś, kto jest tuż obok. Przecież naturalniej jest porozmawiać.
- Oj, nic nie rozumiesz. Czasami łatwiej coś napisać niż to powiedzieć.
Zaciekawieni obserwatorzy gapili się na dwójkę przyjaciół. Nic nie słyszeli, chłopcy byli bowiem poza zasięgiem głosu. Luneth zagadnął o coś przyjaciela. Jego zwykła pewność siebie gdzieś zniknęła. Coś tłumaczył, zakłopotanym gestem wsuwając palce we włosy. Arc przyjął od niego plik kartek poskładanych na pół. Chciał je od razu przeczytać, ale Luneth powstrzymał go, łapiąc za rękę. Pokręcił przecząco głową, wskazując kciukiem na siedzących przy ognisku kolegów. Cała trójka momentalnie odwróciła wzrok, udając, że niezmiernie ciekawi ich kamień leżący koło ogniska. Refia i Desch nie wytrzymali długo i znowu zerknęli ukradkiem na chłopców. Luneth uśmiechnął się niepewnie do Arca, nie do końca pozbywając się nerwowości. Szatyn wsunął kartkę do książki i kiwnął głową. Po wszystkim Luneth odszedł gdzieś, a Arc zasiadł pod drzewem i zabrał się do czytania jednej ze swoich opasłych ksiąg. Właśnie tej z kartką od kumpla.
- Przyznaj, że trudno o wątpliwości - szepnęła podekscytowana Refia.
- Bo ja wiem...
- No dobra, udowodnię ci to - zaperzyła się. - Daj mi chwilę, a zobaczysz.
- Co zamierzasz zrobić? Lepiej się w to nie mieszać - ostrzegł ją Ingus. - To nie nasza sprawa.
- Nie bądź taki ugrzeczniony. Nudzę się, potrzebuję odrobinę rozrywki.
- Będziesz miała rozrywkę, gdy Luneth wywiesi cię na najwyższej sośnie w lesie.
- E tam. Będę ostrożna.
Ingus wzruszył ramionami. Jeśli koleżanka chce denerwować tego narwańca, droga wolna.
- Ref, sama mnie ostrzegałaś przed Lunethem - wypomniał Desch. - Mówiłaś, że jest zabójczy, śmiercionośny, morderczy i że mam mu nie wchodzić w paradę. A ty co niby teraz robisz?
- Ale ja nie zamierzam tykać Arca - odparła niefrasobliwie. - Bo to rzeczywiście jest gwarancja pewnej śmierci. Zresztą wcale nie mówiłam, że Luneth jest śmiercionośny. Wybuchowy i postrzelony, to tak.

Refia czyhała na sprzyjający moment. Nie mogła podkraść się do Arca, gdyż ten siedział i czytał książkę, w której znajdował się interesujący ją obiekt. Dobrze wiedziała, że kolega będzie siedział z nosem w swojej księdze przez dobre dwie godziny. Nie chciało jej się tyle czekać, żeby dobrać się do schowanej kartki. Ale przecież Luneth miał w kieszeni równie interesujące rzeczy. "Wyglądało to, jakby sobie najpierw napisał wszystko na brudno, a potem przepisał", rozważyła. Skoro nie mogła się dobrać do wersji końcowej, mogła podwędzić próbną, która niewątpliwie była równie ciekawa.

. . . . . .

