Stiles przeciągnął się, orientując, że po dobie spędzonej w sypialni czuje się tak, jakby przebiegło po nim stado koni. Najwyraźniej dłuższe interakcje z wilkołakami wywoływały takie mrowiące wrażenie na całym ciele, które bólem per se nie było, ale mieszało poważnie z magią.
Derek siedział na fotelu, na który Stiles już nigdy nie spojrzy normalnie, czytając w najlepsze. Zadziwiająco swojski widok początkowo go zaskoczył i z trudem starał się przypomnieć sobie jak długo faktycznie z Derekiem się znają. Wszystko wydawało się jakoś dziwnie rozmazane, a dni zlepiały się w jedną masę. Poszczególne wypadki, które wyjątkowo podniosły mu ciśnienie odznaczały się mocniej na linii czasu, ale poza tym cała reszta stanowiła bezkształtne tło.
Derek poruszył się i zdrętwiał, najwyraźniej orientując się, że nie jest już jedyną przytomną osobą w komnacie, ale nie wykonał prócz tego żadnego innego ruchu, jakby Stilesa nie uznawał za zagrożenie. Całkiem prawidłowo.
- Dobrze się czujesz? – spytał wilkołak nie podnosząc wzroku znad księgi.
- Obolały – przyznał szczerze nie widząc powodu do kłamstwa.
Derek zasypiając nabuzował go swoją magią, uśmierzając ból. Wilkołaki zapewne wyczuwały nawet tak małą zmianę w ludzkim organizmie co w zasadzie było logiczne, odkąd instynktownie wyszukiwały słabości. Przerażające, ale sensowne.
Derek podniósł się z gracją z fotela i Stiles przełknął głośniej ślinę, bo mężczyzna najwyraźniej nie kłopotał się ubieraniem czegokolwiek. Penis wilkołaka zwisał ciężko między jego udami i cholera, ale nie mógł oderwać od niego wzroku. Co gorsza Derek przystaną przy łóżku, a Stiles naprawdę nie miał już ani ochoty ani tym bardziej siły na jakąkolwiek aktywność.
- Odmawiam. Oficjalnie odmawiam spełniania moich małżeńskich obowiązków – powiedział pospiesznie rejestrując, że wilkołak patrzy na niego jak na idiotę. – Mogę ci to dać na piśmie, ale muszę się wyspać… I nie być dotykanym… Kąpiel byłaby w zasadzie świetna i kolacja, ale bez dotykania… - wybełkotał, czując, że rumieniec zawstydzenia zaczyna mu się zdradliwie pojawiać na policzkach.
Derek odchylił głowę lekko w bok, patrząc na niego pod kątem z wyraźnym rozbawieniem.
- Chciałem ci podać eliksir – oznajmił mu wilkołak, wyciągając w jego stronę niewielką fiolkę.
Stiles chwycił ją pospiesznie i wychylił całą zawartość jednym haustem.
- Dzięki bogom – szepnął, czując błogość, która zaczynała rozgrzewać go od środka.
Znieczulanie w ten sposób nie wydawało się może bezpieczne, gdy patrzyło się na to z boku, ale to on przygotował tę miksturę, więc wiedział, że w środku nie ma niczego uzależniającego czy niebezpiecznego.
Derek parsknął rozbawiony.
- Zabawnie pachniesz – oznajmił mu wilkołak, układając się na boku w łóżku.
- Zabawnie? – zdziwił się Stiles. – Znaczy jak?
- Jak zioła i ciepło… I dezorientacja – wyjaśnił Derek, wciskając mu nos w kark. – Jak coś.
Stiles czuł, że uśmiecha się krzywo. Odpowiedź Dereka przyniosła oczywiście więcej pytań niż wyjaśnień. Oczywiście wilkołak miał pełne prawo wyczuwać dziwne rzeczy odkąd instynktownie musiał orientować się czy jego ofiary są wciąż niebezpieczne, czy nie żyją, czy oddychają i się zaczynają leczyć.
