KRĄG CZWARTY • WSPOMNIENIA I ZAMIERZENIA
Odebrano nam przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Stworzyliśmy przeszłość, wywołując z mroku nasze wspomnienia; zbudowaliśmy przyszłość, snując plany i marzenia o czasach wolności i harmonii. Pytanie brzmi – jak odzyskać teraźniejszość?
– Drugie Kazanie Yahary
Nie strach mi kroczyć w nieznane
Z jednej dłoni wyrasta srebro
gotowe dzielić Sfery
W drugiej dłoni zaklęty eter
najpotężniejszy z żywiołów
Obok mnie opiekuńcze duchy
Za mną tylko wierny cień
Zawsze twarzą w twarz z wrogiem
Cios nigdy nie pada z tyłu
– inskrypcja nad bramą Dzielnicy Portali w Tu'narath
Pulsujący w jego głowie sygnał skurczył się w maleńką iskierkę.
Tuż przed nim rozpościerała się Pierwsza Forteca. Oczy rozbłysły mu, jakby naprawdę już ją dostrzegał, choć wciąż przesłaniał ją deszcz rozżarzonych odłamków skał. Dwa deszcze – jeden padający pod kątem z góry na dół, a drugi wzlatujący z dołu ku górze. Wziął głęboki oddech. Wielodniowa podróż osłabiła jego psioniczną osłonę, a na myśl o przekroczeniu progu Pierwszej Fortecy nogi same się pod nim uginały. Ale tak jak maleńka iskierka była naprawdę odblaskiem potężnego Shra'kt'lor, tak i on nie był naprawdę zagubiony wśród chaosu. Był uczniem Zerthimona. Każda jego myśl i słowo były echem tradycji rozbrzmiewającej przez pokolenia, echem Oświadczenia o Dwóch Niebiosach, które dały początek historii jego Ludu. I ledwie kilka kroków dzieliło go od twierdzy wzniesionej mocą umysłu największego z nich wszystkich. Czego mógł się obawiać?
Deszcz skał rozpłynął się w spokojne fale, które delikatnie obmyły psioniczną osłonę. Obok niego przepłynął pasiasty skalar, obojętnie powiewając żaglami płetw. W oddali rozpierzchła się połyskująca, kolorowa ławica i jego oczom ukazał się upragniony, długo wyczekiwany cel podróży. Chwilę później woda dookoła stężała w galaretę i zaczęła zamarzać. Dak'kon mimowolnie wzdrygnął się, mocniej otulił płaszczem i przyspieszył kroku.
Pierwsza Forteca nie została wzniesiona na kamiennej bryle – Pierwsza Forteca była kamienną bryłą, zatrzymaną jakby w samym środku swej holometamorfozy, całą wydrążoną od wewnątrz kompleksami tuneli, a od zewnątrz podziurawioną otworami okien i drzwi. Świadectwo tych ciężkich, okrutnych czasów, gdy jego przodkowie ciągle kojarzyli podziemną jaskinię z bezpiecznym domem. Tu i ówdzie skamieniałe konary potężnego drzewa oplatały Fortecę niczym pajęczyny. Jedna z tych gęstych sieci zdobiła wejście u stóp budowli, przed którym właśnie się zatrzymał.
Zrzucił kaptur płaszcza i przyłożył dłoń do skały, by oddać jej część swojej energii. Tak czynili wszyscy pielgrzymi; dzięki temu pod grubą, szorstką skórą fortecy nieustannie krążyły prądy, rozprowadzając tę psioniczną krew po całym kamiennym ciele.
Wewnątrz panował chłód i ciemność. Pstryknięcie palcami wywołało z mroku przyjemnie rozgrzewający płomień; język ognia rozkwitł nad jego otwartą dłonią. Ostrożnie stawiał kroki, jakby nie chcąc zakłócić spokoju świętego miejsca, nie chcąc spłoszyć tajemnicy, której okruch mu powierzono. Nie obawiał się, czy odnajdzie dalszą drogę, bo wiedział, że słowa Zerthimona poprowadzą go na miejsce. W otaczającej go ciszy słyszał je dokładnie.
Korytarz rozrósł się w rozległą komnatę. Płomień nad dłonią Dak'kona rozwiał się w powietrzu. Przestronna sala była jasno oświetlona jarzącymi się kulami przyobleczonymi w blady papier lampionów. Podłogę wyłożono tkaninami zdobnymi w geometryczne wzory; kilka osób klęczało tam na miękkich poduszkach z czarkami parującego naparu w dłoniach. Zdawali się być całkowicie pogrążeni w zadumie – nawet kiedy podnieśli na niego wzrok, wyraz ich twarzy nie zmienił się ani odrobinę.
Dak'kon zdjął płaszcz i uklęknął obok. Niemal wszyscy z nich nosili piaskowe szaty wtajemniczonych i tylko jeden mężczyzna był odziany w ochrę, barwę świadczącą o pełnych święceniach.
