GREAT COME BACK!
No więc (nie zaczyna się zdania od "no więc"), moi Drodzy Czytelnicy, przed Wami rozdział jedenasty, gdzie wszyscy Harry'emu wmawiają, co czuje. Och, biedny on! Ale powinien trzymać język za zębami przy niektórych kobietach. Wybaczcie, jednak nie jestem w stanie odpowiedzieć na żaden komentarz, mam schizy i w ogóle. Dla tego rozdziału siedziałam do piątej nad ranem przy komputerze. Ale to dla Was piszę, więc siedziałam dla Was.
Okej, koniec tego paplania, czytajcie!
ROZDZIAŁ JEDENASTY
Na lunchu wymknął się z zamku, poszedł nad jezioro zapalić. Tam zastała go Ejszet, która pozbyła się tych śmiesznych szat. Przyszedł też Moloch, który wyglądał zupełnie inaczej niż w przebraniu Claude'a Faire le Cona. Demonica położyła dłoń na jego ramieniu.
— Martwisz się — stwierdziła.
Prychnął, wydychając szary dym.
— Martwię? Wciąż jestem człowiekiem, wciąż można mnie zabić. Do tego skubańcy zaczną na mnie nasyłać oddziały. Cholernie się boję — przyznał.
— Nie bój się — powiedział głębokim głosem Moloch. — Adramelech i ja jesteśmy neutralni. Nie doniesiemy na ciebie.
— O to jestem spokojny — rzekł. — Ale mogę umrzeć. No kurwa, nie chcę jeszcze umierać! Wystarczyło mi to, że przez Dumbledore'a bym umarł. Jednak pozostaje jeszcze sprawa Severusa, Draco i Toma. Co mam im powiedzieć? Wiem, co by ich czekało pod dalszą „opieką" Dumbledore'a. Przynajmniej pierwszą dwójkę. — Odwrócił wzrok, wbił go w niezmąconą taflę jeziora. — Nie powiem im przecież, że się martwię, co?
— Raczej nie — przyznała Ejszet. — Po twoim zachowaniu raczej wnioskowałabym coś innego.
Zaśmiał się.
— Podpatrzyłem u Voldemorta. Strach sprawia, że wracają. I słuchają się. Nie znają twoich motywów.
Moloch pogratulował mu całkiem inteligentnego wyjścia z sytuacji.
Harry wyrzucił peta na ziemię, przydeptał go butem, a potem odbiegł bez słowa w stronę zamku. Moloch wymienił spojrzenia z Ejszet, ale żadne z nich nie odezwało się słowem — albo coś sobie przypomniał, albo wpadł na genialny, przynajmniej jego zdaniem, pomysł. Demonica pokręciła głową. Oby to nie było to drugie, bo się może źle skończyć. Nie, żeby nie miał łba na karku, to był całkiem inteligentny chłopak, ale sam Mrok raczy wiedzieć, co ta jego chora główka wymyśliła.
Jednak skąd mogli wiedzieć, że Harry biegł do komnaty swojego bazyliszka?
W komnacie czekał sporych rozmiarów bazyliszek, jednak musiał poczekać bodaj trzy dni, aby był w pełni dorosły.
— Panie, dawno się nie widzieliśmy.
Harry uniósł dłoń, rozglądając się po komnacie. Uśmiechnął się z zadowoleniem, najwyraźniej zobaczywszy coś w wykruszeniach. Podszedł szybko do jednej ze ścian, przejechał otwartą dłonią po niej, a potem zamknął oczy. Wysłał impulsy magii, które wreszcie znalazły „zatrzask", po czym nacisnęły na niego. Część ściany odsunęła się na bok, wnikając w tę po jego prawej.
Przed nim rozciągał się ciemny korytarz.
— Panie, skąd… Jak…? — zdziwił się wąż.
— Nijak. Nie wiedziałem. Nagle po prostu stwierdziłem, że muszę tu przyjść.
— To nie ma sensu — zauważył bazyliszek.
Harry uśmiechnął się krzywo.
— Jesteśmy częściami magicznego świata. Tu nic nie ma sensu, prawda?
Wąż skinął łbem.
Potter wywołał iskierkę, po czym wszedł w egipskie ciemności. Jego podniecenie rosło z każdą chwilą, gdyż ściany pokryte były runami oraz znakami Slytherina. Powiększył iskrę, by widzieć nisko tkwiące sklepienie. Zauważył jego nienaturalną gładkość, więc uniósł rękę, po czym palcami zbadał fakturę. Zmarszczył brwi. Wyglądało na idealne jak tafla szkła, a mimo wszystko czuł chropowatość pod opuszkami. Postanowił, że zajmie się tym później.
