Cassie: Jak zawsze wielkie thank you :)

Jamie Grant: Heeej! :) Z przyjemnością przeczytałam Twój komentarz – bardzo trafne uwagi :] Mnie też lepiej tłumaczy się rozdziały tego opowiadania – są długie, ale każdy z nich to mniej lub bardziej zamknięta całość i wiem, że takie rozdziały czyta się lepiej. Na razie faktycznie nie dzieje się wiele, ale zapewniam, że to już niemal ostatni rozdział przed rozpoczęciem głównej części fanfika... mam nadzieję, że Wam się spodoba! Mnie też brakowało w kanonie faktycznego żalu Harry'ego za Syriuszem i to była jedna z rzeczy, które mnie ujęły w tym tekście. Poza tym również lubię wszelkiego typu odniesienia do sytuacji politycznej i działań Ministerstwa – pod tym względem rozdział jedenasty bardzo przypadnie nam do gustu ;)

Miłej lektury!

11. Spotkania Zakonu

Harry mógł nie zdawać sobie z tego sprawy, ale jego przyjęcie urodzinowe było mile widzianą odmianą od codziennej rutyny na Grimmauld Place, która składała się ze spotkań, spotkań i dodatkowych spotkań, podczas których członkowie Zakonu prowadzili dyskusje na temat tego, jak mało wiedzieli i jak byli tak naprawdę bezsilni. Szczerze mówiąc ten stan rzeczy dawał się Remusowi coraz bardziej we znaki; wszystkie te zebrania nie były ani produktywne ani w najmniejszym stopniu przydatne, więc jego zdaniem właściwie w ogóle nie miały sensu. Nazajutrz po urodzinach Harry'ego pojawił się jednak na popołudniowym spotkaniu bez słowa skargi; przesiedzi je tak samo, jak przesiedział wszystkie poprzednie, z nikłą nadzieją, że tym razem będzie inaczej i Zakon w końcu coś osiągnie.

Remus był już nieco rozdrażniony, zanim zszedł do kuchni, ale mimo to zmusił się, by nałożyć na twarz maskę spokoju i neutralności, kiedy siadał przy stole. Na tym zebraniu pojawiło się niewielu członków Zakonu – nawet Dumbledore zapowiedział rano, że nie pojawi się, ponieważ zatrzymają go jakieś ważne sprawy w Ministerstwie. Przybyli jednak Kingsley, Snape, Moody, Dung, Molly, Artur, Bill, Charlie i Tonks. Celem zebrania była próba skoordynowania ostatnich zmian w DPPC z działaniami Zakonu, ale Remus po raz kolejny zmuszony był wysłuchać słów Kingsleya, który tłumaczył im, że nawet jeśli Ministerstwo – a zwłaszcza Knot i jego najbliżsi współpracownicy – planuje w przyszłości jakieś działania związane z Voldemortem, to on nic na ten temat nie wie. Dwa miejsca na prawo od Remusa Snape uśmiechnął się drwiąco.

- To dość ironiczne, nieprawdaż?

Kingsley odwrócił się i uniósł brew.

- Co masz na myśli?

Jego głos wyraźnie wskazywał, że nie zostało mu już wiele cierpliwości, ale Snape najwyraźniej tego nie zauważył.

- Na ironię zakrawa, że mamy trzech członków Zakonu piastujących wysokie pozycje w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a mimo to wiemy tyle, ile zapewne usłyszelibyśmy na ich oficjalnej konferencji prasowej.

Kingsley zmarszczył brwi.

- Co to ma właściwie znaczyć, Snape?

Mistrz Eliksirów wzruszył ramionami.

- Tyle, że to smutne – mamy w Departamencie troje pracowników, którzy nie są w stanie nam przekazać praktycznie żadnych informacji. To może być jeden z powodów, dla których ostatnimi czasy nie udaje nam się nic osiągnąć.

