A/N: Hej, przepraszam, że znowu taka długa przerwa. Wstawiam drugą część ósmego rozdziału, miłego czytania!

Rozdział betowała Nadia, za co jej ogromnie dziękuję.


Obudził się w swoim pokoju w Hogwarcie. Pod jego nieobecność musiały zjawić się skrzaty, bo dookoła panował nieskazitelny porządek. Ktoś pokłopotał się nawet, aby ułożyć wszystkie jego książki w biblioteczce według tematyki i nazwisk autorów. Draconowi nigdy nie chciało się tego zrobić, bo sam nie pamiętał, jak różne pozycje reagują na konkretne zaklęcia segregujące, a wolał nie ryzykować oberwaniem klątwą (głupio byłoby umrzeć z tak błahego powodu, skoro udało mu się przetrwać służbę u Czarnego Pana). Kiedy podniósł się do pozycji siedzącej, zauważył, że na stoliku obok łóżka oprócz wysokiej klasy łapacza snów (którego nigdy stamtąd nie zdejmował) znajdowała się ramka ze zdjęciem. Draco podsunął się bliżej i przyjrzał się jej uważnie. Skąd ta fotografia się tu wzięła? Dałby sobie rękę uciąć, że została we dworze.

To było jedno z tradycyjnych rodzinnych zdjęć. Co roku matka tuż po Bożym Narodzeniu zamawiała fotografa i zmuszała Dracona i ojca do wspólnego pozowania. Ta konkretna fotografia należała do jednej z jego ulubionych. Tylko przez sekundę cała trójka zamierała w znudzonych, wyuczonych pozycjach, nim matka nie zmarszczyła nosa i nie kichnęła z taką mocą, że aż przesunęła się na fotelu. Obaj z ojcem spojrzeli na siebie w niemym porozumieniu i zaczęli się śmiać. Matka zgromiła ich spojrzeniem, ale kiedy ojciec dał jej żartobliwego pstryczka w nos, jej twarz złagodniała. Zerknęła na fotografa i uśmiechnęła bezradnie. A potem znowu wszyscy wracali do pozowania, ich plecy się prostowały, zmarszczki na twarzach wygładzały, spojrzenia nabierały chłodu i scena rozgrywała się od nowa.

Draco zagapił się na zdjęcie. Chwilę później otrząsnął się ze wspomnienia i wyskoczył z łóżka. Pansy!, przypomniał sobie. Musiał ją znaleźć, wrzucić do kotła z Veritaserum i dowiedzieć się, co i po co mu zrobiła. Wyszedł z sypialni ze sprecyzowanym planem działania, ale na widok tego, co zastał w salonie, zupełnie o nim zapomniał.

Hermiona Granger leżała na jego kanapie (tej samej, z której transmutacji był taki dumny) i czytała książkę. Sytuacja tak abstrakcyjna, że przez dobrą minutę tylko stał i gapił się na niespodziewanego gościa z bezmyślnością godną Pottera. Wyglądała na całkowicie rozluźnioną. Nogi miała zgięte w kolanach, skrzyżowane w kostkach i majdała nimi w powietrzu jak dziecko. Łokciami wygodnie oparła się o kanapę, a dłońmi podtrzymywała twarz, całkowicie pochłonięta lekturą. Włosy w różnym stadium skręcenia okrywały jej ramiona i plecy. Nagle drgnęła i spojrzała na niego.

— Nie podoba mi się ta książka — powiedziała poważnie. — Czuję, że źle się skończy.

— Jak udało ci się sforsować moje zabezpieczenia? — spytał, zaciskając dłonie na różdżce i zbliżając się do niej powoli. Rozglądał się za jej różdżką, ale nigdzie nie mógł jej dostrzec. Może na niej leżała?

Przypomniał sobie o uczniach, którzy włamywali mu się do komnat. Nigdy nie złapał psotników na gorącym uczynku, więc nie mógł się dowiedzieć, jak złamali jego zaklęcia ochronne. Teraz wreszcie miał ku temu okazję.

— O czym mówisz? — zdziwiła się, spokojnie wracając do książki. To musiał być pierwszy raz, kiedy jego obecność nie wydawała się jej alarmująca. — Sam mnie wpuściłeś.

— Co?

Pięknie, najwidoczniej po tym, co zafundowała mu Pansy, dostał jeszcze amnezji. Świetnie. Po prostu świetnie. Jak ją dorwie, to powyrywa jej wszystkie włosy z głowy. No dobrze, sam zachował się kiedyś wobec niej paskudnie, ale przeprosił i było mu autentycznie przykro. Pansy nigdy nie należała do jego przyjaciół. Ślizgoni nie wierzyli w takie rzeczy jak przyjaźń. Takie więzy jedynie człowieka osłabiały. Wierzyli za to w solidarność i znajomości, z których obie strony mogły czerpać korzyści. Draco uważał Pansy właśnie za kogoś takiego, za — na tyle na ile pozwalał zdrowy rozsądek — zaufaną partnerkę w życiowym biznesie.

— Jesteś jakiś dziwny — powiedziała Granger, spoglądając na niego. — Dobrze się czujesz?

