Poczuł na twarzy mocne uderzenie. Warknął. A raczej warknąłby, gdyby miał na tyle sił. Zamiast tego powoli i z wielkim wysiłkiem wyprostował kręgosłup. Otworzył oczy. Widział tylko piksele, jakieś wzory, które wyglądały, jakby stracił wzrok, jakby jego oczy potrzebowały dotlenienia. Poczuł, że do twarzy ma przyczepioną jakąś aparaturę. Na reszcie ciała to samo. Zaczął powoli odzyskiwać wzrok, kiedy poczuł czyjąś dłoń na lewym policzku. Delikatną i zgrabną. Kobiecą. Zaraz potem to samo uczucie pojawiło się na drugim. I wtedy jego oczy w końcu ją zobaczyły. Była cała rozpłakana, światło odbijało się od jej wilgotnych policzków… ale była szczęśliwa.
Właśnie wtedy przypomniał sobie, co się wydarzyło. W tej samej chwili coś złapało Angelę za ramię i brutalnie odciągnęło od stołu operacyjnego, na którym leżał. Białowłosa jęknęła spadając na podłogę, poczuła chwilowy, ostry ból w okolicach czaszki. Pęknięcie nie zdążyło się jeszcze zrosnąć. Gdzie przed chwilą stała Łaska, pojawił się on… Reyes. Na jego widok Jack przyjął groźny wyraz twarzy, mimo że musiał do tego użyć wiele więcej siły, niż zwykle.
- No proszę... a więc to prawda, co mówią. Doktor Ziegler potrafi przywrócić umarłego - zaśmiał się głośno - W końcu… już się bałem, że ta chwila nigdy nie nadejdzie. Że straciłem okazję, by zobaczyć Jack-a Morrisona zmuszonego patrzeć, jak wszystko na co pracował ginie.
- Gdzie reszta… - wykrztusił żołnierz.
- Nie tutaj. Ale blisko. Na tyle, byś mógł ich zobaczyć, kiedy sobie tego zażyczę. Na tyle, byś mógł usłyszeć ich jęki. Ale za daleko, byś zdołał im pomóc - ostatnie słowa wypowiedział z ogromną pogardą.
- Ty… cholerny…
- Oszczędzaj siły - wtrącił Reyes - Nie jesteś mi zdatny do niczego w takim stanie. Chociaż… teoretycznie w żadnym stanie nie jesteś mi zdatny. Ale i tak chcę widzieć na twojej twarzy tyle bólu, ile się da. Już wkrótce - na tym skończył. Odwrócił się, i, przyjmując postać ducha, subtelnie oddalił się w stronę wyjścia. Zaraz po tym białowłosa podbiegła do Jack-a i nachyliła się lekko, na ułamek sekundy odwracając wzrok w kierunku wyświetlacza z parametrami życiowymi.
- Angela… - zaczął schrypniętym głosem - Czy… - Kobieta dotknęła palcem swoich ust, prosząc go, by nic nie mówił.
- Nie widziałam ich, Jack. On kłamie, inaczej już by mi to pokazał. Nie ma ich tu - Popatrzył się na nią. Te słowa nieco go uspokoiły. Podejrzewał taką możliwość, chciał być pewien, że Reyes powiedział mu to tylko po to, by go złamać… ale wszystko wskazywało na to, że blefował. Żniwiarz dopadł wszystkich w ich własnej bazie. Wydawało mu się, że tym razem nie kłamał, że naprawdę ma wszystkich w garści. Ale jeśli Angela twierdziła, że tak nie jest… był spokojny. Ufał jej - Jak się czujesz? - wyrwała go z transu. Spojrzał jej prosto w oczy, od których w tym momencie biło troską. Wysilił się na tyle, by uśmiechnąć się lekko, choć prawie niewidocznie. Wskazał gałkami ocznymi w stronę wyświetlacza opisującego jego kondycję. Na to Angela przekręciła oczami.
- Ech… Żołnierz 76… ktoś, kto zachowuje chłodną twarz nawet w obliczu przyjaciół, TERAZ próbuje rozluźnić sytuację… - pokręciła głową, ale jednocześnie uśmiechnęła się lekko - Do czego to doszło… - nagle drzwi otworzyły się z wielkim impetem, a do środka wszedł Żniwiarz. Wyglądał na mocno zdenerwowanego.