- Och, a co według ciebie powinienem zrobić? Może stanąć przed gabinetem Knota i zacząć go podsłuchiwać przez dziurkę od klucza?

Snape znowu wzruszył ramionami i Remus widział, jak w jednej chwili gniew Kingsleya wzrasta do niebezpiecznego poziomu. Nie był w tym osamotniony; Remus też nie miał już cierpliwości do złośliwych słownych potyczek.

- No cóż - zaczął z uśmiechem Mistrz Eliksirów. - Wtedy przynajmniej mielibyśmy szansę usłyszeć coś, co nie jest jeszcze wiadome całemu czarodziejskiemu światu – nawet gdyby miały to być tylko prywatne rozmowy pana Knota z panią Knot.

- Na brodę Merlina, Severusie! Daruj sobie, dobrze? - Remus przerwał im, zanim zdążyli pokłócić się na dobre. - Wszyscy robimy, co w naszej mocy – czy nie możesz przestać nas krytykować i wciąż wywoływać sprzeczki?

Snape uniósł brew.

- A więc wszyscy robią, co mogą, tak? W takim razie DPPC jest żałosną imitacją organu przestrzegania prawa, bo jeśli to, co Moody, Tonks i Shacklebolt odkryli w ciągu ostatnich tygodni, jest wszystkim, co się tam aktualnie dzieje, to Ministerstwo najwyraźniej zamierza oddać Czarnemu Panu klucze do miasta!

Remus wstał tak szybko, że jego krzesło przewróciło się na podłogę.

- To nam w żaden sposób nie pomaga, Severusie!

- Nie, podobnie jak to, co robi Shacklebolt! - odfuknął Snape, który odwrócił się i podszedł tak, że teraz stał twarzą w twarz z Lupinem. Pozostali zebrani tylko obserwowali tę dwójkę, chwilowo całkowicie zdumieni tym nagłym pokazem otwartej wrogości. Dumbledore prawdopodobnie natychmiast by ich rozdzielił, ale tym razem był nieobecny – a nikt inny nie miał śmiałości, żeby to zrobić. Remus z wściekłością patrzył na Snape'a, a kiedy się odezwał, jego głos był ostry i spięty.

- Przestań, Severusie. Nie możemy pozwolić sobie teraz na skakanie do gardeł.

- Więc uważasz, że powinienem przestać mówić to, co myślę, Lupin?

- Nie, ale czy uważasz, że nie zdajemy sobie wszyscy sprawy z problemów Zakonu? Doskonale o nich wiemy, więc może powinniśmy poszukań dla nich rozwiązań, zamiast wrzeszczeć na siebie nawzajem?

Snape wzruszył ramionami, jakby Zakon Feniksa i jego problemy były ostatnią rzeczą, jaką się teraz przejmował.

- Może w takim razie powinienem tu wrócić, kiedy te rozwiązania już się znajdą. Bo chyba nie mylę się twierdząc, że nikt z was nie ma nic nowego do zaraportowania?

Nikt się nie odezwał i po chwili Snape odwrócił się i opuścił kuchnię. Cisza w pomieszczeniu trwała jeszcze jakiś czas; Remus zmusił się do tego, by odetchnąć głęboko, po czym podniósł swoje krzesło i znów na nim usiadł. Kingsley nadal stał nieco bezradnie za swoim krzesłem, ale w końcu przerwał milczenie.

- No cóż... to na pewno była jakaś odmiana.

Remus potrząsnął głową.

- Przepraszam. Dzisiaj po prostu nie mogłem tego znieść – zbyt długo słuchałem już tych bezsensownych, złośliwych kłótni, które źle wpływają na wszystkich obecnych.

Kingley machnął ręką.

- Snape miał nieco racji, chociaż niespecjalnie podobał mi się sposób, w jaki ją przedstawił. Nie potrzebuję jego uwag na temat tego, że utknęliśmy w miejscu, bo sam doskonale to wiem... i nie mam najmniejszego pojęcia, jak zdobędziemy informacje, których nam brakuje.