Draconowi przypomniał się koszmar, który śnił mu się często na pierwszym roku. Źle się czuł, szedł do Skrzydła Szpitalnego, Pomfrey dawała mu eliksir zbijający gorączkę, po którym Draco momentalnie zasypiał. Kiedy się budził, okazywało się, że był Weasleyem i nikt go nie rozpoznawał. Rodzice przyjeżdżali do Hogwartu i zabierali na święta jakiegoś innego czystokrwistego chłopca, który, jak mówiła matka, będzie się ładnie prezentował w salonie obok portretu dziadka Abraxasa. A Dracona siłą przygarniali Weasleyowie, którzy żyli w kanałach i kąpali się w szambie. Jeden z Weasleyów, ten strasznie nadęty i zarozumiały prefekt, Peter, czy jakoś tak, mówił mu, że jeśli będzie grzeczny, to dostanie własny kanał do mieszkania, bo ministerstwo było w tym roku strasznie hojne w rozdawaniu komunalnych mieszkań. A potem Draco budził się naprawdę, zlany potem, i obiecywał sobie, że nigdy, przenigdy nie zawiedzie rodziców.

W każdym razie Draco przypomniał sobie o swoim starym koszmarze i przeszedł go dreszcz niepokoju. Zerknął na wiszące obok lustro i niemal westchnął z ulgi, gdy zobaczył w nim samego siebie.

Skoro to nie sen, a on nie zamienił się w Weasleya, czemu Granger zachowywała się tak poufale?

— Co tutaj robisz?

Granger westchnęła i podciągnęła się do pozycji siedzącej.

— Jak widać, czytam. Ale naprawdę, naprawdę nie lubię tej książki.

Draco, wbrew zdrowemu rozsądkowi, zaciekawiony, pochylił się nad nią, żeby zerknąć na tytuł. Natychmiast rozpoznał okładkę, chociaż palec Granger zasłaniał część zamaszystych liter. „Najpopularniejsze czarodziejskie legendy Albionu". Jedna z ulubionych lektur jego matki, którymi dręczyła go w dzieciństwie. Draco nie cierpiał tych historii. Były głupie, naiwne, ckliwe i nudne. Żadnych walk na epickie miecze, smoków niszczących całe miasta, czarodziejów mogących jednym ruchem palca wysadzić w powietrze cały zamek czy walających się wszędzie flaków i pourywanych, zakrwawionych członków. Ale jego matka je uwielbiała i zmuszała go do czytania, bo jej zdaniem były to historie, które powinny kształtować serca młodych czarodziejów. Matka zawsze miała skłonność do kiczu. Draco nigdy nie potrafił zrozumieć, co takiego wartościowego widziała w tych dziewczyńskich opowiastkach o bzdurnej miłości. O wiele bardziej wolał naukę latania z ojcem i wspólne wypady na Nokturn.

Jednak pomimo tego niezrozumienia obaj z ojcem myśleli o słabości matki z czułością.

Granger otworzyła książkę i pokazała mu legendę, którą czytała. Ta była o Sheenie o Smutnych Oczach, historia, do której lektury jego matka nie zasiadała bez aksamitnej, wykończonej kunsztownym haftem chusteczki pod ręką. Draco pamiętał z niej tylko tyle, że nie kończyła się szczęśliwie.

— Skąd masz tę książkę?

— Leżała na kanapie. Mam rację, prawda? Źle się kończy?

Draco nie odpowiedział. Spojrzał na nią, nagle zaskoczony tym, jak blisko niej się znalazł. Nawet nie zauważył, kiedy obok niej uklęknął. Jeszcze dziwniejsze było to, co zdarzyło się potem. Granger zsunęła się z kanapy, położyła dłonie na jego ramionach i go pocałowała. Lekko i niewinnie, jak mogłaby całować mała dziewczynka, gdyby nie to, co robiły jej dłonie. Powędrowały z jego ramion przez klatkę piersiową, aż zatrzymały się nisko na jego brzuchu, tam, gdzie zaczynały się spodnie. Draco poczuł uderzającą falę gorąca.

— Co robisz? — spytał głupio.

Granger uśmiechnęła się tak, jak nigdy nie uśmiechała się do niego. Czuły uśmiech, o którym gdzieś kiedyś może śnił, ale nawet jeśli tak było, nie przyznałby się do tego nikomu.

— Spokojnie, Draco — powiedziała, całując go w nos. — Zajmę się wszystkim. Nie musisz nic robić.

I zanim zdążył spytać o cokolwiek innego, zaczęła rozpinać guziki swojej szaty. Draconowi wyrwał się jęk zaskoczenia, kiedy zobaczył, że niczego pod nią nie miała. Nawet bielizny. Granger uniosła ręce i pozbyła się okrycia przez głowę. Naga wyglądała prześlicznie, dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażał. Gładka, brzoskwiniowa skóra, kształtne piersi, wąska talia płynnie przechodząca w lekko zaokrąglone biodra, gęste, grubo skręcone loki okrywające plecy i pojedynczo opadające na dekolt. Wyciągnął dłoń, sięgnął po jednego z nich i bezwiednie okręcił go sobie wokół palca.

— Zrobię, co tylko chcesz — wyszeptała z dłońmi w jego spodniach. Jej palce wsunęły się pod gumkę bielizny i połaskotały nasadę fiuta, nim przejechały po całej długości. — Jestem tylko twoja.

— A Weasley? — Nie, żeby chciał o to pytać w takiej chwili, ale pytanie samo mu się wyrwało.

Granger zachichotała.

