Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou - dzięki! / EDIT. Betowała również wspaniała Himitsu.
Cookies. Alice - mam nadzieję, że ten rozdział będzie dla ciebie bardziej przejrzysty i zrozumiały. Staram się wszystko tłumaczyć najlepiej jak potrafię w taki sposób, aby było to jak najbardziej czytelne... cóż, wyniki nie mnie oceniać. W każdym razie mam nadzieję, że kolejne rozdziały będą mniej... niejasne :). Ważne, że do wszystkiego udało się dojść :).
Och, Tsukiaisuishou, nawet nie wiesz jak bardzo. Tak, autorka naprawdę uwielbia wszystko komplikować i z biegiem czasu - według mojej opinii - wszystko staje się coraz bardziej... zagmatwane. W każdym razie cieszę się, że ci się to wszystko podoba i mam ogromną, wielką nadzieję, że tak pozostanie :).
Louise - w takim razie bardzo się cieszę, że czujesz się usatysfakcjonowana. Wprawdzie Umbridge zniknęła, ale... ktoś "nowy" pojawia się w tym rozdziale. I tak, wszytko strasznie się gmatwa... to dobrze, czy źle? ;) Co do twojego zastanawiania się nad biegiem wydarzeń w tym ficku... to chyba muszę powiedzieć, że wszystkiego dowiesz się dopiero na samym końcu. Powiem tylko jedno - nic nigdy nie jest pewne. ;)
Veniti. I ciesz się wakacjami :). Co się stanie, nie zdradzę - sama się przekonasz ;).
Dziękuję niesamowicie mocno za wszystkie wasze komentarze. Cieszę się też, że spodobał wam się "podwójny" rozdział. A teraz zapraszam na kolejny!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział jedenasty
- Um... – Harry zawahał się i spojrzał na Toma z czymś, co, miał nadzieję, że było niewinnym uśmiechem. Tom zmrużył oczy, nawet przez sekundę się na to nie nabierając. – To ciekawa historia – poinformował.
- Dlaczego jej w takim razie nie opowiesz? – zaszydził Lestrange, jak zawsze chętny do tego, by wpakować go w kłopoty. Przyjrzał się szybko ich twarzom i uśmiechnął oszałamiająco do Riddle'a.
- Pa! – Uciekł. Usłyszał jak Tom klnie cicho, bardzo w stylu Czarnego Pana, nawiasem mówiąc, po czym chłopak popędził za nim.
- WRACAJ TU W TEJ CHWILI, TY MAŁY…
Śmiech Ślizgonów nie pomagał.
Potter biegał po całej szkole z Tomem depczącym mu po piętach i wysyłającym na jego plecy różne zaklęcia. Niesamowicie cieszył się z tego, że umiał tak szybko biegać… i smucił z tego, że Tom był bardziej wytrzymały. Chociaż sam miał więcej cierpliwości. Zabłąkane zaklęcie i nagle poczuł jak kolana się pod nim uginają. Jego ręce wystrzeliły do przodu, próbując kontrolować upadek, ale czyjeś ramiona okrążyły jego tułów, zanim rzeczywiście mógłby uderzyć o ziemię. Tom upuścił go na podłogę, czekając z podniesioną brwią na wyjaśnienia.
- Cześć – powiedział wesoło Harry. Wyglądało na to, że na chwilę udało mu się wytrącić Toma z równowagi, zanim ten znów otrzeźwiał.
- Mów w tej chwili.
- To stworzy mały bałagan w osi czasu.
Tom długo spoglądał na niego z niedowierzaniem. Uśmiechnął się.
- Tak jak ja będący w tym samym czasie z moim przyszłym odpowiednikiem?
Miał rację. Mimo tego, nadal grał na zwłokę.
- Nie sądzę, aby uwierzyli w twoją „ja jestem Lord Voldemort" deklarację.
Tom usiadł przy nim, co całkiem obraźliwie sugerowało, że Riddle byłby w stanie powstrzymać go przed czmychnięciem, nie będąc nawet na nogach.
- Są głupcami. Wolą raczej bezczelnie ignorować ten fakt niż potwierdzić, że ten słodki facet, którym są tak zauroczeni, jest nastoletnim Czarnym Panem.
- Twoja skromność nigdy nie przestanie mnie zadziwiać – stwierdził oschle. Tom uśmiechnął się niebezpiecznie.
- Ani twoje żałosne próby unikania rozmowy. Gryfoni, to wszystko, co powiem.
Milczeli przez chwilę.
- Moje nogi zaczynają drętwieć – oświadczył radośnie, zyskując sobie dziwne spojrzenie.
- I dobrze – powiedział krótko Tom. Kolejna przerwa w rozmowie. – Harry?
- Tak?
- Lubisz spędzać czas w Skrzydle Szpitalnym, pół martwy i krwawiąc? Bo wręcz domagasz się, bym atakował twój umysł w celu zdobycia informacji, które łatwo możesz mi dać.
- Wiesz, jeśli to miało sprawić, bym…
- Nie. – Dziedzic Slytherina spojrzał na niego. – Pytam na poważnie.
- Nie za bardzo.
- Myślę, że jestem w szoku…
- NIE MAM KOMPLEKSU BOHATRA! – krzyknął z oburzeniem, wiedząc dokąd zmierza ta rozmowa, zanim Riddle w ogóle o tym wspomniał. Tom podniósł się, dokuczliwie i protekcjonalnie czochrając jego włosy.
