Zak Morgan był zachłannym, irytującym człowiekiem, którego zatrudnienie wiele kosztowało. Pracował już u mnie niemal tydzień, a nauczanie Dominika wydawało się powoli przynosić efekty. Odczuwałem, jednak pewien dyskomfort oraz znaczne zaniepokojenie, obserwując z uwagą swojego podopiecznego. Chłopak z dnia na dzień wyglądał coraz gorzej. Blady, rozkojarzony nawet bardziej niż zwykle, zdawał się czymś zamartwiać. Nie chciałem wyjść na przewrażliwionego, więc nie odważyłem się zapytać. Uznałem, że przyszedłby do mnie, gdyby działo się złego. Prawdopodobnie był nieco zmęczony, ślęczeniem po nocach nad książkami. Sam tego doświadczałem, będąc w jego wieku.

- Widać jakieś postępy? - zapytałem Morgana, nie spuszczając jednak wzroku z Dominika, który wzdrygnął się prawie niezauważalnie. Mężczyzna natomiast ożywił się, zachwycony obdarzoną go uwagą i chętny podzielić się wszelakimi sukcesami. Powstrzymałem krzywy, pogardliwy uśmieszek wprost cisnący się na usta.

- Oczywiście - powiedział zbyt arogancko jak na mój gust. - Chłopak naprawdę się przykłada, więc myślę, że jest dla niego jeszcze jakaś nadzieja. Zresztą, proszę go przetestować osobiście.

On ma imię, warknąłem w duchu, mrużąc gniewnie oczy. Zak działał mi na nerwy bardziej niż niekompetencja Dominika. Nie potrafiłem w sumie określić, dlaczego tak się działo. Może to pełne pazerności spojrzenie hieny, przemądrzałość albo zbytnia pewność siebie? Może to coś kryło się w jego gestach albo postawie? Nie wiedziałem.

- Dominiku? - spytałem. Nie zareagował dopóki nie odezwał się jego nauczyciel.

- Zaklęcie wywołujące światło?

Obserwowałem go uważnie, nie chcąc przegapić żadnego szczegółu. Wahał się przez moment, jakby nie zamierzał odpowiedzieć, po czym skrzywiwszy się, niemal wykrzyczał:

- Lumos! - Gwałtownie poderwał się w górę, popychając stół i tym samym rozlewając zawartość jednego z przewróconych właśnie kielichów. Wyszedł z jadalni pośpiesznym krokiem, nie reagując na moje wołanie. Pobiegłbym za nim, ale to stanowczo uwłaczało mojej godności, zwłaszcza w obecności osób trzecich.

- Co to miało być? - spytałem ostro, mierząc Morgana wzrokiem.

Wzruszył ramionami, choć nadal wydawał się wciąż być z siebie niezmiernie zadowolony.

- Dzieciak przesadza - oświadczył prosto, wykrzywiając wargi nieco szyderczo. - Wydaje mu się chyba, że odrobina pracy, którą włożył w naukę, to niewiadomo jakie poświęcenie.

Nie uwierzyłem w ani jedno jego słowo. Czułem niemal smak jego kłamstwa na języku, ale nie miałem żadnych dowodów. Spojrzałem na niego chłodno.

- Jeśli się dowiem, że mnie okłamałeś... - zawiesiłem na sekundę głos, dla lepszego efektu - to cię zabiję. Możesz być tego pewien.

Opuściłem jadalnie w ślad za Dominikiem, zostawiając Zaka samemu sobie.

- P-panie!

Uniosłem wzrok znad opasłego tomu, kiedy skrzat domowy zmaterializował się tuż przede mną. Obdarzyłem go karcącym spojrzeniem, ponieważ nie znosiłem, gdy mi przerywano zgłębianie kolejnych aspektów magii. Nauka była nieodłącznym elementem mojego życia. Co prawda, godzina była raczej późna, ale zapał wciąż mnie jeszcze nie odpuścić. Albo raczej to upór nakazywał mi kontynuować mimo zmęczenia.

