11.
Weekend w Hogsmeade zwykle był dla Harry'ego i Rona dniem zabawy i radości. Najczęściej szli w pierwszej kolejności do sklepu ze sprzętem do Quidditcha, potem do Zonka, a następnie na piwko do Trzech Mioteł. Tym razem jednak musieli zostawić swoje dziewczyny samotne, a pójść tropem Hermiony. Nie odzywali się do niej od ponad trzech miesięcy i była już połowa maja, a oni wciąż nie wiedzieli, jak ją przeprosić. Tęsknili za nią i to bardzo, a rozmowa z Dumbledore'em w zeszłym miesiącu jedynie dodatkowo ich dobiła. Ktoś polował na ich przyjaciółkę, a oni nie mogą się zdecydować jak ją przeprosić. I czy w ogóle to robić. Ginny była temu przeciwna i Harry powoli zastanawiał się poważnie nad tym, czy Weasleyówna była dla niego odpowiednia. Dla niego przyjaciele byli ważni i dopiero po rozmowie z Dyrektorem zrozumiał, że zachowywał się nie tylko skrajnie nieodpowiedzialnie, ale też był dupkiem dla Hermiony. Szydził z jej uczucia do Snape'a i co chwila powtarzał, że ma nadzieję, że ten nie wróci. Nabijał się z jej rany, sądził, że udaje, bo chce ściągnąć na siebie ich uwagę. Po rozmowie ze starym czarodziejem przyglądał jej się i zauważył, że ona już prawie w ogóle nie jest w stanie ruszać lewą ręką. Wszystko, co było niezbędne, robił za nią albo ten cały kruk, albo Krzywołap. I to powodowało, że obaj z Ronem czuli się parszywie. Kuguchar i ptaszysko Snape'a byli przy niej i jej pomagali, podczas gdy to miało być ich zadanie.
Teraz szli za nią, przebrani tak, że nawet dziewczyny ich nie rozpoznały i rozmawiali z sobą zmienionymi głosami. Była umówiona z Krumem u Madame Puddifoot, dlatego byli zdziwieni, gdy w połowie drogi do miasteczka rozejrzała się, wypuściła Mortifera – choć ptak i tak zignorował ją, i latał nad nią – i ruszyła przez trawę, zdecydowanie nie w kierunku Hogsmeade. Spojrzeli po sobie, rzucili na siebie zaklęcie kameleona i tak cicho, jak tylko się dało, śledzili ją. Oglądała się co chwila, patrząc prosto na nich, po czym szła dalej. Nie podobało im się to, tak samo jak krukowi, który dał nura w dół i wczepił się pazurami w jej ramię. Na wszelki wypadek Ron rzucił na nią zaklęcie podążania, które – w razie aportacji – miało ich zabrać razem z nią. Szli dość długo i obaj byli pewni, że po prostu chciała wyrwać się na samotny spacer, gdy usłyszeli gwizdnięcie. Hermiona od razu skierowała się w tamtym kierunku, a im szczęki opadły, gdy zobaczyli Goyle'a.
– Potajemna schadzka? – syknął cicho Ron. – I dlatego tyle czasu tu leźliśmy?
- Hermiona i Goyle? Na głowę upadłeś?
Dziewczyna podparła się pod boki i spojrzała butnie na Ślizgona.
– Jestem. Gdzie on jest?
– Kto?
Chłopak przez chwilę wyglądał na zagubionego. Cóż, orłem to on nigdy nie był.
– Profesor Snape, a niby kto inny! Powiedziałeś, że wiesz, gdzie go przetrzymują. I że nie uważasz, że na to zasługuje, ale potrzebujesz pomocy w akcji ratunkowej.
– A, on. Czekaj… Mam świstoklik.
– Skąd?
Była podejrzliwa, ale to kruk na jej ramieniu przyciągnął ich uwagę. Najpierw uderzył się skrzydłem w głowę, jakby chciał powiedzieć: „Ty idiotko!", po czym rozkrakał się, jakby coś jej chciał przekazać… Ron pierwszy zrozumiał.
– To ptaszysko wie, że Goyle kłamie.
– Czyli to on chce porwać Hermionę?
– Najwyraźniej.
– Co robimy?
Z nich dwóch Ron zawsze lepiej myślał strategicznie.
– Poczekamy, aż wezmą świstoklik. Prawdopodobnie znajdziemy się gdzieś blisko Lucjusza Malfoya. Jesteś gotów na walkę?
– Cały czas.
– Ok. Trzymamy się blisko Hermiony. Najlepiej będzie, jak złapiemy za coś, co jest jej. Może być nawet kosmyk włosów.
Tymczasem pustogłowy bałwan opowiadał cudowną historyjkę o tym, jak ukradł świstoklik jednemu ze „złych gości". Dziewczyna wyraźnie była zaniepokojona, ale najwyraźniej uznała, że warto, bo wyciągnęła przed siebie dłoń. W tej samej chwili Hermiona dotknęła świstoklik, chłopcy złapali jej włosy, kruk syknął wściekle, a Goyle uśmiechnął się paskudnie. Sekundę później poczuli szarpnięcie w okolicach pępka i w niedługi czas potem wylądowali na kamiennej posadzce sali, którą Harry pamiętał aż za dobrze. Gospodarz domu, siedząc w swoim fotelu, przy kominku uśmiechnął się i powiedział spokojnie:
– Witam w Malfoy Manor, panno Granger.
vOvBvOvBvOv
Hermiona nie miała nawet czasu zakląć i wyrzucić sobie głupotę, gdy silne dłonie złapały jej nadgarstki, a inne odebrały różdżkę. Pozbawiona broni stała, miotając się, ale Goyle trzymał ją mocno. Lucjusz Malfoy wstał, podszedł do niej i warknął:
– Gregory, tak nie traktuje się gości. Puść ją. Proszę się rozgościć, panno Granger. Mogę do ciebie mówić po imieniu?
