Rozdział jedenasty
Katniss
W drodze powrotnej do samochodu potykam się, a w głowie kotłują mi się najróżniejsze myśli. Cinna i Portia już tam na mnie czekają i, kiedy zauważają jak bardzo zbladłam szybko wciągają mnie do środka. Wiem, że coś do mnie mówią, ale nadal słyszę tylko słowa Snow'a.
To jak bardzo organizatorzy skupią się na Panie Mellarku i Pannie Winter zależy tylko od ciebie. Mogą nie mieć większych trudności na arenie. Albo mogą szybko wpaść w kłopoty. Więc uważaj co robisz.- Jego twarz znowu łagodnieje. - Miło mi się z panią rozmawiało Panno Everdeen. Życzę pani szczęścia w związku z Panem Mellarkiem. Nie chciałby, abyś była zmuszona nawiązać kontakty z innymi mężczyznami po Igrzyskach, prawda?
Nie ukrywał przede mną niczego. Powiedział wyraźnie, że to ja będę odpowiedzialna za wszelkie kłopoty jakie spotkają Peetę i Hadley na arenie, chociaż oni są tam sami a ja jestem tutaj.
Zostaję wypchnięta z siedzenia, kiedy do samochodu wsiadają Haymitch i Effie, którzy również wyglądają na zmartwionych tym jak wyglądam. Potrząsam głową, a Cinna każe kierowcy ruszać. Drogę powrotną do ośrodka szkoleniowego odbywamy w milczeniu. Wszyscy wiemy, że tego wieczora wszystko się zmieniło. Wiem też, że niektórzy członkowie mojej ekipy wiedzą więcej niż mi mówią.
Kiedy docieramy na miejsce instynktownie ruszam na dach – jestem pewna, że Haymitch do mnie dołączy. Wiem, że miałam rację, kiedy widzę jak wychodzi na dach w towarzystwie Cinny.
-Co się dzieje?-Pytam. - Snow był ze mną bardzo bezpośredni w kilku kwestiach, ale starał się coś przede mną ukryć. Mówcie. Chcę wiedzieć.
Spoglądają na siebie i Haymitch głośno wzdycha.
-Wiesz, że Snow jest na ciebie wściekły?- Kiwam głową. Sam przecież mi o tym mówił. - Cóż...kiedy ci o tym mówiłem nie powiedziałem ci wszystkiego.
-To znaczy, że jest coś więcej? - Pytam unosząc brwi. - Jejku. Nigdy bym nie zgadła.
-Nie wymądrzaj się skarbie. Starałem się ochronić cię przed tym najdłużej jak mogłem.
-Przed czym chciałeś mnie chronić?- Pytam przez zaciśnięte zęby. Cinna kładzie dłoń na moim ramieniu i dostrzegam smutek w jego oczach.
-Katniss...Prezydent Snow ma zamiar zacząć sprzedawać cię mieszkańcom Kapitolu.-Mówi cicho. Mój umysł powoli zaczyna przetwarzać sens jego wypowiedzi.
O mój Boże.
-Chce zrobić ze mnie dziwkę? - Szepczę, a moje serce zamiera na moment. Jak mogłam tego nie zauważyć. Jak mogłam być taka nieuważna.
No jasne, przecież ja nigdy nie uważam na to, co dzieje się w Kapitolu.
Słyszę jak Haymitch mruczy coś o innych triumfatorach, Finnicku Odair i karze, ale ledwie mogę się na tym skupić.
-Przepraszam skarbie.- Konkluduje w końcu Haymitch i niemal słyszę współczucie w jego głosie. - Miałem zamiar ci dzisiaj powiedzieć, ale Snow wyskoczył z tą imprezą.
-Jak...Od jak dawna wiesz?-Chrypię.
-Od jakiegoś czasu wiedziałem ż,e Kapitol jest na ciebie zły. Ale dopiero przed Dożynkami dowiedziałem się, że...-Nie potrafi skończyć.
-A ty? Kiedy się dowiedziałeś?- Pytam Cinnę.
-O tym? Jakieś trzy tygodnie temu. Najwyraźniej Snow zaczął o tym myśleć podczas twojego tournée, ale od jakiegoś miesiąca zaczął planować wszystko ze swoimi doradcami.