– Pozdrawiam was, wędrowcy – zaczął, skłaniając nisko głowę.
– Bądź pozdrowiony, podróżniku – odezwał się przełożony grupy. – Skąd przybywasz?
– Z Shra'kt'lor.
– Siedem bram Shra'kt'lor trwa wśród chaosu niczym Nieprzerwany Krąg – powiedział z powagą tamten. – My wyruszyliśmy w wędrówkę z Nirankaru.
– Iglice Nirankaru są jak ostrza wzniesione przeciw chaosowi – odpowiedział z szacunkiem Dak'kon.
– Zamieniłeś już piasek na ochrę. Czy przebywasz drogę do Fortecy po raz pierwszy?
Dak'kon skinął głową.
– Wiedz, że nie ma większego zaszczytu. Obyś w ciemności tych jaskiń ujrzał jasno swoją ścieżkę, młody zerthcie z Shra'kt'lor.
– Twoje słowa skrzą się jak diamenty – podziękował Dak'kon. – Jak długa droga prowadzi stąd na szczyt?
Zerth pokręcił głową z dezaprobatą, jakby zamiast pytania usłyszał błędną odpowiedź.
– Dla każdego z nas ta droga przebiega inaczej. Czy oświeconym jest ten, kto pierwszy dotarł do celu, czy ten, kto najwięcej poznał, zmierzając do niego?
– Umysł nie może pozostać w jednym miejscu, jeśli zmierza do poznania siebie.
– Dlaczego więc pozostawiłeś swój na szczycie Fortecy?
Zerth z Nirankaru odwrócił się, jakby zupełnie zapomniał o rozmówcy, i podstawił pustą czarkę pod pękaty czajnik. Dak'kon zamilkł na chwilę, po czym ponownie skłonił głowę.
– Ucztowałem przy stole Toryga. Zapamiętam twoją naukę, dzierżący miecz.
– Ucztuj i przy naszym stole – zaśmiał się tamten, podając mu czarkę. – Także u stóp Fortecy, przy czarce naparu, możesz zmierzać do oświecenia.
Dak'kon uśmiechnął się lekko i podniósł naczynie do ust. Prawdę mówił zerth z Nirankaru – wszak droga na szczyt miała swój początek właśnie tutaj.
Ale kiedy po kilku klepsydrach odpoczynku obudził się samotnie w sąsiedniej komnacie, Zerthimon znów wezwał go do siebie. Ostrożnie umieścił Nieprzerwany Krąg w torbie podróżnej, pospiesznie przypasał ostrze karach i z rozdygotanym płomieniem nad dłonią ruszył dalej.
Twarz w zwierciadle była obca. Miała znacznie gładsze rysy i cieplejszy odcień niż powinna. Włosy były pozbawione ozdób i upięte w dwa proste, symetryczne warkocze. Tylko oczy się zgadzały.
Chciała zerwać ją jak maskę i rzucić na ziemię.
Drzwi rozsunęły się, wpuszczając do pomieszczenia zwielokrotniony szept mantr i głęboki, rytmiczny dźwięk dzwonu. Zasunęły się gładko, pozwalając jedynie parze ciężkich butów przejść dalej po drewnianej podłodze i zatrzymać się dopiero przed słomianą matą. Nagle wszystkie odgłosy zza drzwi zupełnie ucichły. Przez chwilę było słychać tylko skrzypienie podłogi, po czym odezwał się znajomy głos:
– Gotowe. Nikt nas nie słyszy.
Odwróciła wzrok od ściany zapisanej cytatami Proroka Zerthimona. Chociaż Feng otoczył całe pomieszczenie dźwiękoszczelną barierą, Prorok Zerthimon zdołał jeszcze rzędami czarnych znaków wypowiedzieć swoje ostatnie słowo. Githzerai święcie wierzyli, że wygłaszał nauki jeszcze przez wiele lat po przybyciu do Limbo; po tym, jak po zwycięskiej bitwie poprowadził ich na Sfery, by założyć Pierwszą Fortecę.
Teraz i ona będzie musiała w to uwierzyć. I to w dodatku na chwałę królowej Vlaakith.
– Nic się nie zmieniło?
– Wszystko idzie zgodnie z planem. Wtajemniczenie Shandry odbędzie się za kilka dni na dziedzińcu świątyni.
– Pilnuj się, Aranai – wtrącił szorstko w rodzimym języku.
Wyprostowała się, ukryła dłonie w szerokich rękawach i złożyła je na kolanach – dokładnie tak, jak zrobiłaby to Shandra.
– Wiedz, że ceremonia będzie miała miejsce za kilka dni – odpowiedziała wolno opanowanym, zdyscyplinowanym głosem. – Gdy piasek się przesypie, zostanę wtajemniczonym zerthem, uczennicą Zerthimona, znającą Słowa. Rozpocznę naukę sześciu wielkich dyscyplin. Otrzymam święte ostrze, Nieprzerwany Krąg i rytualne tatuaże.