- Co się stało? - zapytałem szybko, zaniepokojony pobladłą twarzą stworzenia.

- Panicz Dominik, on...chyba ciężko z-zachorował, sir- wyrzucił z siebie na jednym wdechu.

- Co masz na myśli? - Drążyłem temat, wstając prędko i udając się do wyjścia. Podenerwowany skrzat dreptał tuż za mną.

- Ząbek nigdy nie widział czegoś podobnego, sir. Ząbek nie wiedział co robić, sir.

Przyśpieszyłem kroku, czując jak opanowuje mnie lekki strach. Co tak wytrąciło z równowagi skrzata? Zawsze mi się wydawało, że te pozostają niewzruszone na podobne sytuacje. Musiało być naprawdę źle. Nie, żebym się martwił czy coś... Nie chciałbym jedynie, żeby Rowena uznała, iż to z mojej winy jej pieszczoszkowi przytrafiło się jakieś nieszczęście.

- Przestań z tym ciągłym "sir" - nakazałem poirytowany. - I mów natychmiast co mu dolega!

- Tak jest, si... Panicz Dominik jest rozpalony niczym piec - powiedział, przebierając krótkimi nóżkami coraz szybciej, by za mną nadążyć. - Trzęsie się i wymiotuje! I ciągle traci przytomność.

Wpadłem do dusznego pomieszczenia i pierwsze co poczułem to straszny smród. Sam miałem ochotę zwymiotować, więc czym prędzej rzuciłem zaklęcie czyszczące i rozkazałem Ząbkowi otworzyć okna. Joseph już był przy łóżku Dominika, sprawdzając jego stan.

- Powinniśmy chyba wezwać medyka - oznajmił zaniepokojonym tonem. - Nie mam pojęcia co mu dolega.

Zmarszczyłem brwi, wsłuchując się w magię, uciekającą falami z drobnego ciała. Zwykle można było zidentyfikować chorobę poprzez nowe nuty pojawiające się w barwie i intensywności mocy danej osoby. A przynajmniej ja to potrafiłem o ile wcześniej zetknąłem się z czymś podobnym. Tym razem nie byłem nawet blisko rozwiązania zagadki. Magia Dominika miała niemal bordowy kolor i parzyła nieznośnie, więc wycofałem własne, badawcze macki.

- Zrób to - nakazałem od razu. - Bezzwłocznie.

Joseph skinął mi posłusznie głową, po czym wyszedł, nie oglądając się za siebie. Domyślałem się, że jakąkolwiek pomoc uzyskamy najwcześniej z samego rana, ale byłem skłonny utrzymać chłopaka przy życiu przynajmniej do tego czasu. Usiadłem na krześle dostawionym obok łóżka, nakrywając swojego podopiecznego dodatkowymi kocami przyniesionymi przez skrzaty i zaklęciem rozpaliłem ogień w kominku. Podałem mu jeszcze własne, specjalne eliksiry, którymi szczyciła się moja rodzina, a które kosztowały majątek ze względu na swój unikalny skład i nieznaną innym recepturę. Pomogły całkiem niewiele, zauważyłem z rozdrażnieniem jakiś czas później.

Jakiś czas później Dominik się przebudził. Komnatę rozświetlał jedynie blask lekko przygasających płomieni, więc wokół panował półmrok. Podniosłem się z fotela, dotykając dłonią jego rozpalonego czoła. Chciałem się cofnąć niemal sekundę po tym nikłym kontakcie, ale chłopak najwyraźniej miał inne plany, ponieważ chwycił moją rękę w słabym uścisku. Gdybym zechciał, mógłbym ją wyrwać, wcale się przy tym nie wysilając. A jednak coś mnie powstrzymało. Z zapartym tchem obserwowałem rozwój sytuacji.