Nie mogę na nich patrzeć. Odwracam się i idę w głąb ogrodu ścieżką wśród bzu i lawendy. Normalnie ich zapach uspokoiłby mnie, ale w tym momencie nie potrafię się uspokoić. Nie wiem, czy mój rozum potrafi w pełni pojąć sens tego co mi powiedzieli. Co starali się mi powiedzieć. Nagle mam straszną myśl.
-Kto jeszcze wie?-Pytam.
-Effie...- zaczyna Haymitch. Cóż to by wyjaśniało jej dziwne zachowanie w tym roku. Chociaż nie jestem pewna czy zachowuje się tak dlatego, że myśli że sama ma kłopoty czy dlatego, że jej na mnie zależy. Mam nadzieję, że z tego drugiego powodu.
-A Portia?-Pytam, a oni obaj potrząsają głowami.
-Nie, nie wie.-Mówi cicho Cinna. - Staram się żeby spędzała jak najwięcej czasu w naszej pracowni. Jest niezwykle wrażliwa...i nie chcę, żeby się martwiła.
-Dobrze. Cóż we czwórkę musimy coś wymyślić, ponieważ prędzej trafi mnie szlag niż zgodzę, się żeby Kapitol przejął kontrolę nad moim życiem.-Mruczę dostrzegając jak wymieniają spojrzenia.-O co chodzi?
-Powiadomiliśmy też Peetę.- Mruczy Haymitch a mi opada szczęka.
-Słucham?-Syczę.- Przygotowywał się do Igrzysk a wy stwierdziliście, że to świetny moment by powiedzieć mu o tym że, ja...-Przerywam, kiedy coś do mnie dociera.-Do diabła Haymitch, to dlatego poradziłeś mu, żeby wyznał mi miłość! Nie chodziło tylko o sponsorów. Chodziło głównie o to!-Nic nie mówi ale nie musi. Jego milczenie potwierdza wszystko. -Udało ci się przekonać go, że jeśli powie wszystkim, że mnie kocha...uda mu się uratować mnie, zanim stanę się...-Nie potrafię nawet wymówić tego słowa.
Ból tej całej sytuacji rozrywa mnie na kawałki.
-Posłuchaj skarbie. Zrobiłem to dla ciebie. Zrobiłem to dla niego. Zrobiłem to dla nas wszystkich. Jestem pewien, że gdyby to on znalazł się w podobnej sytuacji ty też chciałabyś wiedzieć.-Otwieram usta gotowa do kłótni, chociaż wiem, że ma rację.
Cholera. Rzeczywiście zna mnie lepiej niż powinien dla własnego dobra.
Milczę przez kilka chwil i patrzę jak Haymitch i Cinna przyglądają mi się uważnie. Przepełniają mnie najróżniejsze emocje ale najsilniejszą jest złość.
-Dobrze. Więc, tak jak mówiłam...musimy coś wymyślić ponieważ nie pozwolę Snow'owi zmusić mnie do czegokolwiek.
-Musimy być bardzo ostrożni.-Mówi cicho Cinna. - Po tym co stało się dzisiaj wieczorem chyba zdajesz sobie sprawę, że cokolwiek zrobisz...może bardzo zaszkodzić Peecie i Hadley na arenie.
-Więc co? Mam siedzieć z założonymi rękami i mieć nadzieję, że Peeta opuści arenę żywy? A jeśli mu się nie uda...po prostu spokojnie czekać na pierwszego klienta?!-Obaj krzywią się słysząc moje słowa.-Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, żeby pomóc naszym trybutom. Potrzebujemy więcej sponsorów, więcej rozgłosu. Musimy przekonać Snow'a, że zaszkodzenie naszym trybutom to naprawdę zły pomysł. Powiedziałam Peecie, że zawsze bronię tego w co wierzę. I jeśli nie zacznę się bronić, wyjdę na idiotkę. Nie macie pojęcia jak ja się w tej chwili czuję-Odwracam się i odchodzę ale w pewnym momencie zatrzymuję mnie głos Haymitcha.
-Idź do pokoju Peety.-Woła. Odwracam się i patrzę na niego pytająco. - Jest tam nagranie z moich igrzysk. Obejrzyj je. Może wtedy zrozumiesz, że wiem o tym co teraz czujesz więcej niż myślisz. Widzę jak jak Cinna spogląda na niego zaskoczony ale potem kiwa głową.