– Czym zajmowałaś się przedtem?
– Pobierałam podstawowe nauki o kształtowaniu chaosu i odbywałam treningi sztuk walki. Zapamiętywałam Sentencje, słuchałam Kazań i uczyłam się układać kolejne Kręgi.
Tutaj przynajmniej nie rozmijała się z prawdą. Jej przełożeni z Tu'narath zadbali o to, żeby w jej pamięci zakorzeniła się każda możliwa githzerajska historyjka.
– Jak brzmi treść Szóstego Kręgu?
– Na Spopielonej Równinie Zerthimon rzekł Gith, że nad światem nie może być dwóch niebios – wyrecytowała. – A kiedy rozległy się jego słowa, nadszedł czas wojny.
– Głos ci się trzęsie – stwierdził beznamiętnie Feng.
– Wszak wspominam wielce doniosłe i poruszające wydarzenie – odpowiedziała, starannie modulując głos i opanowując mimikę. – Z tak wielkich wspomnień można wykuć równie wielkie zamierzenia.
– Jakie zamierzenia obudziły w tobie nauki Zerthimona?
– Zerthimon wśród otaczającej go ciemności wykazał godną najwyższego podziwu jasność umysłu. Obym i ja u szczytu swojej drogi osiągnęła podobne oświecenie.
Feng z uznaniem pokiwał głową. Przez chwilę miała nadzieję, że na tym ta przeklęta rozmowa się skończy; że to wszystko okaże się jakimś złym snem, z którego obudzi się w swojej komnacie.
– Kto sprowadził tę ciemność?
Illithidzi, odpowiedziała w myślach. Zupełnie jakby to ostatnie pytanie zamknęło ją w obrębie jej własnego umysłu, jedynego miejsca, gdzie będzie mogła odtąd być sobą. Czasami i taka wolność była swoistym luksusem.
– Gith przyniosła wojnę, a wojna przyniosła ciemność.
Teraz nawet dłonie Fenga lekko zadrżały. Jemu także ta rozmowa przychodziła z trudem; ale o ileż łatwiej było strzec arterii miasta niż znaleźć się wewnątrz jego bijącego serca.
– Jednak wojna nie ustała. Vlaakith chce sprowadzić ciemność na Nirankar.
– Słowa Zerthimona znów wyprowadzą nas z ciemności. A słowa Yahary w końcu dosięgną Vlaakith.
Na Moce, w Tu'narath za wypowiedzenie takich słów zapłaciłaby własną głową. Wiedziała, że powodzenie misji wymagało od niej gotowości do poświęceń, ale to było coś znacznie zagmatwanego niż handel tkaninami czy patrolowanie targu. Splątane jak korzenie Fri'hi, jak powiedzieliby githzerai. Fri'hi, czyli pradawnego drzewa obrastającego Pierwszą Fortecę. Żadnemu królewskiemu zwiadowcy ani astralnemu statkowi nie udało się nigdy tam dotrzeć. Być może to ona będzie pierwsza? To jakby nagle odkryć nową warstwę dokładnie zbadanej sfery.
– To wszystko – ocenił po namyśle Feng. – Jeszcze dzisiaj zdam raport Ryusaiowi. Dobrze wykorzystaj te ostatnie dni. Zobaczymy się na ceremonii wtajemniczenia.
Drewniana podłoga zaskrzypiała. Dźwiękoszczelna bariera rozpłynęła się w powietrzu, a kroki ciężkich butów zatonęły w morzu szeptów. Którą mantrę powtarzały tym razem? „Równowaga we wszystkim"? „Bądź wytrwały; będąc wytrwałym, wzrastaj w siłę"?
Być może obce, nierozróżnialne głosy rzucały na nią klątwę; teraz, gdy bezbronna, w miękkiej szacie, klęczała samotnie w półmroku ciasnej komnaty. Prorok Zerthimon wtórował im, nieustannie powtarzając swoją niemą groźbę.
Dak'kon zatrzymał się w progu Fortecy, ze spokojem wpatrując się w szalejącą za bramą śnieżną zamieć. Powtarzane szeptem mantry otaczały go kolejnymi warstwami niewidzialnej osłony. Nie czuł zmęczenia, tak jakby cała wyprawa była ledwie sesją medytacji, z której obudził się w pełni sił i doskonale pewny swojej drogi.
Czekała go długa wędrówka. Niechętnie wyswobodził się z objęć Fortecy i przytknął palce do skroni, by lepiej usłyszeć sygnał Shra'kt'lor. Cienka nić rozpięta między dwoma ostojami ładu drwiła ze śnieżnych zamieci, deszczy meteorów i powodzi. Kamienna ścieżka rozwinęła się pod jego stopami, wyprzedziła go i pobiegła dalej, aż do granic psionicznej tarczy.
