Od tłumacza: Na specjalną prośbę zubatek dołączam do tego rozdziału wirtualne chusteczki, przydadzą się zarówno do ocierania łez śmiechu jak wzruszenia :)

Kilkoro z Was zaproponowało, by przysłowie z poprzedniego rozdziału przetłumaczyć jako „przezorny zawsze ubezpieczony". Też o tym myślałem, ale jednak znaczenie jest diametralnie inne. To przysłowie pasowałoby raczej do paranoika Moody'ego, a tu mamy konkretne ostrzeżenie, które daje ostrzeżonemu broń do ręki.

A teraz zapraszam do lektury!


Od autora: Zastrzeżenie niestandardowe: Nie mam żadnych praw do tych postaci i nie roszczę sobie do nich żadnych praw. Do niczego nie roszczę praw. Jestem biedny jak mysz kościelna, ale w poprzednim życiu byłem imperatorem całego znanego wszechświata. Naprawdę! Nie wierzycie mi? Jestem oburzony!


Rozdział 11 – Walentynka od Voldemorta

Harry – obiekt kobiecych westchnień

Kolejne kilka dni okazało się jednymi z najbardziej męczących w życiu Harry'ego. Starał się dojść do pełni sił, ale czasami dopadało go zmęczenie i zdarzało mu się przysypiać na lekcjach czy podczas posiłków. Większość jego przyjaciół i nauczycieli zdawała sobie sprawę z jego problemów i robili co w jego mocy, by mu wszystko ułatwić. Niemniej jednak Harry zaczynał odczuwać narastającą frustrację. Bal Walentynkowy miał być już za pięć dni, a on naprawdę chciał zabrać Ginny. Obawiał się jednak, że w trakcie tańców padnie na krzesło i zaśnie wyczerpany.

Ginny niestrudzenie pilnowała, by Harry przyjmował wszystkie przepisane mu eliksiry. Na szczęście większość już skończył. Pozostał mu tylko znienawidzony przez niego eliksir wzmacniający, który musiał łykać trzy razy dziennie. W sumie niespecjalnie przeszkadzało mu, że Ginny nieustannie mu o tym przypomina. Sam był pod tym względem dość zapominalski. Musiał się przyznać sam przed sobą, że lubił, gdy ona się o niego troszczyła, nawet jeśli sprowadzało się to do picia czegoś paskudnego.

Zbliżała się kolacja. Ginny siedziała na łóżku i coś pisała. Do balu zostało tylko pięć dni, ale Harry był coraz silniejszy. Nie powinniśmy mieć żadnych problemów z balem, pomyślała, o ile nie będziemy próbowali zatańczyć każdego tańca. Wiem, że Harry się o to martwi, ale upewnię się, że go nie zamęczę.

Ginny uniosła głowę, gdy ktoś stanął przy jej łóżku. Okazało się, że to Lavender Brown. Za nią stała masa dziewcząt z Gryffindoru od drugiego aż po siódmy rok. Hermiona stała u boku Lavender z kwaśną miną.

- Co jest? Co się znowu stało?

Lavender podsunęła Ginny pod nos kolorową gazetę. Ginny wzięła magazyn i przekartkowała go z ponurą miną.

W magazynie znajdowała się coroczna lista dziesięciu najbardziej pożądanych partii w kraju sporządzana przez Tygodnik Nastoletniej Czarodziejki. Otworzyła magazyn na odpowiedniej stronie i jęknęła na głos. W zeszłym roku Harry był na dole tej listy, ale jako że w tym roku wkraczał w pełnoletność, wydawcy postanowili go awansować. BYŁ TERAZ DRUGIM NAJBARDZIEJ POŻĄDANYM KAWALEREM W KRAJU! (Gilderoy Lockhart wciąż zajmował pierwsze miejsce, mimo że przebywał na oddziale psychiatrycznym Świętego Munga) Pod zdjęciem Harry'ego znajdował się opis:

W tym roku Chłopiec, Który Przeżył osiągnie pełnoletniość. Harry Potter uznawany jest za jednego z najbogatszych czarodziejów w kraju z majątkiem szacowanym na 100 milionów galeonów. Obecnie uczęszcza do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. To przystojne, zielonookie ciacho skończy siedemnastkę tego lata. Nasze źródła donoszą, że pan Potter to atleta co się zowie, lubi biegać o poranku i grać z przyjaciółmi w quidditcha. Od pierwszego do trzeciego roku grał jako szukający w drużynie swojego domu, zdobywając w tym czasie jeden tytuł mistrzowski. Źródła opisują go jako zdolnego artystę, cichego i bardzo nieśmiałego względem osób, których nie zna. Ten kawaler to zdobycz czekająca na swojego myśliwego. Znakomity materiał na męża dla szczęśliwej czarodziejki! Bierzcie go, dziewczęta!

Ginny jęknęła i odrzuciła gazetę. Dziewczyny z Gryffindoru wiedziały o pierścionku przyrzeczenia oraz o uczuciach, jakie para do siebie żywi. Ale Ginny nie była osobą, która pchałaby ludziom pierścionek przed oczy, przechwalając się nim przed wszystkimi. Niewiele osób poza Gryffindorem o nim wiedziało, a niektóre dziewczyny w szkole uważały, że pierścionek obietnicy nie ma żadnej wiążącej mocy. Ich zdaniem stanowił on jedynie upominek świadczący o przyjaźni. Ginny zerknęła na Hermionę.

- Gdzie Harry? – spytała. – On nie ma pojęcia co go czeka.

- Wyszli kilka minut temu z Ronem na kolację…

Ginny zmartwiała.

Nagle Lavender zaklaskała głośno, by przyciągnąć uwagę zgromadzonych.

- Drogie panie! Nasza siostra potrzebuje naszej pomocy!

Ginny spojrzała na nią z wdzięcznością. Na obiad ruszył zwarty oddział składający się z niemal pięćdziesięciu Gryfonek.

W Wielkiej Sali Ginny ujrzała Harry'ego siedzącego z Ronem przy stole. Ron rozglądał się zmieszany, a Harry próbował wczołgać się pod stół. Otaczało go kilkanaście dziewcząt, a każda z nich usiłowała go zagadać lub podać mu coś do jedzenia. Mnóstwo dziewcząt siedzących przy stołach patrzyło na Harry'ego niczym drapieżniki na ofiarę. Większość nauczycieli siedziała spokojnie, z rozbawieniem obserwując sytuację.

Dziewczyny z Gryffindoru sformowały kordon wokół Ginny. Grupa ruszyła wzdłuż przejścia do stołu Gryffindoru niczym lawina i zderzyła się ze stadem drapieżnych kobiet, odrzucając bezlitośnie na bok agresorki.

Ginny wbiła spojrzenie w Harry'ego. Początkowo myślała, że będzie na niego zła, ale on wydawał się czuć ulgę, że ją widzi. Niemal roześmiała się z jego miny. Nie boi się smoków, odda własne życie, by chronić dziecko, ale obawia się innych kobiet. Na Merlina, jaki on niedomyślny!

Wyciągnęła do niego rękę i pociągnęła, by wstał. Harry wciąż nie miał pojęcia co jest grane, ale odprężył się nieco, mając przy sobie Ginny.

- Dziewczęta, naprzód! – wydała komendę Lavender.

Grupa dziewcząt zgromadzona wokół Ginny i prowadzonego przez nią zdumionego Harry'ego sprawnie przeszła w okolice stołu nauczycieli i uformowała przed nim zwartą linię. Ginny i Harry wystąpili przed front. Harry wciąż nie wiedział o co w tym chodzi. Dumbledore rozsiadł się wygodnie i uniósł swoją czarkę, maskując uśmiech. W oczach tańczyły mu ogniki rozbawienia.

Rozmowy w Wielkiej Sali zamarły, wszystkie oczy zwróciły się na Ginny, która wciąż trzymała Harry'ego za rękę. Rudowłosa czarodziejka przemówiła głośno:

- Damy Hogwartu…

Wyciągnęła w górę dłoń, by wszyscy mogli zobaczyć jej delikatnie pulsujący pierścionek na palcu. Pozostała tak przez moment, pozwalając wszystkim dziewczętom go obejrzeć. Kilka westchnęło, inne były wściekłe, większość patrzyła z zazdrością, a jedna dziewczyna nawet zemdlała!

- To świadczy, że on jest mój… tak samo jak to!

Ginny obróciła się do Harry'ego i pocałowała go. To nie był delikatny buziaczek, ale namiętny pocałunek, który miał rozpalić wszystkie zmysły młodego czarodzieja. Potter wciąż nie był pewny co jest grane, ale jeśli Ginny miała ochotę go pocałować, to on nie miał nic przeciwko. Odwzajemnił pocałunek z równym żarem. Chłopaki przy stole Gryffindoru wydali z siebie pełne aprobaty okrzyki i gwizdy.

Gdy w końcu oderwali się od siebie, Harry ciężko oddychał, a twarz Ginny pokrywał głęboki rumieniec. Rudowłosa czarodziejka odzyskała panowanie nad sobą i odwróciła się do wpatrzonych w nich uczniów.

- Trzymajcie się z dala, dziewczyny, ten mężczyzna jest zajęty! – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Ginny poprowadziła swojego oszołomionego chłopaka z powrotem do ich stołu. Spokojnie ignorowała lodowate, pełne niechęci spojrzenia, posyłane jej przez niektóre inne dziewczyny. Osiągnęła co chciała. Zgłosiła roszczenie, udowodniła je, a potem w tym sekretnym języku kobiet, którego żaden mężczyzna nigdy nie pojmie, dała jasno do zrozumienia, że będzie walczyła w obronie swojej własności. Reszta Gryfonek podążyła za Harrym i Ginny. Stojąc za nimi dały jasno do zrozumienia, że opowiedzą się za Ginny, jeśli tylko będzie tego potrzebowała.

Gdy usiedli przy stole, Harry obrócił się do swojej dziewczyny.

- Ginny… eee… zamierzasz mi wyjaśnić co tu właśnie zaszło? – spytał.

Ginny z uśmiechem pogładziła go po policzku.

- Harry, kocham cię z całego serca, gdy tylko zechcesz potrafisz być niewiarygodnie inteligentny, jesteś odważnym i niezwykłym czarodziejem, ale są rzeczy, których nigdy nie pojmiesz, a to właśnie była jedna z nich – wyjaśniła.

Harry uniósł brew. Czy ona właśnie go delikatnie obraziła? Dlaczego tak trudno pojąć kobiety? Potrząsnął z rezygnacją głową i odwrócił się do swojego talerza, by odkryć z niechęcią, że czeka na niego kolejna fiolka z eliksirem. Ten cholerny płyn smakował tak paskudnie, że nic co po nim zjadł nie miało przyjemnego smaku.

Ginny spojrzała na niego w TEN sposób. Wzruszył ramionami i wypił eliksir, podczas gdy Ginny nakładała mu jedzenie na talerz.

Pod koniec posiłku Harry przejął od Hermiony jej kopię Proroka Codziennego. Przejrzał szubko pierwszą stronę i przeszedł do wyników quidditcha. Armaty z Chudley wciąż kontynuowały serię porażek. Potem spokojnie przeglądał stronę po stronie, czytając dokładniej te fragmenty, gdzie coś przyciągnęło jego uwagę. Nagle coś wpadło mu w oko. Zamarł i krew odpłynęła mu z twarzy. Rzucił gazetę na stół.

Wstał szybko, choć nieco chwiejnie. Trójka przyjaciół spojrzała na niego pytająco.

- Muszę iść – wymamrotał i wyszedł z Wielkiej Sali.

Hermiona zerknęła na zmartwioną Ginny.

- Co to było?

- Nie mam pojęcia. Jeszcze chwilę temu wszystko wydawało się w porządku.

- Bo było w porządku – wtrącił się Ron. – Po prostu czytał gazetę.

- Może coś tam wyczytał? – domyśliła się Hermiona.

Ginny przyciągnęła do siebie gazetę, otwartą na tej stronie, na której zostawił ją Harry.

- Hmmm… Artykuł o otwarciu nowego sklepu z kociołkami na Ulicy Pokątnej, jakieś reklamy, ogłoszenia ministerialne. Nic tu takiego nie widzę.

- Sprawdź dokładnie ogłoszenia ministerialne, używają tam strasznie małej czcionki – doradziła Hermiona.

Ginny przejrzała je jeszcze raz, tym razem jedno po drugim. Nagle wstrzymała oddech i drżącymi rękami podała Hermionie gazetę.