Wygląda na to, że spędzę trochę czasu w sypialni Peety.
W pokoju wciąż unosi się jego zapach. Zapach cynamonu i wanilii, chociaż Peeta od tygodnia nie był w piekarni, wymieszany z jego osobistym
zapachem. Mieszanka jest tak silna że mam wrażenie, że Peeta za chwilę stanie tuż za mną.
Wiem, że to bezsensowne rzeczywiście się odwracam i jestem zawiedziona, że go przy mnie nie ma, że nie widzę jego ust wykrzywionych w charakterystycznym skromnym uśmiechu.
Podchodzę do ekranu i włączam rzutnik. Od razu pojawia się czołówka igrzysk Haymitcha i orientuję się, że to ostatnia rzecz jaką oglądał Peeta zanim wyszedł na arenę.
Jestem w szoku kiedy patrzę jak Haymitchowi, okropnemu, wiecznie pijanemu Haymitchowi, udaje się wszystkich przechytrzyć i wygrać igrzyska. Jest to bolesne, każde wspomnienie tego przez co sama przeszłam odczuwam jako nóż wbity w serce. Chociaż rozumiem, że jego pomysł by wykorzystać arenę przeciwko jej twórcom i użyć otaczającego ją pola siłowego jako broni mógł wzbudzić wściekłość organizatorów nie wiem co to ma do rzeczy z tym czy on wie co w tym momencie przeżywam.
Potem wrócił do domu.
Patrzyłam na radość na twarzach mieszkańców Dwunastki wszyscy wyglądali na tak szczęśliwych. Patrzyłam na Haymitcha niknącego w entuzjastycznym uścisku małego chłopca i pięknej starszej kobiety którzy witali go ze łzami w oczach. Widać było ich szczęście i prawdziwą radość z tego, że wrócił do nich żywy. Potem odwrócił się do stojącej niedaleko i łamiącej ręce młodej czarnowłosej dziewczyny, która przez chwilę zdawała się walczyć z samą sobą aż w końcu rzuciła mu się w ramiona i pocałowała go podczas kiedy on zamknął ją w uścisku. Rozłączając się wybuchli śmiechem a ja czuję jak łamie mi się serce i zduszam szloch.
-Miała na imię Emmeline.- słyszę szept Haymitcha i odwracam się i widzę go stojącego w drzwiach nie wiem jak od jak dawna tam stoi. Wchodzi do pokoju pozwalając drzwiom zamknąć się za nim i kieruje się prosto do łazienki gdzie odkręca kurki. Nie mam innego wyboru i dołączam do niego.
-Ona...czy była zmuszana to tego samego do czego chcą zmusić mnie?-Pytam cicho zamykając oczy i opierając się o marmurowy blat naprawdę nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie.
-Nie. Zabili ją. - Odpowiada szczerze Haymitch. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia a on tylko kiwa głową. Potem siada na brzegu wanny i opiera ręce na kolanach. - W ciągu dwóch tygodni od mojego powrotu ona, moja matka i mój młodszy brat już nie żyli. Wszystko dlatego, że stwierdziłem, że używanie pola siłowego było dobrym pomysłem
-Nie wiedziałeś że to zrobią. Po prostu usiłowałeś przeżyć.
-I myślałem, że robię dobrze. Że uda mi się wyciągnąć rodzinę ze Złożyska i wieść dostatnie życie z moją dziewczyną. Zamiast tego żyję w ruinie z moim najlepszym przyjacielem.-Macha trzymaną w dłoni butelką i patrzy na przelewający się w środku alkohol.
-Ostrzegli cię, że tak zrobią?
-Nie.
-Więc dlatego ty ostrzegasz mnie.
-Skarbie, mój mentor w ogóle nie zaprzątał sobie mną głowy. Miał swoje zwycięstwo i swoje bogactwo. Wygrał swoje igrzyska, bo był prawdziwym morderczym dupkiem i nie zależało mu na nikim ani na niczym. Wkurzało go że musiał się dzielić chwałą z kimś z dystryktu. Jeżeli coś wiedział to nic mi nie mówił. Ale ja wiem i postanowiłem ci powiedzieć. - Milknie a ja zaczynam rozumieć co dokładnie do mnie powiedział.
-Zależy ci na mnie? - Pytam nieśmiało. On parska.