- Ciepła - wyszeptał Dominik, ciągnąc mnie nieco w swoją stronę, więc pozwoliłem mu na to z czystej ciekawości. Obawiałem się nieco, że w pewnym momencie stracę równowagę i go przygniotę swoim ciężarem, ale nie zareagowałem. Mój podopieczny odwrócił się na drugi bok, zmuszając mnie jednocześnie do objęcia go. Zassałem powietrze, zaskoczony własnym, mocno bijącym sercem, po czym ostrożnie ułożyłem się za nim, przywierając do lekko wilgotnych od potu pleców. Czułem własny, ciepły oddech, odbijający się od jego karku, a przez mój umysł przetaczała się fala sprzecznych emocji. Przez resztę nocy nie zmrużyłem oka, czuwając.

Oczekiwałem na Rowenę niemal przy samym wejściu do domostwa, nerwowo wydeptując dziurę w podłodze. Zjawiła się w tym samym czasie, co pierwszy magomedyk. Ogólnikowo nakreśliłem im sytuację, uważnie obserwowany przez czujne, kobiece oko. Najwyraźniej coś zwróciło jej uwagę i przyznam szczerze, byłem przerażony. Miałem wrażenie, że targające mną uczucia odbijają się wyraźnie na twarzy, a tego wolałbym uniknąć. Zaprowadziłem ich do sypialni Dominika, który wciąż majaczył w gorączce, po czym oparłem się o ścianę, założywszy ręce na piersi. Magomedyk pochylił się nad chorym z jednej strony, a Ravenclaw uczyniła to samo tylko z drugiej. Chudy, szpakowaty mężczyzna badał chłopaka przez chwilę, po czym wyprostował się ze słowami:

- Umrze wkrótce.

- Na jakiej podstawie ta diagnoza? - spytała racjonalnie Rowena, patrząc sceptycznie na maga. - Ma zbyt wysoką temperaturę, jego ciało sobie nie radzi. Podejrzewam, że ten stan się utrzyma, a wtedy najprawdopodobniej chłopak hm... wyparuje.

- Co to za bzdury? - Nie wytrzymałem. Większej głupoty w życiu nie słyszałem. - Nie da się wyparować. To fizycznie niewykonalne.

- Jestem tylko magomedykiem - odpowiedział oschle, jakbym go uraził. - Co ja tam wiem...

- Najwyraźniej niewiele - skwitowałem, odpychając się od ściany. - Nie wiem kto wydał ci uprawnienia, ale musiał być niespełna rozumu. Wynoś się. W tym domu nie toleruje się skrajnej niekompetencji.

- Salazarze! - Wyrwało się z oburzeniem jedynej kobiecie w towarzystwie. Posłałem jej niecierpliwe spojrzenie, niemal wypychając medyka z pomieszczenia. Niepotrzebnie mnie tak zirytował.

- Grzybek! - Skrzat pojawił się niemal natychmiast. - Pokaż naszemu gościowi, gdzie są drzwi, a potem przekaż Josephowi, żeby znalazł kogoś z większym ilorazem inteligencji.

- T-tak, sir - zająknął się, po czym podążył za wyproszonym czarodziejem.

- Nie musiałeś być taki niegrzeczny - zganiła mnie, siadając na krześle przy Dominiku, by pogładzić jego dłoń. - Wiem, że masz zamiar się ze mną kłócić, ale odpuść. Interesują mnie ważniejsze rzeczy niż twoja standardowa gburowatość. Co mu się stało?

- Mówiłem ci, że nie mam pojęcia. Skrzat mnie zawołał, więc przyszedłem. Resztę historii znasz. - Wzruszyłem ramionami, przysiadając na skraju łóżka. Naprawdę nie miałem jak rozwijać swojej wypowiedzi, ponieważ nic więcej się nie wydarzyło.

- Coś się wydarzyło - oznajmiła bardziej do siebie niż do mnie, a ja zamarłem w oczekiwaniu. - Rumieniłeś się jak piwonia, kiedy rozmawialiśmy wcześniej.

- Nadinterpretujesz fakty - zbyłem ją nonszalancko, choć serce zamarło mi w piersi. Musiałem najwyraźniej przestać się kontrolować, skoro mogła dostrzec równie subtelne sygnały. Nigdy się nie rumieniłem, choć moja blada cera miała ku temu pewne predyspozycje. Cechowała mnie za to skłonność do mrugania częściej niż to konieczne i nerwowego zaciskania dłoni.

