Księżniczka Hilda jeszcze tego wieczoru nie wiedziała, co będzie działo się z Fenrilem. Nie uważała, żeby trzeba było już na tym etapie mówić o poważnym zagrożeniu dla państwa. Grecy dopiero co dobili do brzegu, a przyspieszone roztopy to nie powód do paniki. Nie pozwalała wymknąć się spod kontroli temperamentom jej wojowników.
Księżniczka wolała zamiast tego poświęcić więcej uwagi swojej oranżerii pałacowej. Uwielbiała przechadzać się po wychodzącym od sali tronowej marmurowym tarasie z którymś z ptaków. Tym razem Hilda w zamyśleniu zapatrzyła się w delikatną pliszkę, która drobnymi szarymi łapkami trzymała się jej białej dłoni. Nucąc beztrosko, spacerowała w eleganckiej srebrnej sukni i lekkim ozdobnym hełmie walkirii z czarnymi skrzydłami i ornamentami z kamieni szlachetnych.
Zygfryd, jeszcze niedawno ukochany, teraz najwidoczniej jedynie osobisty ochroniarz, patrzył na nią z niesmakiem. Jak mogła zachowywać się równie lekceważąco i nieodpowiedzialnie? Żeby zakazać chociażby sprawdzenia, co dzieje się z Fenrilem? Duchy energii wojowników pozostawały przytłumione, dusiły się własną niegotowością i Zygfryd o tym doskonale wiedział. Był przecież gotowy, niech tylko Hilda przestanie go powstrzymywać od działania! Energia Alpha wiła się niespokojnie ponad królewskim pałacem nie mogąc nijak odpowiedzieć na wzburzony płomień Epsilonu.
A może to właśnie oznaczało jego brak gotowości. Jak śmie nie być gotów właśnie teraz, kiedy kraj jest w niebezpieczeństwie? Kraj, nie tylko sam w sobie, ale wszystko co składało się na niego, na rzeczywistość wszystkich wikingów. A teraz on, Zygfryd, pierwszy z wojowników Asgardu, przywódca od zawsze, urodzony do swojej roli w najznamienitszym rodzie rycerskim, wreszcie powiernik jednej ze świętych zbroi, w którego całe państwo wierzy i pokłada nadzieje, włączywszy i tych, dla których pozostawał legendą, jak i bliskich, przyjaciół i samą księżniczkę Hildę… on właśnie, wielki i wspaniały Zygfryd, nic nie potrafi zrobić. Sterczy na balkonie jak salonowa kukła do spełniania niepoważnych zachcianek księżniczki.
W tamtym momencie, święci wojownicy odczuwali ostatnie desperackie rozżarzenie energii Epsilonu jak dreszcz na własnej skórze, dopóki gwałtownie nie osłabło. Zygfryd był bliski obłędu, przerażony własną bezsilnością. Co z jego energią, czemu się nie budzi? Czemu tylko szamocze się nieskładnie i bojaźliwie, nie jak patronujący jej smok, a żałosna wyjęta z wody ryba? W najgorszych koszmarach nie przewidział, żeby to niepozorny prawie jak dziecko wojownik Epsilon, którego widział dotąd zaledwie kilkakrotnie, polegający tak bardzo na pomocy swojego awatara Jinga będzie jedynym, kto w kluczowym momencie stanie na wysokości zadania.
Na Syda i Alberychta na razie nie mógł liczyć, odkąd pomiędzy nim i przyjaciółmi powstało nieprzyjemne napięcie spowodowane nagłą przemianą Hildy i jej dziwacznymi rozkazami. Energie tych dwóch były inne niż pozostałe, najmocniej związane z ziemią i to na nią teraz powoli spłynęły, niezmobilizowane. Z kolei, Bud sam jeden nie mógł stanowić całej ofensywy, nie mając już nawet Fenrila do pomocy… Tolla można było już praktycznie wykluczyć z obliczeń, i tak stanowiło cud, że pozostał przy życiu, ciekawe na jak długo. Mimme mógłby zostać w Pałacu i bez problemu utrzymałby go w pojedynkę. A Hagen, gdzie był teraz, jak go potrzeba, do cholery!
A Zygfryd musi bezużytecznie sterczeć na tym wstrętnym tarasie, podobnie jak księżniczka Flamme, oboje niemi z przygnębienia i zniecierpliwienia. To wszystko najwidoczniej tylko ku uciesze Hildy, która nawet nie udawała, że istnieje jakiś dobry powód dla ich obecności. Bawiła ją własna władza i ich bezsilność.