-Czasami zastanawiam się dlaczego, ale tak zależy mi. W momencie, kiedy się zgłosiłaś, żeby uratować Blondyneczkę byłem dumny, że zostałaś moją trybutką. Bez względu na to czy wygrałabyś czy nie. Od tamtej pory zawsze robiłaś to, co należało zrobić. I dlatego właśnie ci o tym mówię. Dlatego powiedziałem Peecie. Wolałbym smażyć się w piekle niż siedzieć i patrzeć jak robią ci to, co zrobili mnie.
Przyglądam mu się kiedy popija z butelki powoli przyswajając wszystko co mi powiedział.
-Dlaczego nie prześladują Mamy i Prim? - Pytam.
-Są zbyt dobrze znane. - Mówi Haymitch przełykając łyk alkoholu i trochę się uspokajam. Bez względu na to, co zrobię moja rodzina będzie bezpieczna.
-Nie wiem, co mam robić. - Przyznaję. - Naprawdę nie wiem, co mam robić. Jestem wielkim cierniem w boku Kapitolu, ale to co zrobiłam, zrobiłam bezwiednie. Teraz chcę coś zrobić, a nie wiem nawet od czego zacząć. Nie wiem nawet, czy to co mówię ma jakiś sens...-Haymitch parska.
-No proszę oto niezręczny kosogłos, którego wszyscy kochamy...-
-Nie nazywaj mnie tak.- Odszczekuję. Nie wiem nawet dlaczego to
przezwisko mnie drażni. On otwiera usta, ale mądrze postanawia je zamknąć.
-Posłuchaj...Jutro mamy nowy dzień. Przegapiliśmy mnóstwo igrzysk i musimy to nadrobić. Jutro zaczynamy od początku. Szukamy sponsorów. Musisz być widoczna. Snow oczekuje, że się go przestraszysz. Musisz zachowywać się odwrotnie.- Przytakuję mu, ponieważ wiem, że ma rację.
Zakręcamy kurki i wracamy do salonu, gdzie Haymitch podchodzi do panelu sterowania w ścianie obok ekranu.
-Najpierw zamówię materiały Peety i Hadley żebyśmy mogli obejrzeć co się stało, kiedy byliśmy w posiadłości. Potem, jak już nadrobimy zaległości możemy obejrzeć innych trybutów, jeśli będziesz miała na to ochotę. - Siadam na kanapie napięta i zdenerwowana tym co mogę zobaczyć.
Hadley wygląda na trochę bardziej wycieńczoną, ale, kiedy śledzimy jej ruchy od popołudnia do wczesnego wieczora dostrzegamy w jej ruchach determinację. Stąpa ostrożnie nie tylko dlatego, że nie chce się poślizgnąć, ale także dlatego, że chce pozostać niewidoczna na wypadek, gdyby w okolicy kręcili się jacyś trybuci. Znalazła opuszczony plecak, prawdopodobnie pozostałość po jednym z martwych trybutów i odkryła kilka użytecznych przedmiotów, między innymi paczkę krakersów, którą szybko otworzyła i zjadła trzy. Prawdopodobnie był to jej pierwszy posiłek na arenie. Potem w końcu udaje się na spoczynek. Kamera pokazuje lokalizacje innych trybutów i możemy sobie bezpiecznie założyć, że drugiego trybuta spotka za mniej więcej dziesięć godzin.
Chyba, że Organizatorzy nie zainterweniują wcześniej.
Pojawia się materiał Peety przedzierającego się przez las; wydaje się być bardziej wyczerpany niż Hadley. Oczywiście to, że był świadkiem morderstwa tego chłopaka z Szóstki musiało wyczerpać go także emocjonalnie.
-Wygląda na to, że dzieciaki mają się dobrze.- Stwierdza Haymitch. -Nie dzieje się nic ekscytującego.
-Poczekaj chwilę.- Pociąga nosem Effie. Jestem zaskoczona, kiedy odwracam się i widzę ją stojącą za nami i patrzącą na nas radośnie.
-Effie, więc jednak potrafisz być cicho. Gdzie się podziały te klapiące narzędzia tortur, które zwykle nosisz?-Pyta z sarkastycznym uśmiechem Haymitch.