- Nigdy sobie nie dopowiadam - zaprzeczyła odruchowo, po czym uśmiechając się półgębkiem, dodała: - Ale możesz być pewny, że przyjrzę się dokładnie tej sprawie.

Pod jej czujnym okiem, poczułem pewnego rodzaju niepewność, z którą nie potrafiłem się utożsamić. Wybijała mnie ona z ustalonego rytmu, pogrążając umysł w bezsensownych rozważaniach.

Pukanie do drzwi na szczęście wybawiło mnie z opresji.

- Wejść! - zawołałem bezzwłocznie. Joseph skinął mi głową, przepuszczając w drzwiach kolejnego medyka, po czym zniknął w milczeniu.

- Witam, nazywam się...

- Wiem jak się nazywasz, przejdź do rzeczy. Nie mamy całego dnia. - Mag zmierzył mnie wrogim spojrzeniem, choć jego twarz pozostała nieprzenikniona. Uniósł dumnie głowę, po czym zbliżył się do łóżka, na którym leżał chory. Zszedłem mu z drogi, wracając do opierania się o ścian i obserwując każdy jego ruch. Pomachał parę razy różdżką, zaglądnął pod powieki Dominika, aż wreszcie względnie go obejrzał.

- Jak długo znajduje się w takim stanie? - spytał profesjonalnie, zupełnie bezbarwnym tonem.

- Nieco ponad dwanaście godzin - odpowiedziałem.

- Podawał mu pan jakieś eliksiry?

- Tak, przeciwgorączkowe oraz przeciwbólowe. - Nie dodałem nic więcej, choć mnie kusiło. Musiał mieć rozeznanie w środowisku, a moje eliksiry uchodziły za najlepsze. Warzyłem je wyłącznie z najwyższej jakości składników. Rodzina Slytherinów od wieków miała smykałkę do tej dziedziny magii.

Medyk przyglądał się Dominikowi przez kilka chwil, po czym oznajmił:

- Niestety nie mam pojęcia co mu dolega. Wygląda na to, że gorączka bierze się z wewnątrz jego osoby bez przyczyn zewnętrznych. To nie wirus ani żadna znana dotąd choroba. Zaklęcie skanujące nie wykazało również śladu zatrucia czy negatywnego oddziaływania magii. Przykro mi, ale nie potrafię pomóc.

Westchnąłem ciężko, odprowadzając go do drzwi.

- Dziękuję za poświęcony czas. Mimo pańskiej niewiedzy, zamierzam wystawić pozytywną opinię. Niewielu w tej branży jest szczerych na tyle, by nie wymyślać niestworzonych hipotez.

- Dziękuję, tak myślę. Naprawdę nie jestem w stanie ocenić czy powinienem się obrazić, więc lepiej uznam to za komplement. Jeśli dowie się pan co dolega pańskiemu podopiecznemu, uprzejmie proszę o informację. Kto wie, może komuś innemu uratuję dzięki niej życie.

- Tak zrobię. Skrzat odprowadzi pana do drzwi. Grzybek!

Dopiero ostatni medyk przydał się na cokolwiek. Chociaż nie był w stanie określić na co choruje Dominik to przynajmniej powiedział, że najgorsze już za nami. W ciągu kilku dni chłopak powinien całkiem stanąć na nogach, a do tego czasu mieliśmy zapewnić mu optymalne nawodnienie i karmić lekkostrawnymi daniami, żeby szybciej nabrał sił. Jakbym sam tego nie wiedział...

Pomogłem Dominikowi usiąść na łóżku, żeby w spokoju mógł zjeść. Pogardził delikatną zupą, która pozwoliłaby organizmowi lepiej się przystosować. Wyglądał lepiej niż wcześniej, choć wciąż był blady jak śnieg. Przynajmniej przestał zwracać wszystko, co ledwie dotarło do jego żołądka. Skrzat dostarczył tacę ze śniadaniem, na której, zgodnie z życzeniem chorego, znajdował się bochenek chleba posmarowanego masłem i kawałek wołowiny polanej winem.