- Angela… przygotuj go do transportu. Zmywamy się stąd.
- Tra...transportu? To niemożliwe! Ze zwykłą aparaturą szpitalną, tak, być może… ale nie z tym! - Reyes popatrzył się na nią. Mimo, że nie widziała jego twarzy, ciarki przeszły jej po całym ciele. Definitywnie nie to chciał usłyszeć - Stworzyłam to najszybciej jak mogłam, nie jest przystosowane do ruchu!
- Emmm… - doszedł kobiecy głos z głośników pobliskiego komputera - Gabe, nie chcę Ci za bardzo przeszkadzać… ale mamy coraz mniej czasu. Możesz się pospieszyć? Za kilkanaście minut tu będą - przez chwilę nikt się nie odzywał. Żniwiarz widocznie popadł zamyślenie, nie ruszył ani jednym mięśniem.
- Overwatch… - Jack zaśmiał się, na tyle, ile potrafił - No proszę… wygląda na to, że wydostali się z 'sali tortur'... - ostatnie słowa wypowiedział z pogardą, tym samym tonem, co Reyes wcześniej, byle tylko go bardziej wkurzyć przed własną śmiercią. Bo wiedział, że za chwilę zginie. Białowłosa być może jeszcze nie. Ale on tak.
- Angela… Jeśli w pięć minut nie znajdziesz sposobu, jak go przenieść…
- Nie ma! Gabriel… żądasz niemożliwego! - Reyes zamilkł. Odwrócił się w lewą stronę, w kierunku monitora pobliskiego komputera, gdzie Sombra wyświetliła krótką wiadomość. 'RUSZ SIĘ'. Przez chwilę został w tej pozycji. W końcu westchnął. Powoli odwrócił się w kierunku stołu operacyjnego - Ech… nie dajesz mi wyboru… - Sięgnął ręką pod płaszcz, wyjął jednego ze swoich shotgunów, wycelował w stronę Jack-a… ale nie zdążył strzelić. Na linii ognia stanęła Angela. Z przerażonymi oczami, wstrzymanym oddechem… ale jednak między nim a Żołnierzem. Żniwiarz wykrzywił nieco głowę - Nie mam na to czasu! - w mgnieniu oka wycelował w aparaturę podtrzymującą Jack-a przy życiu. Strzelił. Pocisk nie trafił dokładnie tam, gdzie celował, odłamki ledwo musnęły aparaturę, powodując jedynie kilka zniekształceń. Główna siła wystrzału trafiła gdzie indziej. Prosto w jedną z torebek z płynną substancją, która podłączona była do maszyny. Rozbryzgnęła się na kilka metrów - Ups… - Żniwiarz spojrzał na twarz Łaski. Która została sparaliżowana szokiem. Chciała się ruszyć, podbiec do niego, zrobić cokolwiek… ale nie potrafiła. Zdała sobie sprawę, że jeśli się ruszy, padnie kolejny strzał, kolejna ofiara. Że nic już go nie uratuje.
- Szefie! - nagle do pokoju wpadł mężczyzna, cały uzbrojony, nieco zdyszany - Oddział w gotowości, możesz ruszać!
- Świetnie… - Reyes odwrócił się i ruszył w stronę drzwi - Ty zostań tutaj… i weź naszą doktor na zakładnika. Zatrzymajcie ich jak najdłużej możecie… gdy będę na miejscu, wyślę posiłki - mówiąc to wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.
- Pięć minut do końca podróży - usłyszeli głos Ateny. Łódź podwodna nie była zbyt szybka. A przynajmniej nie dla Overwatch, które przyzwyczaiło się już do nadzwyczaj szybkiego desantowca. Nie raz zdarzało się, że doleciał on na miejsce zanim wszyscy zdążyli się przygotować do walki. Ale tym razem było inaczej. Podróż nie była szybka, lecz przytłaczająco wolna. W dodatku towarzyszyło jej klaustrofobiczne uczucie. Wszyscy siedzieli na swoich miejscach, spokojnie czekając, aż łódź dotrze na miejsce. Wszyscy prócz Leny, która przez cały czas uruchamiała poszczególne mechanizmy swoich pistoletów pulsacyjnych, by sprawdzić, czy aby wszystkie działają. Chociaż… nie do końca po to.