Ciało nie pozostawia śladu na stali. Pojedyncze płatki śniegu roztopiły się pod niewidzialną osłoną. Stal pozostawia ślad na ciele. Ścieżka krok za krokiem prowadziła go nad bezdenną przepaścią.
Pierwsze zakłócenie sygnału uznał za znak, że najwyższy czas na odpoczynek.
Kamienna ścieżka zwinęła się w niewielką wysepkę o płaskiej powierzchni. Im mniej skomplikowane ukształtowanie terenu, tym łatwiej będzie utrwalić go na czas snu. Dak'kon uklęknął na ziemi i zaczerpnął wody z przepływającego przez nią źródła; z torby podróżnej wyciągnął kawałek suchego ciasta. Przymknął oczy i skoncentrował się na sygnale. Normalnie zmęczenie zmieniało psioniczną nić w rozedrganą strunę, ale ten impuls wydawał się rozgałęziać, jakby jedna z jego odnóg prowadziła w zupełnie inne miejsce. Tylko jakie? Na sygnał Nirankaru było jeszcze za wcześnie. Tak blisko Pierwszej Fortecy mogła znajdować się jedynie równie wiekowa twierdza lub świątynia.
Serce zabiło mu mocniej. Cokolwiek to było, wyraźnie wzywało go do siebie. Nie mogło być przypadkiem, że odebrał ten impuls właśnie teraz, po samotnej przeprawie przez labirynty Fortecy. Dowiódł swojej wytrwałości i Zerthimon zesłał mu długo wyczekiwany znak.
Pospiesznie dokończył posiłek, obawiając się, że sygnał osłabnie lub zniknie, po czym podniósł się z ziemi. Wysepka zatrzęsła się i kamiennymi stopniami pobiegła w dół ku nieznanemu celowi. Krok za krokiem sygnał przybierał na sile, ale jego źródło ciągle pozostawało nieznane. Jak okiem sięgnąć przestrzeń poza psioniczną tarczą wypełniał lód, powoli gęstniejący w litą skałę.
Stać.
Zatrzymał się, raczej z zaskoczenia niż posłuszeństwa rozkazowi. Nadawca werbalnego impulsu był równie nieuchwytny jak ukryta twierdza. Dak'kon błyskawicznie sięgnął do rękojeści miecza, szykując się na atak. Naprzeciwko niego, tuż za osłoną, zamajaczyła ciemna sylwetka spowita we mgłę.
Kto idzie? Podaj hasło.
– Wiedz, że przybywam z Pierwszej Fortecy – powiedział, nie mając pewności, do kogo kieruje swoje słowa i czy zostaną one usłyszane. – Nie jest moją wolą krzyżować ostrza z jednym spośród Ludu.
W jakiej sprawie stamtąd przychodzisz? – warknął tamten. – Podaj hasło.
– Nie jest mi znane – wyjaśnił Dak'kon, nieznacznie zwalniając uchwyt. – Wiedz, że usłyszałem sygnał tego miejsca w drodze powrotnej do Shra'kt'lor.
Więc wracaj do Shra'kt'lor – zadrwił głos. – Twoje ostrze trafiło w pustkę. Nie masz tu czego szukać.
– Sporo piasku przesypie się, nim dotrę do miasta. Czy wskażesz mi miejsce, w którym będę mógł odpocząć i nabrać sił?
Telepatyczny głos nie odpowiedział. Sylwetka zerwała połączenie i rozwiała się we mgle, zostawiając go we wnętrzu litej skały. Czyżby się pomylił? A może to Zerthimon wystawiał go na próbę?
Zmęczenie powoli dawało o sobie znać; na dalszą wędrówkę było już za późno. Dak'kon uklęknął na swojej wysepce, zamknął oczy i wsłuchał się w swój oddech, żeby przed snem ustabilizować rozrzedzone powietrze pod psioniczną tarczą.
Kiedy otworzył oczy, falujący cień znów na niego czekał.
Ciągle tam jesteś? – odezwał się inny, łagodniejszy głos. – Nie utonąłeś jeszcze w chaosie niczym Ach'ali? Pozwól, że podejdę bliżej.
Cień rozpostarł ramiona. Mglista osłona zaczęła rosnąć, aż w końcu wchłonęła jego własną psioniczną tarczę. Dak'kon oparł dłoń na głowicy miecza, obserwując, jak między jego wysepką a nieznajomym formuje się z powietrza solidny kamienny most, z obu stron ogrodzony dziwaczną ażurową balustradą. Przypominała mu raczej zdobienia, jakie widział na zbrojach githyanki, niż coś, co mógł stworzyć umysł i dłonie rzemieślnika z Ludu. Cień pewnym krokiem przeszedł przez most i przybrał postać młodego mężczyzny w prostej szacie koloru uschłych liści, na którą narzucony był lśniący, jakby płynny pancerz.