Dominik zajadał się w najlepsze, więc miałem czas, by przemyśleć wszystko co się wydarzyło. Nadal nie rozumiałem dlaczego odczuwałem przerażenie na myśl, że chłopak mógłby nie przeżyć nocy. Chyba przyzwyczaiłem się do jego głośnej, nachalnej osoby, nawet jeśli ostatnio zupełne się zmienił. Był wyraźnie przygaszony i wyglądał, jakby się czegoś obawiał, choć nic na ten temat nie wspomniał. Co prawda, rozpocząłem własne śledztwo w tej niejasnej sprawie, bez większych rezultatów jak do tej pory. Mój czas jednakże był nieograniczony, więc z pewnością wreszcie rozwiążę tą zagadkę. Rowena przestała piorunować mnie wzrokiem oraz fukać pod nosem. Najwyraźniej poprawiający się stan Dominika ukrócił nieco jej gniew na to, że nie została poinformowana o jego stanie od razu. Wtedy jednak miałem ważniejsze rzeczy na głowie. Porzuciła wcześniejszą złość na rzecz matkowania chłopakowi.

- Czuję się znacznie lepiej, Roweno - oznajmił, kiedy przez ponad kilkanaście minut wgapiała się w niego czujnie, co nawet z boku wyglądało niepokojąco. Uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła gest i poczochrała go po włosach. Zdążyłem przywyknąć, że w naszym prywatnym gronie mogłem zapomnieć o zachowaniu choćby pozorów dobrego wychowania. Etykieta szła w las za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy w trójkę. - Marzy mi się wyjść trochę na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem.

- Nawet mowy nie ma - zareagowałem bez mrugnięcie okiem, zbywając jego błagalny ton. Założyłem ręce na piersi, gotowy stawić czynny opór. Jeszcze tego mi tu brakowało, żeby się dodatkowo przeziębił. - Wyglądasz jak cień i jestem pewien, że jak tylko ruszysz się z łóżka to zejdziesz z tego świata. A nie mam najmniejszego zamiaru tłumaczyć nikomu, co robi trup w jednej z moich gościnnych komnat.

- Jak zawsze twoje poczucie odpowiedzialności za los innych jest godne podziwu - zbeształa mnie ironicznie, posyłając jednocześnie dezaprobujące spojrzenie, co ostatnimi czasy czyniła najchętniej. Chciała chwycić Dominika za dłoń, by ostatecznie poprzeć mnie w decyzji, kiedy ten niespodziewanie szarpnął ręką jak tylko go dotknęła. Chyba w tym samym momencie dostrzegliśmy poszarzałą tkaninę, oplecioną niezdarnie wokół jego dłoni. - Co ci się stało?

- Skaleczyłem się, nic poważnego - zbagatelizować, choć jego głos zadrżał nim ostatecznie umilkł, wsadzając do ust kolejny kawałek mięsa

- Dlaczego nie pokazałeś tego magomedykowi? - Rowena była uparta i nigdy nie pozwalała niczego bagatelizować. - Mogło to spowodować objawy, które niemal cię zabiły! Nie powinieneś tego lekceważyć.

- Naprawdę wszystko jest w porządku, to skaleczenie nie ma z tym nic wspólnego - zapewnił, kiedy przełknął, a następnie zgrabnie zmienił temat. Nie słuchałem już dalszej części tej paplaniny, ponieważ moją uwagę pochłonął widok za oknem. Mój brat kłócił się zawzięcie z matką na środku dziedzińca, a na to nie mogłem pozwolić.

- ... zupełnie ci odbiło! Nigdy wcześniej cię to nie interesowało, a nagle próbujesz rozstawiać nas po kątach? Nawet Salazar ma cię po dziurki w nosie! - wrzeszczał, o dziwo, będąc raczej trzeźwym. Pobladła z szoku matka zamarła w bezruchu.

- Wystarczy, Seth - powiedziałem oschle. - Nie powinieneś był tego mówić.