- Lena… - usłyszała głos siedzącej obok Wdowy - Przestań. Chciałabym choć przez chwilę nacieszyć się ciszą - Brunetka przegryzła wargę. Powoli odłożyła broń na bok.
- Przepraszam. Po prostu… przez cały czas myśleliśmy, że nie żyje. A ona...
- Wiem… i rozumiem. Ale to nie zmienia faktu, że powinnaś do tego podejść spokojnie. Zawsze miałam Cię za bardziej opanowaną.
- Tak… ja też - burknęła, czego Wdowa pozwoliła sobie nie skomentować. Przez chwilę siedziały w ciszy, jak zresztą wszyscy w środku. Ale Lena nie mogła tej ciszy wytrzymać, była zbyt dużym kontrastem do uczuć, które w sobie trzymała - Myślisz, że zdążymy na czas?
- Przeżyła przez kilka tygodni, więc Reyes nie chce jej zabić - wtrąciła Ana, która siedziała naprzeciw - Czegoś od niej chce. Albo po prostu napawa się torturowaniem jej, ale w to wątpię. W nagraniach, na których go przyłapaliśmy, Angela jest fizycznie zdrowa.
- Nie o to mi chodzi. Co, jeśli potraktują Angelę jako zakładnika? O ile będą chcieli pokazać, że ją mają, rozegramy to bez problemu. Ale jeśli nie będziemy jej widzieć, jeśli będzie poza naszym zasięgiem… co wtedy? Negocjacje nie wchodzą przecież w grę.
- Lena… nie dam Ci odpowiedzi na każdy scenariusz. Głównie dlatego, że nie chcę teraz się nad tym głowić, bo będzie na to czas.
- No tak, rozpoznanie… jesteś pewna, że nas nie namierzą? - Ana kiwnęła w stronę dość pokaźnej maszyny na końcu łodzi, przy której majstrował Winston, tuż przed startem.
- Te cacko Torbjörna ma ponoć tak dobrze usuwać zakłócenia, że nasze skanery będą w stanie wyłapać sylwetki osób z dystansu kilkunastu kilometrów.
- Serio? - Lena odwróciła się w stronę Szweda, lekko unosząc brew - Kilka miesięcy temu mówiłeś, że nasze skanery nie będą w stanie rozpoznawać osób na dystansie większym niż osiem kilometrów, nawet z dodatkowymi modułami.
- To nie moduł - warknął Torbjörn - To niezależny sprzęt. To cacko nie usuwa zakłóceń programowo, ale bezpośrednio w powietrzu. Na dystansie kilku mil - odpowiedział z dumą - To jedyny taki sprzęt na świecie. Istny cud techniki - Lena skrzywiła wargi. Opuściła lekko głowę. Mimo zapewnień przyjaciół coś ją niepokoiło. Miała dziwne przeczucie, że czegoś nie widzą. A może po prostu za bardzo się przejmowała. Może przez to, że na szali było życie Angeli, za dużo o tym myślała. Nagle poczuła czyjąś dłoń na lewym ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła Jessiego. Patrzył się na nią ze smutnym uśmiechem na twarzy. Otworzył usta, by coś powiedzieć… ale nie zdążył.
- Trzydzieści sekund.
Lena dość szybko się opanowała. A dokładnie w momencie, w którym zobaczyła odczyty z pokładowego skanera. Okazało się bowiem, że wszystkie nieznane im sylwetki były wokół większego obiektu, w którym znajdowała się Angela. Tuż obok skaner pokazał dwóch mężczyzn. Jeden z nich wyraźnie leżał na plecach, a drugi był w jakiejś dziwacznej pozycji. Po dłuższej chwili skaner wykazał, że nie żyje. Parametrów pierwszego mężczyzny nie udało się uzyskać, gdyż, według Winstona, był on przykryty materiałem, który przewodził sygnały zakłócające działanie skanera. Ana założyła, że owa dwójka na pewno należy do Szponu i prawdopodobnie została 'wyłączona' z akcji przez Angelę. Była przekonana, że Reyes zostawił ich tam, by jej pilnowali, i w ogóle nie przypuszczał, że tak delikatnie wyglądająca kobieta jak ona potrafi znokautować dwóch pionków. Głupie założenie. Angela nie została członkiem Overwatch tylko dlatego, że była świetnym naukowcem. Standardy były wyższe. Przypuszczenia Any nie były do końca trafne, ale wystarczająco logiczne, by Lena odetchnęła z ulgą. Plan był prosty. Aktywować maszynkę do modyfikowania sygnatur Winstona i zmodyfikować je tak, by skanery wroga wskazywały na atak z jednej strony, a uderzyć z wielu. Z jak największą szybkością, zanim agenci Żniwiarza zorientują się, że ich zakładnik nie jest już dłużej zakładnikiem, i także dlatego, że Winston niechętnie przyznał, że obecność Overwatch w tym miejscu mogła zostać wykryta. Wysłać Smugę na flankę, by w razie gdyby coś poszło nie tak, odcięła ludzi Reyesa od Angeli. Plan był prosty. Co nie znaczy, że prosty do wykonania.