— Och, proszę cię — powiedziała, wciąż rozbawiona. — On nie dorasta ci do pięt. Zawsze chciałam być tylko twoja… — Pochyliła się nad nim. — …całować tylko ciebie… — Jej usta musnęły jego wargi, naparła na nie językiem, a kiedy je rozchylił, chwyciła dolną między zęby i leciutko przygryzła. — …dotykać tylko ciebie… — Jej dłoń poruszyła się pewnie na jego członku. — …pieprzyć się z tobą do utraty tchu. — Sięgnęła drugą ręką do jego bielizny i zsunęła ją tyle, by go uwolnić.

Był podniecony już w tamtym momencie, ale pełnej erekcji dostał dopiero, gdy Granger pochyliła się, jej włosy połaskotały go po udach i brzuchu, a jej słodkie, ciepłe wargi objęły jego żołądź. To wydawało mu się tak dobre, tak przyjemne, tak intensywne, jakby doświadczał tego po raz pierwszy w życiu. Mógłby dojść po kilku sekundach, gdyby Granger co chwilę nie zwalniała. Po krótkiej chwili tych rozkosznych tortur wyprostowała się i otoczyła go nogami. Dłońmi zaparła się o krawędź kanapy, na której Draco oparł plecy. I spojrzała na niego.

— Jesteś taka piękna — wyszeptał, sięgając do jej twarzy. Granger przymknęła oczy, więc delikatnie przesunął kciukami po jej powiekach. — I moja, tylko moja.

— Tak — zgodziła się entuzjastycznie. — Całkowicie twoja.

Naparła na niego biodrami i w jednej chwili jego fiut wsunął się w jej mokre wnętrze. W następnej przedarł się przez ciasne wejście i utonął w aksamitnych, pulsujących gorącem miękkościach. Granger przycisnęła się do niego, aż zanurzył się w niej do końca. A potem ze skupioną miną, jakby robiła bardzo ważny projekt na zajęcia, zaczęła poruszać biodrami. W górę, w dół, w górę, w dół. Draco uznałby jej zaangażowanie za zabawne, gdyby nie był tak pochłonięty jej widokiem, dotykiem, zapachem… Przysunęła się bliżej. Jej twarde sutki otarły się o niego, gdy szeptała mu do ucha czułe słowa pełna uznania dla niego i jego umiejętności. Położył dłonie na jej biodrach i pociągnął ją mocniej w dół, szybciej w górę, i jeszcze, i jeszcze, zasłuchany w ten mokry, rozkoszny rytm i zapatrzony w swojego członka znikającego raz za razem w jej ciele.

Merlinie, jeśli to sen, to daj mi chwilę, kilka sekund, nim…

Jeszcze raz pociągnął ją gwałtownie w dół i przytrzymał. Zanurzył twarz w jej włosach i potarł nosem jej ucho. Czy naprawdę właśnie skończył w Granger? Jakim cudem mu na to pozwoliła? Jak to się stało, że…?

Przymknął oczy, wyrównał oddech, a kiedy uchylił powieki, zobaczył w zawieszonym na suficie lustrze siebie leżącego na wielkim, tandetnym, czerwonym łóżku i ciemnowłosą dziewczynę, opierającą się plecami o materac i piłującą paznokcie.

Pansy!

Poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Zerwał się z łóżka i nim Pansy zdążyła zareagować, złapał ją za gardło i docisnął tył jej głowy do materaca. Pilnik z metalicznym brzękiem odbił się od podłogi.

— Spokojnie… — zaczęła, ale Draco natychmiast jej przerwał.

— Gdzie jest moja różdżka?! Co zrobiłaś z moją różdżką?!

Pansy zaczęła się krztusić, więc Draco zwolnił nieco uścisk, chociaż czuł narastający w nim gniew. Pansy go wykorzystała! Zaufał jej, a ona go uśpiła. Czego mogła od niego chcieć? Czy miał jakieś informacje, na których mogło jej zależeć? A może po prostu chciała się odegrać za tamten wypadek z Imperiusem? Ale to było tak dawno temu, czy naprawdę jeszcze się o to złościła? Mózg mu parował od myśli, jakie to klątwy mogła na niego rzucić, gdy leżał nieprzytomny. Jak mógł być tak głupi, tak naiwny, żeby myśleć, że przez wzgląd na to, co ich kiedyś łączyło, nic mu nie groziło z jej strony.

— Na łóżku. Leżała obok ciebie, gdy spałeś.

Draco sięgnął po nią na oślep, ze zdziwieniem wymacał ją pod poduszką i przystawił Pansy do nosa.

— Przysięgam, że jeśli coś mi zrobiłaś…

— Uspokój się! Nic ci nie zrobiłam! Musiałam… Puść mnie, to ci wszystko wytłumaczę!

Chociaż krzyczała, wcale się nie szarpała. Leżała pod nim wiotka i zupełnie się nie broniła.

— Różdżka. Twoja różdżka. Gdzie jest? — spytał oschle.

— Za tobą. Na podłodze.

Draco najpierw upewnił się, że różdżka faktycznie tam jest. Potem rzucił szybkie zaklęcie skanujące na wypadek, gdyby okazała się falsyfikatem lub gdyby Pansy miała inną pod ręką. Dopiero na końcu puścił Pansy i sięgnął po jej własność.

Pansy patrzyła na niego spode łba, rozmasowując szyję. Włosy miała potargane.

— Prawie mnie zabiłeś — rzuciła z wyrzutem. — Gdybym wiedziała, że tak agresywnie zareagujesz, przykułabym cię do łóżka.

Draco rzucił na pokój najlepsze zaklęcia antypodsłuchowe i odstraszające, jakie znał.