- Dezorientacja ma zapach? – zdziwił się jeszcze, starając się zapanować nad ziewaniem.
- Wszystko ma swój zapach – powiedział jeszcze Derek i Stiles poczuł, że jego powieki robią się naprawdę ciężkie.
Tym razem obudził się wciśnięty w ciepłe twarde ciało i nie zamierzał narzekać. Derek poruszył się, najwyraźniej budząc i mocniej objął go ramieniem. Mężczyzna nie mówił nic przez dłuższą chwilę i nie wyglądało na to, że zamierza w najbliższym czasie wstać z łóżka. A Stiles musiał w końcu coś zjeść.
- Kolacja? – spytał zatem z nadzieją.
Odpowiedziało mu pełne rozbawienia prychnięcie. Derek zawsze wydawał ten dźwięk, by nie używać słów. Alfa zdawał się mieć całą paletę różnego rodzaju warknięć i spojrzeń, którymi komunikował się ze światem. Oczywiście wilkołakom łatwiej przychodziło zrozumienie tych niuansów, ale Stiles zaczynał już rozgryzać system i był z tego cholernie dumny.
- Zostawiłem Lydię na całą dobę samą – westchnął, orientując się w końcu, że nie wychodził tak długo z sypialni, że na pewno jego siostra coś o tym wspomni.
- Zostawiłem pozostałą część zamku na łasce Iskry – odpowiedział Derek i znowu prychnął.
- Bawi cię to? Myślałem, że mamy być tymi odpowiedzialnymi – odparł Stiles niemal od razu.
Ton jego głosu nie był zbyt poważny, bo wiedział, że Lydia doskonale radziła sobie w każdej sytuacji, ale jednak mimo wszystko świadomość tego jak spędził ostatnie dwadzieścia cztery godziny uderzyła w niego z pełną mocą.
- Każdy ma prawo do chwili wytchnienia – stwierdził krótko Derek.
Stiles sądził, że mężczyzna na tym skończy, ale wilkołak położył się na boku, zmuszając go do stania się mniejszą łyżeczką. Usta mężczyzny niemal natychmiast znalazły się na jego karku, wprawiając go w lekkie drżenie.
- Tak wiele ostatnio przeszedłeś, że dzień spokoju nie jest niczym dziwnym – ciągnął dalej jego mąż, zahaczając ludzkimi zębami o wystający krąg.
- Derek… - zaczął Stiles ostrzegawczo. – Kolacja… - przypomniał mu bezlitośnie.
- Mogę zaaranżować, żeby przyniesiono nam posiłek tutaj – kusił mężczyzna.
- O bogowie – jęknął, starając się wyrwać z uścisku wilkołaka.
Ten oczywiście z łatwością przyciągnął go bliżej i ugryzł w ucho. Stiles zaczął zastanawiać się czy kopnięcie mężczyzny w klejnoty rodowe było najbardziej dyplomatycznym wyjściem, ale w zasadzie jego nogi były splątane z nogami Dereka.
- Żartowałem – szepnął mu do ucha mąż. – Eliksir robi cię drażliwym.
- Albo nadmiar seksu – przyznał szczerze Stiles.
Derek przyłożył swój nos do jego karku, wdychając ich zmieszane zapachy z wyraźną przyjemnością. To oczywiście przypomniało mu, że nie zdążyli się wykąpać. Ktoś przebrał wcześniej pościel, gdy jedli w niewielkim salonie przyłączonym do ich komnat. I zastanawiał się jak dobrze zorganizowana służba faktycznie była w zamku. Nigdy nie widział nikogo, kto mógłby pełnić taką rolę, ale na dobrą sprawę wilkołaki potrafiły się skradać i ukrywać z przerażającą łatwością.
- Nie ma czegoś takiego jak nadmiar seksu – oznajmił mu Derek z pewnością w głosie.