Profesja Złodzieja ciekawiła ją od samego początku. Swoją karierę Wojownika Światła zaczęła jednak od Białego Maga, żeby nie wysłuchiwać kazań Ingusa. Potem, na wyprawach typowo treningowych, pofolgowała swoim zachciankom i przekonała się, że miała rację. Złodziejstwo to była świetna zabawa. Ingus oczywiście uważał, że istnienie takiej klasy to obraza i starał się ją ignorować. Luneth miał zamiar pobawić się w to również, tylko po to, by wkurzyć wyniosłego kompana, ale stwierdził, że gra niewarta świeczki. Nic nie mogło równać się z gnębieniem potworów przy pomocy miecza. Arc trzymał się swojej czarnej magii, studiując zawzięcie nowe zaklęcia. Tylko Refia uznała złodziejskie sztuczki za fantastyczny wynalazek. Z zapałem trenowała je, niestety, nie tylko na potworach, ale także na udręczonych tym towarzyszach. Jak dotąd rezultaty nie były porywające. Desch i Ingus nie mieli w kieszeniach niczego ciekawego. Refia natknęła się na same przydatne w walce rzeczy. Zwłaszcza w bagażu rycerza królowały potiony, eliksiry, narzędzia do ostrzenia broni, lina, zapasowe śruby do zbroi i tym podobne nudziarstwa. Wszystko idealnie poukładane. Arc z kolei miał większy nieporządek. W jednej kieszeni trzymał antidota i odtrutki, w drugiej - cały kłąb liści, nasion i zasuszonych pędów roślin. Mimo "artystycznego" nieładu w jego torbie można było jednak dostrzec pewien porządek. Papiery i książki były starannie poukładane, a ususzone rośliny posegregowane, opisane i pozwiązywane w pęczki. W bagażu Lunetha panował za to radosny i niczym nieskrępowany bałagan. Wszystko było ze sobą wymieszane; aż dziwne, że chłopak bez trudu znajdywał wszystkie potrzebne rzeczy. Refia szybko dała sobie spokój, trafiwszy wśród tępych grotów do strzał, okruchów i kawałków sznurka na kły i kawałek kudłatej skóry któregoś potwora. Z obrzydzeniem odłożyła to na miejsce, obiecując sobie, że więcej nie zajrzy do Lunethowego plecaka, choćby jej za to oferowano pół królestwa.
- Refia, czy mógłbym cię prosić o zwrot dużego potiona, który miałem w lewej tylnej kieszeni? - zapytał sucho Ingus.
- Jasne, oto on - dziewczyna oddała mu podprowadzoną miksturę.
- I zwróć Arcowi tę zieloną torebkę z ziołami - dodał znękany rycerz.
Miał już serdecznie dość "ćwiczeń" Refii i tej okropnej klasy, niegodnej Wojowników Światła.
- Ale ja ją mam przecież - zdziwił się Arc, wsuwając dłoń do pustej, jak się okazało, kieszeni. - O, a przed chwilą jeszcze była...
Rozbawiona Refia oddała mu swą zdobycz.
- Nawet nie zauważyłem, kiedy mi ją wyciągnęłaś - przyznał zmieszany chłopak.
- Na tym właśnie polega bycie Złodziejem - pouczyła go z dumą.
Korciło ją, żeby dodać: "Ale ciebie, Arc, można by okraść i bez tej klasy, jedną ręką i z zamkniętymi oczami", jednak ugryzła się w język. Nie chciała sprawiać przykrości nieśmiałemu koledze, którego ogromnie polubiła. I na którym, nie ma co ukrywać - bardzo dobrze trenowało jej się złodziejskie zdolności, bo nie protestował i nie obrażał się, gdy padał ich ofiarą. Znosił cierpliwie wszystkie jej "wprawki", wiedząc, że te umiejętności kiedyś mogą się przydać.
Nieustanne ćwiczenia na kolegach, a także na napotykanych potworach zaczęły przynosić dobre efekty...

. . . . . .

Refia podniosła się od ogniska i ruszyła śladem Lunetha, który oddalił się w kierunku jeziorka. Czekało ją trudne i ambitne zadanie dobrania się do jego kieszeni. Obrobienie wyniosłego Ingusa, beztroskiego Descha czy roztargnionego Arca nie stanowiło najmniejszego problemu. Luneth jednak był czujny i dobrze się pilnował. Przemieniła się prędko w Złodzieja, by ułatwić sobie zadanie.
Udało jej się podkraść do kolegi, gdy był pochylony nad wodą i mył ręce. Podekscytowana Refia ostrożnie wydobyła mu z kieszeni zmięte kawałki papieru. Niestety, w tym momencie jej złodziejskie szczęście się skończyło. Luneth wyczuł, że coś jest nie tak i odwrócił się szybko.
- Co to ma znaczyć?! - zdenerwował się, widząc w jej ręku znajome kartki. - Oddawaj!
- Spokojnie - mitygowała go, zgrabnie odskakując dalej. - Nie ma się co wkurzać, tylko sobie trenuję kradzenie.
- Trenuj se na kim innym. Dawaj to z powrotem! - rozzłościł się, robiąc krok w jej kierunku.
- Hmm... czy to może liścik miłosny do jakiejś dziewczyny? - drażniła się rozweselona Refia.
- Nie wygłupiaj się. Listy pisałem tylko do Arca.
Refia wykrzyknęła triumfalnie:
- Haaa! A więc dobrze domyślałam się, że wy dwaj-
- Nie o to mi chodziło. Oddawaj! - zaczerwienił się Luneth i wyrwał jej papiery z ręki.
Zostawił pokładającą się ze śmiechu koleżankę i odszedł, troskliwie chowając odzyskany list do kieszeni.