Szpon nie był zwykłą, przestępczą organizacją. Jasne, był wiele większy i potężniejszy niż reszta, ale jeszcze jedna, zasadnicza rzecz różniła go od typowej szajki. Sposób działania i skala, na jaką to robili. Agent Szponu na własne oczy widział wiele okrucieństw, które zwykłego człowieka przyprawiłyby o zawał serca. Wtedy albo rzucał 'karierę' w cholerę, albo zostawał. I musiał się dostosować. Byli członkowie Szponu, obecnie ludzie Żniwiarza, nie mieli serca. Widzieli najbardziej zatrważające rzeczy, do jakich dopuszczano się w końcówce XXI wieku. I nie ruszało ich to. Ale kiedy mieli okazję przez chwilę oderwać się od brudnego świata i posiedzieć przy bazie w tak pięknym miejscu, które składało się na piękne, zielone góry, lasy majestatycznie tańczące na wietrze, malownicze wodospady wypływające ze skały… wykorzystali ją. Dla kogoś tak brudnego był to raj, który potrafili docenić nawet oni.
- Steven? - spytał jeden z ludzi Żniwiarza, leżąc spokojnie na trawie niedaleko bazy.
- Mmm? - odmruknął jego towarzysz, który siedział tuż obok. Ostrzył nóż.
- Jak myślisz, kiedy Overwatch zaatakuje?
- Nie wiem. Na pewno nie w ciągu następnych kilku minut. Radar ciągle nic nie wyłapuje. A co?
- Leżałbym tak sobie tutaj… i patrzył na to wszystko… w nieskończoność - westchnął głęboko.
- Zebrało Ci się na podziwianie tutejszego krajobrazu?
- Nie mów, że tylko mi się tu podoba. Cholera, Stevens, ja rozumiem, że utrzymujesz twarz typowego bad guy-a… ale kurde, nie próbuj mi wmówić, że absolutnie nic Cię nie rusza - Towarzysz przestał ostrzyć nóż. Przypatrzył się mu uważnie, schował z powrotem do pochwy… a potem spojrzał na piękny krajobraz. I westchnął głęboko, powoli zsuwając się na trawę, aż tylko głowa została oparta na niewielkim pniu.
- Masz rację. Trzeba korzystać, póki można. Jak Overwatch zaatakuje, wszystko się skończy. Nigdy już nie doświadczymy takiego widoku.
- Mów za siebie, ja na pewno tu wrócę - Stevens zaśmiał się krótko - No co?
- Nic, nic…
- Mów, albo…
- Zamknij się… i daj mi w końcu napawać się chwilą… - westchnął głęboko i rozluźnił mięśnie. Dokonał i doświadczył w życiu wielu okrucieństw, o których istnieniu nie miał za młodu bladego pojęcia. A teraz… teraz miał czas, by choć na chwilę puścić to wszystko w niepamięć. Cholera, widoki faktycznie były piękne...