- Z całą pewnością – wyśmiał go. Jego wyraz twarzy spoważniał, a różdżka nieznacznie się podniosła. – Cóż – westchnął – a ja chciałem tylko prostej rozmowy w zamian za to, że uporałem się dla ciebie z tą wiedźmą. W takim razie sam będę musiał udać się wkurzony do Komnaty i zobaczyć to na własne oczy. – Riddle wstał, uśmiechając się do niego zimno. Ruchem różdżki uniósł go łagodnie.
- Chodźmy. Może będę miał szczęście i zje cię potwór Slytherina.
Jego oczy rozszerzyły się. Cholera.
Miał wrażenie, że ma teraz do czynienia z ludzkim Voldemortem o zdrowych zmysłach.
(Punkt widzenia Voldemorta)
Czarny Pan siedział w swoim gabinecie w Malfoy Manor, wpatrując się w kieliszek wina. Jego szkarłatne oczy zwęziły się w szparki, kierując na znajdującego się przed nim blondyna.
- Dlaczego dopiero teraz o tym słyszę, Lucjuszu? – zapytał lodowato. Starszy Malfoy przełknął ślinę.
- Dopiero teraz odkryłem ich tożsamość, mój Panie – odpowiedział szybko. Voldemort wziął kolejny łyk likieru, pogrążając się w myślach.
Więc Harry Potter był Harrisonem Evansem, a jego młodsze ja i zwolennicy byli w Hogwarcie. Jak… kłopotliwie. Jego młodszym odpowiednikiem wciąż rządziły emocje, słabość i podatność na śmierć. Siła. Obaj ją mieli. Jego gniew rósł. Jak ten bachor śmiał podawać się za jego przyjaciela? Pamiętał Evansa, ale nie pamiętał podróży do tego czasu.
– Zejdź mi z oczu! – wrzasnął nagle. Blondyn wzdrygnął się, ukłonił pośpiesznie i uciekł. Tchórz. Żałosny. Żaden z nich nie będzie nigdy tak silny, jak on. No cóż. Wyglądało na to, że miał szkody do naprawienia… nie mógł pozwolić, by Riddle stanął mu na drodze do nieśmiertelności. Nie chciał umrzeć. Ze złym uśmieszkiem wyjął luksusowe pióro i pergamin.
- Zabiłeś bazyliszka. – Głos Toma był pełen emocji, co już samo w sobie źle wróżyło.
- W samoobronie – odparł, czując się całkowicie bezradnie tak kołysząc w powietrzu, podczas gdy Tom spoglądał na niego pociemniałymi oczami. Po chwili machnął różdżką, gwałtownie usuwając zaklęcie. Oczy Harry'ego rozszerzyły się, kiedy rozbił się boleśnie o ziemię. Sekundę później Tom stał przy nim, naciskając stopą gardło. Znieruchomiał, wiedząc, że jeśli się poruszy, Tom z niewielkimi wyrzutami sumienia przesunie ciężar swojego ciała i natychmiastowo zmiażdży mu tchawicę. Uścisk był zbyt mocny, by był komfortowy.
- Mam zamiar negocjować, Harry.
- Gdzie jest Harry? – Zevi spojrzał w górę, krzywiąc się na widok stojącego przed nim wściekłego rudzielca.
- Dlaczego mnie o to pytasz? Jest twoim najlepszym przyjacielem, czyż nie?
- Taak. I nie zapomnij o tym, ty parszywy draniu.
Jego oczy zwęziły się.
- Uważaj na swój język, lwie – powiedział chłodno. Wszyscy otaczający go Ślizgoni wyciągnęli różdżki. Weasley zaczął być nagle nieco bardziej nerwowy, ale również cholernie zdeterminowany.
- Co z nim zrobiłeś?
Oskarżenie było ostatnią kroplą przepełniającą czarę. Kim był ten chłopiec, aby go o to oskarżać? Nie był jedyną osobą, która znała i troszczyła się o Harry'ego!
- Martwy, umierający, nic, co można by wkrótce naprawić. Jak na takich wspaniałych przyjaciół, macie mały problem z zauważeniem jak ucieka, ratując swoje życie przed temperamentem Riddle'a.
Szlama przygryzła wargę.
- Myślałam, że żartują! Mówiłeś, że naprawdę rzadko walczą na serio! – To była sprytna obserwacja, ale zarazem także irytująca. Być może i była panną Wiem-To-Wszystko, ale zdecydowanie nie wiedziała wszystkiego o jego Panu i na to wyglądało, że również nie wiedziała wszystkiego o Harrym. - Cóż, myślę… - Nigdy nie dowiedział się, co takiego myślała dziewczyna, ale nieszczególnie go to interesowało. Alphard wpadł do pokoju, jego krucze włosy powiewały za nim, a twarzy miał wyraz istnej paniki.
- Harry jest w Skrzydle Szpitalnym! Jego krew jest wszędzie!
- Mam zamiar zabić Riddle'a – warknął rudowłosy.
- To nie jest wina Toma! Jak śmiesz!? – krzyknął Alphard w jednym ze swoich rzadkich przypływów wściekłości. – To ten wasz cholerny Czarny Pan! Jest w głowie Harry'ego!
O bogowie.
Pobiegli.