Stopniowo zaczynało zmierzchać. W pewnej chwili młodsza księżniczka przerwała przeciągającą się ciszę pytając bardzo dwornie, czy może udać się na spoczynek. Hilda zezwoliła jej na oddalenie się znużonym gestem dłoni. Zygfryd posłał odchodzącej Flamme pytające spojrzenie, które ona zupełnie zignorowała. Mógł tylko spodziewać się, że zbliża się pewnego rodzaju przykra kulminacja narastającej niezgody pomiędzy siostrami.
Zygfryd przyglądał się bez słowa, jak sylwetka księżniczki znika za łukiem przejścia do Pałacu. Hilda jeszcze przez jakiś czas przyglądała się małej pliszce i z rozbawieniem kreśliła palcem w powietrzu linie, naśladujące trasę lotu czarnego ptaszka. Jednak ten w pewnym momencie zakręcił pętlę i wzbił się wysoko ponad Hildę, a to było wbrew życzeniu księżniczki. Szlachetne srebrne brwi zmarszczyły się nieznacznie, a z pstryknięciem palców drobna iskierka mroźnej energii pomknęła ku pliszce. Piórka porażonego gwiezdną energią ptaka momentalnie pokryły się lodem i skostniałe zwierzę opadło bez życia na posadzkę tarasu. Przy upadku kilka drobnych kawałków odprysło od tej małej lodowej rzeźby, jak kiedy rzuci się o ziemię kostką lodu.
– Mówiłam, trzymać się mnie, a nic by się nie stało – odparła śmiejąc się Hilda, przyglądająca się temu, co zostało ze zwierzęcia. – Słyszałeś, Zygfrydzie? To się tyczy każdego, również ciebie.
Rozbawiona zeskoczyła lekko ze stopni tarasu na półpiętro, gdzie odwróciła się jeszcze, żeby dodać:
– Zgłodniałam, kolacja powinna czekać już na mnie w jadalni. Nie potrzebuję cię na razie, dołącz do mnie za godzinę w sali bankietowej. I na bogów, zrób coś z tą swoją głupią miną.
Wyminęła go lekko niczym ważka, muskając go zwiewnym materiałem swojej długiej sukni wieczorowej. Zygfryd przeklinał służbę, która wiązała mu język i przez którą nie miał nawet szansy nawiązać kontakt z Hildą i dotrzeć do przyczyn drastycznych zmian w jej zachowaniu.
Zwolniony, poczłapał markotnie do salonu, w którym spędzali wolny czas z Alberychtem i Sydem podczas stacjonowania w Pałacu. Biblioteka, kanapy, kominek i dwa okna. W tej chwili niczego ponad to i tak by nie zauważył. Pochłonięty myślami o ukochanej nie tylko nie zauważył rzeźb i arrasów, ale też umknęło jego uwadze, o czym przez pierwszy kwadrans spotkania mówili przy nim jego przyjaciele. Kiedy wszedł, byli w trakcie żywej dyskusji na temat Fenrila, a odkąd już usiadł, omawiali ogólne sprawy społeczne. Po prawdzie, zbyt często rozmawiali o plonach zboża, pogłowiu zwierząt i cenach łodzi transportowych, żeby to do niego docierało. Lecz tym razem chodziło nie o to, czy jeden nie wyrąbał za dużo drzewa względem drugiego albo czy rynek skór popadł w stagnację, ale że z dwóch rodzin szlacheckich pod protekcją Alberychta zniknęły niedawno dziewczyny w podobnym wieku. Odnaleziono do tej pory jedną z nich, przy śladach wskazujących na śmierć z ręki wojska. Niekoniecznie greckiego. Nie pamiętają dokładnie, co by je wyróżniało wśród szlachcianek, może poza umiłowaniem do siodła.
– Zygfrydzie, słyszysz?
– Nie… to znaczy, co? – wojownik Alpha otrząsnął się z zamyślenia dopiero, kiedy usłyszał swoje własne słowa.
– Zyglinda – powtórzył Syd, upewniając się, że tym razem ma z nim kontakt wzrokowy. – Pytałem, czy masz na nią oko.
– Niezupełnie, od tygodnia nie mogę ruszyć się na krok z Pałacu – przyznał Zygfryd krzyżując przed sobą dłonie i wykrzywiając po kolei stawy, aż trzeszczały. Zawsze tak robił, kiedy się czymś martwił.