Hermiona przejęła ją i odnalazła odpowiednie miejsce. Odczytała cicho treść:

Departament Przestrzegania Czarodziejskiego Prawa Ministerstwa Magii ogłasza, że na podstawie wyroku Wizengamotu przeprowadzono w zeszłym tygodniu egzekucję Vernona C. Dursleya, mugola. Dursley był zbiegiem z Azkabanu. Skazany za znęcanie się nad nieletnimi, został ujęty po brutalnej napaści na ucznia Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. W ponownym procesie Dursley został oskarżony o usiłowanie zabójstwa oraz współpracę z Czarnymi Czarodziejami. Dursley został wysłany za Zasłonę w zeszłym tygodniu. O ile nam wiadomo nie pozostawił żyjących krewnych.

- Harry – westchnęła Hermiona. – Ron, musimy znaleźć Harry'ego. Sprawdź dormitorium. Jeśli go tam nie ma, przeszukaj boisko quidditcha i jego okolicę. Ja i Ginny sprawdzimy zamek.


Załamanie nerwowe

Harry stał na środku salonu pod numerem czwartym przy Privet Drive. Oddychał gwałtownie, a oczy zaszły mu mgłą. W głowie widział ich wszystkich. Widział obijające go wielkie mięsiste pięści wuja Vernona, kopiącą go kościstą stopę ciotki Petunii, Dudleya i jego goryli, którzy przypierali go do ściany za szkołą i tłukli gdzie popadnie.

Wzbierający w nim gniew nie miał nic wspólnego z magią. To była czysta, pierwotna bestia, która żyje w każdym z nas. Harry zawył z wściekłości i zaczął rzucać meblami po całym pomieszczeniu. Wrzeszczał na całe gardło. Nie kontrolował tego. Nie rozumiał tego.

Walił pięściami w ścianę, rozwalając tynk i kalecząc dłoń. Przewrócił kanapę, a następnie wyrzucił bujany fotel Petunii przez okno, rycząc:

- PIERDOLONE SKURWIELE! JAK MOGLIŚCIE MI TO ZROBIĆ?


Interwencja i pomoc

Ginny i Hermiona sprawdziły kilka miejsc, w które z reguły udawał się Harry, gdy potrzebował samotności, wreszcie ruszyły do Pokoju Życzeń. Zatrzymały się przed drzwiami, patrząc po sobie z niepokojem. Słyszały dochodzące ze środka wrzaski i odgłosy dewastacji.

- Mionko, wejdę sama. Wątpię, żeby chciał tłumu widzów. Zawiadom AD, że dzisiejsze spotkanie jest odwołane, a potem sprawdź czy uda ci się wydobyć eliksir uspokajający od Madam Pomfrey w taki sposób, żeby nie zrobiła z tego afery.

Hermiona skinęła głową.

- Jeśli będzie trzeba, sama go uwarzę. Powiem Ronowi, żeby trzymał się z daleka od Pokoju. Nie sądzę, żeby Harry miał coś przeciwko towarzystwu nam dwóm. Ale przy Ronie może się zamknąć w sobie, a nie o to nam chodzi.

Ginny uznała to za dobry pomysł. Obróciła się, by wejść do pokoju, ale Hermiona położyła jej dłoń na ramieniu. Obie kobiety patrzyły sobie przez chwilę w oczy, po czym poszły każda w swoją stronę.

Ginny otworzyła drzwi do Pokoju Życzeń i powoli wśliznęła się do środka. Nie rozpoznała pomieszczenia, które ujrzała. Miejsce wyglądało jak po przejściu huraganu. Przypominało typowy mugolski dom. Ale meble były zniszczone i poprzewracane. Ktoś wyrzucił bujany fotel przez okno. Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł ją huk i usłyszała wrzask Harry'ego:

- ROBIŁEM DLA WAS WSZYSTKO, CHUJE ZBOLAŁE! GOTOWAŁEM! SPRZĄTAŁEM! WYNOSIŁEM WASZ SYF! CZEMU? CZEMU? CZEMU? NIE PROSIŁEM O WIELE!

Harry wpadł z powrotem do salonu. nie dostrzegł stojącej tam Ginny.

- NIECH WAS SZLAG DURSLEYOWIE! GNIJCIE W PIEKLE! – zawył.

Ginny wciągnęła gwałtownie powietrze, widząc jak Harry wbija pięść w ścianę nad kominkiem, przebijając się przez tynk. Cofnął krwawiącą rękę, a jego pierś poruszało coś pomiędzy ciężkim duszeniem i urywanym szlochem. Krew spływająca z dłoni tworzyła czerwone wzory na białym dywanie Petunii.

- CZEMU, PIERDOLONE SKURWYSYNY?

Ostatni okrzyk zdawał się pozbawić go wszelkiej energii. Opadł na kolana i rozpłakał się. Przed tym właśnie ostrzegała ich Madam Pomfrey. Ginny zbliżyła się ostrożnie do swojego chłopaka. Wiedziała, że musi to z siebie wyrzucić, nie mógł utrzymywać tego wszystkiego w sobie, ale to był dla niego niebezpieczny moment. Jeśli za mocno się go przyciśnie, Harry znowu zamknie to wszystko w swoim wnętrzu, co doprowadzi w przyszłości do jeszcze gorszej eksplozji.

Harry klęczał na podłodze. Jego ramiona drgały spazmatycznie. Ginny uklęknęła przednim. Chciała go dotknąć, ale nie zrobiła tego. Czekała, aż ją dostrzeże. Serce ją bolało, gdy widziała go takiego wrażliwego, zagubionego w bólu, który sprawiały mu jego wspomnienia. Jak on mógł to wytrzymać? Jak ktokolwiek mógł to wytrzymać?

Harry powoli uniósł na nią oczy wypełnione straszliwym bólem. Odwzajemniła jego spojrzenie, starając się nie pokazywać po sobie niepokoju, jaki odczuwała. Przywarł do niej, ukrywając twarz na jej ramieniu. Wciąż płakał. Próbował wyartykułować pytania, które dręczyły go od lat.

- Dlaczego… dlaczego nie mogli… mnie kochać… choć trochę? Co zrobiłem źle? Czy jestem wybrykiem natury, złym człowiekiem? Co ze mną nie tak?

Ginny objęła go mocniej. Poczuła, że po policzku spływają jej własne łzy.

- Wyrzuć to z siebie, Harry – wyszeptała. – Musisz to z siebie wyrzucić.

Harry złapał ją, jakby obawiał się, że zaraz zniknie i rozpłakał się.

To był płacz trzylatka siedzącego w ciemnej komórce, który nie ma nikogo, kto mógłby przepędzić strach przed ciemnością.

To był płacz pięciolatka pobitego, bo zapytał o prezent urodzinowy.

To był płacz samotnego dziewięciolatka, siedzącego w dusznej komórce w pełni lata, zamkniętego tam niemal na tydzień.

To był płacz piętnastolatka, który dowiedział się, że musi zabić lub zostanie zabity.

To był płacz osoby, której uczyniono krzywdę tysiąc razy, a która wiedziała, że to jeszcze nie koniec.

Trzymał ją niczym koło ratunkowe. Jego gorzkie łzy wściekłości i gniewu powoli zmieniły się w delikatne pochlipywanie na jej ramieniu. Kołysała go delikatnie, uspokajająco, trzymając go za rękę, a drugą dłonią głaszcząc po włosach.

Przez wypełnione oczami łzy dostrzegła stojące w drzwiach Hermionę i Serenę Snape. Harry nie zwrócił na nie uwagi.

Serena znalazła Hermionę, która biegała po laboratorium eliksirów i próbowała przyrządzić potrzebny jej eliksir. Hermiona wyjaśniła jej sytuację i Serena postanowiła pomóc. Wyciągnęła z jednej z szafek gotowy eliksir i podążyła za Gryfonką do Pokoju Życzeń.

Hermiona czuła, że po policzkach spływają jej łzy. Serena nie wiedziała czy ma się wściekać, czy pomóc Ginny pocieszać Harry'ego. Mistrzyni Eliksirów bardzo polubiła młodego czarodzieja i darzyła go podziwem. W ręku trzymała eliksir uspokajający. Madam Pomfrey poinformowała nauczycieli co może stać się z Harrym. Serena czuła narastającą złość. Ten chłopak tak wiele poświęcał dla innych, a tak rzadko skarżył się na życie, które potraktowało go nad wyraz niesprawiedliwie.

Hermiona i Serena zbliżyły się do Ginny. Harry wciąż przytulał się do niej i płakał. Serena uklękła przy parze i pomogła Harry'emu wypić eliksir. Pod jego wpływem i na skutek wyczerpania atakiem młody czarodziej dość szybko się uspokoił, jednak wciąż trzymał się Ginny, jakby obawiał się ją puścić.

Serena ogarnęła jednym spojrzeniem destrukcję wokół i zaproponowała, by zabrać go do pokoju wspólnego Gryffindoru, który był najbliżej.

Profesor McGonagall i Ron czekali na nich przed portretem Grubej Damy. Widząc w jakim stanie jest Harry, Minerva wyrzuciła wszystkich z pokoju wspólnego i pomogła Harry'emu dotrzeć na kanapę. Ginny usiadła przy nim i zachęciła, by się położył. Oparł głowę na jej kolanach, a gdy zaczęła głaskać go po włosach, błyskawicznie zasnął. Nie zauważył, że Hermiona i profesor Snape zaczęły leczyć rany na jego dłoniach.

Czując, że nadszedł czas na jedną z tych rzadkich, szczerych rozmów, profesor McGonagall wyczarowała krzesła dla siebie i profesor Snape. Ron udał się do łóżka, a cztery kobiety siedziały jeszcze długo, rozmawiając cicho o skutkach przemocy i ludzkiej naturze. Rozmowa zakończyła się, gdy obie młode kobiety zaczęły ziewać. McGonagall zastanawiała się, czy nie polecić Ginny udać się do swojego dormitorium, ale zrezygnowała. Harry był zbyt wyczerpany, by spróbować czegoś nieprzyzwoitego.


Niektórzy ludzie nie przyjmują odmowy do wiadomości

Następnego poranka Harry obudził się całkowicie wypoczęty. Było mu ciepło i całkiem wygodnie, ale coś mu nie pasowało. Przede wszystkim opierał się na czymś pociągająco delikatnym i oplatało go jakieś ramię.

Zamrugał, gdy flesz uderzył go po oczach razem z charakterystycznym dźwiękiem migawki aparatu. potem usłyszał stłumiony śmiech.

Sięgną po leżące na stoliku przed nim okulary i nałożył je. Spojrzał przez ramię i dostrzegł burzę rudych włosów. Uznał, że czasem trzeba ponieść konsekwencje i postanowił przyjąć je z godnością. Zignorował śmieszki i szepty, ostrożnie wyśliznął się spod ramienia Ginny i spokojnie wstał. Obrócił się, wciąż nie zwracając uwagi na widzów i dokładnie otulił ją kocem, po czym pocałował w czoło i dopiero odwrócił się do pozostałych.

Przyłożył palec do ust i gestem wskazał, że powinni oddalić się od kanapy. Ron i Neville mieli identyczne szerokie uśmiechy na twarzach. Ron trzymał aparat Colina. Hermiona również szczerzyła się jak głupia, ale spojrzała badawczo w oczy Harry'ego, jakby szukała odpowiedzi. Harry uśmiechnął się do niej.

- Już mi lepiej, Hermiono. Przepraszam za wczorajszy wieczór. Nie chciałem was nastraszyć, ale chyba tego potrzebowałem – odwrócił się do Rona. – Czego?

- Nic takiego – odpowiedział rudzielec z uśmieszkiem. – Po prostu mam niezły materiał do szantażu.

- Ron, jesteś moim cholernym bratem! Wystarczy że poprosisz, to dam ci wszystko czego chcesz.

Uśmiech zniknął z twarzy Rona. Najwyraźniej Harry nie był podatny na szantaż.

- To na co mi ten materiał, skoro nie mogę cię szantażować? Gdybyś nie planował poślubić mojej siostry, obiłbym ci maskę!

Harry uśmiechnął się szeroko.

- To wyświadcz mi przysługę. Zrób dwie kopie tego zdjęcia. Ginny pewnie będzie chciała jedną. Ja na pewno chcę. To w końcu pierwszy raz, gdy spaliśmy razem… szkoda, że do niczego nie doszło.