Kingsley znów usiadł i wszyscy odwrócili się w stronę Moody'ego, gdy stary auror zabrał głos.

- To Minister odciął nas od informacji. Kingsley i ja znamy tylko szczegóły działań, w które jesteśmy bezpośrednio zaangażowani. Nie mam pojęcia, jakie są szersze plany Ministerstwa dotyczące korpusu aurorów. Z jednej strony Knot bardzo polega na sugestiach Dumbledore'a, a z drugiej zamyka się w sobie, gdy tylko ktoś wspomni w jego obecności o Zakonie.

- Nie możecie zapominać, że Zakon nie jest oficjalną grupą działającą z ramienia Ministerstwa; Knot nie ma obowiązku mówić nam ani angażować nas w cokolwiek - wtrąciła Tonks.

- Ale to nieuczciwe, że teraz, kiedy w końcu pogodził się z prawdą, wykorzystuje wszystkie informacje, które zebraliśmy w ciągu zeszłego roku, a nic nie daje w zamian! - warknął Kingsley ze złością. Moody zaśmiał się chrapliwie.

- To właśnie jest polityka. Nie możemy nic na to poradzić – musimy po prostu wykorzystać obecną sytuację najlepiej jak się da.

Bill w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie, ale teraz najwyraźniej nie mógł dłużej powstrzymać się od własnych uwag.

- Co masz na myśli?

- Mam na myśli to, że skoro nie możemy zmienić obecnej sytuacji, to musimy zrobić wszystko, by jak najbardziej na niej skorzystać, synu; musimy kontynuować to, co teraz robimy, i skupić się na sprawach, którymi Ministerstwo jeszcze nie chce się zająć. Uważam, że przy obecnym stanie rzeczy nie mamy żadnego innego wyboru.

Remus potrząsnął głową.

- Fakty są jednak takie, że potrzebujemy informacji, które możemy uzyskać od DPPC, a wszyscy wiedzą, że nam ich brakuje. To jest nasz główny problem, ponieważ jeśli nie wiemy, co Ministerstwo robi lub zamierza robić, nasze własne działania mogą – w najgorszym razie – pokrzyżować ich plany. Ile czasu jeszcze minie, zanim Knot w końcu zrozumie, że to błąd?

Kingsley przytaknął słowom Lupina.

- Odpowiedź na to pytanie jest prosta – dopóki któraś z utraconych okazji nie ugryzie go w tyłek. Wszyscy wiemy przecież, że z Knotem tak właśnie jest; lubi, kiedy sprawy układają się gładko i bezproblemowo, bez komplikacji – i bez ludzi, którzy wtrącają się w jego interesy. Wykorzystuje rzecz jasna informacje, które mu przekazujemy, ale gdyby miał włączyć Zakon w zakres swoich oficjalnych odpowiedzialności, obowiązki Ministra stałyby się dla niego zbyt skomplikowane, by nad nimi panować. Jak sądzicie, co Dumbledore robi w Ministerstwie przez cały czas? Stara się przekonać Knota, by oficjalnie przekazał pewne zadania Zakonowi! Nie jesteśmy de facto organizacją działającą z ramienia Ministerstwa – i pewnie nigdy nie będziemy, jeśli Knot nadal będzie się tak zachowywał. Bez względu na to, jak bardzo nasza praca jest potrzebna lub doceniana, nie oznacza to, że Ministerstwo zrewanżuje nam się tym samym i kiedykolwiek przekaże nam to, co ewentualnie odkryje. Moim zdaniem ten stan rzeczy nie zmieni się w najbliższym czasie.

W kuchni zaległa cisza, gdy wszyscy gorączkowo zaczęli się zastanawiać, jak można by rozwiązać ten problem. Przedłużające się milczenie dowiodło jednak, że nikt nie miał dobrego pomysłu na walkę z brakiem informacji.