- Poczekaj aż dostanę takie epitafium – odgryzł się Stiles. – Jestem odprężony i uleczony, ale…
- Nigdy bym cię nie skrzywdził – poinformował go Derek, odsuwając się niemal natychmiast i Stiles pożałował, że w ogóle otworzył usta. Rozkoszne ciepło zostało zabrane, podobnie jak całkiem przyjemne choć szorstkie dłonie, które przestały zwiedzać jego ciało. Co dziwne dotyk nie był do końca o podłożu erotycznym, przywodził namyśl jednak pewną słodką intymność.
Mógłby zasnąć jeszcze raz z łatwością, gdyby palce Dereka nie przestały gładzić jego wystających kości biodrowych.
- Wiem – odparł szybko. – Żartowałem – dodał, zdając sobie sprawę, że to już drugie ich nieporozumienie odkąd się obudził. – Dlaczego nie macie tutaj zegarów? – spytał próbując zmienić temat.
Derek jednak zesztywniał za jego plecami i z łatwością obrócił go tak, aby teraz byli twarzą w twarz.
- Dlaczego to takie ważne? – spytał jego mąż, marszcząc brwi.
Stiles wzruszył ramionami.
- Może nie chcę kierować się żołądkiem, gdy nadchodzi pora kolacji? – zaryzykował.
Derek przygryzł wargę i jego wzrok powędrował za okno, gdzie na widnokręgu prawie nie było widać już słońca. Zapewne kolejne dni będą fatalne, gdy będą próbowali wrócić do normalnego trybu życia, a nie nocnego w jakim znajdowali się w tej chwili.
- Żyjecie według słońca, a my według księżyca – wyjaśnił mu Derek krótko. – Dwadzieścia osiem dni trwa nasz cykl… Wasz… - wilkołak zawahał się.
- W zależności od miesiąca to trzydzieści lub trzydzieści jeden dni, ale to bez sensu, bo nie zgadzałaby się wam ilość dni w roku – zauważył przytomnie Stiles.
- Nasz cykl trwa dwadzieścia osiem dni i ta sama magia, która stworzyła nas, zarządza czasem na naszym terytorium. Nie mówimy o tym, ponieważ to temat… Niezbyt łatwy, gdy ludzie uważają nas za przeklętych – wyjaśnił Derek i to w zasadzie zamykało kwestię dziwnego zachowania Petera podczas pierwszej kolacji w zamku.
- Ale… - zaczął Stiles.
- Każde dwadzieścia osiem dni tutaj to ponad trzydzieści waszych. Nasz czas jest rozciągnięty, poczuliśmy to, gdy byliśmy w Beacon Hills i wracając tutaj. Nie zwalnialiśmy przez ciebie i Lydię, to konie dyktowały tempo, a jednak dojazd do was trwał ponad trzy dni, a wracaliśmy niecałe dwa – dodał Derek. – Sam nie wiem jak to działa. Nie mamy zegarów, bo nasza doba nie ma stałej długości. Ponowne nakręcanie trwałoby za długo za każdym razem, a instynktownie i tak wyczuwamy jaka pora nadchodzi…
Stiles zamrugał, bo cholera, ale to było totalnie bez sensu. Czas nie mógł sobie od tak się rozciągać, i chociaż cholera trochę czuł się tak dziwnie w zamku, jednak jego umysł buntował się przeciwko tej teorii. Magia nie mogła robić co chciała. Były prawa według których musiała postępować i granice, których nie przekraczała.
- To bez sensu – powiedział w końcu.
Derek jednak nie fundował żadnego innego wytłumaczenia.
- Przemyśl to – poprosił tylko mężczyzna. – Listy od nas zawsze szły dłużej. Poselstwa, kupcy, przemieszczające się armie – wymienił. – Isaac wspominał, że żyjecie szybciej niż my, ale zrozumieliśmy różnicę dopiero, gdy zawitaliśmy do waszego zamku.
- Dobrze się tam czułeś? Będziemy musieli tam mieszkać przez każde pół roku – zaczął szybko Stiles. – A jeśli nie będziesz mógł spędzić nawet tygodnia poza waszym terytorium? A jeśli to jakoś pomiesza z twoją magią? Czy ktokolwiek o tym pomyślał? – spytał. – A jeśli ja nie mogę tutaj mieszkać?