— Gadaj. Masz pięć minut, aby mnie przekonać.

Pansy wywróciła oczami, kaszlnęła parę razy, po czym wreszcie się odezwała:

— Wybacz, że cię tak potraktowałam, ale nie miałam wyjścia. Od jakiegoś czasu mam przeczucie, że… nie, nie przeczucie, jestem pewna, że ktoś wie, co robimy. Ja i ty. Jeśli tylko znajdę jakiś trop, następnego dnia się urywa… Ludzie znikają albo zapominają, co chcieli mi powiedzieć… Jedna narkomanka fiukała do mnie siedmiokrotnie, mówiąc, że wie coś o Sennej Wróżce, ale potem zaczynała snuć strasznie nudne historie o wojnach goblinów, pod koniec opowiadała i płakała, tak jakby nie mogła przestać mówić. Oglądałam te wspomnienia niezliczoną ilość razy, ale jestem pewna, że w tych opowieściach nie zaszyfrowała żadnej wiadomości. To były po prostu przypadkowe historie, nie mające nic wspólnego ze sprawą, z którą do mnie fiukała. Podejrzewam, że ktoś zawiązał jej język.

Draco wiedział, co Pansy miała na myśli. Istniało wiele czarnomagicznych klątw mających przeszkodzić zaczarowanym osobom w wyjawianiu tajemnic. Wszystkie tego typu czary nazywano „zawiązywaniem języka". Nazwa ta wzięła się od jednej z najstarszych klątw, która dosłownie zawiązywała przeklętemu język w supeł nie do rozwiązania.

— Co to ma wspólnego z tym, jak mnie potraktowałaś? — spytał, nie przestając patrzeć na nią ozięble.

— Ponieważ coraz więcej ludzi w moim otoczeniu zaczynało zachowywać się dziwnie, doszłam do wniosku, że gdzieś blisko jest ktoś, kto miesza ludziom w głowie…

Draco prychnął.

— Jak? Imperiusa zdejmie każda bramka.

— O ile ktoś przez tę bramkę przejdzie — zauważyła Pansy z nutą zniecierpliwienia w głosie. — Nikomu poza tobą nigdy nie mówiłam, co odkryłam, a jakimś cudem ktoś docierał przede mną do ludzi, od których miałam nadzieję coś wyciągnąć. Zaczęłam podejrzewać…

— Mnie?!

— Nie. Nie ciebie. Zaczęłam podejrzewać, że ktoś mógł, wiesz, wedrzeć ci się do umysłu i rozkazać ci coś zrobić? Nie znam się na czarnej magii, ale trochę o tym czytałam i wiem, że Imperius nie jest jedynym czarem, który tak działa.

— Pewnie, istnieje cała rodzina klątw, które mają podobne do Imperiusa podłoże. Imperius stał się najpopularniejszy, bo jego moc wiąże się z emocjami rzucającego, wystarczy bardzo chcieć, by kogoś skutecznie przekląć, nie trzeba być biegłym czarnoksiężnikiem. Nawet Crabbe nie miał z tym nigdy problemów, a co jak co, ale jego zdolności i poziom intelektualny pozostawiały wiele do życzenia. Ale to, o czym wspominasz, to bardzo silna czarna magia, niewielu jest czarodziejów, którzy mogliby użyć tak potężnych klątw. — Jemu przychodził na myśl tylko Czarny Pan. — To wysoce nieprawdopodobne, by coś takiego faktycznie miało miejsce.

— No dobrze. Ale przyznasz mi rację, że nie jest to całkowicie niemożliwe. Dlatego musiałam sprawdzić, czy na pewno przekazuję informacje tobie i czy na pewno to ty chciałeś, żebym ci pomogła. Dlatego musiałam cię uśpić, maksymalnie osłabić twoją mentalną obronę i sprawdzić, czy nikt nie grzebał ci w głowie.

— I żeby to zrobić sama zaczęłaś w niej grzebać? — rzucił ze złością. — Nie mogłaś, no nie wiem, po prostu powiedzieć mi o swoich podejrzeniach, a potem sprawdzić mnie za moją zgodą?

Pansy uśmiechnęła się ponuro pod nosem.

— O, pewnie. Bez urazy, ale cenię sobie swoje życie. Co by było, gdybyś jednak był pod wpływem kogoś innego i ten ktoś kazałby ci zamordować każdą osobę, która zacznie coś podejrzewać? Pomyślałeś o tym?

Draco westchnął. Pochylił głowę w skupieniu.

— Dobra. Skąd mogę mieć pewność, że teraz ty nie namieszałaś mi w głowie, skoro do niej wlazłaś bez mojego zaproszenia?

Pansy oparła się ciężko o materac.

— Myślałam, że bardziej mi ufasz. Jeśli chcesz, zawsze możesz iść do Munga i kazać się przebadać pod tym kątem. Dla twojej informacji, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, gdy zaczęłam mieć te paranoiczne myśli, było przebadanie samej siebie. Dopóki się nie upewniłam, że z moim mózgiem wszystko w porządku, podejrzewałam, że sama siebie sabotuję. Sprawdziłam nawet mojego narzeczonego i wszystkich moich najbliższych znajomych. Była z tym kupa roboty, bo nikt z nich nie mógł się zorientować, co robię… — Odchyliła głowę i oparła ją ciężko na łóżku. Westchnęła i rozłożyła szeroko ręce, zapadając się w miękkim materacu. — Poza tym dałam ci Kroplę Marzeń Sennych. Gdybym chciała cię skrzywdzić, chyba nie zależałoby mi na tym, by śniły ci się dobre rzeczy, co?