Ron nie wiedział, czy powinien wybuchnąć śmiechem czy zdzielić gościa przez łeb. Hermiona spojrzała na Harry'ego zdumiona, ale zaczęła chichotać. Neville zarumienił się, ale również wybuchnął śmiechem.

Harry zostawił ich i udał się do dormitorium, by się wykąpać i przebrać. Gdy zszedł na dół, pokój wspólny był pusty, zniknęli zarówno jego przyjaciele, jak Ginny. Harry nie wrócił jeszcze do regularnych porannych biegów, a nawet gdyby tak było, to pewnie biegałby raczej wokół boiska quidditcha, a nie jeziora. Tak czy inaczej postanowił zejść na śniadanie do Wielkiej Sali, gdzie dołączył do przyjaciół.

Lekcje tego dnia szły całkiem nieźle, ale Harry czuł się niepewnie. Za każdym razem, gdy przechodził z klasy do klasy wpadał na Cho Chang. Na piątym roku miał z Cho burzliwy związek. Zerwał z nią, bo tak naprawdę wcale nie wydawała się zainteresowana Harrym. Jednak dzisiaj wciąż obrzucała go dziwnymi spojrzeniami. Zderzyła się w nim na niemal pustym korytarzu, a potem zatrzymała się, by z nim pogadać, gdy on zbierał swoje książki. Harry próbował się przed nią ukrywać. Jednak nieważne gdzie poszedł, ona podążała za nim. Tropiła go. I zaczynało go to wkurzać.


Ginny

Ginny siedziała w pokoju wspólnym i pracowała nad wypracowaniem na Zaklęcia. Ron i Harry rozgrywali partię szachów. Odłożyła pióro i dostrzegła Lavender, Hermionę i niemal trzydzieści innych dziewcząt uśmiechniętych od ucha do ucha.

- Rewelacyjna plota – wyszeptała magiczne słowa Lavender.

Ginny natychmiast spakowała swoje wypracowanie i podążyła za dziewczętami do dormitoriów. Wszystkie przebrały się w piżamy i poszły za Lavender do sypialni Ginny.

- Słuchajcie co powiedział mi pewien ptaszek! – zaczęła Lavender. – Ginny, będziesz zachwycona! Wygląda na to, że niejaka Cho Chang postanowiła naruszyć dzisiaj twoje terytorium. Jej uderzenie było świetnie zaplanowane i wykonane. Nieważne gdzie by się Harry nie udał, wpadał na nią i to dosłownie! W końcu zdołała go dopaść po południu, zaraz po jego ostatniej lekcji. Mój ptaszek miał świetny widok na całą sytuację. oto co mi powiedział…

Harry wyszedł z pustej klasy. Nagle poczuł, jak ktoś łapie go za rękę i ciągnie. Jęknął. ZNOWU CHO!

Cho wykorzystała ten czas, by zmienić mundurek. Jej bluzka była zbyt ciasna i wyraźnie pokazywała, że dziewczyna nie ma na sobie stanika. Harry stał sztywno, podczas gdy ona ocierała się o niego.

- Harry, może powinniśmy spróbować jeszcze raz… - wyszeptała do niego zmysłowym tonem.

Harry wyszarpnął się z uchwytu Cho i zrobił krok w tył, krzyżując ramiona na piersi.

- Cho, to nie wyszło ostatnio i nie wiem czemu wydaje ci się, że mogłoby wyjść tym razem. Poza tym jestem w pełni szczęśliwy z Ginny.

Cho ostrożnie rozpięła kilka guzików, uwidaczniając dekolt. Jej ciasna bluzka nie pozostawiała wiele wyobraźni.

- Ależ tu gorąco. Powiem ci coś, Harry. Weź mnie na Bal Walentynkowy, a ja będę potrafiła ci się odwdzięczyć. Zobaczysz jak dobrze umawiać się ze mną. Na pewno mogę dać ci to, czego Ginny nie potrafi.

- Cho, mam już partnerkę na bal, a jeśli jakoś umknęło to twojej uwadze, poprosiłem Ginny, by została moją żoną! Nie idę z tobą na bal i to moje ostatnie słowo!

Dziewczyna spróbowała uderzyć z innej strony.

- Ale Harry, możesz mieć kogoś znacznie lepszego niż ta żałosna panienka. Ona pochodzi z biednej rodziny i chce tylko twoich pieniędzy! Moja rodzina jest bogata, mi nie potrzebny twój majątek. Ona jest zwykłą napaloną na złoto szmatą!

Oczy Harry'ego zapłonęły lodowatą zielenią i na oczach Cho jego postać otoczyła świetlista aureola. Zaskoczona dziewczyna zrobiła krok w tył. Złapał ją zaklęciem, które przyszpiliło ją do ściany. Podszedł do niej i przemówił lodowatym tonem:

- Ta „żałosna panienka" jest warta milion takich jak ty, Cho Chang. Umarłbym za nią. Mam nadzieję ją poślubić i stworzyć rodzinę. A jeśli powiesz jeszcze jedno niepochlebne słowo o niej lub jej rodzinie, która, tak się składa, jest też MOJĄ RODZINĄ, upewnię się, że tego pożałujesz…

Rozproszył zaklęcie i Cho runęła na ziemię z wściekłością w oczach.

- Miłego dnia, panno Chang. Dla twojego dobra mam nadzieję, ze więcej mnie nie wkurzysz.

Oddalił się gwałtownie. Jego magia wciąż lśniła, a Cho wykrzykiwała obelgi w stronę jego oddalających się pleców.

Lavender zakończyła opowieść. Wszystkie słuchaczki westchnęły.

- Kurczę, naprawdę go wzięło. Ginny, jesteś taką szczęściarą! – skomentowała jedna z nich.

Ginny uśmiechnęła się i spojrzała na zegar. Harry powinien być już w swoim dormitorium, pomyślała. Zostawiła dziewczyny w środku rozkręcającej się dyskusji o facetach, narzuciła na siebie szatę i pomaszerowała wprost do męskiego dormitorium.

Kiedy pojawiła się w pokoju Harry'ego, jej chłopak właśnie wychodził spod prysznica. Jego jedynym okryciem był ręcznik luźno zawiązany wokół talii. Zignorowała protesty pozostałych lokatorów pokoju, chwyciła Harry'ego za kark i namiętnie pocałowała. Kontynuowała, aż osiągnęła odpowiedni efekt, potem bez słowa odwróciła się i wyszła, zostawiając za sobą zdumionego Harry'ego ze zsuwającym się powoli ręcznikiem.

- Ej, Harry, na pewno chcesz ją poślubić? – zawołał Ron. – Jak dla mnie to ona ma nierówno pod sufitem!

- A ty byś pewnie był niezadowolony, gdyby wpadła tu Hermiona i zrobiła to samo? – odgryzł się Harry.

Ron przezornie ugryzł się w język.

Gdy Ginny wróciła do swojego pokoju, zorientowała się, że inne dziewczyny już wyszły. Nagle ktoś złapał ją za ramię. Obróciła się i ujrzała Hermionę.

- Ginny? Co zrobiłaś?

Ginny zaczerwieniła się.

- Pobiegłam do dormitorium Harry'ego. Wychodził właśnie spod prysznica i nie miał na sobie nic poza ręcznikiem. Złapałam go i pocałowałam, po czym uciekłam tu z powrotem. Powiedzmy, że zanim wyszłam upewniłam się, że odpowiednio na niego podziałałam.

- Ginny, to było okrutne! Dobre, ale okrutne!

Ginny skinęła głową.

- Wiem. W sumie na to nie zasłużył, ale znajdę jakiś sposób, by mu to wynagrodzić.

Hermiona nachyliła się do niej.

- Wiesz co to jeszcze oznacza?

- Cho musi zginąć? – spytała zaskoczona Ginny.

- Nie, nie. To znaczy tak, ale poza tym. Pomyśl o tym, co usłyszałaś! Lavender ujawniła źródło swoich plotek. Założę się z tobą o pięć galeonów, że jest niezarejestrowanym animagiem! A jej zwierzęciem jest ptak!

Ginny siedziała przez moment zdumiona, a potem obie kobiety wybuchnęły śmiechem. To naprawdę było śmieszne, ale wiedziały, że od tej chwili zanim powiedzą coś, co powinno zostać tajemnicą, będą musiały upewnić się, że w pobliżu nie ma żadnych ptaków.

Następnego ranka wszystkie Gryfonki spędziły śniadanie na przemian uśmiechając się do Harry'ego i patrząc z wściekłością na Cho Cang. Piękna Krukonka o smoliście czarnych włosach siedziała niespokojnie przy stole. Coś się kroiło, ale nie była pewna o co chodzi. Znała Pottera na tyle, by wiedzieć, że nie zdradził nikomu przebiegu ich wczorajszej konfrontacji.

Jej myśli przerwało nadejście poczty. Gdy do środka wleciał kruk, niektórzy westchnęli zaskoczeni. Nikt nie używał kruków jako ptaków pocztowych! Były najgorszymi możliwymi listonoszami!

Cho poczuła, jak coś mokrego ląduje jej na ręce. Spojrzała w górę i dostrzegła kilka kolejnych kruków wlatujących do Sali. Zadrżała, czując że trafiło ją kilka kolejnych wilgotnych pocisków. Bała się zobaczyć co się stało. Tymczasem kruki wciąż wlatywały do środka. Po Sali krążyło już małe stado, które wciąż rosło w siłę.

Słysząc śmiechy Cho wstała gwałtownie od stołu i ruszyła w stronę wyjścia. Kruki podążyły za nią, a śmiechy przybrały na sile. Cho zerwała się do biegu. Cała Sala pękała ze śmiechu, patrząc jak Cho dobiega do wyjścia piszcząc za każdym razem, gdy trafiał ją nowy pocisk.

Dziewczęta przy stole Gryffindoru napawały się widokiem uciekającej Cho. Harry spojrzał podejrzliwie na swoją dziewczyną, ale ta spytała go jedynie z niewinną miną czy nie chciałby jeszcze bekonu.


Rozmowy i konfrontacje

- Wiesz co, czasami zastanawiam się nad stanem mojej psychiki – powiedziała Serena Snape mężowi tego samego wieczoru. Chodziła w tę i z powrotem po salonie. Odkąd wyszła za mąż robiła to bardzo często, a to wszystko była jego wina. No, może nie do końca jego, ale przecież on nie musiał o tym wiedzieć! Widząc jego pytające spojrzenie wyjaśniła: - Jesteś podstępny, uwielbiasz zastraszać ludzi i cieszysz się, gdy doprowadzisz dziecko do płaczu. Zastanawiam się co mnie opętało, że postanowiłam cię poślubić!

- Mam ci to wyliczyć w punktach? – spytał sarkastycznie.

Spojrzała na niego wściekle, ale nie odpowiedziała. Severus wrócił do czytania książki, a przynajmniej próbował. Zanim spotkał Serenę spędzał wieczory w samotności, oceniając wypracowania albo dopracowując plan zajęć. Jednak odkąd się ożenił odkrył, że ciche wieczory w towarzystwie jego żony to najwspanialsza część dnia. Jasne, dalej cieszyło go łapanie przerażonych studentów włóczących się po szkole podczas ciszy nocnej, odejmowanie mnóstwa punktów i rozdawanie niezliczonych szlabanów, ale odkrył, że w życiu są większe przyjemności. Jedną z nich było czytanie, tak samo jak obserwowanie żony. I to niezależnie od tego czy chodziła po pokoju, czytała przed kominkiem czy wrzeszczała na niego. Na bogów, robił się z niego straszny mięczak!

Zorientował się, że znowu się na nią gapi, więc poddał się, odłożył książkę i spytał co się stało.

- Severusie, wiem, że chcesz się dowiedzieć co jest grane, ale nie możesz go za bardzo naciskać! Jeśli to zrobisz to zamknie się w sobie.

- Czy tobie się wydaje, że przywiążę go do krzesła i zażądam odpowiedzi?

- Jeśli tylko uszłoby ci na sucho… - urwała, widząc jego oburzone spojrzenie. – No dobra, to nie było w porządku. Ale naprawdę potrafisz być onieśmielający jeśli tylko chcesz. A z reguły chcesz! A teraz musisz być łagodny.

Tupnęła, gdy jej mąż parsknął pogardliwie.

- Severusie, mówię poważnie! Jeśli odstraszysz tego chłopaka to napakuję cię taką ilością eliksirów, że będziesz przekonany, że jesteś jedenastoletnią Puchonką! Będzie podskakiwał środkiem korytarza z zaplecionymi warkoczykami i uważał, że wszystko jest w porządku!