- Zamknij się! Obydwoje się zamknijcie! Mam dość wysłuchiwania waszych żalów! Mam dość zakazów, nakazów i ciągłego obrażania mnie. - Nie przestawał krzyczeć, a mi przemknęło przez myśl, by rzucić na niego silencio. A jednak postanowiłem wysłuchać tego co miał do powiedzenia. - Po tylu latach nagle sobie przypomniałaś, że masz dzieci? Chciałbym cię poinformować, iż jesteśmy już dorośli i nie potrzebujemy twojej żałosnej uwagi. Przestań się wtrącać, bo nikomu nie jest to na rękę. I tak nie masz zielonego pojęcia o tym, co dzieje się pod twoim dachem. Wciąż jesteś zapatrzona wyłącznie w czubek własnego nosa. Nie jesteś jedyną, którą zabolała śmierć ojca. - Wziął głęboki wdech, a potem odwrócił się w moją stronę. - A ty wcale nie jesteś lepszy! Przygarnąłeś jakąś przybłędę niemal prosto z ulicy, opłacając mu nauczycieli, nie dostrzegając nawet, że ten pożal się fachowiec używa na nim beztrosko czarnej magii...

- Czekaj, co ty powiedziałeś? - Zmrużyłem wściekle oczy, puszczając mimo uszu jego wcześniejsze wywody. Uczepiłem się tego, co wydawało się najistotniejsze.

- No widzisz? Ty również jesteś całkowicie ślepy! Idź, sam się przekonaj. - Wydął wargi niczym naburmuszone dziecko. Machnąłem na nich ręką, wracając się z powrotem. Musieli sobie dać radę sami, ponieważ ja niestety miałem ważniejsze rzeczy na głowie niż użeranie się ze swoją irytującą rodzinką. Pewne podejrzenia wypłynęły na wierzch mojego umysłu, a ja odczułem niezłomną potrzebę, by je potwierdzić lub zanegować.

Zamiast spokojnie wejść do komnaty, wpadłem niczym huragan z rozszalałą magią ledwie trzymaną na jakiejkolwiek wodzy. Nie byłem już nawet zdenerwowany tylko szczerze, niezaprzeczalnie wkurzony. Moja wściekłość niemal przybrała nową, odrębną osobowość.

- Pokaż rękę - nakazałem przerażonemu Dominikowi, wyciągając własną w oczekiwaniu. Uciekł przede mną wzrokiem, choć przecież to nie na niego byłem zły. Może odrobinę, ponieważ mnie nie poinformował, mając ku temu wiele sposobności. Zerknął na Rowenę, szukając u niej pomocy. - DŁOŃ! JUŻ!

Ravenclaw desperacko stanęła przede mną, starając się powstrzymać kolejny krok.

- Salazar, na wszystkie moce, co w ciebie wstąpiło?! - wykrzyczała, będąc na skraju paniki. Dostrzegałem ją wyraźnie w wielkich, rozszerzonych ze strachu źrenicach. Zignorowałem kobietę, leniwie odpychając ją przy pomocy szalejącej magii. Wylądowała prosto na ścianie, choć nie przejąłem się, ponieważ uderzenie nie było wystarczająco silne, by zrobić jej jakąkolwiek krzywdę. Zbliżyłem się do chłopaka, który odsunął się jak najdalej, niespodziewanie spadając z łóżka. Doskoczyłem do niego, kiedy kuląc się w przerażeniu, próbował się podnieść. Byłem niepowstrzymany. Złapałem go za nadgarstek, przyciągając do siebie jednym, silnym pociągnięciem. Materiał, którym ktoś, zapewne ten głupi dzieciak, owinął ranę, był niepierwszej świeżości. Zwyczajnie śmierdział, więc zastanawiałem się jak mogłem wcześniej tego nie poczuć. Dominik wyrywał się i protestował, kiedy odwijałem prowizoryczny, przesiąknięty ropą oraz krwią, opatrunek. To co ujrzałem sprawiło, że zamarłem w szoku i oburzeniu. Nie było żadnej rany, tylko paskudne, wyryte na wierzchu dłoni napisy, układające się w znane mi dobrze zaklęcia.