Draco nie był przekonany. Ale prawdę mówiąc, cokolwiek Pansy by mu nie powiedziała, nie potrafiłaby go skłonić, by uwierzył jej w stu procentach. Nawet gdyby jakimś cudem udało mu się podać jej Veritaserum, zawsze istniało ryzyko, że okłamie go nieświadomie. Wystarczyłoby, że wierzyłaby, że mówi prawdę.

Tak naprawdę wcześniej też nie ufał jej całkowicie. Po wojnie nikomu nie potrafił w pełni zaufać. Jednak zdecydował się poprosić ją o pomoc, dlatego że naprawdę jej potrzebował. Znalezienie twórcy Sennej Wróżki było więcej niż sprawą honoru.

— Naprawdę dałaś mi Kroplę Marzeń Sennych?

Nie, żeby nie miał wcześniej erotycznych snów z Granger w roli głównej, ale jeszcze nigdy nie fantazjował o niej w taki sposób. Jak na jego gust było tam za dużo gadania i za mało prawdziwego pieprzenia.

Pansy na dowód sięgnęła do kieszeni, skąd wyciągnęła niepełną buteleczkę. Oryginalne pojemniki były odporne na umieszczanie w nich czegoś innego niż eliksir, który został do nich przypisany. Draco natychmiast zauważył jednak, że samo posiadanie buteleczki nie mogło potwierdzić jej wersji wydarzeń. Ale nie zamierzał o tym wspominać. Drążenie tematu i tak w niczym go nie upewni.

— Śniło ci się coś dobrego? — spytała nonszalancko, chowając miksturę do kieszeni.

— Tak. I dzięki temu rzeczywistość wydaje się jeszcze gorsza, niż była godzinę temu.

Wstał, podszedł do okna i wyjrzał przez nie, żeby się upewnić, że tak jak od dłuższego czasu podejrzewał, wciąż byli w burdelu. Nie zawiódł się.

— Ta dziwka była tylko przynętą czy serio miała dla nas jakieś informacje?

— Nie była tylko przynętą. Ucięłam sobie z nią arcyciekawą pogawędkę, kiedy spałeś. Oczywiście powiedziałam jej, że masz strasznie słabą głowę i po prostu się spiłeś. Jest teraz w pokoju gościnnym z klientem, wyszła dosłownie z kwadrans przed tym, jak się obudziłeś, więc pewnie minie dłuższa chwila, zanim wróci.

Draco nie chciał tracić czasu na rozmowę z dziwką.

— Czego się dowiedziałaś?

— Według niej w piątek w Podziemiu pojawi się diler Sennej Wróżki. Takie też słuchy chodzą wśród ćpunów. Plotka pojawiła się w różnych, niepowiązanych ze sobą grupkach, więc są spore szanse, że jest prawdziwa.

— Łysy, chudy, rosyjski akcent. Dobrze pamiętam?

Pansy skinęła głową.

— Z tego, co się dowiedziałam, nie jest łatwo ją dostać, tak samo jak nie jest łatwo spotkać dilera. Podobno musisz pojawić się w klubie, a jeśli diler będzie chciał ci sprzedać Senną Wróżkę, sam cię znajdzie.

— Zaje-kurwa-biście. Brzmi jak świetny plan — wycedził przez zęby.

Opadł na łóżko, ale szybko podciągnął się do pozycji siedzącej, gdy jego wzrok natrafił na wiszące na suficie lustro. Takie usytuowanie zwierciadła kojarzyło mu się jednoznacznie. I to zdecydowanie nie był temat, o którym chciał myśleć w takim momencie. Oparł łokcie na kolanach i pochylił głowę.

— Chętnie bym się z tobą przeszła, ale wolę się nie narażać. Draco?

— Hmm?

— Ta sprawa naprawdę robi się niebezpieczna. Bądź czujny. — Choć jej słowa można było uznać za przejaw troski, ton głosu miała suchy i beznamiętny.

Draco uśmiechnął się pod nosem.

— Po dzisiejszej przygodzie z tobą na pewno będę.

Pansy położyła się na brzuchu obok niego. Jej twarz znalazła się tak blisko jego dłoni, że czuł na palcach ciepło jej oddechu. Oddychała szybko i płytko.

— Naprawdę nie chciałam tego robić, ale nie widziałam innego wyjścia. — Najwidoczniej czekała na jakąś jego reakcję, ale gdy ta nie nastąpiła, zakomunikowała cicho: — Mam jeszcze dla ciebie wiadomość.

Draco zerknął na nią znad złączonych palców.

— Od kogo? — spytał podejrzliwie.

— Od twojego ojca.

Draco w jednej chwili zesztywniał. Dłonie samoistnie zacisnęły mu się w pięści, więc schował je do kieszeni szaty.

— Widziałaś się z moim ojcem? — spytał oschle.

— Tak. Piszę artykuł o warunkach więźniów w Azkabanie, a że mój narzeczony ma tam wtyki, wystarczyło ładnie się uśmiechnąć do odpowiednich ludzi, by dostać widzenie. Wygląda mizernie. Ledwie go poznałam…

— Zamknij się — wysyczał przez zęby. — To nie twoja sprawa, nie masz prawa go odwiedzać.

Pansy przewróciła oczami, spoglądając na niego z poziomu materaca.