- A co z archiwami? - odezwał się w końcu Mundungus. - Nawet aurorzy muszą się czasem zajmować papierkową robotą – bez przerwy na to narzekacie! Może pomogłoby nam, gdybyście spędzili w nich trochę czasu?

- Nie wydaje mi się, by to było dobre rozwiązanie, Dung. Ważnych informacji nie przechowuje się w publicznych archiwach, tylko gdzie indziej, a nawet gdybyśmy znaleźli tam coś istotnego, to mogą minąć nawet tygodnie, zanim dokument trafi do archiwum. Wszystkie nasze informacje byłyby opóźnione i w związku z tym już niezbyt przydatne... a to wszystko, rzecz jasna, jeśli w ogóle udałoby nam się tam dostać! Chyba nigdy nie widziałeś pracownika archiwum, który uważa, że bezprawnie wkroczyło się na jego terytorium - Kingsley wzruszył ramionami. - Tak jak mówiłem – niewiele mogę zrobić. Istnieją w Departamencie pewne oddziały, do których nie mam dostępu ani ja, ani nikt inny z Zakonu. Wiecie też, że ostatnio Alastora też trzyma się z daleka od informacji, ponieważ w Ministerstwie nie ufają mu z powodu jego... - oczy Kingsleya spoczęły na Moodym i młodszy mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, jakby szukając właściwych słów. - … jego ciągłej ostrożności. Dopóki nie wiemy, czy Knot postanowi w końcu być z nami szczery, przydałby nam się nowy członek Zakonu będący nieco wyżej w hierarchii Departamentu; moim zdaniem to jedyny sposób, by zdobywać wiarygodne informacje.

Fletcher wzruszył ramionami.

- A co z Lupinem? Jeżeli potrzebna nam szycha w Departamencie, to on na pewno by się nadawał; poza tym ma znajomości, które mogłyby nam się przydać.

Wszystkie oczy w pomieszczeniu spoczęły na Remusie, któremu ciężko było ukryć swój gniew. Mężczyzna rzucił Dungowi mordercze spojrzenie za wciągnięcie go w tę sytuację i zmuszenie w ten sposób do wytłumaczenia spraw, których nie chciał tłumaczyć nikomu spoza swojej rodziny, po czym potrząsnął głową.

- Nie patrzcie tak na mnie. Nie sądzę, by Janus choćby wziął pod uwagę pomaganie nam, a nawet jeśli tak, to nie jestem właściwą osobą, by go o to poprosić. Powinien to zrobić Alastor lub Albus, ale szczerze wątpię, by Janus kogokolwiek posłuchał.

- Czemu nie?

Lupin znów obrzucił Mundungusa ponurym spojrzeniem, ale mężczyzna najwyraźniej tego nie zauważył – albo raczej nie chciał zauważyć, choć z drugiej strony Remus nie wiedział, ile Dung wie na temat jego brata. Jeśli tylko słyszał wszystkie plotki o Janusie, to nic dziwnego, że nie chciał porzucić tego tematu: wielokrotnie odznaczany auror o nieposzlakowanej opinii... Plotki nie wspominały jednak słowem o ewidentnych wadach Janusa, a Remus nie miał specjalnej ochoty przedstawiać ich zgromadzonej w kuchni publiczności – zajęłoby to zbyt wiele czasu i nie było tak naprawdę ich sprawą.

- Nie pomoże nam, uwierz mi; znam go wystarczająco dobrze, by za to ręczyć.

Kingsley znał nieco Janusa Lupina na gruncie prywatnym, więc się nie odezwał, podobnie jak Moody, chociaż Remus podejrzewał, że starym aurorem kierowały inne pobudki. Nie licząc Remusa, Alastor znał Janusa najlepiej ze wszystkich ludzi obecnych w pomieszczeniu – i w przeciwieństwie do niego świetnie się dogadywał ze swoim młodszym kolegą po fachu. Pewnie dlatego na razie zachował milczenie. Bill z kolei nie miał żadnych oporów przed zabraniem głosu. Najwyraźniej zwyciężyła jego ciekawość – i silna wiara w słuszność ich ruchu oporu.