– Pozdrawiam cię, wędrowcze – powiedział wesoło, kłaniając się niedbale. – Może znajdzie się dla ciebie miejsce na kilka klepsydr. Chodź za mną.
Dak'kon niepewnie wkroczył na kamienny most; na powierzchni pozostawionej samej sobie wysepki pojawiły się pierwsze pęknięcia. Nieznajomy w milczeniu poprowadził go dalej; nie zatrzymując się, zawiłym gestem dłoni rozgarnął mgłę, spod której wyłoniła się wysoka brama wbudowana w odcinek muru.
Dwaj strażnicy zlustrowali go podejrzliwym wzrokiem, ale nic nie powiedzieli.
Za bramą przywitała go opustoszała ulica, ciasno zabudowana ciągiem niskich, przysadzistych budynków. Jego przewodnik długo kluczył między nimi; w końcu polecił mu zatrzymać się przed wejściem jednego z nich, a sam wszedł do środka, zasuwając za sobą drzwi. Musiał minąć cały obrót, zanim drzwi ponownie się rozsunęły. Mężczyzna zaprosił go do słabo oświetlonego holu i wskazał pokój na końcu korytarza.
Dak'kon ukłonił się uroczyście.
– Ucztowałem przy stole Tory…
– Mhm. Tylko nie ruszaj się stąd, jasne? Odwiedzę cię za jakieś sześć klepsydr.
Pokój był urządzony jeszcze skromniej niż jego własna komnata w Shra'kt'lor, a mimo to właściciel domu nie zdołał utrzymać tu należytego porządku. Dak'kon przyklęknął przy niskim łóżku i ułożył tuż przy nim ostrze karach. Po namyśle dokładnie przykrył je płaszczem.
Sen przyszedł szybko.
Sześć klepsydr później nieznajomy czekał na niego w półmroku pustego holu. Klęczał przy niskim stoliku, dolewając sobie czegoś z kryształowej karafki. Słysząc zbliżające się kroki, przesunął na drugą stronę blatu zdobiony kielich.
Dak'kon uklęknął naprzeciwko, odrobinę zbyt długo wpatrując się w amulet na jego szyi – podzielony na dwie połówki skomplikowany splot wpisany w koło. Nieznajomy wyprostował się, odrobinę zbyt długo przyglądając się ceremonialnej zbroi Dak'kona, rytualnym tatuażom na ramionach i szerokim rękawom szaty w kolorze ochry.
Spojrzenie nie wyrażało uznania.
– Co cię do nas sprowadza, zerthcie?
Pytanie było chłodne, obojętne, nieufne. I dlaczego nazwał go „zerthem" zamiast „dzierżącym miecz" albo „znającym Słowa"? Jak ktoś z zewnątrz. W najlepszym wypadku nieokrzesany strażnik; być może wojownik, który na rrakkmie otrzymał o jedną bliznę za dużo, jak tamten z przypowieści. A w najgorszym?
– Wracam z Pierwszej Fortecy – zaczął, jakby kamienne mury twierdzy mogły teraz w jakiś sposób go ochronić. – Długo czekałem na znak, który pozwoliłby mi wyruszyć w wędrówkę. Wreszcie nadszedł czas, żebym poszukał odpowiedzi w tamtym miejscu.
Nieznajomy uniósł brew i znów sięgnął po karafkę.
– I znalazłeś swoją odpowiedź?
Dak'kon udał, że nie wyczuł kpiącej nuty w jego głosie.
– Odpowiedź nie przyszła od razu. Wiedz, że spędziłem kilka obrotów, medytując na szczycie Fortecy, ale dopiero po opuszczeniu świętego miejsca otrzymałem kolejny znak. Podążyłem za nim i w ten sposób trafiłem tutaj.
– Znak, powiadasz. – Nieznajomy jednym haustem dopił wino. – Od kogo otrzymałeś ten znak?
– Podążam ścieżką Zerthimona. Wierzę, że znak pochodzi od niego.
Zapadła krępująca cisza.
– Chyba się nie zrozumieliśmy – podjął nieznajomy; jego głos stracił łagodność. – Kto wskazał ci drogę do naszej twierdzy? I z jakim zadaniem cię tu przysłał?
– Nikt nie wskazał mi drogi ani nie otrzymałem żadnego zadania.
– Podziwu godna dyskrecja – uśmiechnął się tamten. – Komu mam więc teraz nie przekazać informacji o tym, że tu nie przybyłeś?
– Osobliwe obyczaje panują w tej fortecy – powiedział Dak'kon, zdobywając się na opanowanie. – Sądziłem, że w każdym domu Ludu znajdzie się miejsce dla tych, którzy niosą nauki Zerthimona.