Derek przewrócił oczami.
- Mamy słońce, a wy macie wschody i zachody księżyca – wyjaśnił wilkołak. – Charlie żył wśród was latami jak wspomniałeś. Ludzie żyli na naszym terytorium bez problemów. To jedynie chwilowe zabawne wrażenie, do którego przyzwyczaić się jest bardzo łatwo. Trudno będzie mi jedynie zachowywać moją ludzką prędkość, bo łatwiej się zapomnieć w Beacon Hills – dodał.
Stiles spojrzał na niego podejrzliwie.
- I nikt mi o tym nie powiedział, bo? – spytał nie bardzo rozumiejąc.
- Nie zauważacie tego, gdy nie macie w sobie magii. My nie mieszkaliśmy na waszym terytorium nigdy. Nigdy nie zdołaliśmy podesłać żadnego szpiega, ponieważ zadbaliście o szczelność granic, otaczając je polami tojadu i jemioły. Argentowie upewnili się, że żaden wilkołak nie przedostanie się przez ich tereny, więc nie wiedzieliśmy, że jest taka różnica w czasie… - wyjaśnił Derek spokojnie. – Nie chcieliśmy zaczynać tej rozmowy w Beacon Hills, bo ujawnianie, że jest jeszcze jedno stadium naszego przekleństwa, nie było naszym celem wtedy i nie jest naszym celem teraz – odparł całkiem szczerze.
- To nie przekleństwo – sarknął Stiles.
Derek uśmiechnął się lekko.
- Ta rozmowa odbywa się tylko dlatego, że zdajesz się to rozumieć – przyznał jego mąż z czymś dziwnym w głosie.
- I w zasadzie nie ma dowodów na to czyj czas jest czasem rzeczywistym. Może to z naszym jest coś nie tak? – spytał pospiesznie. – A jeśli to Beacon Hills wkurzyło setki lat temu jakąś wiedźmę i teraz niektórzy z nas są w stanie zamienić się w ogień? Może pierwotnie mieliśmy płonąć, ale ktoś złamał część klątwy i dzięki temu zdobyliśmy nową moc? Z magią nigdy nic nie wiadomo.
Derek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Najczęściej nie chodzi o magię – wtrącił jego mąż. – Wierzymy, że magia nie jest dobra ani zła. Nie ma dobrych ani złych wilkołaków, dobrych i złych ludzi. To my możemy skazić magię, gdy użyjemy jej w złej woli. Wierzymy jednak też w to, że słońce daje życie, a nie księżyc. To za dnia tętni ono naprawdę, a noc to chwila odpoczynku dla ziemi, dlatego każdy kto w tej chwili wie o różnicy w czasie, uważa, że to wasza doba jest tą rzeczywistą, a nasza wytworem magii, która chciała ułatwić nam istnienie – dodał Derek.
Stiles chwilę milczał, rozważając jego słowa, bo faktyczna nauka mieszała się ze stereotypami, na które nigdy nie przystawał. Derek zaskoczył go tak głęboką analizą. Wilkołak raczej do tej pory nie dał mu do zrozumienia, że interesuje się nauką, ale wiedzy ewidentnie nie można było mu odmówić. Stiles uwielbiał szukać odpowiedzi. Uważał się za filozofa i bibliofila, ale coraz rzadziej miał czas na swoje zamiłowania. Najpierw podczas wojny miał go za wiele, bo jako młodego omijano go przy jakichkolwiek kwestiach organizacyjnych. A potem pokój negocjowano dzięki jego umiejętnościom, odcinając go od ukochanych książek.
Na terytorium klanu zamierzał nadrobić zaległości, powoli starając się zawalczyć o zaufanie watahy, bo na faktycznej władzy zależało im z ojcem. Na scentralizowaniu głosu rozsądku dla obu królestw, który miałby w przyszłości powstrzymać kolejne konflikty. Teraz jednak coraz mniej to wszystko miało sens.