- Ale przecież on jest twoim bratem, prawda?

Remus ze znużeniem pokiwał głową; już wiedział, dokąd zmierza ta rozmowa. Bill mówił dalej.

- Poza tym jest jednym z najlepszych aurorów w Departamencie, dosłownie żyjącą legendą! Kto lepiej niż on mógłby dostrzec sens z tym, co robimy? Po prostu musi nam pomóc!

Remus westchnął i znów potrząsnął głową.

- Cieszy mnie twój optymizm, Bill, ale Janus ma swoje zasady. Nie sądzę, by był zainteresowany tym, co staramy się osiągnąć. Prowadzi własną wojnę z Voldemortem – wewnątrz struktur Ministerstwa. Nie spędza bezczynnie swojego czasu – wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że w tym momencie ma na głowie aż za dużo obowiązków i z pewnością nie ma ani czasu, ani ochoty, by nagle zmieniać te zasady. Cywilny opór przeciwko Voldemortowi po prostu nie jest czymś, w co byłby skłonny się zaangażować. Musisz też zrozumieć, że chociaż o Janusie można powiedzieć wiele rzeczy, to na pewno nie to, że brak mu lojalności - widząc, że Kingsley chce coś powiedzieć, Remus znów potrząsnął głową. - Nie, Kingsley. Cokolwiek chcesz powiedzieć, nie masz racji. Janus może nie być lojalny w stosunku do Knota jako człowieka, ale poważnie traktuje swoją pracę – i system, w którym funkcjonuje. Ty lepiej niż ktokolwiek inny powinieneś wiedzieć, że taka lojalność nie obejmuje przekazywania tajnych informacji zewnętrznym źródłom.

- Bez tych strzępków informacji, które udaje mi się zdobyć w Ministerstwie, bylibyśmy jeszcze bardziej bezsilni.

Remus przytaknął ze znużeniem.

- Wiem o tym, Kingsley. Nie chciałem cię w jakikolwiek sposób obrazić. Bardzo cenimy twoje informacje, ale zdajesz sobie przecież sprawę, że Janus patrzy na wszystko zupełnie inaczej. Znasz go, prawda?

Kingsley kiwnął głową i uniósł rękę, by pokazać Remusowi, że rozumie, co miał na myśli, i że bynajmniej nie dąży do sprzeczki.

- Tak, przepraszam cię, Remusie. Wszyscy jesteśmy ostatnio trochę podminowani. Nie możesz jednak winić Billa za próbowanie, prawda?

Lupin znów odwrócił się do Billa i uśmiechnął się lekko do zdezorientowanego chłopaka.

- Tak jak mówiłem, nie uważam, by zwerbowanie do współpracy z nami kogoś wysoko postawionego w Departamencie było złym pomysłem, ale Janus nie jest właściwą osobą, by o to prosić, to wszystko. Możecie spróbować, ale nie sądzę, by przyniosło to jakiekolwiek korzyści – a jeśli ja to zrobię, szanse na to, że Janus nam pomoże, od razu będą zerowe.

- Ale dlaczego?

Remus potrząsnął głową i machnięciem ręki zbył pytanie Weasleya.

- To zbyt długa historia, by ją teraz opowiadać; zdecydowanie zbyt długa.

Ciekawość Billa najwyraźniej nie została zaspokojona – wyczuwał, że za niechęcią Remusa do rozmów kryje się jakiś poważniejszy powód, ale kiedy otworzył usta, by zadać kolejne pytanie, wtrącił się Moody.