Idąc dalej korytarzem, przysiągł sobie postawić tam kilka pochodni. Będzie mu się lepiej czytało runy. Oczywiście przyjdzie tu ze słownikiem, bo nigdy nie chodził na starożytne runy. W przeciwieństwie do Hermiony.
Nie, nie miał zamiaru zdradzać jej obecności bazyliszka. Poza tym, dziewczyna była teraz przeciwko niemu. W końcu węszyła. Wyszukał jej umysł, oczami widząc koniec korytarza w postaci następnej okrągłej komnaty. Komnaty z mnóstwem odnóży. Skupił się mocniej na myślach Granger. Martwiła się o niego, chociaż starała się podtrzymać lekką konwersację z Neville'em, Ginny, Ronem i Deanem oraz Seamusem.
Wrócił myślami do siebie. Postanowił jednak pilnować Hermionę i kilka innych osób podświadomością. Musiał uważać, żeby nie przeoczyć tego… sygnału, impulsu. Dobrze wiedział, że u niego używanie podświadomego monitorowania leżało i kwiczało, jednak potrzebował jasno myśleć, kiedy badał nowy korytarz. Palcami sunął powoli po ścianach, oczami ogarniał ten niesamowity korytarz, aż promieniujący magią. Śpiewała do niego, przyciągała do siebie, wprawiając go w uczucie podobne do ekstazy, ale bez tego… czegoś. To nie była ekstaza, nie był szalenie szczęśliwy, nie był spełniony. Lecz było w tym coś takiego, czego nie mógł nazwać inaczej. To była jego ekstaza, jego pojecie o niej.
Wreszcie dotarł do rozwidlenia. W którą stronę teraz? Rozejrzał się. Bazyliszek popełzł za nim, jakby chcąc się upewnić, że nic mu nie będzie groziło. Był wierny Harry'emu, w końcu ten dał mu dom, wychował go.
Nie zastanawiał się długo. Wybrał korytarz na skos od niego, po lewej stronie. Szedł tam, gdzie kazał mu iść instynkt.
Harry miał wrażenie, że już to wszystko widział. Ściany pokryte były płaskorzeźbami, sklepienie krzyżowe wisiało nisko nad jego głową. Były na nim namalowane różne sceny z życia Slytherina. Potterowi wydawało się, że trafił do kaplicy, jeśli nie do sanktuarium, Salazara. Musiał się jakoś czegoś dowiedzieć na temat tego miejsca.
Korytarz zaprowadził go do małego pomieszczenia z jednym regałem, na którym leżały trzy zakurzone książki, zaśniedziała czarka oraz kawałek drewna. Harry podszedł do mebla, patrząc uważnie po przedmiotach. Przejechał delikatnie palcem po drewnie. Było cienkie, suche i wyjątkowo ciemne. Jakby leżało już jakiś czas. Jak wszystkie te przedmioty. Dmuchnął na zakurzone księgi. Drobinki uniosły się w powietrze, przez co zaczął kasłać gwałtownie. Po chwili wszystko opadło, a Harry uniósł najcieńszą z ksiąg.
Egzemplarz miał miękką okładkę z zadartymi rogami. Była odrobinę poplamiona, jednak tytuł i autora mógł spokojnie odczytać, nawet pomimo zatarcia się liter. Czarniejsza od czarnej magii napisane przez Claudiusa Lorenza. Harry przełknął, czując coraz większą ekscytację. Cokolwiek kazało mu tu przyjść, było piekielnie wspaniałe. Chłopak dziękował w myślach temu, powiedzmy, instynktowi. Dzięki niemu wpadł na ten rarytas. Zupełnie tak, jakby jego instynkt chciał, aby zwyciężył demony i wyzwolił piekło.
— Coś znalazłeś, panie?
Harry uśmiechnął się.
— Oczywiście. Warto słuchać się instynktów. Szczególnie tu. — Zatarł ręce, po czym sięgnął po ciężki wolumin oprawiony w czarną skórę. Litery były tłoczone i posrebrzane, przez co był w stanie cokolwiek odczytać. Otworzył szeroko oczy, nie mogąc powstrzymać zdumienia. — Notatki samego Slytherina! Jak one… przetrwały?
Bazyliszek podpełzł bliżej.