– Rzadko miewamy niezapowiedzianych gości. – Nieznajomy przyszpilił go wzrokiem. – A jeszcze rzadziej takich, którymi kierują szlachetne pobudki.
Dak'kon lekko skłonił głowę.
– Zechciej mi wybaczyć. Rany, jakie zadano Ma'aradh i Ekatali, jeszcze się nie zasklepiły.
Nieznajomy nie odpowiedział, bezwiednie zaciskając palce na naszyjniku, jakby chciał zaczerpnąć z niego siły. Albo go ukryć, przemknęło mu nagle przez myśl. W tym mężczyźnie było coś dziwnego, coś obcego; wydawało się, że wieści o zniszczonych przez githyanki fortecach nie dotknęły go osobiście. Ale mogło być też odwrotnie – dotknęły go na tyle, że wszystkie słowa osuwały się przy nich w otchłań.
– Tak – powiedział głucho. – Dlatego chyba rozumiesz, że wolimy trzymać wrota zawarte.
– Czy mógłbym jeszcze przed odejściem odwiedzić tutejszą świątynię? – zapytał ostrożnie Dak'kon.
– To chyba nie najlepszy pomysł. Będę musiał odprowadzić cię do… – urwał, przykładając palce do skroni. – Załóż płaszcz. Szybko.
Półmrok holu zalało nagle jasne światło dnia; wraz z nim do pomieszczenia wkroczył uzbrojony wojownik o ponurym spojrzeniu i ostrych rysach twarzy, jak u githyanki. Na jego napierśniku połyskiwał ten sam okrągły naszyjnik.
– Wracaj na posterunek, Qaendrimie. Teraz to ja zajmę się naszym gościem.
– Nie będzie takiej potrzeby – odpowiedział spokojnie Qaendrim, popijając wino. – Porozmawialiśmy sobie i właśnie wybieramy się do wyjścia.
– To rozkaz – warknął tamten.
– Chcę zobaczyć ten rozkaz.
– Mam się fatygować dla byle przybłędy, którego przygnał wiatr Limbo? Zastanów się, po czyjej stoisz stronie. Może i ty zechciałbyś podzielić się z nami paroma sekretami?
– Nigdy nie stoję po stronie pochopnych i niepotrzebnych rozkazów – wycedził przez zęby Qaendrim. – Dość tego. Po prostu powiedz im, że już po wszystkim. Oszczędzisz nam obu kłopotów. I jemu też.
Wojownik skrzyżował ręce na piersi. Przez chwilę obaj mierzyli się wzrokiem, wściekle mrużąc oczy.
Dak'kon wstał od stolika i odrzucił płaszcz na ramię.
– Jestem zerthem spośród Ludu – powiedział wyniośle. – Nie wiem, dlaczego chcecie widzieć we mnie przestępcę. K'atzn'ii przy Bramie, to wy zachowujecie się jak przestępcy.
Wojownik skrzywił się, jakby słowo „zerth" w jakiś sposób go uraziło. Na słowo „przestępca" tylko wzruszył ramionami.
– Ach tak – mruknął do siebie. – To zmienia postać rzeczy. Dla ciebie, zerthcie, wyprawię specjalną delegację.
Szybko wymaszerował z pomieszczenia. Przez zamknięte drzwi słychać było, jak donośnym głosem wzywa straże. Qaendrim zaklął pod nosem.
– Zmiana planu, zerthcie. Albo naprawdę będziemy mieć poważne kłopoty. A przynajmniej ty.
Nie zwlekając, wyciągnął z fałd szaty niewielki kryształ i roztrzaskał go o podłogę. Z porozbijanych odłamków wzleciały z sykiem w powietrze wstęgi dymu, które ciężko zawisły w powietrzu. Potem zaczął nerwowo przeszukiwać fiolki przypięte do pasa. Odkorkował jedną z nich, wypełnioną przezroczystym płynem, i szybko wypił połowę zawartości, po czym położył ją na środku stolika.
Dak'kon zawahał się.
– Eliksir przejścia – wyjaśnił zdawkowo Qaendrim. – Nie tak dobry jak wino, ale się nie otrujesz.
Mikstura była gorzka. Zakręciło mu się w głowie; przez chwilę wydawało mu się, że w obłoku dymu majaczy niewyraźny zarys jakiegoś miejsca.
Nie, nie wydawało mu się. Obłok był portalem.
Dak'kon przestał się wahać i przeszedł na drugą stronę.
Znalazł się w zakurzonej i zabałaganionej pracowni pełnej ksiąg i zwojów – wypełniały całe półki, leżały porozrzucane na stołach, a te, które nigdzie się nie mieściły, po prostu lewitowały w powietrzu. Dak'kon rzucił okiem na pergamin rozłożony na pobliskim blacie. Opowieść o jedności i podziale, zwój trzeci, głosiły ozdobnie wykaligrafowane litery. Na dole odciśnięta była pieczęć w kształcie dwóch zawiłych splotów układających się w symetryczne połówki koła.