- Daj spokój, synu. Wiem, że Remus ma rację w tym, co mówi na temat swojego brata, i osobiście uważam, że powinniśmy być bardziej ostrożni w kwestii decyzji dotyczących tego, komu ufać, a komu nie ufać. No dobrze – czy ktoś ma jeszcze coś do powiedzenia, czy na razie skończyliśmy?

Zebrani wymienili między sobą spojrzenia i kilka osób pokręciło głowami. Moody skinął głową i czarodzieje zaczęli powoli opuszczać kuchnię, by wrócić do zadań, którymi zajmowali się przed zebraniem. Remus został w pomieszczeniu i przelewitował kubki i talerze do zlewu, gdzie rzucił na nie zaklęcie szorujące, by je umyć. Słyszał wychodzących ludzi, ale nie wychwycił wśród nich pewnych charakterystycznych kroków, więc wiedział, że Moody nie opuścił Kwatery Głównej.

Po jakichś trzydziestu sekundach, podczas których Remus bez ruchu przyglądał się wodzie w zlewie, Alastor podszedł do niego, stanął po jego prawej stronie i obrzucił go intensywnym spojrzeniem.

- Dzieciak nie wiedział, co mówi – nie gniewaj się na niego.

- Nie jestem zły na Billa, jestem zły na Dunga, że w ogóle wspomniał o Janusie.

Moody wzruszył ramionami.

- Wiesz, jaki on jest.

Remus ze złością wrzucił gąbkę do zlewu i obrócił się tak, by stanąć twarzą w twarz ze starym aurorem.

- Tak, i wiem, jaki jest Janus! Podobnie jak ty – czy jesteś w stanie wyobrazić go sobie w Zakonie razem z nami? Albo raczej z wami, ponieważ Zakon z pewnością nie jest dość duży dla nas obu, ale czy możesz to sobie wyobrazić? Bo mnie się wydaje, że byłby to spektakularny koniec wszystkich celów, do których dążymy. Janus jest bardzo lekkomyślny w swoich opiniach i działaniach i tak naprawdę nigdy nie zależało mu na niczym i nikim oprócz samego siebie. To nie twoja wina, że Dung w ogóle rzucił tak idiotyczny pomysł, ale lepiej będzie, jeśli zrobisz wszystko, co się da, by ten pomysł nie stał się rzeczywistością, inaczej możemy darować sobie wszelką walkę w ruchu oporu, zanim się tak naprawdę zacznie.

Moody tylko patrzył na niego z dziwną miną; jego magiczne oko wydawało się czytać Lupinowi w myślach.

- Wkrótce zacznie się wojna, Remusie. Może przyszedł czas, by rozwiązać swoje kłopoty rodzinne?

- A co to ma znaczyć?

- Tylko to, że według mnie na waszym przeciągającym się, braterskim sporze nikt nie skorzysta. Mundungus ma rację w jednej kwestii – informacje, które moglibyśmy otrzymać od Janusa, bardzo by nam pomogły. Musimy być przygotowani na to, co się zbliża.

- A więc teraz to moja wina, że nie mamy dostatecznie wielu informatorów? Moody, po prostu spytaj Janusa, skoro uważasz, że jest tak cenny, dobrze? I tak jesteś prawdopodobnie jedyną osobą, której będzie skłonny wysłuchać, ale sam zobaczysz, czym to się skończy!

Alastor pokręcił głową i podszedł do stołu.

- Nie musimy dyskutować na temat wad twojego brata. Trenowałem go, kiedy przybył z Francji, pracuję z nim od lat i jestem świadomy wszystkich jego niedociągnięć: jest arogancki, zapatrzony w siebie, próżny i uważa się za dar samego Merlina dla czarodziejskiego świata.

- Zapomniałeś dodać, że jest też pozbawionym jakichkolwiek horyzontów myślowych sukinsynem, ale poza tym się z tobą zgadzam.

- Ale można mu zaufać.

Remus pokręcił głową.

- Co daje ci tę pewność? Bo ja nie uznałbym go za godnego zaufania tylko dlatego, że jest moim bratem.