- Jestem zaszczycony twoją głęboką wiarą we mnie – odparł urażony.

- Ja cię znam. Możesz tego nie chcieć, ale naprawdę potrafisz być przerażającym człowiekiem. Zresztą kogo ja próbuję oszukać? Oczywiście, że robisz to celowo. Oboje wiemy jak cię to cieszy! Słuchaj, chcę po prostu powiedzieć… i nie bardzo mi idzie, sądząc po twojej minie… że wszystko co niegdyś zaszło między tobą i Harrym może nam utrudnić zadanie. On dopiero zaczął ci ufać. Nie rób niczego, co mogłoby naruszyć jego zaufanie – poprosiła łagodnie.

Posłała mu błagalne spojrzenie, słysząc pukanie do drzwi. Westchnął, wstał i przytulił ją.

- Będę ostrożny – obiecał. – Ale trzeba wyjaśnić pewne rzeczy. Oboje to wiemy.

Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.

- Wstaw herbatę, ja otworzę.

Po kilku minutach Harry siedział w salonie Snape'ów zarzucony herbatą i rozmową o pogodzie i szkole. Serena Snape siedział u jego boku, podczas gdy jej mąż usadowił się naprzeciwko i posyłał obojgu badawcze spojrzenia. W ich zachowaniu było coś dziwnego, jednak nie wiedział o co chodzi, póki Severus nie zaczął mówić:

- Harry, przez niemal dwadzieścia lat szpiegowałem Voldemorta dla Dumbledore'a. Nauczyłem się między innymi jak obserwować pozornie nie związane sprawy i składać je w całość tak, by utworzyły jeden spójny obraz. Robiłem to tak wiele lat, że stało się to odruchem. Przez ostatnich kilka miesięcy zauważyłem kilka rzeczy i chcę się tym z tobą podzielić. Jeśli moje obserwacje są słuszne, poproszę cię o wyjaśnienia. Jednak zanim zacznę, powinienem ci powiedzieć, że nie podzieliłem się żadną z tych obserwacji z dyrektorem i zapewne tego nie zrobię, o ile będziesz ze mną szczery.

- Postaram się powiedzieć panu ile mogę – odrzekł nerwowo Harry – ale nie wiem o czym pan mówi, więc nie mogę niczego obiecać.

- W porządku, już mówię o co chodzi. Po pierwsze, po szkole porusza się grupa uczniów, którzy noszą pierścienie z feniksem podobne do twojego. Niektórzy z nich są najlepszymi na moich lekcjach Obrony. Po drugie w dniu ataku na ciebie widziałem grupę uczniów, która poruszała się jak przeszkolony, skoordynowany zespół. I to grupę uczniów wywodzących się z różnych domów. Nawet ty musisz przyznać, że wobec rywalizacji między domami nie jest to nic typowego.

Harry sztywno skinął głową. Wiedział już o co chodzi, a przynajmniej miał niezłe pojęcie i niespecjalnie mu się to podobało. Z całego serca pragnął podnieść się i wyjść, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Kiedy otworzył usta, by odpowiedzieć, Severus powstrzymał go, unosząc rękę.

- Po trzecie – kontynuował nauczyciel Obrony – dostrzegłem kilka niecodziennych rzeczy przeglądając wspomnienie Sereny z dnia ataku. Pan Longbottom rzucił zaklęcie tarczy, o którym wcześniej nie słyszałem, a zaklęcie to nie zniknęło, gdy przestał je podtrzymywać, jak to mają w zwyczaju tarcze. Musiał je rozproszyć. Dodatkowo zaklęcie panny Lovegood przeleciało bez przeszkód przez tę tarczę, podczas gdy zaklęcie pana Malfoya zatrzymało się na niej, nie wyrządzając szkody. Jak wiesz z twoich lekcji Obrony, zaklęcie tarczy, którego uczy się uczniów, blokuje zaklęcia z obu stron. Nie można rzucić zaklęcia przez własną tarczę, dlatego właśnie opadają niepodtrzymywane, pozwalając na zmieszczę zaklęcia ofensywnego. A dodatkowym interesującym czynnikiem w tym i tak szalonym krajobrazie jest fakt, że zarówno Longbottom jak i Lovegood rzucali bezróżdżkowo.

Harry opuścił wzrok, nie chcąc patrzeć mu w oczy. Severus stłumił westchnienie. Widział jak młody mężczyzna zesztywniał i zacisnął w pięści złożone na blacie dłonie. Snape nie chciał za bardzo naciskać na młodego czarodzieja, ale potrzebował odpowiedzi.

- I wreszcie zauważyłem, że niemal cały klub sprawności fizycznej nosi pierścienie z feniksem, poza kilkoma zawodnikami quidditcha. Ale jestem się gotów założyć, że ci gracze robią jedynie za kamuflaż. Moja konkluzja jest prosta. Stworzyłeś tu w Hogwarcie sekretną grupę. Nauczyłeś swoich ludzi zaawansowanych technik obronnych i wyraźnie szkolisz ich w jakimś celu. Jak powiedziałem wcześniej, nie podzieliłem się moimi obserwacjami z dyrektorem, ale chyba czas na jakieś wyjaśnienia, nie sądzisz?

Harry oparł się ciężko na krześle i ujął w dłoń zwisający mu z szyi wisiorek. Potrzebował pomocy i z całego serca pragnął zapytać rodziców o radę. Czy mógł ufać Snape'om? Czy ośmieli się im zaufać? Wisiorek drgnął niespokojnie, ale zaraz rozgrzał się z aprobatą.

Ciekawe, pomyślał. Domyślam się, że za to drgnięcie odpowiada Syriusz. Nigdy nie lubił profesora Snape'a. Ciekawe czy mama potraktowała go klątwą? Ona chyba nic nie ma do Snape'ów. Wydawałoby się, że Syriusz powinien się nauczyć, by się jej nie sprzeciwiać.

Serena wyrwała go z zamyślenia:

- Harry, mamy nadzieję, że zaufasz nam na tyle, by powiedzieć co jest grane.

Harry wstał i zrobił kilka kroków po pokoju. W końcu odwrócił się do nich i powiedział:

- Ma pan rację. Reaktywowałem zeszłoroczne AD, ale w zupełnie nowej postaci. Liczę na państwa dyskrecję w tej sprawie. Nasze metody walki są zupełnie nieznane komukolwiek w naszym świecie i mam nadzieję, że dotyczy to też zwolenników Voldemorta. Wymyśliliśmy nowe zaklęcia i techniki. Wszyscy członkowie AD znają i akceptują niebezpieczeństwo, w jakim się znaleźli. Większość dorosłych nie zdaje sobie z tego sprawy, ale to też nasza wojna. Wiem, że nauczyciele lubią wmawiać sobie, ze jesteśmy bezpieczni w Hogwarcie, ale wszyscy wiemy, że to nie prawda. Wrogowie już wcześniej przenikali do zamku. Choć niektórzy myślą, że nie mamy nic do zaoferowania, planujemy wyprowadzić ich z błędu.

- Ale Harry, jesteście dziećmi! – zaprotestowała Serena. – Nikt od was nie oczekuje…

- Z całym szacunkiem, ale nie zgadzam się z panią – przerwał jej ostro Harry. – Już od dawna nie jestem dzieckiem. Stanąłem twarzą w twarz z Voldemortem pięć razy i przeżyłem. Trzymałem moich przyjaciół na rękach i patrzyłem jak się wykrwawiają, niezdolny im pomóc. Dwa lata temu młody mężczyzna został zabity na moich oczach tylko dlatego że znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. W zeszłym roku zamordowano mojego ojca chrzestnego na moich oczach. Każdy z moich ludzi z AD stracił przyjaciela lub kogoś z rodziny z rąk Voldemorta lub jego zwolenników. Każdego z nas dotknęła wojna. Czy to są pani zdaniem doświadczenia dzieci? Chyba jednak nie! Oddałbym każdy posiadany galeon, by móc prowadzić normalne życie. Wiecie jakie to uczucie, gdy patrzy się na osobę, z którą chce się spędzić całe życie i wie, WIE, że zapewne nie pożyje się na tyle długo, by ją poślubić? Voldemort przyniósł mi wojnę. Ja go o to nie prosiłem! Zostałem postawiony na polu bitwy i powiedziano mi, bym walczył lub zginę. Jeśli mam to zrobić, nie chcę dłużej grać według jego reguł!

Przerwał i przeciągnął dłonią po włosach. Widząc przerażoną minę Sereny skrzywił się i kontynuował spokojniej:

- Przepraszam, nie chciałem na panią krzyczeć. Ogromnie szanuję panią i pani męża. W tym roku nasze relacje diametralnie się zmieniły i potrzebuję państwa pomocy. Ale proszę nie nazywać nas więcej dziećmi. Nie mieliśmy czasu na dzieciństwo.

Serena chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Severus złapał ją za rękę, powstrzymując komentarz.

- Harry ma rację – powiedział cicho nauczyciel Obrony. – Oboje wiemy przed jakim wyzwaniem stoi. Jeśli szykuje uczniów, by potrafili się obronić, oddaje im wielką przysługę. Oboje widzieliśmy wizję w myśloodsiewni Harry'ego. Większość Zakonu była w niej pokonana, łącznie z kilkoma nauczycielami. Jeśli do tego dojdzie, Hogwart będzie bezbronny. Sereno, myślę, że powinniśmy raczej zapytać Harry'ego jak możemy pomóc.

Serena skinęła głową. Nie podobał jej się wynik tej rozmowy, ale nie mogła znaleźć luki w tym rozumowaniu. Severus spojrzał na Harry'ego.

- Obiecuję, że nic z tego nie zostanie powtórzone dyrektorowi. Pytanie brzmi, jak możemy ci pomóc?

Harry uśmiechnął się do obojga.

- Mam nadzieję, że któregoś dnia będziemy mogli usiąść i wspomnieć ten wieczór z przyjemnością… - zniżył głos - … o ile przeżyję…

- Słuchaj mnie młody człowieku! – odezwała się ze złością Serena, grożąc mu palcem. – Nie zamierzam ci pozwolić, żebyś gadał takie rzeczy. Przeżyjesz i dożyjesz sędziwego wieku w towarzystwie Ginny i waszych dzieci… - złagodziła nieco ton. – Harry, musisz w siebie wierzyć. Inspirujesz innych ludzi i dajesz im wiarę, zacznij wierzyć w siebie. Poza tym – dodała z figlarnym uśmiechem – nie możesz przegrać, skoro masz u boku mnie i Severusa!

Harry i Severus jak na komendę wywrócili oczami. Kiedy spojrzała na nich karcąco, uśmiechnęli się szeroko.

- Ale poważnie, jak możemy ci pomóc? – spytał Severus.

- Moim największym problemem jest bezpieczeństwo zamku i, niechętnie to mówię, ale pana dom stanowi tu sedno sprawy. Bardzo chciałbym wiedzieć, którym Ślizgonom mogę zaufać i na nich polegać. Ale nie mogę tak po prostu się do nich z tym zwrócić. Nie jestem ich ulubieńcem i będę miał wystarczająco dużo problemów, gdy zechcę ich wprowadzić do AD. Ale nie chcę ich zmuszać do wychodzenia poza granice swojego domu. Jeśli będzie pan mógł polecić dziesięcioro Ślizgonów od piątego roku w górę, którym możemy zaufać, byłbym wdzięczny.

To zaskoczyło Severusa. Harry nie tylko prosił o pomoc w bardzo ważnej kwestii, ale również udzielał mu dużego kredytu zaufania.

- Są też inne rzeczy, przy których potrzebowałbym pomocy państwa obojga, ale to jest w tej chwili najważniejsza kwestia, która przychodzi mi do głowy.

Gdy Harry wychodził po godzinie z apartamentu Snape'ów, czuł, jakby z serca spadł mu ogromny ciężar. Idąc korytarzem rozmyślał o ludziach, z którymi właśnie się widział. Bardzo ich szanował. Wciąż trudno było mu się przyzwyczaić do zmian, jakie Serena wywołała w mężu, ale naprawdę ufał nauczycielowi Obrony.

Zatrzymał się i uśmiechnął szeroko. Miał zbyt dobry humor, by iść ciemnym korytarzem! Zmienił się w Skrzydło i poleciał w dół korytarza, a po chwili w rozbłysku płomieni przeniósł się wysoko ponad zamek, szybując, wznosząc się i nurkując nad wieżami. Z jakiegoś powodu wieczorna rozmowa sprawiła, że czuł się najlepiej od wielu dni!