— Czuję tu słaby zapach mojego pobratymca, panie. Niemal niewyczuwalny, więc…
Harry zrozumiał i bez reszty zdania. W końcu to nie było takie trudne. I chociaż zdarzyło się to to w drugiej klasie, wciąż potrafił przywołać obraz bazyliszka pod powieki. Ogromny wąż, który miał go zabić. Uśmiechnął się krzywo. Cóż, to on miał być martwy, a nie ta kreatura, ale wyszło, jak wyszło. I wychodziło również na to, iż ta bestia dbała o to miejsce. W końcu nie od parady nazywała się Potworem Slytherina, prawda?
Pogładził książkę z niemym uwielbieniem. Slytherin… Salazar Slytherin. Na Merlina, cóż on miał za bezcenny przedmiot w ręce! Żałował trochę, że nie chciał trafić do domu tego czarodzieja, wolał Gryffindor, jednak nic straconego. Zamierzał być Ślizgonem w sercu, co tam kolor szaty! Wszystko dla tego wielkiego człowieka, którego dziennik miał w rękach. Dzięki tym cudeńkom rozprawi się ze swoimi przeciwnikami.
Wreszcie, odłożywszy dziennik, sięgnął po trzeci tytuł. Ostatnia z ksiąg była mocno poniszczona. Jej rogi były pozaginane, stronice porwane, autora nie miał jak odczytać przez ogromną plamę, ale przynajmniej jej nazwa był czytelna. Przetarł okładkę, oczyszczając ją z kurzu. Czerń i biel tego, co zwiemy magią — po obu stronach szarości. Uśmiechnął się nieco strasznie.
Książka musiała być kolejną pozycją prawiącą o tym, czy czarna magia jest zła a biała dobra, ale nie znalazłaby się w zbiorach samego Slytherina, gdyby była jak reszta tamtych bzdur. I ta szarość w tytule jedynie rozbudzała jego ciekawość. Dotąd nikt w swych rozważaniach nie przywołał koloru między bielą a czernią, gdyż zwykle te wywody dotyczyły celów używającego, okoliczności i podobnych bzdur.
Odłożył wolumin, po czym sięgnął po patyczek. Uniósł go delikatnie przed oczy i nie bez zdziwienia odkrył, iż była to różdżka, z której wystawało włókno ze smoczego serca. Poniszczona, obita, pęknięta w kilku miejscach, ale wciąż czuł jej moc. Powąchał ją. Jeśli się nie mylił, to był klon. Mógł wyczuć delikatną woń drzewa nawet pomimo wieku różdżki.
— Panie?
— Już niedługo, mój słodki maluchu — rzekł radośnie. Pogłaskał go po łebku. — Wiesz, kim jest Tom Riddle?
— Przyznaję, że czasem za tobą wychodziłem, panie — rzekł skruszony bazyliszek. Harry zaśmiał się ciepło.
— Czyli wiesz. Kiedyś to on był właścicielem tego, którego woń tu wyczuwasz. To jego będziesz się słuchał. Chyba że… — Nagle zmarszczył brwi.
Wąż od razu się zainteresował.
— Nauczyłbym cię rozumieć ludzką mowę. Moi dwaj przyjaciele nie umieją naszej mowy, a też chcieliby wydawać ci polecenia, to jest pewne.
— Panie, ale…
— Tak? — zapytał niby łagodnie, lecz w środku zaczął się złościć. Nie cierpiał sprzeciwów. Więc takie zwierzę nie będzie mu mówić, że…
— Ja umiem twoją mowę. Rozumiem ją.
Tu Harry'ego wmurowało. Liczył na sprzeciw, a tu taka nowina. Po chwili już się uśmiechał. Doskonale. To nawet lepiej. Nie będzie musiał marnować czasu na naukę. Spojrzał na wciąż trzymaną w dłoniach różdżkę.
— Czyja ona jest?
— Nie mam pojęcia, panie. Wybacz.
— Nic się nie stało. Teraz, gdy Ejszet i Moloch są ze mną, mam jakąś przewagę. Jeszcze dziś zobaczę się z Machie i pozostałymi, który są przeciwko rządom czwórki z piekieł. — Oblizał usta. — I przejmę kontrolę nad śmierciożercami. A to się głupcy zdziwią.
— Dlaczego masz ich za głupców? Niedobrze niedoceniać przeciwnika — rzekł mądrze bazyliszek, mrugając powoli.
Harry uśmiechnął się.