– Nie – warknęła, ale kompletnie ją zignorował. Zerknęła na Mortifera i szepnęła: – Masz jak się stąd wydostać i sprowadzić pomoc?
Pokręcił głową, a jej zrobiło się słabo. Nawet nie potrzebowała widzieć dezaprobaty w jego wzroku. Sama wiedziała, że właśnie wykopała sobie swój własny grób.
– Więc… Hermiono, jak ci się podoba mój salon?
Rozejrzała się szybko. Wszystko wprost ociekało złotem.
– Snobistyczny, jak na mój gust.
– Ach, taka niegrzeczna. Ale zrzucę to na karb szoku. Chciałabyś wiedzieć, co mam w planach?
– Nie, ale pewnie i tak mi pan powie.
– Otóż zamierzam przedstawić cię swoim przyjaciołom. Wszyscy to byli Śmierciożercy i bardzo cię kochają. Tak bardzo cię kochają, że zniżą się do uprawiania seksu z tobą, aż nie będziesz mogła więcej wytrzymać. A wtedy ja ci pokażę, jak bardzo cię kocham i zakończę twoje męki. Potem oddam twoje ciało Harry'emu. Biedak, na pewno będzie chciał cię pogrzebać i powspominać. A potem zaproszę do siebie pana Weasleya. Następnie pannę Weasley. A może oboje naraz… Muszę jeszcze się zastanowić. Gdy kochany Harry będzie już sam, to i jego zaproszę. Będzie zbyt rozstrojony, żeby mi cokolwiek zrobić. Wspaniały plan, nieprawdaż?
Czuła, że trzęsą się jej kolana, a Mortifer zaciska na jej ramieniu pazury tak mocno, że na pewno już dawno przebił jej skórę. Malfoy oszalał. Miał kompletnie nie po kolei w głowie i to, co zamierzał jej zrobić…
– H-H-Harry nie da się tak łatwo!
Wiedziała, że się jąka, ale strach nie pozwolił jej mówić. Brała udział w bitwach, miała do czynienia ze Śmierciożercami, ale za każdym razem miała przy sobie różdżkę i przyjaciół. Teraz… Po raz pierwszy w życiu była przerażona. Czarodziej wstał, podszedł do niej i zacisnął dłoń na jej gardle.
– Owszem, przedstawię cię moim przyjaciołom, ale… Zawsze lubiłem dziewice i ich krzyki. Krzycz, szlamo. Krzycz.
Nie mogłaby krzyczeć, nawet gdyby jej nie dusił. Była sparaliżowana. Nagle Mortifer zakrakał i wzbił się w powietrze, atakując Śmierciożercę. Ryk bólu człowieka i fontanna krwi z jego oka uświadomiły jej, co się właśnie stało. Korzystając z głupoty Goyle'a próbowała mu odebrać swoją różdżkę, ale był dla niej za silny, nawet jeśli wciąż nie rozumiał, co się dzieje. Szarpali się przez chwilę, gdy usłyszała głos, którego akurat tutaj nie spodziewała się usłyszeć.
– Drętwota!
Rozejrzała się zdezorientowana.
– Harry?
– Tak. To ja i Ron. Kameleon. Musimy wziąć się za Malfoya. Aportuj się do Hogsmeade. U Madame Puddifoot są Aurorzy. Jeśli są tu jacyś Śmierciożercy, to potrzebujemy wsparcia. IDŹ!
– Dacie sobie…
– Ludzie, Hermiono! Rusz swój zadek!
– RON!
– Później mi zrobisz wykład na temat języka. Już! Choć raz pozwól sobie odgrywać damę w opresji!
Złapała różdżkę i rozejrzała się za Mortiferem, który jeszcze przed chwilą atakował Malfoya. Pan domu trzymał się za krwawiący oczodół i pluł jadem, obrażając wszystko i wszystkich, ale nigdzie nie widziała kruka. I wtedy zauważyła pióra… leżące tuż przed kominkiem, w którym płonął ogień. A w ogniu leżało coś dużego i czarnego. Za dużego, jak na bierwiono.
– Mor…
– HERMIONO! RUSZ SIĘ!
Obróciła się na pięcie, przeniosła się i, starając się nie myśleć o tym, co właśnie zauważyła, pobiegła po Aurorów. Gdy trzech mężczyzn i dwie kobiety aportowało się, ruszyła do zamku. Dumbledore szybko ją zrozumiał i po chwili również i jego nie było. Jak w transie wróciła do swojego pokoju, gdzie znalazła Krzywołapa i przytuliła go do siebie. Miauknął żałośnie, pytająco.
– Oni mnie porwali. Chcieli zgwałcić. I on mnie uratował. I spalił się. I nie żyje. Mortifer… był taki… dzielny…
Rozpłakała się, wspominając biednego kruka, który ostatnimi czasy był jej bliższy, niż wszyscy jej przyjaciele razem wzięci.