- Co to ma znaczyć? - spytałem, instynktownie ściskając mocniej dłoń Dominika. Chłopak zachlipał w odpowiedzi, po czym jeszcze raz bezskutecznie spróbował się wyrwać. Nawet bez osłabienia spowodowanego chorobą, nie miał najmniejszych szans w starciu ze mną. Zwłaszcza, kiedy byłem równie wściekły. - Lumos, Accio, Muffliato, Alohomora...

Dopiero po przeczytaniu na głos dotarło do mnie, że były to właśnie te zaklęcia, które Dominik znał na pamięć, bez trudu potrafił wymienić oraz opisać.

- Salazar? Coś ty tym razem wymyślił?! - Stojąca za mną Rowena, zerkająca zza mojego ramienia, wrzasnęła rozdzierająco. Z początku nie zrozumiałem, co miała na myśli. Chwilę później, poczułem jak moja złość opada nieco, a na jej miejsce wpełza pełne zdumienia zaskoczenie. Domyśliłem się, że zasługa krwawych blizn została właśnie przypisana mojej, zupełnie niewinnej osobie. Jak to się właściwie stało?

- Głupia kobieto, nie używam TAKICH metod, żeby czegokolwiek nauczyć. Stać mnie na o wiele więcej! Jak śmiesz w ogóle mnie podejrzewać?! - Moja twarz płonęła z upokorzenia. Nawet ja bym się nie posunął do czegoś podobnego. To było poniżej mojej godności. Zrezygnowałem ostatecznie z dalszej kłótni, ponieważ przekalkulowałem priorytety i uznałem, że dobro Dominika jest ważniejsze niż moja urażona duma. - Sam to sobie zrobiłeś?

Starałem się brzmieć łagodnie, choć moje doświadczenie w tej kwestii plasowało się bardzo blisko zera. Oczywiście, nie sądziłem, by chłopak był zdolny do samookaleczenia się nawet dla zadowolenia mojej osoby. Podejrzewałem, że maczał w tym swoje wstrętne łapy jego nauczyciel. Seth najwyraźniej wiedział o czym mówił. Zamierzałem się z nim później rozmówić. Dominik wciąż był zaniepokojony, więc wypuściłem go z uścisku, żeby mógł się uspokoić. Kiwał się w przód i w tył, przyciskając ranną rękę do piersi.

- Pan Morgan - wydusił z siebie, wzdrygnąwszy się przy tym wyraźnie. Widziałem czającą się w jego oczach prawdę. - Pan Morgan przyniósł pióro... P-powiedział, że jest magiczne i pomoże mi w nauce.

- Magiczne pióro? - Skrzywiłem się na podobną głupotę. A Rowena posłała mi pytające spojrzenie, jakbym był jakimś jasnowidzem.

- Nie potrzebowało atramentu, nawet kropelki - odpowiedział po krótkim namyśle. - Kazał mi pisać, ale gdy tylko napisałem słowo, poczułem coś dziwnego. Na dłoni pojawiły się wtedy litery, aż utworzyły zapisany przeze mnie wyraz.

- Na potężnych przodków! Myślałam, że już dawno zakazano używania krwawych piór! - Rowena pobladła, a ja odniosłem wrażenie, iż zostałem spoliczkowany.

- Zakazano - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Dokładnie pamiętałem opowieści ojca o obradach, na których wielu czarodziei, w tym on sam, walczyło o wpisanie krwawych piór w rejestr przedmiotów zakazanych. Były to skandaliczne, niedopuszczalne metody stosowane niegdyś do nauczania bądź karania nieposłusznych uczniów. A jednak od wielu lat groziły wysokie kary za używanie ich. Nigdy bym się nie spodziewał, że jedno z nich trafi pod mój dach, raniąc osobę, którą obiecałem się opiekować. - Zabiję go.

To nie było nawet stwierdzenie. To był fakt. Zak Morgan mógł się już uważać za trupa.