– Nie chcę podważać autorytetu waszych rodziców – wtrącił się Alberycht – ale biorąc pod uwagę skłonność twojej siostry do spontanicznych wybryków i konnych wypadów, ich opieka może nie wystarczyć. Spośród panien, które znam, ona wydaje mi się wykazywać niepokojące podobieństwo do moich zaginionych krewniaczek i tej nieszczęsnej damy, na której ciało natknął się Bud. Na twoim miejscu trzymałbym ją blisko siebie, albo nauczył dobrze się ukrywać.
Zygfryd długo nie mówił nic, ale przez cały czas na jego twarzy malowało się poważne zatroskanie. Po chwili zapatrzenia w martwy punkt, z westchnieniem przetarł dłonią pochyloną twarz, potrącając przy tym kilka smętnie opadających jasnobrązowych kosmyków.
– Macie rację. Tak muszę zrobić. Nie ma rady – wycedził przez zęby, celowo unikając współczującego spojrzenia Syda.
– A twoja siostra? – zagadnął wreszcie wojownik Mizar, kiedy cisza się przedłużała.
Alberycht posłał im sarkastyczny uśmiech i pokiwał odmownie głową. W aroganckim geście założył ręce, jedna z dłoni w eleganckiej czarnej rękawicy podparła wąsko przystrzyżoną rudą bródkę.
– Mała? Jej trzy osoby pomagają wgramolić się na konia i w życiu nie wzięłaby do ręki włóczni. Jest równie bezpieczna, jak gdyby siedziała Odenowi na ramieniu – odparł lekkodusznie. – Za to chętnie wyręczyłbym cię w doglądaniu Sigrun. Z pewnością ciasno jej z tobą w jednym skrzydle Pałacu.
Syd zacmokał i rozłożył ręce w symulowanym żalu.
– Ku temu jeszcze nie czas. Przykro mi, będziesz musiał w dalszym ciągu poprzestać na patrzeniu z daleka.
Alberycht uśmiechnął się i zwrócił się w kierunku okna. Uchyliwszy nieco zasłony spojrzał na zewnątrz. Jego postać wsparta o spowite ciężką ciemną zasłoną okno cała w czerni i czerwieni wydawała się teraz dziwnie obca. Miał własne plany, nie wolno mu zmarnować okazji, jaka się waśnie nadarzyła.
Nie można powiedzieć, żeby markiz cieszył się dobrą sławą. Każdy wiedział o jego odwiecznym pragnieniu władzy, a sam Alberycht nigdy nie ukrywał fascynacji swoim państwem. Wiedział sporo o Szafirach Odena oraz ich związku z legendarną zbroją, o którym nie była pewna nawet Hilda, dlatego nie mógł wymarzyć sobie lepszych okoliczności działania, niż teraz.
Tej nocy groza wydawała się wisieć wszędzie w powietrzu. Chmury przebiegały po niebie targane silnym wiatrem, który hulał coraz głośniej za oknami Pałacu. Zmrok na zewnątrz zapadał, niebo siniało i wieczorna ciemność zaczęła opanowywać komnaty księżniczki Flamme.
Przygotowywała się ona w pośpiechu do drogi, nie miała nawet czasu tego dokładnie przemyśleć, ale wszystko było już postanowione. Drżącymi dłońmi wyjęła z komody biały puszysty szal i zawiązała go sobie wokół szyi, wsunęła na dłonie rękawiczki. Nie było ani chwili do stracenia. Z ozdobnego haczyka przy drzwiach zerwała szybko srebrny kluczyk i wyszła po cichu na korytarz. Przekręciła za sobą klucz w zamku i przekradła się na pałacowe schody.
Gdyby nie musiała słyszeć echa każdego swojego kroku, każdego oddechu i nie widzieć samej siebie stąpającej zakazaną ścieżką, o ile byłoby łatwiej. Tak bardzo się bała, z każdą chwilą rosła w niej chęć odwrotu, ale nie mogła sobie na niego pozwolić. Minuty przedłużały się, gdy snuła się niepostrzeżenie wśród cieni coraz zimniejszego korytarza – zbliżała się do celu.
Stojący u wrót lochów strażnicy nie mogli uwierzyć własnym oczom.
– Księżniczka Flamme? W czym możemy pomóc Waszej Wysokości tutaj…?
– Odstąpcie – dziewczyna odezwała się z niezwykłym zdecydowaniem. Mimo drżenia starała się za wszelką cenę pozostać opanowana. – To rozkaz.