- Nie, ale dlatego, że zdrada naszej strony nie przyniosłaby mu praktycznie żadnych korzyści.

Remus znów potrząsnął głową i odwrócił się od blatu.

- Ludzie potrafią zmieniać strony z najdziwniejszych powodów, Alastorze. Nie chcę przez to powiedzieć, że moim zdaniem Janus pracuje dla Voldemorta, ale wiem, że jego obecność doprowadziłaby do sporów w Zakonie – a to z całą pewnością nie jest problem, który powinniśmy sobie dokładać do wszystkich innych, z którymi się już borykamy. Posłuchaj, nie mam specjalnej ochoty na tę rozmowę; zapytaj go, jeśli uważasz, że to pomoże, a jeżeli nie, to przestań mnie zadręczać tym tematem.

Moody obserwował Remusa, kiedy ten szedł do drzwi, ale kiedy złapał za klamkę, starszy czarodziej dorzucił do swoich wcześniejszych słów jeszcze jedną uwagę.

- Może powinieneś rozwiązać swój spór z Janusem, zanim wojna odbierze ci szansę, by to zrobić.

Lupin tylko z rezygnacją potrząsnął głową i opuścił kuchnię. Moody'emu łatwo mówić!, pomyślał. Co on sobie wyobrażał, za kogo się uważał, by dawać mu takie rady? Konflikt między nim i Janusem narodził się dawno temu, kiedy obaj byli jeszcze dziećmi; nie był czymś, co można by rozwiązać popołudniową pogawędką tylko po to, by pogodzić się, zanim wojna zabierze jednego z nich. Świat nie działał na tak prostych zasadach.

Kiedy Remus wspinał się po schodach, rozmyślał nad tym, że istniał jeden zasadniczy powód, dla którego tak bardzo rozzłościła go propozycja Dunga, by Janus pracował dla Zakonu: nie chciał, by Janus był teraz obecny w jego życiu – a przynajmniej nie bardziej, niż to absolutnie konieczne. Kompromis, zgodnie z którym żyli, obejmował spotkania w czasie świąt Bożego Narodzenia, urodzin ojca i jednej lub dwóch innych okazji w ciągu roku; więcej Janusa Remus nie był w stanie znieść i częstsze kontakty nigdy nie kończyły się dobrze. Mężczyzna nie chciał nawet wyobrażać sobie, jakby to było, gdyby jego brat faktycznie pracował dla Zakonu. Ich jedyną szansą na osiągnięcie czegokolwiek jako ruch oporu było stworzenie jednolitego frontu, a starcie z Severusem dziś po południu wyraźnie dowodziło, że konflikty w Zakonie trzeba ograniczyć do absolutnego minimum. Już teraz przychodziło im to z największym trudem – jak poradziliby sobie z tym problemem w obecności kogoś o tak silnej woli jak Janus?

Remus otworzył drzwi do swojej sypialni i wszedł do środka. Przez chwilę zastanawiał się, jak spędzić resztę dnia, po czym rzucił się na łóżko i potarł obolałe skronie. Powinien naprawdę coś zrobić z tymi bólami głowy, wiedział o tym. Ale nie dziś. Może ból sam przejdzie, jeśli utnie sobie teraz małą drzemkę? Oczywiście jeśli w ogóle uda mu się zasnąć...


- Jak myślisz, co oni robią tam na dole? - spytał Ron i wepchnął sobie do buzi kolejną czekoladową żabę.

- Masz na myśli spotkanie?

Chłopiec kiwnął głową, gdyż pełne usta nie pozwoliły mu na słowną odpowiedź. Harry wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia. Nikt nie mówi mi nic o tym, co się dzieje w kuchni.

- Czym w ogóle zajmuje się Zakon? - wtrąciła Hermiona. - Teraz wszystkim powinno się chyba zajmować Ministerstwo, prawda?