— Oczywiście, że to nie moja sprawa — zgodziła się głosem tak słodkim, że aż mdłym. — Żal mi jednak twojego ojca. Zawsze był dla mnie miły.

— Jeśli „zawsze" liczysz od czasów, kiedy twój brat zbił fortunę na handlu klątwami na Bliskim Wschodzie, to faktycznie nie sposób nie przyznać ci racji — sarknął.

— To tylko sprawia, że lubię go jeszcze bardziej. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło. Och, zawsze był taki rozsądny! Powiedział, żebyś zapomniał o waszej ostatniej rozmowie i przyszedł go odwiedzić. Jego słowa, nie moje.

Draco zacisnął zęby. Przez chwilę pokusa ponownego zobaczenia ojca była tak wielka, że chciał iść już, teraz i natychmiast żądać widzenia. Szybko się opanował. Nie był dłużej małym chłopcem. Potrafił być cierpliwy.

Oczy Pansy błyszczały w ciemnym, rubinowym świetle rzucanym przez zapalone nad łóżkiem lampki. Draco nie zamierzał zaspokoić jej ciekawości. Wstał z zamiarem wyjścia bez słowa, ale wtedy drzwi do pokoju otworzyły się i przeszła przez nie Dame du Lac.

— Jeszcze tu jesteście? — spytała z teatralnym zdziwieniem, poprawiając wiązania ozdobnego szlafroka. Zmierzyła Dracona spojrzeniem. — Widzę, że przynajmniej stanąłeś na nogi. Na przyszłość: alkohol goblinów nie jest dla takich delikatnych chłopców.

— Nie jestem delikatny — zaprotestował, urażony.

Dame du Lac uśmiechnęła się zadziornie.

— Oczywiście, że nie. Ale naprawdę narobicie mi kłopotów, jeśli zostaniecie dłużej. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że z wami rozmawiałam.

Pansy kiwnęła głową i zsunęła się z łóżka. Sięgnęła po leżący na podłodze pilnik. Draco wykorzystał tę chwilę, aby spytać:

— Naprawdę nie ma sposobu, aby samemu znaleźć dilera?

Dame du Lac oparła się biodrem o tandetną, połyskliwą toaletkę.

— Nie ma. Jak mówiłam twojej koleżance, diler sam cię znajdzie…

— Jeśli uzna, że warto mnie znaleźć — przerwał jej niecierpliwie Draco.

— Na twoim miejscu nie zaprzątałabym sobie tym głowy. Jestem pewna, że z chęcią się z tobą zobaczy, jeśli tylko pojawisz się w Podziemiu.

Draco zmarszczył brwi, a Pansy przestała grzebać w torebce, by utkwić w Dame du Lac podejrzliwie spojrzenie.

— Co masz na myśli? — spytała, zanim Draco sam zdążył to zrobić.

— Nie jestem idiotką, wiem, kim jesteś. — Kiwnęła w stronę Dracona brodą, a potem utkwiła wzrok w jego lewym rękawie; spojrzenie było tak intensywne, że Draco poczuł mrowienie w przedramieniu. — To zapewni ci jego uwagę.

Pansy zerknęła na niego. Widział w jej oczach, że tak jak on, nie była przekonana, czy był to ten rodzaj uwagi, na który oboje liczyli.


Kiedy kilkanaście minut później Draco, już bez towarzystwa Pansy, przedzierał się przez zaspy w stronę Hogwartu, nie miał najlepszego humoru.

Nadszedł czas, by odwiedzić Granger.


Hermiona siedziała wciśnięta jak najgłębiej w miękko wyściełany fotel i patrzyła na znajdującego się po przeciwnej stronie biurka Malfoya z irytacją. Od kilku godzin przeglądała kopie akt ze sprawy Lavender, które dostała od jej obrońcy — notabene, człowieka leniwego i kompletnie bezużytecznego. Jej ofertę pomocy przyjął z niekrytym entuzjazmem, który Hermiona odczytała jako „całe szczęście, że znalazł się jakiś kretyn, który odwali za mnie całą robotę". Hermiona nie była zadowolona, bo liczyła, że podzielą się pracą na dwoje. Złość jej jednak szybko przeszła, gdy uświadomiła sobie, że i tak nie chciałaby pracować z kimś tak niekompetentnym i w sumie powinna się cieszyć, że przynajmniej obrońca nie będzie jej sprawiał problemów.

Sprawa Lavender była o tyle trudna, że tak naprawdę nikt nie wiedział, na jakiej zasadzie działa Senna Wróżka. Nie istniało żadne źródło, które potwierdzałoby tak znaczący wpływ narkotyku na zachowanie czarodziejów. Na dodatek prawie wszystkie dane na temat Sennej Wróżki, jakimi dysponowało ministerstwo, były zastrzeżone jako tajne i poufne i Hermiona nie miała do nich dostępu, podobnie jak Harry, którego poprosiła o pomoc. Czuła się jak w potrzasku. Zdążyła prześledzić przebieg kilku podobnych spraw, ale w niczym jej to nie pomogło. Kiedy między jedną chaotyczną myślą a drugą wydawało jej się, że jakieś rozwiązanie powoli zaczyna klarować się w jej głowie, przerwało jej grubiańskie najście Malfoya. Powiedziała mu (grzecznie), że jest zajęta. Malfoy odparł, że zupełnie mu to nie przeszkadza i jakby nigdy nic, zajął wolne krzesło. Chciała wierzyć, że zwyczajnie nie zrozumiał aluzji, ale nie była aż tak naiwna.

