~~Nie zapomnij mnie~~

Rozdział X

~~Chaos~~

- Komnata Tajemnic została otwarta. Strzeżcie się, wrogowie Dziedzica. - Harry sam nie wiedział, kiedy słowa popłynęły z jego ust.

Uciekaj, uciekaj, szeptał głos w jego głowie, ale nie mógł się ruszyć.

Kim była osoba naprzeciwko? Czy to mógł być Tom? Nie, przecież to absurd - Tom nigdy nie patrzył na niego w taki sposób, nigdy nie wyglądał tak, jak teraz. Kiedy się śmiał, był czarujący, a nie przerażający. Nie twierdził, że Tom był niewinny - wiedział przecież, jaką przeszłość miał za sobą. Ale przeszłość minęła. A przynajmniej tak do tej pory uważał.

- Dlaczego milczysz, Harry? - Riddle uśmiechnął się do niego, a chłopak poczuł, że robi mu się zimno. Kim był ten człowiek? - Och, chyba się mnie nie boisz, prawda?

- K-kim ty jesteś? - Harry w końcu wydobył z siebie głos, przeklinając się za zająknięcie. Przecież musiał coś z tym wszystkim zrobić, zanim pojawi się jakiś uczeń albo nauczyciel.

- Ja? Chyba nie powiesz, że mnie nie poznajesz? - Chłopak zbliżył się i Harry ze zgrozą stwierdził, że twarz Toma nie była już taka jak przedtem - zaszły w niej jakieś niewyjaśnione i tajemnicze zmiany, których nie potrafił wytłumaczyć, a które spowodowały, że pojawił się na niej dziwnie znajomy grymas. Gdzie on go widział?

- Kim jesteś? - zapytał ponownie, tym razem panując nad drżeniem głosu.

- Jak długo będziesz jeszcze udawał głupiego, mój drogi? - Riddle pochylił się i ciepły oddech połaskotał policzek Harry'ego. - Znamy się już chyba wystarczająco długo i blisko, prawda?

- Tom? - zapytał chłopak z nadzieją.

- Tom? - znów się uśmiechnął. - Tom Marvolo Riddle, czyż nie? Tak się kiedyś nazywałem. Ale przecież wiesz, kim jestem teraz. - Spojrzał na Harry'ego, a w jego oczach czaił się obłęd. Chwycił brodę chłopaka dłonią, unieruchamiając go przy ścianie.

- Tom, co ty wyprawiasz? - wydyszał Harry, starając się wyswobodzić, ale druga ręka Riddle'a zatrzymała jego dłonie w uścisku.

- Nie mów tak do mnie! - niespodziewany krzyk zmroził Gryfona.

Cholera jasna, muszę coś zrobić, myśli gorączkowo przebiegały przez jego głowę. Jak tak dalej pójdzie, to zabłąkany uczeń będzie najmniejszym problemem.

- Mój drogi, przecież wiesz, jak się nazywam - kontynuował Riddle. - Powiedz to.

- Nie - wypalił Harry, nim zdążył ugryźć się w język.

Uścisk na jego nadgarstkach wzmocnił się.

- Powiedz to. Powiedz, jak się naprawdę nazywam.

Harry milczał.

- Powiedz. Przecież nie chcesz, żebym się gniewał, prawda?

Niech on się zamknie.

- Nie każ mi czekać.

Niech on przestanie.

- Opór nie ma sensu, Harry.

- Zamknij się, do cholery! - zdziwił się, słysząc własny głos.

Jeszcze bardziej zszokowało go to, co zrobił później.

Jego nagły okrzyk oszołomił na chwilę Riddle'a, z czego Harry skorzystał, oswabadzając ręce. Wyciągnął je w górę i oparł mocno na ramionach szaleńca, po czym pocałował go.

Było zupełnie inaczej niż wtedy, w dzienniku. Wtedy, musiał to przyznać chociaż przed sobą, było mu przyjemnie. Teraz miał wrażenie, że całuje nie człowieka, a trupa. Merlinie, w co on się wpakował? Jak tak dalej pójdzie, to zostanie kochankiem cholernego Lorda Voldemorta!

Nie, spokojnie, to jest przecież Tom, upomniał się. Mój Tom. Może i jest trochę szalony, a czasami nie potrafię go zrozumieć - pewnie dlatego, że jest Ślizgonem - ale troszczy się o mnie i jemy razem śniadania. Wyciągnę cię z tego, Tom.