- Remus powiedział mi, że w głównej mierze robią to, czego nie chce robić Ministerstwo.

- Czyli co na przykład? - zapytała dziewczyna z ciekawością.

- Wspominał coś o kontaktowaniu się z grupami nie-ludzi, zanim zrobi to Voldemort, i obserwowaniu czarodziejów podejrzanych o to, że są Śmierciożercami.

Hermiona kiwnęła głową.

- To ma sens. Ostatecznie Zakon nie może działać oficjalnie, prawda? Nie wydaje mi się, żeby istniały podstawy prawne dla jego działalności, więc ciężko byłoby im robić cokolwiek innego bez poparcia Ministerstwa. A o polityce Ministerstwa wobec nie-ludzi nawet nie musimy wspominać – pomyślcie tylko, jak są traktowane skrzaty domowe, bez czyjejkolwiek ochrony...

- Tak, nieważne - Ron przerwał jej, zanim za dobre rozgadała się na temat W.E.S.Z. i innych tego typu spraw. - Widzę w tym sens. Ale co profesor Lupin miał na myśli mówiąc o obserwowaniu ludzi?

Harry wzruszył ramionami.

- Nie wytłumaczył tego. Ale myślę, że chodzi o śledzenie czarodziejów, których podejrzewają o bycie Śmierciożercami, i obserwowanie tego, co robią.

- Zakon nie ma do tego wystarczająco wielu ludzi - stwierdziła Hermiona z powątpiewaniem. - Z tego, co czytałam na temat Pierwszej Wojny, wielu zwolenników Sami-Wiecie-Kogo twierdziło później, że działali pod wpływem zaklęcia Imperius. Nawet jeśli nie znamy wszystkich członków Zakonu, to i tak na pewno nie ma ich tylu, by śledzić wszystkich podejrzanych.

- Może wybierają najbardziej prawdopodobnych kandydatów? Nie wiem... Może powinniśmy poprosić profesora Lupina, żeby powiedział nam więcej na ten temat.

Harry pomyślał, że to dobry pomysł; Remus na pewno wiedział więcej o tym, czym właściwie zajmuje się Zakon, ale nie wiadomo, czy wolno mu będzie im o tym powiedzieć. Poza tym chłopiec wciąż martwił się o swojego byłego nauczyciela i nie był w stanie zdusić tego niepokoju. Hermiona była na tyle spostrzegawcza, by zauważyć, że Remus się zmienił – dowiodły tego jej następne słowa.

- Nie macie wrażenia, że profesor Lupin nie najlepiej się czuje? Zawsze wyglądał na nieco zmęczonego, zwłaszcza w okolicach pełni, ale kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy w te wakacje, byłam w szoku!

Ron spojrzał na nią z lekko zmarszczonymi brwiami.

- Może pełnia jest jutro albo coś takiego.

Harry pokręcił głową.

- Nie, został do niej jeszcze tydzień. A Remus wyglądał na wyczerpanego odkąd odwiedził mnie w szpitalu.

- Ale dlaczego? Myślisz, że jest chory?

Chłopiec wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Spytałem go o to wczoraj, ale powiedział tylko, że jest zmęczony i że zbliża się pełnia. Nie przekonało mnie to.

Hermiona i Harry patrzyli na siebie przez chwilę; jeśli coś było nie tak z Remusem, to nic nie mogli na to poradzić. Być może w ciągu kilku najbliższych dni dowiedzą się, co się dzieje, ale do tej pory mogli mieć co najwyżej szeroko otwarte oczy i uszy. Ron również, chociaż jego spostrzegawczość różniła się od spostrzegawczości jego przyjaciół; subtelność i wszelkie drobne zmiany nigdy nie były jego mocną stroną, ale Ron miał inne zalety, które to kompensowały. Harry martwił się tylko, że może nie istnieć żaden sposób, w jaki on i jego przyjaciele mogliby pomóc Remusowi.