W oddali zaskrzypiały schody. Ktoś zbiegał do niego z góry.
– Ach, tutaj jesteś – odetchnął z ulgą Qaendrim. – Mnie przeniósł piętro wyżej. Cóż, taki już urok Limbo. Przynajmniej po drodze nie ucięło nam rąk.
Dak'kon przeniósł wzrok z odbitego na pergaminie symbolu na symbol zawieszony na szyi Qaendrima.
– Sądziłem, że wasze istnienie to tylko pogłoski niesione przez wiatr – powiedział w zamyśleniu. – Wielu spośród Ludu zaślepiło oko Vilquara, ale to wydawało się zbyt nieprawdopodobne.
– Nie wiem, o czym mówisz. Chyba nie czujesz się najlepiej po tej teleportacji. A może to przez elik…
– Mówię o znaku, który nosisz. Znaku, który nosi to zakazane pismo. Znaku Sha'sal Khou.
Qaendrim uniósł dłoń i wszystkie pergaminy w jednej chwili zwinęły się w rulony.
– Uważaj na słowa, zerthcie. Właśnie uratowałem cię od psionicznego przesłuchania. Ale może tylko niepotrzebnie je opóźniłem.
– Więc takie zwyczaje panują wśród szlachetnych obrońców pokoju?
– Nie udawaj niewiniątka – prychnął Qaendrim. – Na waszych wojnach dzieją się rzeczy, które nie mieściłyby się nawet w sercu Selqanta. Łatwo o tym zapomnieć, kiedy całymi dniami przesiaduje się za murami klasztoru przy świeczkach i kadzidełkach.
– Spiskujecie z githyanki – powiedział z wyrzutem Dak'kon.
– I co, zerthcie? Zamierzasz oskarżyć nas o herezję?
– Nie herezję. Zdradę.
– Zdaje się, że nieco inaczej interpretujemy to pojęcie – zaśmiał się Qaendrim. – Ale nie obawiaj się, nasze ścieżki więcej się nie przetną. Każdy z nas pozostanie pod swoim niebem. Chyba że wolisz wrócić do mojego kolegi i, hm, podreperować sobie parę wspomnień.
Dak'kon zawiązał płaszcz i zarzucił kaptur.
– Zaprowadź mnie do bramy.
Wyszli prosto na plac, którego centrum zajmował posąg – rozłożyste drzewo z materii chaosu utrwalonej w lśniący, półpłynny metal. Były to właściwie dwa drzewa, wyrastające z tego samego pnia i rozgałęziające się w coraz bardziej kunsztowne struktury.
W cieniu drzewa stała niewielka grupka githyanki, prowadząc ożywioną rozmowę.
Dak'kon mocniej nasunął kaptur na twarz.
Jedna z githyanki rozpoznała Qaendrima i zwróciła się do niego w swoim języku. Nie rozumiał, o czym mówili; ich ton wskazywał na zwykłą, codzienną wymianę pozdrowień, ale Dak'kon na wszelki wypadek chwycił za rękojeść miecza. Wzrok githyanki co chwilę przemykał się po jego płaszczu; rubiny w jej pancerzu lśniły jak krople krwi. A Qaendrim mógł w każdej chwili udzielić o jedną odpowiedź za dużo.
W końcu githyanki i Qaendrim ukłonili się sobie; jego przewodnik poprowadził go dalej labiryntem ulic biegnących między smukłymi, strzelistymi budynkami.
– Poznałeś nawet ich język – szepnął Dak'kon, gdy już znacznie oddalili się od placu.
– To także mój język. Jesteśmy jednym ludem. Ludem Gith Wyzwolicielki i Proroka Zerthimona.
– Nad światem nie może być dwóch niebios.
– Tam, gdzie wy dostrzegacie podziały, my widzimy jedność. To przykre, że od tysięcy lat powtarzacie tylko największy błąd Proroka, a pozostajecie ślepi na całokształt jego nauk. Ale nie będę na próżno tępić sobie ostrza. Czas już na ciebie, zerthcie.
Qaendrim zatrzymał się, wskazując ruchem głowy bramę na końcu uliczki.
– Otworzyć bramę! – zawołał do śpiącego strażnika, po czym zwrócił się do Dak'kona: – I niech nikt z Shra'kt'lor nie próbuje tutaj węszyć. Jeśli wejdziecie nam w drogę, nie pozostaniemy wam dłużni.
– Dochowałeś swojej części obietnicy – przytaknął Dak'kon, skłaniając nisko głowę. – Wiedz, że ja dochowam swojej.
Na ustach Qaendrima błąkał się niedowierzający półuśmiech. Wreszcie ukłonił się w odpowiedzi.