Najlepszy oddział Żniwiarza, najlepsi ludzie. Jednak nawet oni nie potrafili odeprzeć ataku najlepszych z najlepszych. Całe Overwatch natarło w jednej chwili, z trzech różnych stron, osłaniane przed ogniem przez tarczę Reinhardta i matrycę . McCree stał obok siwowłosego staruszka, trafiając kolejne cele jeden po drugim, tuż za nim Fara, która zrezygnowała z walki w powietrzu, uznała to za zbyt niebezpieczne biorąc pod uwagę, z czym mają do czynienia, a mianowicie nie tylko z kawalerią Reyesa, ale również z konstrukcjami obronnymi, takimi jak wieżyczka. A skoro o wieżyczkach mowa… Torbjörnowi udało się umieścić ją na prymitywnym, skonstruowanym na szybko pojeździe, który dodatkowo zaopatrzył w tarczę Winstona. Konstrukcja miała spowodować zamęt w szeregach wroga, jednak, ku zdziwieniu inżyniera, ludzie Żniwiarza potrafili na tyle trzeźwo spojrzeć na sytuację, i tak dobrze ze sobą współpracować, że odpowiednie rozdzielenie ognia nie okazało się być dla nich wielkim problemem. Niewiele natomiast mogli zrobić z dwoma snajperami, Aną i Wdową. Po tym, jak Overwatch zepchnął ich na ostatnią linię obrony, prosto do wąskiej doliny, ta dwójka szybko zajęła wysokie pozycje z obu stron kanionu i zmusiła ludzi Reyesa do jeszcze większego skupienia sił, co szalenie ułatwiło ich otoczenie. Winston niestety nie brał udziału w walce… cóż, przynajmniej nie bezpośrednio. Został na tyłach i cały czas sprawdzał odczyty swojego sonaru. Pomagał on reszcie zarówno w orientowaniu się w polu walki, jak i zabezpieczał ich przed niespodziewanymi posiłkami. No i Smuga. Osoba, która miała w tym wszystkim największą rolę. Zrobiła to, co w takich sytuacjach potrafiła najlepiej. Zaszła od tyłu najlepiej jak mogła i brała na siebie część ognia wroga, jednocześnie eliminując kogoś z walki. Przyszedł taki moment, w którym już żadna ze stron nie miała żadnych wątpliwości co do tego, kto wygra. Wtedy to Smuga zaczęła być bardziej odważna, migając w stronę wrogów coraz częściej, coraz rzadziej zmieniała miejsce z którego nadchodziła na mniej przewidywalne, a na samym końcu nawet już nie cofała się z pola walki. Bitwa nie trwała długo, ale na pewno dłużej, niż Overwatch się spodziewało. Po jej zakończeniu nikt nie miał wątpliwości, że Reyes zdążył uciec.
Gdy ostatni z ludzi Żniwiarza padł na ziemię, Smuga wleciała do środka z prędkością światła. Nie zwracała uwagi na setki drzwi, które mijała po drodze. Po prostu biegła przed siebie pełna nadziei, że zdoła znaleźć cokolwiek, co pomoże jej w znalezieniu Reyesa, a tym samym Angeli, zanim zdążą oddalić się zbyt daleko, by Overwatch miało jeszcze szansę ich dogonić. Reszta nie spieszyła się, przekonana, że trzeba zacząć od nowa. I miała rację. Co nie oznacza, że poszukiwania Leny poszły na marne. Przebiegając przez korytarz, zatrzymała się na chwilę. Coś było nie tak. Dziesiątki drzwi, które właśnie ominęła były po prostu zamknięte… jedne zaś stały otworem. W dodatku w środku paliło się światło. Lena błyskawicznie mignęła do środka… i stanęła jak wryta. W pokoju o jedną z szafek opierała się Angelą. Ledwo stała na jednej nodze, wpatrując się w fiolkę na najwyższej półce. Fiolkę, która w tej chwili brunetki nie obchodziła. Kiedy tylko zobaczyła swoją przyjaciółkę żywą, na jej twarzy pojawił się niekontrolowany uśmiech.
- Angie! - nagle Angela odwróciła się w jej stronę z przerażonym wyrazem twarzy.
- L...Lena?! - Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, brunetka uścisnęła ją najmocniej jak tylko potrafiła, na co białowłosa syknęła z bólu.
- Aj… Wybacz! - przeprosiła ją, w jej głosie ciągle bił entuzjazm, a na twarzy cały czas był ten nieskalany uśmiech, choć udało jej się uspokoić ciało. Delikatnie wzięła przyjaciółkę na ręce - Nie wierzę, żyjesz! Nawet nie wiesz… - wtem zauważyła przerażony wzrok Angeli, który ją mocno zakłopotał. Białowłosa pokazała ręką na najwyższą półkę z fiolkami.
- Paras… - Nie musiała kończyć. Lena błyskawicznie sięgnęła dłonią po naczynie, którego napis zaczynał się właśnie w ten sposób - Jack... - na słowa te brunetka zbladła.