-To się nazywa wykładzina, Haymitch. Naprawdę mógłbyś czasem rozejrzeć się po swoim otoczeniu.- Odpowiada i obchodzi kanapę, żeby usiąść obok mnie nadal obuta w 'narzędzia tortur'- Cinna i Portia poszli do siebie. Byli kompletnie wyczerpani.
-Co miałaś na myśli mówiąc 'poczekaj chwilę' Effie?-Pytam a ona wskazuje ekran.
-Właśnie to. Ja widziałam to na żywo, kiedy wy dwoje...- milknie na chwilę.-Kiedy omawialiście z Cinną twój jutrzejszy stój- Posyłam jej pełen wdzięczności uśmiech a ona rumieni się i pochyla głowę.
Wygląda na to, że Effie rzeczywiście wie więcej niż myślałam.
-Zdarzyło się coś ciekawego?- Pyta przeciągle Haymitch wyciągając przed siebie nogi i krzyżując je w kostkach. - Ponieważ jak na razie dzieciaki leżą w błocie przytulone do skał,
-Sam zobacz! - Karci go Effie.
Pięć minut później wiemy już co miała na myśli.
Na arenie przestaje grać hymn Kapitolu i widzę jak Peeta niemal od razu sięga do kołnierza kurtki. Przez chwilę leży w bezruchu wpatrując się w niebo. Nagle chyba coś przychodzi mu do głowy, ponieważ widzę jak wyciąga drugą dłoń w tym samym kierunku. Moje serce przyspiesza i czuję, że się rumienię.
Broszka z kosogłosem, którą mu dałam lśni w świetle księżyca, kiedy on uważnie się jej przygląda. Słyszę jak Haymitch głośno wciąga powietrze, ale oczy Peety wypełnia coś na kształt nadziei, kiedy patrzy na tę broszkę, potem pewności, kiedy wygładza kurtkę i przypina broszkę tam, gdzie zobaczy ją całe Panem. I, kiedy patrzy z powrotem w niebo widzę to w jego oczach i tym jak zaciska szczękę.
Zawziętą determinację.
-Jezu, skarbie, kiedy miałaś zamiar mi o tym powiedzieć?- wybucha
Haymitch, kiedy tylko Peeta zasypia.
-Zapomniałam o tym! - Bronię się.
-Zapomniałaś? - Powtarza groźnie. - Oddałaś swoją pamiątkę z dystryktu – coś, co ludzie pamiętają i kojarzą z tobą – temu chłopcu i zapomniałaś mi o tym powiedzieć? Do diabła! Wiesz jak bardzo mogłoby nam to pomóc wcześniej? Wszyscy zobaczyliby to i wiedzieli, że dostał ją od ciebie!
-Nie wiedziałam, że zrobi to akurat dzisiaj! - Odszczekuję.
-Bądźcie cicho.- Karci nas Effie. - Ludzie i tak już to widzieli, Haymitch. Od, kiedy to się stało ludzie nie przestają do nas dzwonić. Nawet niektórzy opiekunowie innych dystyktów zadzwonili do mnie, żeby pogratulować wam świetnego planu. - Haymitch unosi brew patrząc na mnie i widzę jak zaczyna przyswajać tę informację.
-Nie sądzę, żeby Katniss zrobiła to po, to, żeby zacząć rewolucję.- Mówi. - Ale założę się o roczny zapas alkoholu, że on doskonale wie, co robi.
-Chce, żeby go zabili?-Wyrzucam z siebie. - Dałam mu ją jako jego pamiątkę, żeby nie brakowało mu chęci przeżycia i powrotu do domu. Nie po to, żeby machał nią przed nosem Kapitolu. Szczególnie teraz, kiedy wiem, że on wie o...- Milknę patrząc na Haymitcha, który przygląda się temu jak ja zaczynam rozumieć sens tego wszystkiego. - Cholera. Masz rację. Snow pewnie pomyśli, że to kolejna oznaka buntu. Ale wszyscy inni mieszkańcy Panem zobaczą to i pomyślą, że to jest..., że to...
-No wykrztuś to z siebie.- Haymitch uśmiecha się krzywo wiedząc doskonale jak niezręcznie się z tym czuję.
-Prezent od jego ukochanej.-Szepczę a Haymitch kiwa aprobująco głową.
-Dokładnie. Wszyscy będą trzymali za niego kciuki jeszcze mocniej niż dotychczas. Mówiłem ci, że ten chłopak ma łeb.- Wstaje z kanapy i patrzy z uśmiechem na Effie. - Trinket skarbie mam dla ciebie zadanie. Zróbmy listę osób, które koniecznie chcą się z nami spotkać.
