Nie wiedziałam, co pisać do ostatniej części Hobbita, bo toż to crack sam w sobie (shippuję grawitacja/Legolas). Nie da się parodiować parodii (zdumiony hobbit przekonywał się, że chociaż podpisywał kontrakt na włamanie i film, to znajduje się raczej w grze video i zamiast włamu powtarza, niczym istota z demencją, imiona swych znajomych). Ale że całkiem sporo osób prosiło...

Ostatnia scenka podrzucona przez kim-onkę. I dla niej wobec tego dedykacja. Oraz dla mojej siostry oraz kilku znajomych, którzy ze mną umierali ze śmiechu w kinie.

Wszyscy, którzy mnie z kolei do pisania cracków do cracku namawiali, mogą się czuć rodzicami chrzestnymi tej i następnej części.


Ciężkie próby


Majarowie, cóż, brali na siebie nie tylko ludzką postać, ale też ludzkie słabości. Starość, dajmy na to. Albo skłonność do używek i cóż, do owych używek się przyzwyczajania.

Po starciu z Sauronem Radagast, na wyraźne polecenie Galadrieli, nie pozwolił Gandalfowi choćby tknąć fajkowego ziela. Przyjaciel, zbywszy opiekuna byle powodem (zbierz armię, stary – wiadomo, każdy lubi, jak się mu przydaje pozorów ważności, najprostsza manipulacja), przekonał się, że ziele, owszem, zwędził tamtemu z kieszeni, ale z kolei brakuje czasu oraz samotności. Thranduil łypał na niego ironicznie, ilekroć dostrzegał, że czarodziej sięga do woreczka lub cybucha. Bard nie łypał, Bard tylko patrzył z niemym wyrzutem świętego miłosierdzia, które irytująco mocno przypominało Gandalfowi, że obok koczują setki uchodźców, którzy nie mają nie tylko używek, lecz także chleba.

Na szczęście rychło nadeszła bitwa. W bitwie, miał nadzieję czarodziej, inni znajdą lepsze rzeczy do roboty niż obserwowanie czarodzieja. O ile, oczywiście, nie popełni błędu i nie zacznie, brońcie światłości, ściągać na siebie uwagi wrogów. Energicznie walcząc, dajmy na to.

'

'

Gandalf przycupnął za zwalonym murem. Czemu orkom aż tak zależało na zdobyciu zrujnowanego od dekad miasta, nie dociekał – te kreatury nie słynęły nigdy z inteligencji. Może pomyliły gruzy z tętniącą życiem metropolią?

W każdym razie grunt, że chwilowo zajęły się walką czy też raczej dorzynaniem uchodźców. Czarodzieja, czującego się moralnie odpowiedzialnym jedynie za Thorina i kompanię, nie skutki ich poczynań – to nie tak, że im kazał rozzłościć Smauga w końcu! czy można odpowiadać za to, co pod wpływem twych niekonkretnych słów zrobią inni ludzie? albo za płatne ogłoszenia publikowane we własnych czasopismach, w takich „Nowinach Gondoru" na przykład? – rzecz mimo wszystko ubodła, miał bowiem niezwykle wyczulone powonienie... To jest, standardy moralne.

W każdym razie, wyglądało na to, że da radę, jeśli zagłuszy smród rozkładu (strachu oraz paru innych nieeleganckich uczuć, okropnie brudzących buty, jeśli się już do nich przylepią). Zielem, oczywiście. Sięgnął więc po fajkę. Przeczyścił ją z pietyzmem – bitwom zawsze towarzyszyła masa kurzu – wyjął woreczek drogocennego proszku, rozejrzał się wokoło, czy przypadkiem pewien złodziejski hobbit z tendencją do zdradzania przyjaciół dla ich dobra (na przykład uniknięcia choroby płuc) nie czai się w pobliżu, czyhając na jego ssskarb...

Już był w ogródku, już witał się z ustnikiem, gdy jakiś cherlawy ork śmignął mu nad głową, najwyraźniej posłany w powietrze siłą któregoś z bohaterów. Za orkiem, podpowiadała Gandalfowi mądrość czarodziejów, nadejdzie ów czy inny bohater, a wówczas można się spodziewać całej serii błahych, trywialnych pytań i żali. Z ciężkim westchnieniem mag wstał więc, orkowi, który próbował go chwycić za połę, przygrzmocił solidnie laską w czaszkę, po czym ruszył dalej. Ku spokojnym spłachetkom ziemi, spłachetkom, na których mógłby spełnić swe największe w tej chwili pragnienia...