Radując się wolnością, jaką dawał lot, wydał z siebie triumfalną pieść, która odbiła się echem od zamkowych murów. W kilku oknach zapaliły się światła, gdy mieszkańcy zamku zastanawiali się nad źródłem dziwnego hałasu.

Zanurkował ku Wieży Astronomicznej, wyhamował i zamachał skrzydłami, lądując u boku Fawkesa, który przyjrzał mu się z rozbawieniem.

Dobrze czasem rozciągnąć skrzydła i polatać dla przyjemności, czyż nie, Pisklę?"

Rzeczywiście"

Poradziłeś sobie dziś znakomicie, ale dosyć tej rozmowy. Dodajmy temu miejscu trochę naszej magii. Lećmy!"

Oba feniksy zerwały się do lotu, okrążając się nawzajem i wyśpiewując pieśń światłości, gdy unosiły się nad Hogwartem.


Gabinet dyrektora, Hogwart

Albus Dumbledore patrzył z lekką zazdrością na swojego wieloletniego przyjaciela i Harry'ego Pottera, którzy wysoko ponad Hogwartem wyśpiewywali swą pieśń. Osłony Hogwartu migotały lekko, gdy potężna pieśń feniksów je wzmacniała. Widział, że inni ludzie także spoglądają w niebo na lśniące osłony i słuchają pieśni.

Niech się tym nacieszą, pomyślał. Mrok nadciągał, ale światło wciąż jaśniało. Jaką radość musi dawać zdolność lotu! Nie był pewien co łączy Harry'ego i Fawkesa, ale ewidentnie potrafili się jakoś porozumieć. Muszę pamiętać, by go kiedyś o to zapytać. Chciałbym wiedzieć co Fawkes myśli.

Albus kiedyś zajmował się animagią, ale szybko zrezygnował. Bycie kozą nie było zbyt fajne.


PODDAJEMY SIĘ!

Tego dnia miał być weekend Hogsmeade, ale z powodu ostatniego ataku uczniowie nie zostali wypuszczeni do miasteczka, a w zamian szkoła została otwarta dla gości. Następnego dnia miał odbyć się Bal Walentynkowy.

Remus Lupin czekał niespokojnie przed Trzema Miotłami na swoich gości. To było planowane już od jakiegoś czasu i zostało przełożone jedynie z powodu ataku na Harry'ego. Uśmiechnął się ciepło, gdy Fred i George aportowali się.

- Panowie! Cieszę się, że udało wam się przybyć. A moi przyjaciele będą jeszcze bardziej zadowoleni. Jeśli zechcecie mi towarzyszyć, spotkamy się z moimi przyjaciółmi na neutralnym terenie, który uważają za świętą ziemię. Z żalem muszę oznajmić, że w pewnym momencie będę zmuszony zasłonić wam oczy. Moi przyjaciele są niezwykle wrażliwi na punkcie osobistego bezpieczeństwa. Jeśli nie macie nic przeciwko udamy się do szkoły.

- Coś przeciwko?

- Oczywiście, że nie mamy…

- … nic przeciwko. Po prostu chcemy…

- … by ta wojna się skończyła!

- Znakomicie panowie, proszę za mną. Niestety nie mogę z wami zostać, jako że będzie to tajemna ceremonia. Ale będę w pobliżu, gdybyście mnie potrzebowali.

Remus wyprowadził bliźniaków z Hogsmeade i ruszył z nimi drogą do Hogwartu. Obaj Weasleyowie byli tak zaaferowani, że ledwo zwracali uwagę na mijanych kolegów i koleżanki, z którymi niegdyś chodzili do szkoły.

Fred i George pocili się coraz bardziej. Środki bezpieczeństwa podjęte przez Remusa były dość ekstremalne.

Gdy dotarli do bram zamku, Remus wyciągnął z kieszeni dwa czarne jedwabne kaptury i poinstruował bliźniaków, by je ubrali. Drżącymi dłońmi naciągnęli materiał na twarze. Remus położył rękę jednego z bliźniaków na ramieniu drugiego i poprowadził ich w głąb szkoły. Ruszyli schodami w górę, a potem na dół. podążali długimi korytarzami i krótkimi, aż wreszcie dotarli do miejsca przeznaczenia.

Remus zatrzymał się przy drzwiach starając się z całej siły opanować uśmiech. Jasne, bliźniacy nie mogli go zobaczyć, ale tu chodziło o zasady! Drzwi stanęły otworem, a z mroku komnaty napłynął złowrogi głos:

- KTO ŚMIE KALAĆ UŚWIĘCONĄ ZIEMIĘ?

- To ja, Remus Lupin, przyprowadziłem dwóch pokutników, którzy proszą o poddanie ich rytuałowi kapitulacji.

- WPROWADZIĆ POKUTNIKÓW!

Remus wprowadził bliźniaków do komnaty. Potem błyskawicznie przyodział czarną szatę z kapturem i stanął u boku kilku podobnie zamaskowanych postaci.

- ZDEJMIJCIE WASZE KAPTURY, BYŚMY MOGLI SPOJRZEĆ WAM W TWARZ!

Gdy bliźniacy zdjęli kaptury, pisnęli przerażeni i złapali się za ręce.

W komnacie panował półmrok. Na ścianach paliło się zaledwie kilka pochodni. Przed nimi stała grupa złożona z kilku osób odzianych w czerń od stóp do głów. Stali w ciszy, a ich twarze skrywały kaptury. Za ich plecami znajdował się potężny mężczyzna, obnażony od pasa w górę, który stał przy wielkim gongu, trzymając potężny młot. Kolejnych pięć zakapturzonych postaci w czerni stało z boku.

Przed bliźniakami ustawiono mały kamienny stół, ociekający krwią i wnętrznościami. Jedna z osób na przodzie spytała ostrym tonem:

- Czy w akcie wolnej i nieprzymuszonej woli, zgadzacie się na poddanie rytuałowi kapitulacji?

Mężczyzna na tyłach uderzył w gong.

BANG!

Upiorny dźwięk zdawał się być czymś pomiędzy metalicznym brzękiem i ludzkim wrzaskiem.

- Ta… ta… tak! – wyjąkał Fred.

- Chce… chcemy się poddać – wydusił z siebie George.

BANG!

- Wnieść instrument kapitulacji! – przemówiła ponownie postać.

Z tyłu komnaty dobiegło skrzypienie masywnych drzwi, które stanęły otworem. W krąg światła wkroczył pięciometrowy troll z pergaminem w ręce. Bliźniacy odsunęli się od niego przerażeni. Troll spojrzał na krwawą dekorację stołu, nachylił się i wylizał go do czysta. Gdy to zrobił, złożył na stole pergamin, pióro i mały nóż. Następnie wrócił za wielkie drzwi, które zamknęły się za nim z hukiem.

- Podpiszcie instrument kapitulacji, a następnie złóżcie na nim kroplę swojej krwi!

BANG!

Fred szybko podpisał, nawet nie próbując czytać. George podążył za przykładem brata, a potem obaj upuścili na dokument kroplę swojej krwi.

BANG!

- Udowodniliście, ze jesteście godnymi wrogami, wartymi naszej uwagi. Do zakończenia rytuału pozostało już tylko jedno. ZDEJMIJCIE ODZIEŻ WIERZCHNIĄ!

BANG!

Bliźniacy szybko zaczęli ściągać z siebie ubrania. Byli tak przerażeni, że nie potrafili zrobić tego porządnie. Fred szarpną za koszulę, urywając sobie wszystkie guziki.

Drzwi z tyłu komnaty ponownie stanęły otworem. Wyszedł z nich ten sam troll. Tym razem trzymał w ręku rozgrzany do czerwoności instrument do wypalania piętna.

George zemdlał. Fred chwycił brata pod ręce i ciągnąc go za sobą starał się jak najszybciej dotrzeć do wyjścia. Kiedy przecisnął się przez drzwi, cała scena zamigotała i zniknęła, na jego oczach zmieniając się w Wielką Salę wypełnioną uczniami i nauczycielami siedzącymi przy stołach, którzy otrzymali darmową rozrywkę do obiadu. Rozległy się śmiechy, gwizdy i okrzyki, a Fred poczuł, jak całe jego ciało rumieni się na buraczkowo. Szlag! Stał w Wielkiej Sali w samej bieliźnie!

Molly i Artur siedzieli u boku Dumbledore'a przy stole nauczycielskim, uśmiechając się do synów. Dyrektor pomachał do nich z ognikami w oczach i spytał, czy nie zechcieliby się ubrać do obiadu. Pięć zakapturzonych postaci, które nie zniknęły, ukłoniło się w stronę stołu nauczycielskiego i wymaszerowało spokojnie z Wielkiej Sali, niosąc ze sobą podpisany przez bliźniaków kontrakt, w którym zgadzali się nigdy nie spłatać figla nikomu z nich. Kopia kontraktu pojawiła się w dłoni Freda.

Gdy ostatnia zakapturzona postać wyszła z sali, wszystkie flagi w pomieszczeniu zmieniły się w hasło: „HUNCWOCI PANUJĄ".


Bal

Harry obudził się, słysząc że Ron klnie na czym świat stoi. Jego przyjaciel siedział na swoim łóżku. Obok niego leżało mnóstwo patyków, a po jego drugiej stronie kilka nędznych kwiatków.

Ron próbował transmutować patyki w kwiaty. Harry parsknął śmiechem. Ron posłał mu wściekłe spojrzenie.

- Stary, może przyda ci się pomoc? – spytał Harry.

- Nie! Jeśli ty to zrobisz, to nie będzie to samo – odparł zdecydowanie Ron.

- Ale ja nie chcę tego zrobić za ciebie. Chcę ci pomóc to zrobić.

- Co? Ale jak?

- Ron, po prostu robisz coś nie tak. Słuchaj, rób co ci mówię. Zamknij oczy. Weź kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić. Wyobraź sobie dokładnie kwiat. Wyobraź sobie każdy płatek, łodygę i listek twojego kwiatu. A teraz utrzymaj ten obraz w myślach, zwizualizuj sobie całość i pomyśl jaka szczęśliwa będzie Mionka, kiedy dasz jej kwiat. Zanurz się w tym uczuciu i wypuszczaj je po kawałeczku razem ze swoją magią, mówiąc jednocześnie „Floris Transigcontatus".

Koniec różdżki Rona powili zaczął się świecić, by rozbłysnąć jaskrawym światłem, gdy młody czarodziej wypowiedział inkantację. Gdy światło zgasło Ron ujrzał idealną białą różą z delikatną nutką czerwieni przy samym końcu płatków. Zdumiony Ron chwycił kolejny patyk ze sterty, zamknął oczy i powtórzył cały proces. To działało! Posłał Harry'emu pełne wdzięczności spojrzenie, na co jego kumpel odpowiedział uśmiechem.

- Widzisz stary, to nie takie trudne gdy już wiesz co robić. Tak jak mówiłem, nie będę nic robił za ciebie, ale zawsze gdy będziesz chciał się czegoś nauczyć, pokażę ci jak to robić. Jeśli chcesz być trochę kreatywny, zacznij trochę zmieniać wygląd kwiatów, by wszystkie nie wyglądały tak samo.

Podczas gdy Ron zajmował się kwiatami, Harry wyciągnął notatnik i zaczął coś szkicować. Ron podszedł do niego zaciekawiony i ujrzał kolejny projekt biżuterii.

- Harry?

Harry uniósł głowę znad szkicu.

- Co jest?

- Tak sobie myślałem… znaczy… pamiętasz ten pierścionek, który zrobiłeś dla Ginny? – spytał Ron, rumieniąc się wściekle.

- Chciałbyś zrobić coś podobnego dla Mionki? – Harry nie zdołał powstrzymać szerokiego uśmiechu, który wpłynął mu na twarz. Hermiona będzie z tego bardzo zadowolona, pomyślał.

- Tak, ale nie chcę, żebyś to ty go robił. Ale nie mam też za dużo kasy…

- A masz może monetę dziesięciogaleonową?

- Mam jedną, trzymam w kufrze.

- Dobra, zostaw ją na razie. Wiesz z czego zrobione są galeony?

Harry roześmiał się, widząc zmieszanie na twarzy przyjaciela.