— Czego chcesz? — warknęła nieuprzejmie.

Malfoy zacmokał.

— No, no, Granger, czy to nie ty robiłaś mi ostatnio wykład na temat kultury? Jak to leciało? „Kultura jest tym, co odróżnia ludzi od zwierząt" — powiedział wolno, pochylając się na krześle w jej kierunku. Uśmiechnął się złośliwie. — Sformułowanie płynącego z tego wniosku pozostawiam tobie.

A idź do legowiska bazyliszka, ty obślizgła żmijo!

— Dobrze wiedzieć, że tak bardzo cenisz sobie moje słowa, że uczysz się ich na pamięć.

Malfoy nonszalancko wzruszył ramionami.

— Cóż, niektórzy z nas po prostu mają tak doskonałą pamięć, że jednorazowa ekspozycja na bodziec w zupełności im wystarcza, by przyswoić informację. Żal mi tych, którzy muszą godzinami ślęczeć nad książkami, by zapamiętać kilkuzdaniową formułkę.

Innego dnia Hermiona dogadałaby mu tak, że by mu w pięty poszło. Ale tego wieczora była zmęczona, senna i zirytowana swoją marną skutecznością.

— Jeśli przyszedłeś się ze mną kłócić, to drzwi są tam — powiedziała oschle, machając ręką w odpowiednim kierunku. — A jeśli faktycznie masz jakąś sprawę, to przestań cackać się z nią jak wiktoriańska panienka.

— Pomyśleć, że z dobrego serca chciałem ci zapewnić rozmowę na twoim poziomie intelektualnym. — Chociaż jego słowa brzmiały jak komplement, to sposób w jaki je wypowiedział, cedząc wyrazy i patrząc na nią drwiąco, sprawił, że odebrała je jako obraźliwe. — Przyszedłem z powodu naszego kontraktu.

— Ach tak? — Hermiona niedbale wsunęła palce we włosy, by ulżyć nieco napiętej skórze głowy. — Masz coś nowego?

Malfoy jedynie kiwnął głową, patrząc na nią z napięciem.

— Co takiego?

Ostatnio doszli do wniosku, że powinni jeszcze raz przyjrzeć się pracownikom ministerstwa. Malfoy uznał, że Hermiona kompletnie zawaliła wtedy sprawę i koniecznie musi tam wrócić. Podejrzewała, że znowu będzie ją na to namawiał.

— Możliwe, że w ten piątek nawiążę kontakt z dilerem Sennej Wróżki — powiedział idealnie obojętnym tonem. Gdyby nie niespokojne postukiwanie palca o podłokietnik, pomyślałaby, że jest zupełnie rozluźniony, a temat rozmowy jest mu obojętny.

— Co? Ale to niebezpieczne! Nie powinniśmy się tak wystawiać! Umówiliśmy się, że będziemy działać z ukrycia!

Malfoy westchnął, jakby zareagowała dokładnie tak, jak to sobie wcześniej założył. Nie wiedząc czemu, strasznie ją to zdenerwowało.

— Słuchaj, Granger — oznajmił, poirytowany. — Po pierwsze, to nie ty będziesz nadstawiać swój tyłek, więc przestań się tak trząść nad moim. Po drugie, tak, rozmawialiśmy, że byłoby lepiej działać z ukrycia, ale skoro do tej pory to nie przyniosło nam żadnych efektów, najwyższa pora zmienić plan.

— Nie zmienia się planu ot tak! — zaprotestowała.

— Chyba że jest nieefektywny.

Hermiona ze złością zacisnęła wargi. Och, wiedziała, że to był fatalny pomysł, by przyjąć ofertę Malfoya. Mogła się domyślić, że prędzej czy później, Malfoy zacznie robić, co będzie mu się żywnie podobać.

— Nie chce mi się z tobą kłócić — odezwał się, odchylając się na krześle.

Hermiona z napięciem śledziła, czy przednie nogi siedzenia uniosą się, tak jakby miało to potwierdzić jakieś strasznie ważne przypuszczenie. Nic takiego jednak się nie stało.

— Zrobię to bez względu na to, czy mnie poprzesz, czy nie — ciągnął z przymkniętymi oczami. — Nieważne jakich argumentów użyjesz, jestem zdecydowany. A dla twojej informacji, Granger, kiedy już się na coś zdecyduję, potrafię być bardzo uparty. Mówię ci to tylko dlatego, że zobowiązuje mnie do tego kontrakt, a nie chcę obudzić się jutro z pryszczami na czole. Niczego od ciebie nie chcę. Poza tym, żebyś wreszcie się ruszyła i jeszcze raz przeszukała archiwa w ministerstwie. Wątpię, żeby faktycznie mieli kreta z tymi wszystkimi zabezpieczeniami, ale lepiej dmuchać na zimne.

Hermiona przez chwilę patrzyła na niego w skupieniu, zanim westchnęła cierpiętniczo i oznajmiła:

— W takim razie idę z tobą.

Malfoy roześmiał się, a kiedy zorientował się, że nie żartowała, spojrzał na nią z przerażeniem.

— Nie ma mowy. W życiu nie widziałem gorszej do takiej akcji osoby. Nie potrafisz kłamać ani się ukrywać, zdradzisz nas, zanim zdążymy pojawić się na miejscu!