*****
Leżę w ciemnościach nerwowo przesuwając dłońmi po prześcieradle. Tak jak w noc poprzedzającą moje wyjście na arenę moje serce i umysł przeczuwają, że coś się zbliża, coś czego nie będę mogła uniknąć. Wiadomość o tym, że Prezydent chce zrobić z ciebie zabawkę dla sław i tych, których byłoby na ciebie stać każdego wpędziłaby w otępienie. Ale ja nie mogę taka być. Nie zgadzam się na to. Przeżyłam Głodowe Igrzyska.
Przeżyję i to.
Drzwi do mojej sypialni nagle się otwierają i staje w nich Haymitch, z zaczerwienioną twarzą i urywanym oddechem. Siadam, wyrwana z toku myślenia i odsuwam włosy z twarzy.
-Katniss musisz wyjść i to zobaczyć.- Oznajmia, a potem wraca biegiem do salonu.
Jestem Katniss, więc, to znaczy, że dzieje się coś ważnego
Narzucam na siebie szlafrok wiszący na drzwiach pokoju i patrzę przez okno. Ledwie świta. Wlokę się korytarzem potem przyspieszam, kiedy słyszę dochodzące z monitora jęki i syki. Niemal wbiegam do salonu i widzę Peetę tarzającego się po ziemi w trakcie bójki z innym trybutem w błocie i strugach deszczu. Nie potrafię nawet usiąść. Po prostu stoję i patrzę jak Peeta mocuje się z przeciwnikiem. W głębi duszy wiwatuję, kiedy Peecie udaje się dźgnąć przeciwnika małym nożem w żebra. Moja radość znika jednak, kiedy kamera robi najazd na najeżoną kolcami maczugę leżącą nieopodal, a potem wraca, żeby pokazać błysk w oczach drugiego trybuta.
Jęczę cicho, kiedy patrzę jak ten drugi trybut sięga po maczugę i wymierza nią cios w nogę Peety. Tryska krew i słyszę bolesny skowyt. Padam na ziemię patrząc z niedowierzaniem w ekran.
Nie. Nie . Nie tak wcześnie. Nie teraz.
Nie nigdy.
Myśli przychodzą same. Wcześniej wiedziałam, że nigdy nie dojdę do siebie, jeśli Peeta nie wróci zdrów i cały z areny. Teraz moja myśl wydaje się prorocza. Teraz już wiem.
Będę płakać, jeśli on będzie rozpaczał. Cierpieć, jeśli on będzie cierpiał. Umrę, jeżeli on umrze.
Patrzę jak Peeta używa całej swojej siły, żeby przewrócić przeciwnika na plecy i pozwala, im stoczyć się w dół stromej skarpy. Jego ciało sunie bezwładnie po krzewach i gałęziach drzew aż na sam dół. Moje serce zamiera na moment, kiedy Peeta wstaje szykując się do walki. Ale drugi trybut jest cichy. Jest nieruchomy. Kamera robi zbliżenie i widzę maczugę wbitą w jego głowę. Widzę jak Peeta podchodzi i zabiera maczugę, jego twarz robi się zielona, kiedy zauważa powagę ran drugiego trybuta. Patrzę jak ucieka, kiedy poduszkowiec zabiera ciało tego drugiego. Patrzę jak ogłąda rany i skaleczenia na swojej twarzy i głowie.
Zakrywam usta dłonią, kiedy rozrywa nogawkę spodni uwidaczniając ranę w nodze. Czuję jak łzy napływają mi do oczu, kiedy widzę jak wiele zniszczeń dokonała maczuga, jej kolce wbiły się w jego ciało odrywając je. Peeta wymiotuje a ja mam ochotę zrobić to samo. Widzę jak po raz kolejny przygląda się ranie i jego jasne błękitne oczy wywracają się do góry a on pada na ziemię.
-NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE! - Z mojego gardła wyrywa się szloch, kiedy patrzę na niego leżącego bez ruchu.