- Ron, galeon to w większości złoto, dokładnie pięć uncji* z dodatkiem mniej szlachetnych metali dla wzmocnienia całości. Jeśli chcesz, możemy stopić twojego galeona i pomogę ci zrobić z niego pierścionek podobny do tego, który wykonałem dla Ginny. Obawiam się, że będziesz musiał mi pozwolić na wyczarowanie jednego czy dwóch kamieni, ale jeśli nie chcesz to nie będą za duże. Ty wykonasz pierścień, ja dodam kilka ozdób i kamieni. Większość roboty będzie twoja. Co ty na to?

Ron spojrzał na niego z wdzięcznością i pokiwał głową.

Kiedy Ron wrócił do robienia kwiatów, Harry zajął się rysunkiem. były walentynki, więc chciał dać Ginny coś wyjątkowego. Spojrzał na projekt i zamyślił się. Wyglądał dość prosto, ale wykonanie było skomplikowane jak na użycie jedynie dwóch kamieni. Harry zasunął baldachim swojego łóżka, by mieć spokój i wziął się do roboty.

Później tego samego wieczoru Ron i Harry niespokojnie oczekiwali w pokoju wspólnym, aż ich partnerki zejdą ze swoich dormitoriów. Ron nieco przesadził z popołudniową transmutacją, ale się tym nie przejmował. Stał spokojnie z naręczem kwiatów.

Prezent Harry'ego spoczywał w jego kieszeni opakowany w małe pudełeczko. Nie czułby się dobrze dając go Ginny na oczach Rona, więc planował odciągnąć ją na bok, gdy Hermiona będzie szukała swojego chłopaka w tej kwiatowej dżungli.

Gdy Hermiona i Ginny zaczęły schodzić, Harry poczuł jak serce zamiera mu w piersi. Ginny miała na sobie nowe szaty wyjściowe, podobnie jak Harry kupiła je podczas ferii świątecznych. Harry wyrósł ze swoich starych w związku z dojrzewaniem i treningiem. Molly stwierdziła, że może je wydłużyć, ale w międzyczasie musiał nabyć nowe.

Hermiona i Ginny podeszły do Harry'ego. Starsza z dziewcząt rozglądała się, usiłując dojrzeć swojego chłopaka.

- Harry, gdzie jest Ron?

- Hej, tu jestem! – powiedziała para ramion trzymająca kwiaty. Hermiona spojrzała zaskoczona.

- Ron?

- Hej Mionko. Zrobiłem je dla ciebie!

Usiłował jej wręczyć kwiaty, ale nie był w stanie jej dojrzeć zza naręcza płatków, liści i łodyg. Ginny zachichotała. Zmieszana Hermiona zrobiła krok w tył. Ron trzymał w ramionach 200 dużych róż!

Harry wziął Ginny za rękę i odciągnął ją od Rona, Hermiony i ich zmagań z dwoma setkami kwiatów.

- On naprawdę sam je zrobił? – spytała Ginny.

- Pokazałem mu jak je zrobić i pomogłem przy pierwszej. Potem działał już sam… - uśmiechnął się chytrze i zniżył głos. – Poprosił mnie też, żebym pomógł mu zrobić pierścień przyrzeczenia dla Mionki!

- Mam nadzieję, ze poradzi sobie lepiej niż z kwiatami, inaczej Hermiona nie będzie w stanie unieść ręki! – roześmiała się Ginny.

- Ron? – zawołała Hermiona.

- Mionko, gdzie jesteś?

Harry i Ginny chichotali, słuchając jak przytłoczona kwiatami para usiłuje się odnaleźć. Nagle Harry spoważniał i nieśmiało przesunął po stole pudełko w stronę Ginny.

- Zrobiłem to dla ciebie, ale nie chciałem ci dawać tego w obecności Rona. On się strasznie napracował nad tymi kwiatami.

Ginny otworzyła pudełko i westchnęła zachwycona. W środku znajdował się mały przezroczysty kryształ w kształcie serca. W jego wnętrzu zatopiony był czerwony kryształ w kształcie serca. Całość wisiała na delikatnym srebrnym łańcuszku.

- Zewnętrzny kamień to diament, w środku znajduje się rubin – wyjaśnił cicho Harry. – Mam nadzieję, że ci się podoba.

Ginny odwróciła się, uniosła włosy i poprosiła, by założył jej naszyjnik. Zrobił to drżącymi palcami. Musiał kilkukrotnie próbować, nim wreszcie mu się udało. Spojrzał na nią niespokojnie, gdy znów stanęła przodem do niego i podziwiała nowe serce spoczywające na jej szyi.

- Podoba ci się Gin? Wiem, że to nic wielkiego… ale kiedy narysowałem projekt, pomyślałem sobie, że na pewno ci się spodoba.

Ginny uciszyła go, przykładając palec do jego ust. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, rzuciła mu się w ramiona i mocno pocałowała. Nie odrywali się do siebie, póki Ron nie poklepał Harry'ego po ramieniu. Hermiona, praktyczna jak zawsze, rozwiązała problem, rozdając nadliczbowe róże innym chłopakom, którzy czekali na swoje partnerki. Wyglądała na zadowoloną z siebie.

Obie pary opuściły pokój wspólny i zeszły do Wielkiej Sali. Tam spotkali się z Nevillem i Luną. Dumbledore na życzenie szkolnej społeczności ponownie zatrudnił Wyjących Czarodziejów, by grali podczas balu. Sala została udekorowana w duchu walentynkowym, łącznie z iluzjami cherubinów strzelającymi w ludzi ze swoich łuków.

Ginny planowała nie przeciążać Harry'ego. Dochodził szybko do zdrowia, ale jeśli nie był ostrożny to wciąż potrafił zupełnie wyczerpać siły. Raz spróbował wznowić treningi, ale okazało się to zupełną katastrofą. Ginny nalegała, że będzie nad nim czuwać. Harry zaczął nie najgorzej, ale bardzo szybko został ciężko znokautowany przez symulacje. Naradzili się z Hermioną i postanowili, że Harry musi odbudować wytrzymałość nim wróci do treningów bojowych. Dla młodego czarodzieja była to niezła lekcja pokory.

Trzy pary siedziały przy jednym stole ciesząc się napojami, gdy kapela zaczęła grać. Harry chciał od razu ruszyć z Ginny na parkiet, ale ona nalegała, by poczekać na wolniejszy taniec. Role całkowicie się odwróciły, tym razem to Harry tęsknie spoglądał na wirujące po parkiecie pary. Po kolejnej szybkiej piosence zespół zaintonował spokojną balladę. Ginny pozwoliła zaciągnąć się do tańca.

Tak naprawdę nie tańczyli. Trzymali się w ramionach i spędzili większość czasu wpatrując się sobie w oczy i powoli przesuwając stopy po podłodze. Kiedy utwór dobiegł końca i zabrzmiały bardziej ożywione takty, Ginny ruszyła w stronę stołu. Harry przyciągnął ją do siebie, by kontynuować taniec. Była zirytowana jego oporem wobec jej planów, ale powiedział jej, że woli się zmęczyć w tańcu z nią niż podczas treningu.

W miarę upływu czasu Ginny przestała się martwić kondycją Harry'ego. Spędzali miły wieczór, od czasu do czasu wymieniając partnerów z Ronem, Hermioną, Nevillem i Luną.

Rozpoczęło się pod sam koniec balu. Harry i Ginny tańczyli na środku parkiety, gdy nagle w Wielkiej Sali zapadły ciemności. Tłum zaszumiał niespokojnie, ktoś krzyknął zaskoczony.

- Patrzcie na sufit! – rozległ się głos.

Zaklęty sufit się zmienił. Pomiędzy gwiazdami widniał Morsmorde, znak śmierci Czarnego Pana!

Gdy zapadły ciemności wielu uczniów wyjęło różdżki. W całej sali dały się słyszeć okrzyki „Lumos". Wszyscy członkowie AD wydobyli różdżki, gotowi do odparcia spodziewanego ataku. Pochodnie w Wielkiej Sali zamigotały i światło wróciło do normy. Dumbledore wkroczył na scenę. Wzmocnił zaklęciem swój głos i przemówił:

- Proszę o ciszę. Prefektów proszę o zebranie uczniów i nie pozwolenie nikomu na opuszczenie tego pomieszczenia, póki nie przybędą nauczyciele z nowymi poleceniami. Nauczyciele, my musimy przeszukać zamek. Zacznijcie od waszych domów. Każdy opiekun domu ma dokładnie sprawdzić obecność wśród wszystkich swoich uczniów. Upewnijcie się, że nie brakuje nikogo z młodszych uczniów. Ja w tym czasie zapieczętuję zamek.

Nauczyciele wybiegli z sali. Z korytarza napłynął łoskot zatrzaskiwanych głównych wrót oraz ciężkich rygli, które zapobiegały ich otwarciu.

Harry poprowadził Ginny z powrotem ku ich stołowi. Nikt nie miał już ochoty na tańce. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że pojawienie się znaku oznacza czyjąś śmierć.

Harry i jego przyjaciele siedzieli przy stole w milczeniu. Wielu uczniów było niespokojnych i prefekci mieli pełne ręce roboty, starając się zatrzymać wszystkich w Wielkiej Sali. Harry siedział przez chwilę w spokoju, a potem zaczął przywoływać niektórych członków AD. Wszyscy się zeszli i spojrzeli na niego pytająco.

- Znajdźcie wszystkich naszych członków, którzy byli na balu – polecił im półgłosem Harry. – Niech chodzą po Sali i pomagają uczniom. Czterech ma stanąć na straży przy głównym wejściu, dwóch kolejnych przy północnym. Reszta – wskazał na siebie, Ginny, Rona, Hermionę, Neville'a i Lunę – zniknie stoły i wyczaruje śpiwory. Nie mam pojęcia ile potrwa, nim nauczyciele wrócą, ale obawiam się, że może minąć wiele godzin. Postarajmy się wszystkich uspokoić i ułożyć do snu. Na razie nie możemy zrobić nic więcej.

Minęły cztery godziny, nim Dumbledore i profesor McGonagall wrócili do Wielkiej Sali. Ku zaskoczeniu dyrektora światła zostały przytłumione, a pomieszczenie zapełniali śpiący uczniowie. Każdy z nich wyposażony był w śpiwór, a stoły zniknęły. Czterech uczniów stało przy drzwiach na straży. Na widok nauczycieli rozluźnili się i schowali różdżki. Kilku prefektów i innych uczniów chodziło pomiędzy rzędami śpiących osób. Co jakiś czas przystawali, by zamienić z kimś kilka cichych słów. Kolejnych dwóch uczniów stało przy północnym wejściu do Sali, rozmawiając z trzecim, który przerwał rozmowę i ruszył w stronę głównego wejścia, gdy dostrzegł przybyłych nauczycieli.

Dumbledore i McGonagall ruszyli głównym korytarzem między śpiworami. Zauważyli, że Ron i Hermiona spali razem w dwuosobowym śpiworze, podobnie jak Neville i Luna. Ginny spała sama w takim śpiworze, co pozwoliło im na zidentyfikowanie zbliżającego się do nich ucznia.

- To twoja robota, Harry? – spytał cicho Dumbledore.

- Nie tylko moja. Uznaliśmy, że będą państwo chcieli, żeby uspokoić wszystkich i położyć ich spać.

- Słusznie. Myślę, że ty też powinieneś trochę odpocząć. Obawiam się, że kolejne kilka dni będą dla nas wszystkich bardzo ciężkie.

- Czy mogę zapytać… kto…

Dumbledore odszedł ciężkim krokiem, ale McGonagall nie podążyła za nim. Położyła Harry'emu rękę na ramieniu i odpowiedziała zdławionym głosem:

- Ni… Nigel Goldsmith, jeden z naszych pierwszorocznych Gryfonów.

Pod wpływem impulsu Harry przytulił opiekunkę Gryffindoru. McGonagall zesztywniała na chwilę, ale odwzajemniła uścisk.

- Przejdziemy przez to, pani profesor. Jesteśmy Gryfonami.

Potaknęła słabo i ruszyła za Dumbledorem. Harry wczołgał się w śpiwór, ale nie mógł spać. NIGEL! pomyślał. Ledwo go znałem. Był dla mnie po prostu kolejnym pierwszakiem. Harry poczuł jak płonie w nim wściekłość. Obiecał sobie, że kiedy przyjdzie czas, by wymierzyć karę Voldemortowi, nie będzie się w żaden sposób hamował. Na ile był w stanie, usiłował przypomnieć sobie twarz Nigela. Nie szło mu to za dobrze, co zintensyfikowało jego uczucie wstydu i wściekłości.