— Mam władzę nad życiem Toma, a on chce żyć wiecznie, obawia się śmierci. Nie zaatakuje mnie, bo ja zdążę go zabić. Powstrzyma każdego Śmierciożercę, ponieważ jest świadomy mojego toku myśli. Jeśli zaatakuje mnie taki Dołohov, nawet na własną rękę, ukarany zostanie Tom.
— Nie chcesz go karać, prawda, panie? — zapytał niespodziewanie stwór. Potter uniósł brew, odkładając delikatnie różdżkę. — Zależy ci na nim, dobrze myślę?
— Lepiej nie myśl! — warknął Harry. — Masz się słuchać Toma, Severusa i Draco.
Wąż odpełzł kawałek w stronę wyjścia z komnaty. Po chwili znów się zatrzymał i rzekł poważnie:
— Myliłem się. Tobie nie zależy na Tomie. Nie tylko na nim.
— Nie zależy mi! Jedynie się martwię!
Wydawało mu się, że wąż obdarzył go litościwym uśmiechem.
— Cokolwiek sobie wmawiasz, panie.
Wieczorem Harry ubrał się w czarną, ciężką szatę i zastanawiał się, jak ułożyć włosy. Machlat i Ejszet stały nieopodal, chichocząc między sobą. Co jakiś czas zerkały na niezdecydowanego Harry'ego, którego to tylko i wyłącznie irytowało. No i rozpraszało. Kiedy więc usłyszał chyba tysięczny z kolei śmieszek, zacisnął ręce w pięści, odwrócił się w ich stronę z marsem na twarzy.
— Czy byłybyście tak miłe i się PO PROSTU ZAMKNĘŁY? — ryknął na koniec.
Spojrzały na niego, prychnęły, a potem znów zaczęły chichotać.
— Jesteś uroczy, gdy się wkurzasz.
Oblizał wargi, zamknął oczy i liczył oddechy. Mogły być sobie wspaniałe osobno, ale razem stanowiły zmorę jego życia. Miał nadzieję, że ich nie zabije w przebłysku czegokolwiek, bo potem mógłby żałować. Tak troszeczkę.
Wrócił do zastanawiania się, co zrobić z włosami. Mogły być sobie wspaniałe, ale wkurzały go. Za każdym razem musiał je odgarniać, czesanie było katorgą, o myciu nie wspominając. Zdeterminowany, aby coś z nimi zrobić, zaczął poruszać dłońmi niczym pająkami, palcami celując we włosy. Te po chwili błyskania srebrzystą poświatą, skróciły się do pośladków.
— COŚ TY ZROBIŁ? — wrzasnęła przerażona Machlat. Podbiegła do niego, potrząsnęła nim. — ZWARIOWAŁEŚ? To były tak piękne włosy — dodała szeptem.
— Irytowały — odparł z prostotą, zaplatając sporo krótsze włosy w warkocz. Przyjrzał się sobie w lustrze. — Myślicie, że czarny cień podkreśliłby te piękne oczęta? Czy udałoby mi się ich przestraszyć?
Ejszet przewróciła oczami, podszedłszy do Machlat.
— Lepiej nie próbuj, bo ci na zawał zejdą, a potrzebujemy armii. Nawiasem mówiąc, wszyscy już na ciebie tam czekają, a ty zachowujesz się jak pieprzony laluś. Jak Malfoy! — dodała, uśmiechając się złośliwie.
Harry odwrócił się do niej błyskawicznie, mrużąc ze złości oczy. Jego usta utworzyły nagle cienką kreskę.
— Po pierwsze, nie porównuj mnie do niego. Po drugie, nie chcę słyszeć na niego złego słowa. Jest mi potrzebny, jest dobry w czymś, co mi się przyda. — Wrócił do przeglądania się w lustrze.
— Mówię ci, Machie, coś jeszcze z tego będzie! Chociaż nie wiem, czy z Draconem. Bardziej skłaniałabym się ku Tomowi. Severus… Oni się nawet nie lubią, chociaż Harry się o niego martwi — wygłosiła na głos Ejszet, za co została zdzielona po głowie ręką Harry'ego. Oddała mu, używając więcej siły, a chłopak wylądował na ścianie, po czym osunął się na podłogę. Demonica chuchnęła na rękę. — Nie lekceważ damskiej siły, młody.
— Nie. Jestem. MŁODY! — syknął, wstając na chwiejnych nogach. Jakby nie było, Ejszet miała mnóstwo siły. Tylko czasem źle ją wykorzystywała.
— Chodź już lepiej do salonu. Wszyscy czekają — oznajmiła Ejszet i wyszła, trzymając się z Machlat pod rękę.