– Obym tego nie żałował, zerthcie.
W głównej sali świątyni zgromadził się tłum. Na tle piaskowych szat nowicjuszy odcinała się wyraźnie ochra zerthów; złote tkaniny spływające z ramion mistrzów lśniły w jasnym świetle. Dźwięk gongu rozchodził się po pomieszczeniu niczym kręgi na wodzie.
Aranai spojrzała kątem oka w stronę drzwi. Feng stał w prostokątnej ramie wejścia, opierając dłoń na głowicy miecza. Jego obecność dodawała jej otuchy, choć wiedziała, że jeśli coś pójdzie niezgodnie z planem, błysk tego ostrza przetnie jej nić i wyśle jej ducha na Astral. Ale to byłoby nic w porównaniu z tym, co zrobiliby jej githzerai.
Sylwetka Fenga rozpłynęła się w dymie kadzidła. Salę otulił ciężki zapach jaśminu.
Wezwano pierwszego kandydata. Wszyscy wstrzymali oddech, gdy mistrz ułożył na jego wyciągniętych dłoniach owinięty w jedwab kawałek surowego metalu. Aranai przypatrywała się tej scenie z ciekawością. Mężczyzna nie dawał po sobie poznać poruszenia; telekinetycznie zawiesił ostrze w powietrzu kilka centymetrów ponad dłońmi, pochylił lekko głowę i zaczął szeptem recytować mantry. Szybko utrwalił kapryśną materię chaosu, wyostrzył jej krawędzie, oddzielił ostrze od rękojeści. Nad jego dłońmi lewitował teraz prawdziwy, w pełni ukształtowany miecz. Po ostrzu przebiegały nerwowe zygzaki. Boi się, oceniła Aranai. Jego umysł był zespolony z bronią, a ta niczym lustro odbijała emocje, skrzętnie ukryte pod spokojną maską twarzy.
Mężczyzna zrzucił wierzchnie okrycie. Dwaj pomocnicy długo zdobili jego ramiona czarnymi splotami tatuaży. Mistrz wręczył mu złożoną piaskową szatę i Nieprzerwany Krąg.
Wezwano kolejnego kandydata. Podobnie jak poprzednik odebrał wstępnie ukształtowany kawałek chaotycznego metalu i przejął nad nim telepatyczną kontrolę. Nie uniósł go jednak w powietrze, ale kurczowo zacisnął palce na obu końcach. Metal nie chciał się ustabilizować, zdawał się rozpływać niczym rtęć, niczym woda. Nie wypuszczał go z uścisku, próbował przebłagać coraz szybciej powtarzanymi mantrami, ale ostrze w końcu znalazło drogę ucieczki i wymknęło się jak duch. Wyparowało.
Opuścił salę ze spuszczoną głową; jego kroki ciężko dudniły w grobowej ciszy. Kobieta klęcząca obok Aranai zaczęła dygotać.
Aranai wzięła głęboki oddech i zajęła miejsce niedoszłego nowicjusza. Mistrz z nieodgadnionym wyrazem twarzy wcisnął jej w ręce nieobrobione żelazo. Ułożyła je na płaskich dłoniach i skupiła na nim całą wolę, jak wtedy, gdy wywoływała z toni Morza Astralnego swój srebrny miecz. Chaotyczna materia zafalowała w jej umyśle. Aranai rozkazała jej zatrzymać bieg, zastygnąć, zalśnić ostrą krawędzią. Usta powtarzały słowa Zerthimona, ale myśli wzlatywały do Tu'narath. Z jednej dłoni wyrasta srebro, gotowe dzielić Sfery. W drugiej dłoni zaklęty eter, najpotężniejszy z żywiołów.
Aranai otworzyła oczy i ujrzała twarz Shandry, wyraźną w gładkiej tafli ostrza.
– Poprzez własne odbicie na powierzchni klingi Zerthimon po raz pierwszy poznał istotę samego siebie – obwieścił uroczyście mistrz. – Stal pozostawiła ślad na ciele, lecz ciało nie pozostawiło śladu na stali.
Czarne tatuaże oplotły ją jak sznury, jak pnącza, jak pajęcza sieć. Jak korzenie Fri'hi, zaśmiała się w duchu. Dwa warkocze spłynęły na długą piaskową szatę o szerokich rękawach. Nieprzerwany Krąg spoczął ciężko w jej dłoniach.
– Powstań, Shandro, uczennico Zerthimona.
Shandra, uczennica Zerthimona, wstała i ukłoniła się głęboko. Aranai wycofywała się coraz dalej i dalej, szukając schronienia w odległych zakamarkach umysłu. Tam, gdzie nie znajdzie jej czujny wzrok mistrza, przepełnione zachwytem spojrzenie następnej kandydatki i setki par obserwujących ją oczu.
Tam, gdzie nie znajdzie jej sam Prorok Zerthimon.