Gdy tylko to pomyślał, odniósł wrażenie, że coś się zmieniło.

Co go tak zdziwiło?

Przez chwilę nie potrafiła tego pojąć, ale nagle dotarło do niego, co się stało.

Tom odwzajemnił pocałunek.

Napierał teraz na niego nieustępliwie i słodko, tak ja wtedy, kiedy pocałował go po raz pierwszy.

Jak tak dalej pójdzie, to zaraz przestanę myśleć, Harry czuł, że powoli się poddaje. A przecież musieli stąd iść. Natychmiast. Ktoś mógł ich zobaczyć.

I co z tego?, dziwnie zadowolony głosik nie miał nic przeciwko tej sytuacji. Trzeba brać, póki jest okazja.

Okazja?, Harry oburzył się resztkami świadomości. Nikt mu się będzie mówił, że musi wykorzystywać takie okazje.

Przypomniał sobie, do czego służą ręce i odepchnął Toma.

Usłyszał westchnięcie, które mogło wyrażać chyba jedynie zawód.

- Harry... - Riddle wyciągnął dłoń, próbując znowu przyciągnąć do siebie Gryfona, ale nim zdążył go dotknąć, coś świsnęło i poczuł na twarzy otrzeźwiający ból.

Podniósł rękę do policzka i spojrzał na Harry'ego ze zdziwieniem.

- Dlaczego? - Wydawał się nie rozumieć, czym sobie zasłużył na tak bestialskie traktowanie.

- Dlaczego? Dlaczego?! - Harry nieco się zapowietrzył. - Po tym wszystkim, co tu wyrabiałeś, pytasz się mnie jeszcze, dlaczego?!

Tom spojrzał na niego bez zrozumienia. Najwyraźniej niezbyt dobrze pamiętał, co się właściwie wydarzyło. Poza tym wyglądał zupełnie normalnie - zniknął grymas i śmiech szaleńca, straszny blask w oczach zamienił się w zdumienie.

- Ale... - zaczął, jednak Harry nie miał zamiaru dać dojść mu do głosu.

- Wiesz, jak mnie przestraszyłeś? Czy ty sobie w ogóle wyobrażasz, co tu się mogło stać? Kiedy sobie w końcu uświadomisz, że nie jesteś żadnym cholernym Lordem Voldemortem, kiedy? Nie pozwalam ci, rozumiesz? Nie pozwalam!

Kiedy powiedział (a raczej wykrzyczał) to wszystko, poczuł się emocjonalnie wyczerpany. Tom nadal przyglądał mu się tak, jakby nie wszystko rozumiał.

- Voldemort? Skąd ci się biorą takie pomysły, Harry? Dlaczego tak nagle zaczynasz ten temat? - Gryfon nie odpowiedział, więc Riddle kontynuował: - Przecież rozmawialiśmy o Malfoyu i wydawało mi się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, myślałem może, że nawet... Zresztą to nieważne. Potem pociągnąłeś mnie za rękaw, a ja... - urwał nagle.

Przypomniał sobie, popmyślał Harry. Przypomniał sobie Jęczącą Martę. Czy pamięta też resztę? A co, jeśli to znowu wróci? Może nie powinniśmy teraz o tym rozmawiać?

- Co... co ja zrobiłem, Harry? - Głos Toma był pozbawiony emocji. - Czy zrobiłem coś tobie?

- Chodźmy stąd, dobrze? - Chłopak złapał Riddle'a za rękę. - Już i tak zbyt długo wystawiamy nasze szczęście na próbę.

Tom nie odpowiedział. Dał się owinąć peleryną-niewidką i poprowadzić korytarzem.

Harry sam nie wiedział, jak doszło do tego, że stanęli przed drzwiami do pokoju życzeń.

W środku nie zobaczył nic szczególnego - pokój był dużo mniejszy niż w czasie zeszłorocznych spotkań Gwardii Dumbledore'a, przy oknie stał stolik z dwoma krzesłami, pod ścianą półka z książkami, na podłodze leżały poduszki i dywan, w roku ustawiła się kanapa.

Harry usiadł przy oknie, Tom jednak zaczął krążyć po pokoju niespokojnie.

- Zrobiłem ci coś, prawda?

Chłopak milczał. Nie był pewien, co powinien powiedzieć.

- Zrobiłem ci coś - westchnął Riddle. - Rozumiem, że nie chcesz o tym rozmawiać.