Harry zaklął pod nosem. Wkurzały go. Bardzo. Ale jednocześnie je uwielbiał. Ich inteligencję, dowcip, wszystko. I jak tu pogodzić dwa sprzeczne uczucia — miłość i chęć zabicia?
Po chwili potrząsnął głową. Jeny, jakiż on był wspaniały bez ich obecności! Przerażający. A kiedy zapowiadała się ich wizyta, coś mu odbiło. Nie, w sumie to było już wcześniej. Tak, w chwili, gdy Tom podpisał jego cyrograf. Harry zmarszczył brwi. Wiedział, że wciąż ich przerażał, ale sam zauważał w sobie zmianę. W inne zło. Nie miał pojęcia, jak inaczej mógłby ująć to, co czuł. Potarł skronie. Musiał wrócić do „starego zła". Tak, wtedy zdecydowanie poczuje się lepiej. I śmierciożercy też… No dobrze, oni mogą paść na zawał.
Wygładził nieistniejące fałdy, strzepnął niewidzialny pyłek i ruszył dostojnym krokiem przez dom, aby znaleźć się w salonie pełnym jego wrogów. Uśmiechnął się gorzko, zimno i szyderczo w jednym, przez co wyszedł mu paskudny grymas. Mruczał pod nosem o nienawiści, demonach oraz nowym, lepszym świecie, gdy odezwał się do niego jeden z portretów.
— Kim pan jest? — zapytał przodek Draco, sądząc po kolorze włosów i oczu.
Harry zmierzył go tylko spojrzeniem zmrużonych z wściekłości oczu i ruszył dalej przed siebie, przyspieszając kroku. Nie miał zamiaru odpowiadać na żadne pytanie, zwłaszcza że to był jedynie głupi portret. Do tego śmierciożercy już na niego czekali, choć nie powinien na to w ogóle pozwolić. Jakiż z niego marny gospodarz!
Zbiegł po schodach, pognał przez hol i zatrzymał się dopiero przed drzwiami do salonu. Słyszał stamtąd gwar rozmów, więc, przybierając chłodną, obojętną maskę, wkroczył do środka pewnym krokiem, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Drzwi zamknęły się za nim z jękiem, który był doskonale słyszalny w nagle cichym pomieszczeniu. Doszedł do przygotowanego fotela, jaki ustawiono na podwyższeniu na końcu pokoju, aby usiąść. Dopiero wtedy powiódł po zebranych wzrokiem.
Zaczęli szeptać. Z niedowierzaniem, nienawiścią, ale i dozą ciekawości. Słyszał wymieniane swoje imię. „Ten Harry Potter?", „Nasz mistrz miał go zabić…", „Co ten Potter tu robi?" oraz wiele, wiele więcej. A w kącie, chyba najciemniejszym, jaki był, stały Ejszet i Machlat. Uśmiechały się do niego promiennie, po czym pokazały inną część przestronnego pomieszczenia. Podążył wzrokiem za kierunkiem, który wskazały, i aż się zachłysnął z wrażenia oraz ekscytacji.
Jego oczy musiały błyszczeć, gdy patrzył na około trzydziestkę demonów. Wszystkie zdecydowały się przyjść, aby obalić aktualny rząd, stworzyć nowy porządek we własnym świecie.
I pomóc mu w zdobyciu tego ziemskiego padołu.
Wśród garstki dostrzegł dwóch mężczyzn, którzy się do niego szczerzyli. Po krótkim zastanowieniu stwierdził, iż muszą to być Moloch i Adramelech w prawdziwych formach. Tylko oni zdawali sobie sprawę z dzisiejszego spotkania wcześniej, bo przecież rozmawiał z Ejszet, a ta mu przecież coś obiecała — obaj pójdą za nim, bo się ukrywają.
Kiedy śmierciożercy zaczęli podchodzić bliżej, a ci pierwsi w rzędzie — Bellatriks, Rudolfus, Rabastan, Lucjusz ciągnięty w tył za rękaw przez przerażonego Draco, nieznany mu rosły mężczyzna, Rookwood i Yaxley — trzymali w rękach różdżki. Widząc usta Dracona, które wciąż powtarzały „Nie, nie! Ojcze, nie!", uśmiechnął się szyderczo. Biedny, głupiutki ojczulek. Zamiast posłuchać synusia, szedł na śmierć. Choć zdziwił się, że nie posłuchali Toma, aby go nie atakować. Cóż, będzie musiał biedaka ukarać.