Harry leżał jeszcze długo. Nie mógł zasnąć. Tak bardzo pogrążył się w myślach, ze ledwo dostrzegł, że Ginny przekręciła się na drugi bok i wtuliła się w niego. W końcu odpłynął w krainę snu, delikatnie gładząc jej miękkie włosy.

Następnego dnia ogłoszono, że na kilka dni odwołane są wszystkie lekcje. Wszyscy mieli przyjść do Wielkiej Sali na południowy posiłek, nikomu nie wolno było go pominąć. W Wieży Gryffindora starsi studenci poświęcali większość czasu na pocieszanie pierwszo- i drugoroczniaków. Co zrozumiałe, najmłodsi byli przerażeni. Serena Snape przygotowała znaczną ilość eliksirów uzdrawiających i rozdzieliła je między prefektów, by mogli ich używać w razie konieczności.

Na południowy posiłek stawił się cały bardzo przygnębiony Dom Gryffindora. Zebrali się wszyscy w pokoju wspólnym i razem zeszli do Wielkiej Sali. Najwyraźniej nie byli jedynym domem, który przemieszczał się tego dnia w grupie. Wszystkie domy przybyły w podobny sposób.

Gdy usiedli przy stole, Harry dostrzegł kilka obcych twarzy. Flagi poszczególnych domów usunięto z sali, podobnie jak sztandar Hogwartu. W ich miejsce zawisły czarne flagi. Gdy wszyscy uczniowie znaleźli się w Sali, Dumbledore wstał i odezwał się:

- Jestem pewien, że większość z was wie co zaszło zeszłego wieczoru. Starając się wyjaśnić, kto jest za to odpowiedzialny, wezwaliśmy dziś kilku aurorów, którzy będą sprawdzali wasze różdżki. Kiedy wywołane zostanie wasze nazwisko, macie podejść do tego stolika na uboczu, gdzie wasza różdżka zostanie skontrolowana. Gdy przejdziecie kontrolę, otrzymacie zaświadczenie, które pozwoli wam wrócić do waszych pokojów wspólnych.

Sprawdzanie różdżek trwało bardzo długo. Ginny i Ron już się temu poddali i czekali na Harry'ego i Hermionę. Dumbledore podszedł do całej grupy.

- Harry, panie Weasley, panno Weasley, chciałbym z wami porozmawiać dziś wieczorem w moim biurze po wieczornym posiłku.

Cała trójka skinęła głowami.


Rodzinne spotkania i niespodzianki

Po kolacji Harry, Ron i Ginny prosto z Wielkiej Sali udali się do biura Dumbledore'a. Harry zapukał i drzwi stanęły otworem.

W biurze znajdowali się Dumbledore, minister Knot, Percy Weasley i wysoki siwowłosy mężczyzna.

Knot dostrzegł Harry'ego, a także niechętne spojrzenie, które posłał mu od razu młody czarodziej. Odwrócił się do Percy'ego i odezwał się podniesionym tonem:

- Zostawiam to w twoich kompetentnych rękach, Weatherbee! Pamiętaj co ci powiedziałem, Dumbledore. Masz go zmusić, żeby się zgodził!

I błyskawicznie zwiał przez Fiuu w gabinecie.

- Harry, wejdź proszę. Panie Weasley, panno Weasley, wy też – zaprosił ich dyrektor. Zwracając się do dwójki Weasleyów kontynuował: - Zaprosiłem was tu dzisiaj, bo pomyślałem że ucieszycie się z okazji, by spotkać się ze starszym bratem, a także dlatego, że cała ta sprawa bezpośrednio dotyczy waszej rodziny – jego głos stwardniał, gdy spojrzał na Harry'ego. – Harry, Minister Magii uznał, że nie jesteś odpowiednio szkolony tu w Hogwarcie i postanowił zabrać cię ze szkoły. Minister twierdzi, że zamierza unieważnić wyrok przyznający prawa rodzicielskie państwu Weasley i uznać cię za podopiecznego państwa. Powiedziałem mu, że nie ma podstawy prawnej dla takiego działania i Wizengamot nigdy go nie poprze.

- Chce mnie odebrać mojej rodzinie? – spytał słabo Harry. Ginny westchnęła i chwyciła go za rękę. Ron posłał Percy'emu mordercze spojrzenie.

- Proszę cię, Harry, przecież wszyscy wiemy, że nie jesteśmy tak naprawdę rodziną, niezależnie od tego, co mówią moi rodzice! – wtrącił się Percy. – Poza tym nasi najlepsi magowie bojowi będą cię szkolić w Czarnej Magii. potem, gdy uznamy że jesteś gotowy, wyzwiemy formalnie V… V… Voldemorta na pojedynek i będzie po wszystkim.

Harry poczuł jak narasta w nim gniew, ale opanował się, przekuwając go w determinację. Czuł, jak wzbiera w nim magia, potężna, ale całkowicie pod kontrolą. Stanął twarzą do Percy'ego, a jego oczy rozbłysły.

- Co ty możesz wiedzieć o rodzinie, Percy? Opuściłeś ją, by całymi dniami lizać dupsko tej żałosnej kreaturze mieniącej się ministrem. Kto ma mnie trenować? TY? Ty byś się nie uwolnił zaklęciem nawet z papierowej torby!

Percy zachłystnął się.

- Nie mów w ten sposób o Ministrze Knocie. To wielki człowiek! Oczywiście, że to nie je będę cię trenował. Mag Bojowy Schanne będzie cię trenował, podczas gdy ja będę nadzorował cały proces.

Harry spojrzał na Schannego. Był to wysoki, szczupły mężczyzna z siwymi włosami. Wyglądał, jakby spędził zbyt wiele poranków spoglądając we wschodzące słońce, bo od jego oczu rozchodziła się siateczka zmarszczek.

Absurdalność działań ministra dotarła nagle do Harry'ego i młody czarodziej wybuchnął śmiechem. Jego głęboki i pogardliwy śmiech sprawił, że oczy Schannego pociemniały od gniewu. Co za bezczelny szczeniak, pomyślał. Głupi dzieciak! Więc myśli, że jest taki dobry, co? Zaraz się przekonamy.

Ręka Schannego drgnęła w stronę jego różdżki. Jednak zamarł, zanim zdołał ją ująć. Harry trzymał swoją różdżkę pod podbródkiem Schannego, naciskając tak mocno, że starszy czarodziej musiał unieść głowę. Młody człowiek znalazł się przy nim tak szybko, że Schanne nawet nie zauważył ruchu. W jednej chwili dzieciak siedział na krześle, a w następnej wbijał różdżkę w jego podbródek!

Jabłko Adama poruszyło się gwałtownie na szyi Schannego, gdy wpatrywał się w te szmaragdowe oczy. Jego ciało było unieruchomione przy użyciu nieznanej mu techniki. W tych oczach widział jasno wypisaną wiadomość i po raz pierwszy w swojej długiej karierze zwątpił we własne możliwości. Na bogów! Nawet nie słyszałem, by wypowiadał inkantację! pomyślał. Próbował się odsunąć od mocy promieniującej z tych oczu, ale nie mógł.

- Zrób to! – warknął Harry. – Zrób to, jeśli uważasz się za wystarczająco dobrego.

- Wystarczy! – odezwał się Dumbledore. – Harry, wypuść proszę pana Schannego.

- Jak pan sobie życzy, dyrektorze – odparł spokojnie Harry. Nie był zły. Czuł przelewającą się przez niego magię, ale kontrolował ją i trzymał w gotowości do użycia. Zadziwiał go fakt, że nie czuł złości. Wiedział, że powinien ją czuć, ale było inaczej.

Harry odwrócił się od Schannego, który zatoczył się na bok i odwrócił się do obserwującego cała sytuację Percy'ego.

- Panie Weasley, wątpię, bym był w stanie nauczyć tego czarodzieja czegokolwiek. Właściwie nie byłbym zaskoczony, gdyby okazało się, że to ja mogę się od niego nauczyć kilku rzeczy – odwrócił się do Harry'ego i kontynuował: - Panie Potter, mam nadzieję, że zechce pan przyjąć moje przeprosiny. Minister Knot i pan Weasley zapewnili mnie, że jest pan niedostatecznie przygotowany i brak panu treningu. Widzę teraz, że się mylili. Gdy skończy pan szkołę z radością poręczę za pana, jeśli będzie chciał pan wybrać karierę aurora.

Harry usiadł z powrotem i skinął głową magowi bojowemu.

- Dziękuję, panie Schanne.

Schanne skinął Dumbledore'owi i Percy'emu, a potem wszedł do Fiuu, zostawiając Percy'ego na ruinach planu ułożonego przez niego i Knota.

- Aaa… tak… to znaczy… Ja może wrócę do pana Ministra i złożę mu raport o tym obrocie wypadków.

Percy odwrócił się, by odejść, ale zatrzymały go słowa Harry'ego, wypowiedziane lodowatym tonem:

- Percy, nadchodzi moment, gdy będę zmuszony zerwać z Knotem i wszystkimi, którzy przy nim stoją. Dla dobra naszej rodziny zerwij z nim, zanim stanie ci się krzywda – jego głos złagodniał: - Tęsknimy za tobą Percy i cała rodzina cierpi z tego powodu, zwłaszcza twoi rodzice. Dla twojego dobra, dla dobra twojej rodziny, wróć do domu nim będzie za późno. Pomyśl o tym. Chcemy, żebyś był bezpieczny w domu.

Ron i Ginny spojrzeli na Harry'ego z niedowierzaniem, ale Dumbledore spojrzał z aprobatą ponad okularami.

Percy wyglądał, jakby otrzymał cios w brzuch. Wszedł do Fiuu i opuścił biuro bez słowa.

Pozostała czwórka siedział przez chwilę w milczeniu. W końcu odezwał się Dumbledore:

- Harry, to był naprawdę hojny gest, biorąc pod uwagę co on właśnie próbował zrobić. Nie jestem pewien czy stać by mnie było na coś takiego na twoim miejscu.

- Musiałem przedstawić tę ofertę. Nie byłoby w porządku, gdybym postąpił inaczej.

- Ale Harry – wtrącił się Ron. – On chciał… on próbował…

- Ron, nie odwracaj się plecami do rodziny. Percy jeszcze się tego nie nauczył. Ale fakt, że on tego nie wie, nie oznacza, że my mamy z tego zrezygnować.

Ron zamyślił się. Ginny uśmiechnęła się i pokiwała głową. Nie podobało jej się zachowanie Percy'ego, ale ona również nie była gotowa z niego zrezygnować.

Harry zmarszczył brwi. Wciąż czuł w sobie zgromadzoną magię, na wyciągnięcie ręki, jakby była przyczajona i gotowa do ataku. Normalnie jego magia przypływała i odpływała, ale tym razem było inaczej. Czuł, jak wzrasta, ale nie wyglądało na to, by miała wrócić do normy.

Harry wstał i podszedł do zawieszonego na ścianie lustra. Wyglądał niemal normalnie, żadnej poświaty, aureoli czy czystej energii. Jedyną różnicą były oczy, widział jak rozjaśniają je błyski magii. Szybko rozejrzał się po pomieszczeniu. Żadne okna nie wybuchały, nic się nie trzęsło. Nic!

Dumbledore przyglądał mu się uważnie, podczas gdy Ron i Ginny patrzyli pytająco.

- Co się stało Harry? Coś cię zaniepokoiło.

- Wie pan, nie jestem pewien jak to wyjaśnić… ona nie odpływa… - odpowiedział zmieszany Harry.

- Harry, usiądź i powiedz mi co się dzieje.

Harry usiadł z powrotem.

- Wcześniej zawsze czułem, jak moja moc wzrasta, gdy ogarniał mnie gniew. Wtedy czułem gwałtowny przypływ, a gdy się uspokajałem poziom mocy opadał. Ale tym razem nie opada. Wciąż ją czuję! Czeka na mnie, gotowa by z niej skorzystać.

Dumbledore nachylił przodu, opierając się na zaplecionych przed twarzą dłoniach. Ron i Ginny przysłuchiwali się w milczeniu.

- I jak się z tym czujesz?

Harry zastanowił się nad odpowiedzią.

- Na początku to było świetne, jakbym był naprawdę potężny. Ale teraz trochę mnie to przeraża.

- Czy czujesz jakąś pokusę, by użyć tej mocy?