- Jeśli nasze granice były tak szczelne… - zaczął ostrożnie Stiles. – To jak wilkołak zdołał dotrzeć aż do ogrodów pałacowych w Beacon Hills? – spytał i Derek otworzył usta najwyraźniej równie zaskoczony.
Stiles nie spodziewał się, że kolacja minie tak szybko. Peter powitał ich krótkim skinieniem głowy, gdy Lydia stanęła za jego krzesłem jak zawsze. Jego siostra wyglądała na opaloną, więc faktycznie ze Scottem musieli się zająć roślinami. Prawie odczuł wyrzuty sumienia, ale w zasadzie nie potrafił zmusić się do żałowania ostatnich nie wiadomo ilu godzin. Musiał jeszcze tylko kwestię tej dziwnej dywergencji z Lydią, która przecież musiała to też odczuć.
Zastanawiał się ile osób w królestwie wiedziało o tym wcześniej i dlaczego nie został poinformowany od razu. Gdzie przebiegała granica, w której czas ulegał przekształceniu. Możliwe, że w miejscu postoju, gdzie Derek został zaatakowany.
Stiles mechanicznie zaczął pochłaniać kolejne porcje jedzenia nie bardzo nawet zaprzątając sobie uwagę tym co je, dopóki Lydia nie odchrząknęła znacząco przywracając go do rzeczywistości.
- Jeśli nie chcesz pogorszyć mojego samopoczucia, odłóż cebulę – powiedziała Martin i Stiles z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że trzyma jedną w dłoniach.
Peter uśmiechnął się krzywo znad swojego kieliszka.
- Rozumiem, że miło spędziłeś wczoraj czas… - zaczął alfa konwersacyjnym tonem.
Rumieniec wślizgnął się na policzki Stilesa nim ten zdążył go opanować. I poznał szybko swój błąd, gdy zdał sobie sprawę, że Hale zadał do pytanie ot tak, bo Derek wydawał się niezaniepokojony.
- Miałem nadzieję, że uda mi się wyłuskać więcej czasu na zwiedzanie waszych bibliotek – przyznał szczerze. – I zorganizowanie faktycznego ogrodu z ziołami, ale gdyby nie Lydia i Scott, większość roślin umarłaby do tego czasu – wyjaśnił, czując na ramieniu delikatny dotyk siostry.
McCall na dźwięk swojego imienia przestał na chwilę jeść.
- To żaden problem – rzucił wilkołak uśmiechając się szerzej.
- Nie jestem typem ogrodnika – przypomniała mu Lydia bezlitośnie.
- Nigdy dotąd nie mieliśmy ogrodu z ziołami – poinformował go Peter. – Czy zioła będą potrzebne ci do przyrządzania mikstury, którą nas obdarowałeś? – spytał ciekawie.
Stiles uśmiechnął się z ulgą, bo zeszli na najbezpieczniejszy z tematów. Pomimo tego co Derek mówił wcześniej, jakoś nie potrafił uwierzyć w to, że nikt nie skomentuje ich nieobecności podczas posiłków. W Beacon Hills plotki rozmnożyłyby się tak szybko, że usłyszeliby pierwszą nim minęliby drzwi sypialni.
Małżeństwa kojarzone były pod niebywale ścisłą obserwacją. Z Derekiem nie daliby powodów do mówienia o nich jak o nieszczęśliwej, kłótliwej parze, ale Stiles nie chciałby też usłyszeć o sobie, że sypia z kimś po kilku dniach znajomości. Ta hipokryzja wśród dworzan męczyła go, ale nie potrafił z tym walczyć.
- Między innymi. Miałem w planach niewielkie eksperymenty, żeby dostosować działanie eliksiru do waszych organizmów – wyjaśnił, orientując się, że nagle wszystkie oczy na sali zostały skierowane w jego stronę. – Czy to nie jest mile widziane? – zaryzykował ostrożne pytanie. – Wiem, że Derek nie czuł się ogłupiały, ale leczenie nastąpiło tak szybko, że mogło wywołać szok – dodał i miał ochotę odgryźć sobie język.