-Wszystko w porządku Katniss, naprawdę.-Mówi cicho. - Nie słyszeliśmy armaty. Peeta żyje.- Moim ciałem nadal wstrząsa szloch więc on kołysze mnie w ramionach jak małe dziecko. Ten ruch sprawia że szloch zmienia się w czkawkę i wywołuje u mnie potężny ból głowy. Powoli uspokajam się jednak kiedy dociera do mnie sens jego słów. Unoszę głowę i patrzę na nieruchome ciało Peety. Wyplątuję się z ramion Haymitcha.
-Dobrze. Zbierz wszystkich. - Mówię mu. - Mamy mnóstwo pracy.
-Tak bardzo się o niego martwimy!- Wykrzykuje stojąca przede mną niska pulchna kobieta. Patrzę na nią starając się powstrzymać ironiczny uśmieszek spowodowany kolorem jej włosów – naprawdę brzydkim jaskrawym pomarańczem z fioletowymi pasemkami – w zasadzie nie słucham tego co do mnie mówi.
Naśmiewanie się po kryjomu z tych ludzi jest tym co utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.
Od wczesnego przedpołudnia siedzę z Haymitchem w punkcie negocjacyjnym. Nie możemy tracić czasu. Musimy zdobyć fundusze i lekarstwa dla Peety. I to szybko. Leki i antybiotyki są w tym roku strasznie drogie i ciągle nie możemy uzbierać odpowiedniej kwoty. Czuję jak Haymitch uderza mnie łokciem w bok.
-O tak, my też. Bardzo martwimy się o jego stanem. I tą raną w jego nodze. - Milknę nie wiedząc co powiedzieć.
-Och oczywiście, musisz wiedzieć, że koniecznie chcę go sponsorować. - Odpowiada ona. - Zaraz dokonam przelewu. Jaka jest wasza najniższa stawka?- Pyta i przestaję jej słuchać. Haymitch może zająć się detalami.
Rozglądam się po pokoju starając się odłowić prawdziwych sponsorów od
ludzi, którzy przyszli tu dla dobrej zabawy i jedzenia. Haymitch wyjaśnił mi, że ponad połowa ludzi przychodząca w takie miejsca robi to tylko po to, żeby móc powiedzieć 'byłem przy tym', kiedy ktoś znalazł sponsora albo, kiedy dany trybut zginął.
-Mamy ją.-Szepcze mi do ucha Haymitch. Spoglądam od niego w momencie, kiedy nasza najnowsza sponsorka wychodzi i niechętnie macham jej na dowidzenia.
-To dobrze. Im więcej pieniędzy zdobędziemy, tym szybciej możemy zdobyć lekarstwa dla Peety.- Jego twarz wykrzywia się w grymasie. - Co się stało?
-Niestety ona poinstruowała mnie, na co mamy wydać jej pieniądze. - Martwiłam się o to.
Podobnie jak w przypadku Finnicka, który dostał od sponsorów trójząb w czasie igrzysk, sponsorzy sami wyrażają życzenie na temat tego, na co mają iść ich pieniądze nie zostawiając miejsca do negocjacji.
-Czego chciała? - Pytam.
-Przynajmniej była pożyteczna. Chce żebyśmy wysłali jedzenie. -
Przytakuję. Naprawdę bałam się, że to będzie coś frywolnego i kompletnie bezużytecznego. Chociaż, gdyby rzeczywiście jej zależało zażyczyłaby sobie lekarstw.
-Dobrze. Dobre i to. Wrócę do mieszkania i zorganizuję wszystko...- Milknę, kiedy widzę Finnicka w towarzystwie grupy mentorów z Czwórki. Nagle przypominam sobie wszystko, co powiedział mi wczoraj Haymitch i podchodzę do niego, zanim mam czas się powstrzymać zostawiając Haymitcha samego i trochę zszokowanego. Finnick zauważa mnie, kiedy się do niego zbliżam i uśmiecha się do mnie.
Założę się, że godzinami ćwiczył ten uśmiech przed lustrem.
-Katniss Everdeen, cóż za spotkanie. - Mówi przeciągle i całuje moją dłoń.
Unoszę brew a on wybucha śmiechem. Mentorzy patrzą na mnie zimno, ale znikają w tłumie.
-Możemy chwilę porozmawiać?- Pytam cicho. Przytakuje skinieniem głowy najwyraźniej wyczuwając moje zdenerwowanie prowadzi mnie do cichego kąta. Siadamy na jaskrawożółtej kanapie i przez chwilę rozglądam się dookoła. Potem biorę głęboki wdech.