'

'

Wzgórze z ruinkami strażnicy wydawało się niezłym wyborem. Pustawe takie, sporo od miejsca walk oddalone, za to ze świetnym widokiem na pole – znaczy, Gandalf mógłby zjawić się w obozie zaraz po zakończeniu bitwy i przejąć kontrolę nad sytuacją. Toż nie mógł pozwolić, by pomiatał nim byle elfi król. Albo ludzki rybak-łucznik-wdowiec-ojciec-dzieciom-i-miastu. Żaden z nich, w przeciwieństwie do czarodzieja, nie miał kwalifikacji do rządzenia.

Ale to później. Najpierw trzeba było się zająć najbardziej palącą potrzebą. Zapach ziela już się rozchodził w powietrzu, arcyprzyjemnie drażniąc powonienie Gandalfa – bynajmniej nie stępione, stępione to miał Radagast – wargi już się zacisnęły na ustniku, płuca już nabierały powietrza...

Gdy obok z trzaskiem, wrzaskiem i hukiem (w tej kolejności) zleciał stos kamieni, wcześniej będący chyba mostem. Z orkiem, a juści, orki latały dzisiaj nisko i często. Czarodziej nie zamierzał profanować rytuału palenia fajeczki takimi warunkami – na dobitkę za orkiem na pewno pojawi się Thorin oraz elfy.

Żadnego szacunku dla starości, pomyślał z irytacją Gandalf, podkasując szatę i zabierając się, możliwie godnie, z ruinek.

'

'

Thorin po śmierci zdecydowanie nabrał taktu. Hobbit taktu miał zaś zawsze aż nadto, Gandalf mógł więc sobie spokojnie zakurzyć. Wreszcie. Co prawda Bilbo pozierał na niego z pewnym takim zdumieniem, oburzeniem może nawet... I mimo kilku grzecznościowych burknięć czarodzieja nie przestawał... Gandalf podumał, czując, jak najwspanialszy z zapachów wypełnia mu nozdrza, nad możliwą przyczyną tej cichej urazy.

Ach, no tak. Oczywiście. Był niedelikatny. W końcu tylko dzięki panu Bagginsowi cała wyprawa się udała.

— Proszę, częstuj się — oznajmił więc szczodrobliwie czarodziej, wyciągając woreczek z zielem. — Ale fajkę, tuszę, masz swoją? Mojej nikomu nie pożyczam, kwestie higieniczne, rozumiesz...

'

'

Kiedy po pięknym po pogrzebie i jeszcze piękniejszej uczcie Gandalf, z fajką w zębach oczywiście, zrobił sobie z Bilbem odpoczynek-piknik po drodze do Shire, uroda widoków wczesnej jesieni uwydatniała wspaniały smak wiadomego ziela. Czarodziej pozwolił sobie na chwile błogiego rozmarzenia – jeśli Saruman, jak obiecał, zajmie się Sauronem, to może wszystkie poważniejsze problemy znikną ze Śródziemia i on sam będzie mógł, razem z Radagastem, zająć się swoją prawdziwą pasją. Hodowlą fajkowego ziela – oraz kilku podobnych roślin – rzecz jasna. Udało się im już stworzyć zioła o niemal dowolnym kolorze, ziele wielobarwne, ziele świecące w nocy i – specjalnie dla Galadrieli – ziele, którego kwiaty miały wzór przypominający herb rodu Finwego...

Słodkie zamyślenie Gandalfa przerwał cichy chichot hobbita. Bilbo wskazywał palcem na drogę.

Szli po niej elfowie w pełnym rynsztunku bojowym. Widok nieco może pretensjonalny, ale już opatrzony, więc niespecjalnie śmieszny. Widok za to całkowicie zaskakującym, więc śmiesznym wielce, był król elfów, Thranduil, jadący na krasnoludzkim wieprzku. Okrakiem nie dałby rady, szorowałby nogami po ziemi, więc jechał, cóż, ze stopami na grzbiecie zwierzaka i kolanami pod brodą.

— Cóż, stracił jelenia w bitwie — mruknął czarodziej, gdy już wykasłał dym, który w trakcie ataku śmiechu zasnuł jego płuca. — I słyszałem, że miał negocjować kwestie transportu...

Hobbit pokiwał głową, nadal zgięty wpół chichotem:

— I jak znam... jak zdążyłem poznać Daina, to pewnie nasza leśna piękność zapłaciła za swojego rumaka jego wagę w złocie.

— I parę klejnotów dodatkowo — skomentował Gandalf, wytężając wzrok, by nasycić oczy widokiem oddalające się orszaku — bo widzę, że Dain dorzucił mu własne siodło.