Może nie powinien był o tym wspominać. Derek co prawda mówił, że odpieranie ataków nie stanowiło dla niego wyzwania, a teraz gdy wiadomo było, że poślubił Iskrę byli niemal nietykalnie, Stiles wciąż jednak nosił w sobie jakąś wątpliwość. Oni nie byli alfą całej watahy, a możliwe, że Petera dotyczyły całkiem inne zasady. Bez tego rodzaju dziedziczenia wzdłuż linii pozbawieni byliby możliwości sukcesji na którą liczyli zgodnie zresztą układem. W tej chwili obaj z Derekiem byli pionkami w politycznej grze, ale ojciec Stilesa miał ustąpić z tronu w ciągu kilku najbliższych lat, podobnie jak wuj Dereka.
Ponowna wojna domowa na terytorium wilkołaków nie mogła oznaczać niczego dobrego.
- Jesteśmy rodziną, a o rodzinę się dba – dodał Stiles szybko. – Co oznacza, że spalę do żywej kości każdego, kto zbliży się do was – zakończył, mając nadzieję, że brzmi dostatecznie groźnie.
Derek spojrzał na niego kompletnie zszokowany. Peter natomiast wydawał się święcie rozbawiony.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale nigdy nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego męża dla mojego siostrzeńca. Jesteśmy watahą, rodziną, jak mówisz – podjął mężczyzna. – Nie oczekiwaliśmy jednak, że będziecie się dzielić z nami waszą wiedzą o ziołach. Przyzwyczailiśmy się do tego, że uzdrawiamy się szybciej od was. Nigdy nie potrzebowaliśmy skracać tego czasu, ale to jak rany moje siostrzeńca zniknęły w mgnieniu oka było imponujące – przyznał mężczyzna.
- Kompletnie niepotrzebne – warknął Derek, ale nie wydawał się zdenerwowany. – To były nic nie znaczące zadrapania.
- Wybacz. Dla ludzkiego oka wyglądało to całkiem groźnie – przyznał Stiles.
- Twoja ocena sytuacji bywa zatem mylna – odparł jego mąż z krzywym uśmieszkiem.
Stiles otworzył usta w lekkim szoku.
- Świetnie oceniłem sytuację, dla twojej informacji – odpowiedział szybko. – Miałem darmowego królika doświadczalnego. Myślisz, że tak łatwo znaleźć kogoś chętnego do wypicia eliksiru nieznanego pochodzenia? – spytał retorycznie.
Derek przewrócił oczami.
- Wiedziałem, że ty go zrobiłeś, więc znałem jego pochodzenie – zauważył Hale.
Stiles zamrugał orientując się, że faktycznie pewnie wilkołak wyczuł to z łatwością. Nie zmieniało to jednak faktu, że Derek drażniąc się z nim, nieświadomie przekazał mu coś bardzo ważnego. Wilkołak ufał mu. Ufał mu zanim na dobrą sprawę zaczęli rozmawiać. Zaufał mu już po pierwszej nocy, którą razem spędzili, bo wtedy też zaczęli tak naprawdę rozmawiać o drażliwych tematach jakimi były karki i ludzie, którzy odchylali je dla wilkołaczej przyjemności.
Stiles uśmiechnął się lekko, bo cholera, może uwielbiał wygrywać w potyczkach słownych. Bywały jednak rzeczy o wiele od tego ważniejsze.
Spacer wieczorową porą po ogrodzie był zaskakująco głupim pomysłem. Scott oczywiście zadbał o to, aby wszystkie zioła zostały prawidłowo posadzone, więc sadzonki nie wymieszały się między sobą. Jednak nikt nie wpadł na to, żeby zamontować gdziekolwiek latarnie. Nikłe światło księżyca nie rozpraszało mroku dostatecznie mocno i Stiles niemal przeklął to, że Hale'owie odwołali strażników, którzy na bieżąco mieli pilnować jego i Lydii. Jako Iskry byli bezpieczni, ale to też oznaczało, że zabłądził dwa razy, chcąc zejść na dół. A potem nie wiedział jak dostać się do ogrodu.