- Nie, to nie o to chodzi - zaprzeczył Harry. - Nic mi nie zrobiłeś. - Tom spojrzał na niego z niedowierzaniem. - No dobrze, może nic to niezupełnie odpowiednie słowo, ale nic mi nie jest, przecież widzisz. Jestem cały i zdrowy.

Przez chwilę milczeli. Złote światło słońca wpływało do pokoju przez szybę i rozświetlało unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Harry'emu przypomniał się szampan. Może gdyby i tym razem czegoś się napili, wszystko jakoś by się ułożyło?

- Przepraszam - odezwał się cicho Tom, co wyrwało Gryfona z zamyślenia.

- Nie masz za co. - To była prawda. Skąd Tom mógł wiedzieć, że spotkają w łazience Jęczącą Martę? Przecież chciał go tylko ochronić przed pojedynkiem z Malfoyem.

- Nie powinienem się do ciebie nigdy odezwać. Przecież dobrze wiedziałem, że kiedyś może wydarzyć się coś takiego. Harry, a co, jeśli ja przez ten cały czas na to liczyłem? Co, jeśli nie jestem żadnym Tomem Riddlem? Powinienem już dawno odejść, dla twojego dobra.

- O czym ty mówisz? Przecież bez ciebie już dawno skończyłbym u Św. Munga. Zresztą niewykluczone, że i tak tam wyląduję - uśmiechnął się lekko Harry. - Jeszcze jeden pocałunek Czarnego Pana i mogę nie odzyskać równowagi psychicznej.

- Z tego, co pamiętam, to ty pocałowałeś mnie. - Wydawało się, kąśliwy humor Toma powrócił. - A potem mnie spoliczkowałeś. Jakbym cię do czegoś zmuszał.

- Zrobiłem to, bo...

- Właśnie, dlaczego to zrobiłeś?

- Bo tylko tak mogłem cię jakoś otrzeźwić! - Harry miał wrażenie, że ten argument brzmi wyjątkowo marnie.

- Przyznaj się wreszcie, że nie możesz mi się oprzeć - Riddle odwrócił się i zrobił kilka kroków w kierunku drzwi.

- Czekaj, gdzie ty znowu idziesz? - zawołał Harry, zrywając się z krzesła.

- Zaklęcia - odparł prosto Tom.

...

Wieczorem, gdy reszta Gryfonów już spała (a Riddle zadbał o to, by spali mocno i spokojnie), Harry Potter siedział na swoim łóżku obok niedoszłego Czarnego Pana. Wydawało się, że wcześniejsze wypadki były już tylko złym wspomnieniem - Tom zachowywał się bezczelnie jak zawsze, rozkładając się na łóżku, jakby był u siebie. Stanowiło to kolejny punkt sporny, tuż za wczesnym wstawaniem. Z jednej strony Harry wolał mieć Toma zawsze przy sobie (a dzisiejszy atak utwierdził go w przekonaniu, że to jedyne słuszne rozwiązanie), z drugiej - Riddle był najbardziej irytującym współlokatorem, jakiego można by sobie wyobrazić. Nie dość, że rozgościł się w łóżku Harry'ego, jakby było jego, to nie pozwalał spać temu ostatniemu na podłodze. Nie chciał też wyczarować drugiego posłania, zasłaniając się marną siłą magiczną wspomnień, choć w tym samym czasie rzucał skomplikowane zaklęcia usypiające Gryfonów.

Tym właśnie sposobem Harry musiał podzielić się swoim łóżkiem. Faktem dość oczywistym i widocznym na pierwszy rzut oka było, że łóżko to nie zostało stworzone, by spały w nim dwie osoby. Dlatego też nieszczęśliwy szóstoklasista budził się często w nocy z ramieniem Riddle'a owiniętym wokół jego własnych, choć kładł się spać odwrócony do niego plecami. Wyplątywanie się nie miało większego sensu - Tom wybudzony z głębokiego snu był jeszcze bardziej nie do zniesienia niż Tom w ciągu dnia.