-Wydaje mi się, że jesteś godny zaufania. - On przechyla głowę patrząc na
mnie z zaskoczeniem.
-Nie jestem pewien, o co ci chodzi.
-Ja wiem. - Szepczę. - Wiem o tobie. Ponieważ..., ponieważ chcą zrobić ze mną to samo. - Widzę na jego twarzy zaprzeczenie, które zmienia się w szok, a potem w akceptację w jego oczach.
-W tym przypadku masz rację. - Odpowiada.- Rzeczywi ście możesz mi zaufać.- Przysuwam się do niego bliżej. Wiem, że w tych pomieszczeniach nie ma podsłuchu, ale postronny świadek mógłby wszystko zniszczyć.
-Muszę...muszę wiedzieć dlaczego to robisz.
-To znaczy, że ci nie powiedzieli?
-Nie. To znaczy Haymitch może i coś wspomniał, ale byłam w zbyt wielkim szoku, żeby pojąć to o czym mówi. Wiem, że chcą mnie ukarać, ponieważ myślą, że mam zamiar wzniecić bunt. Ale myślałam, że ciebie kochają.- Finnick wzdycha i przeczesuje palcami włosy.
-Kochają mnie trochę zbyt mocno. W wielkim skrócie, kiedy skończyłem osiemnaście lat, zagrozili mojej rodzinie, a potem dziewczynie którą kocham. - To brzmi znajomo. - Bardzo spodobałem się mieszkańcom Kapitolu. Czasami, kiedy pojawiałem się na ulicy prawie wybuchały zamieszki. Ktoś został stratowany przez tłum, kiedy otwierałem sklep w Kapitolu. Snow stwierdził, że jeśli kiedy kolwiek zwiążę się z kimś i mieszkańcy się o tym dowiedzą będzie jeszcze gorzej. Więc po prostu powiedział 'Zrób to albo zabijemy całą twoją rodzinę'. Więc to zrobiłem. Sprawy trochę się skomplikowały, kiedy zorientowali się, że zakochałem się w Annie po jej igrzyskach. Ale nigdy się nawet nad tym nie zastanawiałem. Jest dla mnie zbyt cenna.
-Czy...Podoba ci się to?- Pytam i jego grymas mówi wszystko.
-Nie. Annie też za tym nie przepada, ponieważ wie do czego jestem zmuszony. Ale to nie powstrzymało nas przed byciem razem. Musimy po prostu być bardzo dyskretni. - Opada mi szczęka. Jestem zaskoczona nie tylko tym jak wiele ryzykuje, ale też tym, że zdecydował się na związek z dziewczyną którą kocha. - Zaskoczyłem cię. Ale nie powinnaś być zaskoczona. To jak bardzo kocham Annie i jak bardzo ona kocha mnie jest silniejsze i ważniejsze niż cokolwiek innego. Jeżeli Peeta wróci do ciebie z igrzysk na pewno będzie czuł się tak samo. - Mrożę go wzrokiem czując wzbierającą we mnie furię.
-Nie zrobię tego. - Syczę. A on odsuwa się ode mnie zaskoczony jadem w moim głosie. - Nie pozwolę, żeby Snow robił ze mną co mu się podoba. Nie pozwolę. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby go powstrzymać.- Finnick patrzy na mnie przez kilka sekund i w końcu się uśmiecha. Całym sobą. I wygląda to na szczery uśmiech. Oto Finnick, którego naprawdę chciałabym poznać.
-Myślę że, ci wierzę.- Odpowiada. - I...myślę, że jeśli będziesz potrzebowała kogoś jeszcze po swojej stronie chętnie się do ciebie przyłączę. - Wstaje rzucając okiem na swoją ekipę, która przygląda mi się podejrzliwie. - Życzę ci powodzenia, Katniss Everdeen. Bądźmy w kontakcie. - Żegna mnie skinieniem głowy i odchodzi. Być może to tylko złudzenie, ale jego kroki wydają się lżejsze.
Może, jeśli uda mi się powstrzymać Snow'a zdołam uratować także i jego.
Wieczorem wysyłam spadochrony z jedzeniem. Jeden dla Hadley. Jeden dla Peety. Zawartość jest taka sama. Różnią się jedynie liścikami. Peeta musi się dowiedzieć.