Derek zniknął gdzieś po kolacji i nie było go w ich komnatach. Stiles zostawił krótką notatkę, zastanawiając się nad tym jak bardzo wszystko się zmieniło. Derek jeszcze kilka chwil wcześniej wydawał się obcym, a teraz coraz częściej łapał się na tym, że uznawał mężczyznę jako swojego własnego zaufanego. Jego maż w zasadzie wiedział o nim w tej chwili więcej niż ktokolwiek wcześniej. Nawet Lydia. W odróżnieniu od niej zdawał się tez nie mieć przed nim tajemnic.
Coś zaszeleściło z boku i Stiles mimowolnie dotknął dźwigni w rękawie. Stare przyzwyczajenie nakazywało mu wciąż nosić ze sobą broń. Iskry bywały nietykalne w wielu kulturach, ale zawsze znalazł się jakiś idiota, który chciał sprawdzić prawdziwość legend i wysadzał połowę zamku, gdy teoria się potwierdzała. Dla Iskier śmierć z rąk skrytobójcy różniła się od tej podczas działań wojennych. Bardzo często zaangażowani magicznie w potyczki nie zauważali, że życie wycieka z nich stając się jednością z naturą.
Peter wysunął zza jednego z drzew, zaskakując go kompletnie.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz przyspieszyć zmiany rządów – zażartował wilkołak, podnosząc obie ręce do góry.
Stiles odetchnął z ulgą.
- Zgubiłem się – przyznał się bez wstydu w głosie.
Byli tu tak krótko, że miał wszelkie prawo.
- Chyba wszyscy w zamku zastanawiają się dlaczego chodzisz w kółko – odparł wilkołak.
- Wszyscy mnie słyszą? – spytał z niedowierzaniem, teraz czując zbliżające się zawstydzenie.
- Nie wszyscy zrozumieli, że w ciemności niczego nie widzisz, więc zabłądziłeś – pocieszył go alfa.
- Nie spotykaliście zbyt wielu ludzi na waszej drodze – rzucił Stiles, zastanawiając się dlaczego Peter zdecydował się po niego zejść do ogrodów.
Alfa wskazał mu dłonią kierunek i ruszyli wzdłuż szpaleru drzew. Milczenie przedłużało się, wisząc między nimi ciężko.
- Jestem bardzo zadowolony z tego, że dogadujecie się z Derekiem – powiedział w końcu mężczyzna, kompletnie go zaskakując. – Kiedy wystąpiłem z propozycją połączenia naszych królestw krwią, brałem pod uwagę głównie siebie. Laura i Derek przeszli tak wiele, że nie chciałem ingerować już bardziej w ich życie. Straciłem podczas tej wojny żonę i Derek uparł się, że zawiązanie pokoju na zasadzie małżeństwa twojego ojca ze mną, nie będzie dostateczne. Żyjecie krótko, a wasza pamięć jest ulotna. Nie chciałem dzieci. Nie wyobrażałem sobie u mojego boku nikogo i Derek musiał to zobaczyć. Przekonywał mnie tak długo, że uległem – wyznał wilkołak. – I miałem wątpliwości, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, bo pachniałeś jak rozwydrzony dworzanin, ale potem każdy z nas obecny na tej sali usłyszał jak pytasz Dereka o nasze zwyczaje. O to jak masz się zachowywać i ubierać… - mężczyzna zawahał się. – I jestem zadowolony z tego, że dogadujecie się z Derekiem – powtórzył alfa Hale z czymś dziwnym w głosie.
Nim Stiles zdążył cokolwiek powiedzieć, Peter znikł w ciemnościach tak nagle jak się pojawił.