Swoją drogą, gdzie on był?
Rozejrzał się, nie przejmując wycelowanymi w niego różdżkami. Tom stał na końcu sali, blady, przerażony, trzęsący się. Niezdolny do zatrzymania śmierciożerców ze strachu o własne życie. Harry, w poczuciu miłosierdzia, skinął na niego palcem, żądając, aby podszedł. Riddle spełnił polecenie pełen obaw.
Przy końcu swej drogi musiał wyminąć zdumionych śmierciożerców. Kolana wyraźnie mu drżały, oczy bały się utrzymać kontakt wzrokowy. Zupełnie jak nie on.
— Riddle — syknął Harry, poprawiając się w fotelu, a słudzy Voldemorta wyglądali, jakby Harry nagle umarł i został duchem. — Czy mówi ci coś słowo „posłuszeństwo"? Jeśli tak, wyjaśnij mi z łaski swojej, dlaczego oni — wskazał pogardliwym ruchem na czarodziejów, którzy mieli wyciągnięte różdżki — się ciebie nie słuchają?
— Nie mam pojęcia — szepnął Tom. Chyba jeszcze nigdy nie bał się tak tego dzieciaka, a przecież był starszy! Urodził się w chwili, gdy na świecie pewnie nie było jego dziadków, biorąc pod uwagę to, że rodziny czystej krwi szybko aranżowały małżeństwa i miały potomstwo niemal zaraz po szkole. Obawiając się, Riddle odwrócił się wolno tyłem do Harry'ego, aby widzieć swoich podwładnych. Jego twarz, wcześniej przerażoną, wykrzywił grymas wściekłości tak samo przerażający jak Pottera. — Schować te różdżki! Co wy sobie myślicie? — zaczął na nich warczeć. — Co wy sobie myślicie, pytam się! Że przed kim, kurwa, stoicie? Albo się podporządkujecie, albo czekają was godziny tortur, powolna, bolesna śmierć! — syknął z satysfakcją, kiedy ze strachu zaczęli mamrotać przeprosiny i chować różdżki. Wszyscy oprócz Bellatriks. Uniósł brew, krzyżując ręce. — A co z tobą?
— Dlaczego mam się słuchać tego szczeniaka? Jeszcze do niedawna chciałeś się go pozbyć, panie. — Harry później będzie musiał zapytać, jak Tom przekonał śmierciożerców o byciu Voldemortem, że wciąż był ich panem. Teraz nie chciał niczego przerywać, bo musiałby się skupić na wspomnieniach, przez co ominąłby go ten spektakl.
Tom wziął głębszy, uspokajający oddech, ale ręce wciąż mu delikatnie drgały. Miał ochotę przekląć ciekawską, sadystyczną kobietę. Jej krzyki były tym, co chciał słyszeć.
— Posłuchaj mnie uważnie, Lestrange. Nie powinno cię obchodzić, dlaczego nagle Harry jest Harrym, a nie łuską w oku. Jednak masz się go słuchać równie uważnie co mnie, bo pogadamy sobie inaczej. Dotarło?
Bellatriks skrzywiła się, lecz wycedziła, chowając różdżkę:
— Oczywiście, panie.
Tom uśmiechnął się z zadowoleniem, po czym stanął przodem do Pottera, który wyglądał na usatysfakcjonowanego. Skłonił mu się lekko.
— Załatwione.
Harry powstał, dając mu znak ręką, że ma się odsunąć.
— Witajcie — powiedział cicho. — Dziś stoicie tu przede mną, waszym wrogiem, zastanawiając się, co się stało… — Śmierciożercy pokiwali głowami, natomiast demony zaśmiały się cicho w swoim kręgu. Harry oblizał usta, gestem przywołał do siebie Ejszet i Machlat. Demonice podeszły do niego, marszcząc brwi. Po co je wołał? — Oto moje dwie przyjaciółki ze świata, który, tak samo jak nasz, potrzebuje reformy. To jest Machlat — wskazał na rudowłosą kobietę — a to Ejszet — tym razem patrzył na śliczną blondynkę. — Obie są przedstawicielkami demonów, które potrzebują mojej — naszej — pomocy, aby mógł zapanować nowy ład.
— My damy wam armię, abyście mogli zapanować tutaj, natomiast wy rozgromicie tych, których wam wskażemy — odezwała się władczo Ejszet, poważna jak nigdy.
Harry wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Machlat.
KONIEC ROZDZIAŁU JEDENASTEGO