- To jak tam twój list, Luneth? - nie wytrzymała Refia, gdy siedzieli przy ognisku. - No weź powiedz, nie bądź taki tajemniczy. Dużo w nim tych, no, metafor?
- Pewnie był bardzo poetycki - dopowiedział Desch, powstrzymując śmiech. - Co nie?
- Znaczy się, z wierszami? - chłopak uniósł ze zdziwieniem brwi. - Niby czemu miałbym pisać coś takiego?
- To jak sobie poradziłeś z tak delikatnym tematem?
- Delikatnym...? Normalnie, napisałem, co miałem do napisania - bąknął Luneth.
Naprędce przypomniał sobie treść listu. Nie no, wszystko było w porządku przecież.
- Twój styl, szefie. Prosto do celu! - Desch klepnął się z uciechą w kolano. - Po co robić podchody, skoro lepiej wprost napisać, czego chcesz i jazda.
- No tak, to zawsze działa najlepiej.
- A myślisz, że na odbiorcę listu też zadziała?
- Pewnie, że tak. Czemu miałoby być inaczej? - zapytał coraz bardziej zbity z tropu Luneth.
Nie miał pojęcia, dlaczego jego odpowiedź spowodowała, iż Refia i Desch dosłownie płakali ze śmiechu.
- A tobie, Arc, podobał się Lunethowy list? - dopytywała się dziewczyna, próbując złapać oddech. - Czytałeś go, prawda?
- Yhm... - szatyn zerknął na przyjaciela, który wwiercał się w niego znaczącym spojrzeniem. - Tak - odparł lakonicznie.
W końcu obiecał, że się nie wygada. On i Luneth spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem. Nie wiedzieli, o co chodzi; czemu Refia i Desch zaśmiewali się przez długi czas, nie mogąc przestać? Przecież Arc nie powiedział niczego zabawnego.
Później, gdy udali się na spoczynek, Lunetha olśniło, o co chodziło z listem. Palnął się w czoło z zakłopotaniem, ale postanowił nie oświecać kumpla w tej sprawie. Po co biedak ma się tym denerwować.

. . . . . .

- Hej, Arkie, mam do ciebie prośbę.
- Tak?
Arc obrócił się do niego. Przyjaciel trzymał w ręku poskładane i zapisane kartki.
- Bo widzisz... miałeś rację, że ja też powinienem napisać coś do Niny i Topapy. Nie chcę, żeby głupio wyszło, że tylko ty piszesz, a mnie się nie chce, czy ich olewam... Tylko że jestem okropnym matołkiem, jeśli chodzi o pisanie. No i... hmm... czy zechciałbyś... czy mógłbyś... no wiesz, sprawdzić, czy nie nawaliłem błędów - wypalił wreszcie, okropnie speszony.
- Oczywiście. Nie ma sprawy.
- Dzięki - Luneth odetchnął z ulgą i wręczył mu list. - Ale nie teraz! - powiedział szybko, gdyż przyjaciel zamierzał od razu spełnić prośbę. - Później, żeby oni nie zobaczyli.
- Rozumiem. Zrobię to, jak gdzieś pójdą.
- I Arc... nie mów im o tym liście. Do kogo pisałem ani o czym... Dobrze? - poprosił Luneth.
- Jasne. Ani mru mru. Zresztą i tak bym nikomu nie powiedział. Przecież wiesz.
- Wiem. Jesteś najlepszym kumplem na świecie - powiedział z wdzięcznością Luneth.
Nigdy nie zawiódł się na przyjacielu i wiedział, że nigdy się nie zawiedzie.
- Przecież to drobiazg. W każdym razie będę milczał jak grób - zażartował Arc.
Obaj chłopcy uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.

- Ooo kurde, aż tyle żem tego nasadził? - Luneth zmartwił się, oglądając swój poprawiony list.
Cała strona była pokreślona od góry do dołu. Czy były tu w ogóle jakieś słowa bez błędów?!
- Nie przejmuj się. Jak na kogoś, kto nieczęsto pisze, to i tak nieźle ci poszło - pocieszył go Arc.
Chyba kiepsko mu wyszło to pocieszenie, bo przyjaciel spojrzał na niego z rezygnacją.
- Za to jesteś bardzo kreatywny. Ja bym tak nie umiał.
- Kreatywny?
- Pomysłowy - wyjaśnił z ociąganiem Arc.
- Chyba wiem, o co ci chodziło - srebrnowłosy pisarz przyjrzał się wnikliwie tekstowi. - O to, że w tym samym słowie za każdym razem strzeliłem innego byka?
- Yyy, przepraszam... tak tylko mi się głupio powiedziało... Nie przejmuj się tym, co mówiłem...
- Ech, no cóż... Nie jestem dobry z pisania i raczej nigdy nie będę - westchnął Luneth. - Ale nie ma tego złego. Przynajmniej się pośmiałeś, co nie? Twoje księgi o magii pewnie nie są tak zabawne, jak moje listy?
- Pod względem rozrywkowym rzeczywiście są marne - przyznał wymijająco Arc.
- I mają mnóstwo długich i mądrych słów?
- Zgadza się.
- To może napiszę jeszcze kiedyś jakiś list, żebyś miał rozrywkę. Chcesz?
- Czemu nie. Masz talent narracyjny, wiesz?
- Nara- jaki?
- Ładnie opowiadasz.
- Aha... Dzięki. Myślisz, że Ninie spodoba się kawałek o gryfie?
- Ten o obciętym łbie?
- Tak, ten.
- Myślę, że doceni barwność opisu.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, wyobrażając sobie minę swojej opiekunki.