Siedzieli teraz razem na łóżku i Riddle opowiedział Harry'emu, czego dowiedział się o swoich horkruksach – okazało się, że czara Helgi Hufflepuff, którą Harry zobaczył na ostatniej lekcji u Dumbledore'a, znajduje się w skrytce Bellatrix Lestrange. Nie było to z pewnością miejsce łatwe do okradzenia, ale Harry uważał, że nie ma rzeczy niemożliwych. Inną rewelacją Toma była ta o naszyjniku Slytherina – został on ukryty w jaskini nad morzem, tak, jak wcześniej podejrzewał Tom. Harry miał cichą nadzieję, że te odkrycia przyspieszą ich wyprawę, ale grubo się mylił – Riddle uważał, że Harry nie powinien znikać w środku roku szkolnego, by nie wzbudzać podejrzeń.

Nie przewidział jednak, że ktoś jeszcze wpadnie na pomysł polowania na horkruksy. Gdy Dumbledore wezwał do siebie Harry'ego, ten tylko podejrzewał, co może oznaczać enigmatyczna wiadomość dyrektora.

- Już czas, Harry. - Te słowa zmroziły chłopcu krew w żyłach. Tom był tuż za nim i na nim też wywarły one niemałe wrażenie.

Harry milczał przez całą drogę – najpierw aportował się z dyrektorem nad morze, potem przepłynęli do mrocznej jaskini. Chłopak protestował, gdy Dumbledore oddał swoją krew, by mogli przejść do następnej komnaty.

- Twoja krew jest więcej warta - uśmiechnął się tylko stary czarodziej, choć w jego tonie słychać było powagę.

Harry czuł, że Tom podąża za nimi i czuł nieco otuchy. Wierzył, że jeśli stanie się coś złego, to Riddle im pomoże. Gdy płynęli przez pogrążone w mroku jezioro, Harry'emu wydawało się, że dyrektor zauważył obecność trzeciej osoby, ale nic nie powiedział.

A potem nastąpiło coś, czego Harry się nie spodziewał. Owszem, wiedział, że horkruks będzie chroniony, ale nie podejrzewał, że zdobycie go będzie tyle kosztowało. Z każdym łykiem strasznego eliksiru Dumbledore niknął w oczach, a Harry nie mógł na to nic poradzić. Gdy już wyciągnął z misy medalion i uciekł wraz z chorym dyrektorem przed inferiusami, czuł się strasznie zmęczony. Udało im się jakoś wrócić do Hogsmeade, a Dumbledore wyglądał nieco lepiej. Tom chyba nadal im towarzyszył, ale nie wtrącał się. Harry czuł się trochę dziwnie, stojąc pomiędzy Tomem a Dumbledorem – jakby oszukiwał ich obu. I samego siebie.

Dopiero krzyki przechodniów zwróciły ich uwagę na zamek. Harry poczuł przerażenie. Nie było ich tylko kilka godzin, a śmierciożercy opanowali zamek. Czy umarł ktoś z jego przyjaciół? Ta myśl nie dawała mu spokoju.

Jednak to, co stało się później, przerosło wszystkie jego oczekiwania. Patrzył na Draco Malfoya, celującego w Dumbledore'a. Nie mógł nic zrobić. A potem Snape, ten sam Snape, któremu dyrektor tak ufał. Morderca. Harry'emu wydawało się, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, jakby czas stał w miejscu. Malfoy i Snape uciekali.

Chciał biec i krzyczeć, ale jego umysł kazał mu stać w miejscu i przyglądać się tej dziwnej scenie.

Zanim się zorientował, poczuł, że osuwa się na kolana.

- Jestem takim beznadziejnym mięczakiem - szepnął sam do siebie.

Poczuł czyjąś obecność.

- Nie jesteś - powiedział cicho Tom, przygarniając go do siebie. - Uwierz mi, to wszystko miało sens.

Harry nie chciał mu wierzyć. Śmierć nie może mieć przecież sensu.


AN: Muszę przyznać, że miałam kilka różnych koncepcji na rozwinięcie tego rozdziału, ale wyszło, jak wyszło (zresztą zupełnie niespodziewanie i jestem dość zadowolona). Jako soundtrack do wyczynów Harry'ego z pierwszej połowy polecam Power of Love Jennifer Rush, ewentualnie Poison Alice Cooper - sama tego słuchałam i brzmiało komicznie c':

Inne ogłoszenia - zostały jeszcze dwa rozdziały (właściwie jeden rozdział i epilog, może dwa rozdziały i epilog, muszę to jakoś ogarnąć), nieuchronnie zbliżamy się do końca i jestem ciekawa tego, co Wy myślicie o zakończeniu - będzie dobrze czy źle? Nie żebym miała zamiar wziąć to pod uwagę ;)