- Chyba nie. Pewnie któregoś dnia ciekawie byłoby sprawdzić co mogę zrobić z takim poziomem mocy, ale nie czuję przymusu, by wybiec i zacząć rzucać zaklęcia na prawo i lewo. To dziwne uczucie, jakby coś wielkiego siedziało mi na ramieniu, czekając na wezwanie. Niespecjalnie mi się też podoba jak wyglądają przez to moje oczy.

Ginny odwróciła się gwałtownie do niego, ujęła go pod brodę i odwróciła jego twarz, by spojrzeć mu w oczy. Wpatrywała się w nie dłuższą chwilę. Widziała w nich światło, które sugerowało ukrytą moc. Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.

- Mi tam się podoba. Dobrze ci z tym, a poza tym teraz będę cię mogła znaleźć w ciemności.

Dumbledore roześmiał się, ale jego pytanie było poważne:

- Harry, co czułeś podczas tego gwałtownego przypływu mocy?

- No, byłem zły. Ale zamiast uwolnić gniew, pozwoliłem mu… tak jakby przemienić się w determinację. Nie zamierzałem pozwolić Knotowi na zabranie mnie ze szkoły i od mojej rodziny. A gniew był krótkotrwały. No nie wiem. Trudno to wyrazić – zakończył niezadowolony, że nie potrafi tego powiedzieć precyzyjniej.

- Jestem zadowolony, że osiągnąłeś ten moment. to był dla ciebie ważny krok.

- Wiedział pan, że to nastąpi? I nic mi pan nie powiedział? Dlaczego?

- Nie mogłem ci powiedzieć, bo każdy kto jest w podobnej sytuacji co ty, uczy się przywoływać swoją magię w zupełnie inny sposób. Dobrze, że nie czujesz potrzeby jej używania. Jeśli pozwolisz, chciałbym mocniej zaangażować się w twoje szkolenie. Wydaje mi się, że wyzdrowiałeś już na tyle, by wrócić do treningów i chciałbym móc je obserwować, może od czasu do czasu zaoferować jakąś wskazówkę, jeśli pozwolisz.

- Myślę, że to będzie korzystne – odparł z uśmiechem Harry.


Sowa od Jacka

Od spotkania w gabinecie dyrektora minął już tydzień. Dumbledore pojawił się na dwóch sesjach treningowych, a jego rady okazały się pożyteczne.

Harry i jego przyjaciele siedzieli przy śniadaniu, gdy przybyła sowia poczta. Zadbany puszczyk poszybował do Harry'ego, który zawołał:

- To Uhu! Mam nadzieję, że u Jacka wszystko w porządku!

Harry odwiązał list od sowy i nakarmił ją bekonem. Zaproponował jej wodę, ale ona odmówiła, więc wysłał ją w drogę powrotną i otworzył list od Jacka.

Harry,
siema mały, jak leci? Jak tam twoja urocza rudowłosa czarodziejka? Przejrzałem plany, które wysłał mi Ron i mapę miasta. Plan nie jest najgorszy, ale można by go ulepszyć.
Ron ma łeb na karku, ale przewiduje atak tylko od jednej strony na sam środek miasta. Musicie być bardziej elastyczni. W idealnej sytuacji powinniście mieć kilka planów działania, po jednym dla każdej możliwej strategii przeciwnika.
Określcie dokładnie swoje cele. Przede wszystkim musicie kupić cywilom na tyle czasu, by zdołali się ewakuować. Potem musicie się utrzymać na tyle długo, by zdołało przybyć wsparcie. Do miasta prowadzi pięć głównych dróg. Musicie mieć plan obrony każdej z nich, w zależności od tego, które wybierze wróg.
Jeśli zdołacie zaskoczyć i spowolnić wroga, jest spora szansa, że Wasi przyjaciele zdołają ewakuować cywili. Potem mogą dołączyć do Was. Oczywiście kluczem będzie dotarcie na miejsce, zanim źli goście wejdą do miasta.
Pamiętaj mały, kiedy już zacznie się zadyma, będziecie sobie mogli wsadzić wszystkie plany. Wtedy właśnie wyjdzie wartość Waszego treningu. Szlag, szkoda że nie mogę się do Was dołączyć. Harry, nie przerywaj treningu. Pracujcie ciężko, to ich załatwicie. Acha, i dbaj o tą swoją małą czarodziejkę
Jack

Harry przeczytał list kilka razy, po czym przekazał go Ronowi. Ten przestudiował go dokładnie ze zmarszczoną brwią.

- To ma sens, Harry. Zacznę rysować plany dla pięciu możliwych wariantów. Wieczorem na spotkaniu rozdamy je wszystkim.


Spotkanie AD, koniec lutego

Harry wpatrywał się z niepokojem drzwi. Spodziewał się dzisiaj gości, a nawet jeśli jego przyjaciele o tym wiedzieli, to reszta AD nie miała pojęcia.

Drzwi uchyliły się i do środka wśliznął się Severus Snape. Wszyscy zamarli. NAUCZYCIEL! PRZYŁAPANO ICH! Snape przytrzymał otwarte drzwi, przez które przeszło dziesięcioro Ślizgonów pod wodzą Blaise'a Zabiniego. Wszyscy zesztywnieli, wydobywając różdżki.

- Pierwsza osoba, która rzuci jakiekolwiek zaklęcie będzie miała do czynienia ze mną osobiście – rozległ się w ciszy ostry głos Harry'ego. – Odłożyć różdżki!

Członkowie AD spojrzeli na Harry'ego z niedowierzaniem. Harry stanął na podwyższeniu i powtórzył cichszym, ale bardziej złowrogim tonem:

- Odłóżcie. Wasze. Różdżki. JUŻ!

Niechętnie wsunęli różdżki do uchwytów. Harry zerknął na Blaise'a z uniesioną brwią. Blaise skinął głową i Ślizgoni również schowali różdżki. Harry machnięciem ręki polecił, by wszyscy zbliżyli się do niego.

- Profesor Snape i członkowie jego domu są tu, bo ich zaprosiłem. Ufam im…

- Ale to Ślizgoni! – krzyknął ktoś z tłumu.

- To uczniowie – warknął w odpowiedzi Harry. – Tak jak ty i ja. Czas najwyższy, by odłożyć na bok rywalizację między domami. Nauczyliśmy się już przecież pracować ponad tymi podziałami. Nie ma tu ani jednej drużyny, która składałaby się z członków tylko jednego domu! Zaprosiłem tu profesora Snape'a, ponieważ spośród wszystkich nauczycieli, którym ufam, tylko on ma głęboką znajomość taktyk i sposobów działania Śmierciożerców. Zaproponował, że podzieli się z nami tą wiedzą, a ja przyjąłem jego ofertę. Blaise i jego Ślizgoni sformują szóstą drużynę, która będzie miała nieco inne zadanie niż reszta. Jego grupa ma sporo zaległości, których pewnie nie nadrobią na czas, więc będą mieli inną misję. Chcę was zapewnić, że Blaise i jego ludzie nie są zwolennikami Czarnego Pana. Są tu, ponieważ chcą działać, a ich obecność dowodzi, że nie wszyscy Ślizgoni są źli. Powitajcie ich wśród nas. Blaise, podejdź do mnie za moment, dam ci uchwyty na różdżki i pierścienie do rozdania. Hermiona ma też dla was przysięgę, którą będziecie musieli złożyć.

Wysoki Ślizgon skinął głową, a na jego ustach błąkał się lekki uśmieszek.


Harry i Ginny

Ginny nie miała najlepszego humoru. Nie żeby Harry ją ignorował, ale wymogi stawiane przez szkołę i trening sprawiały, że mieli dla siebie bardzo mało czasu. Dumbledore powiedział mu o ukrytym gabinecie w pobliżu Pokoju Życzeń i Ginny razem z Harrym zaczęli tam odrabiać swoje zadania domowe. Było to ciche pomieszczenie, o którym mało kto wiedział. Niestety zawsze mieli coś ważnego do roboty.

Ginny poprosiła Harry'ego o pomoc przy wypracowaniu z Zaklęć. Harry był dobry z Zaklęć i nie miał nic przeciwko pomaganiu Ginny. Jako że był to rok jej SUM-ów, miała mnóstwo roboty szkolnej, nie licząc wszystkich dodatkowych zajęć.

Siedzieli blisko siebie. Harry czytał jej wypracowanie w miarę jak ona je pisała. Chciała skończyć to jak najszybciej, żeby mogła wreszcie spędzić z Harrym trochę czasu.

Harry miał problem z koncentracją. Wypracowanie nie było łatwe, a do tego Ginny nałożyła perfumy, które niesamowicie go rozpraszały. Ginny pisała kolejny paragraf, gdy Harry nagle nachylił się, objął ją rękoma i skubnął jej ucho. Zadrżała z rozkoszy. Przesunął usta w dół szyi, a jedną ręką ujął delikatnie jej pierś. Obróciła się do niego i pocałowała go namiętnie.

Muszę podziękować Lavender za te perfumy! pomyślała szczęśliwa. Jak na Harry'ego to naprawdę agresywne zachowanie. Teraz muszę pożyczyć tę jej książkę. Ginny wiedziała, że Harry nie dopuści do TEGO, ale Lavender twierdziła, że ta książka opisuje również inne rzeczy, które można robić.

Ginny poczuła rękę Harry'ego, która sięgała i dotykała ją w tych miejscach. Jej ostatnią racjonalną myślą było: Pieprzyć Zaklęcia, to jest sto razy lepsze!


Słowniczek:

Galeony – nie wątpię, że czarodziejski świat płaci złotem. Ale z tą pięciouncjową monetą to autor lekko przesadził. Pięć uncji złota to ponad 150 gramów kruszcu (jedna uncja jubilerska to nieco ponad 31 gramów), wartego wg obecnych cen około 27 500 PLN (kurs złota to ok. 5,5 tys. PLN za uncję). Wątpię, by uczeń, zwłaszcza podkreślający z jakiej biednej rodziny pochodzi, nosił przy sobie taką kwotę. Nawet jeśli założymy, że złoto w czarodziejskim świecie warte jest 10 razy mniej (a jest to mało prawdopodobne, Mundungus już dawno zwietrzyłby okazję na biznes i wyprowadzał galeony do mugolskiego świata) to i tak jest to dość spora i nieporęczna kwota jak na jedną monetę. Pomijam już, że noszenie 150 gramowej monety byłoby dość niewygodne, z racji jej rozmiaru, używane przez nas monety ważą po kilka gram. Dodatkowo knut, najdrobniejsza jednostka pieniężna w czarodziejskim świecie miałby wartość niemal 8 PLN, średnio poręczne. Co więcej złote pierścionki ważą najczęściej od kilku do kilkunastu gramów, więc z jednej takiej monety można by wykonać przynajmniej kilkanaście pierścionków. Topienie monety w celu pozyskania surowca jest bezsensowne. Do tego w większości krajów świata (także w Polsce) niszczenie pieniędzy jest przestępstwem.


Od autora: Jednym z tematów, który często powraca w tej historii jest przemoc. Nie będę wchodził w szczegóły, ale jeśli ktoś z Was oczekuje, że ktoś mógł tak cierpieć jak kanoniczny Harry i nie mieć z tego powodu blizn na psychice, to się mocno myli. Jeśli nie lubicie Harry'ego-beksy to sugeruję nie czytać historii z kategorii Angst (naszym odpowiednikiem jest dramat – przyp. tłumacza)

A poza tym JKR ma swoją wizję Harry'ego, a my naszą :D

Ten rozdział jest znacznie lżejszy niż poprzedni. Mamy chwile powagi, ale lubimy ją równoważyć humorem. Ostatni rozdział był bardzo poważny, ale taki być musiał.

Zdaję sobie sprawę, że scena z Vernonem była dość brutalna, dlatego celowo pominąłem szczegóły. Naprawdę nie było konieczne, by opisywać każdy cios.

Scena w pociągu NIE BYŁA czymś w okolicach grupowego seksu. Po prostu było tam trochę namiętnego całowania. Minęło już trochę czasu odkąd byłem nastolatkiem (ech…) ale nawet w moim wieku jeśli spędzę wystarczająco dużo czasu na całowaniu, moje ciało zdecydowanie będzie chciało mnie popchnąć do czegoś więcej. Harry jest osobą zbyt ceniącą swoją prywatność, by zrobić publicznie coś więcej niż przytulanie i całowanie dziewczyny. Mimo to pozostaje nastolatkiem ze wszystkimi tego hormonalnymi konsekwencjami.