— Idę z tobą — powtórzyła — czy tego chcesz, czy nie. Jestem zdecydowana, a dla twojej informacji, kiedy już się na coś zdecyduję, potrafię być bardzo uparta.

Malfoy zmrużył oczy i zacisnął dłoń na krawędzi podłokietnika.

— Robisz mi na złość. W porządku. Zauważyłem. Nie jesteś kujonką. A teraz odpuść.

— Nie robię ci na złość — zaprzeczyła oschle. — Zależy mi na rozwiązaniu tej sprawy. Ale nie chcę, by któremuś z nas stała się krzywda. — Ani tym bardziej komuś postronnemu, gdy puszczą ci nerwy. — Uważam, że jesteś nieodpowiedzialny i potrzebujesz mojej ochrony. Dlatego powinnam pójść z tobą. Aby kontrolować sytuację i w razie czego pomóc ci się bronić.

— Nie rozumiesz, że ty jesteś moim największym zagrożeniem? Na pewno nas wydasz! Zresztą nie możemy ryzykować, że ktoś rozpozna, kim jesteś.

— Nikt mnie nie rozpozna. Są zaklęcia zwodzące, transmutacja, eliksiry…

— Zdajesz sobie sprawę z tego, jak trudno będzie mi cię przyprowadzić do klubu, omijając po drodze wszystkie bramki? Pole antyteleportacyjne nie pozwala aportować się pod sam klub.

— Klub? — podłapała Hermiona. — Świetnie. Myślisz, że ktokolwiek zwróci na mnie uwagę w klubie? Wystarczy zwykły makijaż, jakieś ciuchy, a w ciemnym świetle nikt mnie nie pozna. Idę z tobą, Malfoy.

Malfoy jęknął cierpiętniczo, co Hermiona zinterpretowała jako przyznanie się do porażki.


Uliczka była ponura i obskurna. Budynki pięły się tak wysoko w górę, że wydawało się, że napierają na i tak wąskie przejście i lada chwila runą na siebie. Widoczny nad nimi pasek nocnego nieba szarzał od dymiących gęsto kominów.

Hermionę zakuło w piersi od mroźnego powietrza, gdy zaczerpnęła gwałtownie tchu po aportacji. Przykucnęła, kaszląc i próbując wyrównać oddech. Malfoy nie zamierzał czekać, aż dojdzie do siebie. Złapał ją za ramię i siłą przywrócił do pionu, po czym wsunął jej coś do dłoni. Coś lodowatego i śliskiego. Nie udało jej się powstrzymać odruchu cofnięcia ręki. Malfoy nie wyglądał na zdziwionego. Ze stoickim spokojem ujął ją za łokieć i przyciągnął.

— Co to? — spytała, ściskając podaną jej fiolkę.

Malfoy uniósł do ust identyczną i dwoma łykami wypił wypełniający ją przezroczysty płyn.

— Jeśli chciałbym cię otruć, zrobiłbym to z większą finezją — powiedział z drwiną, gdy przełknął. — Wypij.

Hermiona zatrzęsła się z zimna. Mimo ciepła, jakie dawały otaczające ich ciasno budynki, mroźny wiatr świszczał w uliczce i przewiewał ją na wskroś.

— Co to? — powtórzyła uparcie. — Nie wypiję nieznanego eliksiru tylko dlatego, że mi tak każesz.

Malfoy westchnął z widoczną irytacją.

— Wywołuje reakcje podobne do tych, jakie powoduje większość narkotyków. Ale nie odurza. Dzięki temu będziemy wyglądać jak naćpani przy zachowaniu pełni władz umysłowych. Idziemy do klubu narkomanów, Granger. Jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, musimy wtopić się w tłum.

— Skąd masz takie rzeczy? — spytała podejrzliwie.

— Nie twój zasrany interes — wycedził uprzejmie. — Bierzesz czy nie?

Hermiona zakołysała fiolką, przyjrzała się jej uważnie i już miała przyłożyć ją sobie do ust, kiedy połączyła brak etykietki z wyżłobionym ozdobnym „M" na korku.

— Ty to warzyłeś?

— Nie. Mój ojciec. Gwarantuję, że jest bezpieczne. Nie jest laikiem w tych sprawach.

Hermiona przechyliła fiolkę. Eliksir nie miał smaku. Nie minęło jednak pięć sekund, gdy poczuła, że coś boleśnie mrozi jej żyły jak zbyt szybko wtłoczona kroplówka. Wzdrygnęła się i zaszczękała zębami z zimna. W tej chwili Malfoy niespodziewanie popchnął ją na ścianę. Od adrenaliny zaszumiało jej w uszach, a ze strachu serce zadudniło jej w piersi. Hermiona zareagowała instynktownie: jedną ręką sięgnęła do kieszeni, gdzie trzymała różdżkę, łokieć drugiej wbiła Malfoyowi w brzuch. Ten jęknął w odpowiedzi, naparł na nią silniej i wysyczał do ucha:

— Na miłość Merlina, schowaj twarz.

Hermiona przełknęła klątwę, której słowa miała już na końcu języka. Ponad ramieniem Malfoya zobaczyła zbliżającą się do nich sylwetkę. Nie zdążyła przyjrzeć się nieznajomemu, bo Malfoy własnym ciałem zasłonił widok na uliczkę. Sięgnął po kaptur jej peleryny i naciągnął go jej na głowę, zanim ona zdążyła to zrobić.

— Co to było? — spytała, gdy tylko nieznajomy zniknął w jednych ze znajdujących się po drodze drzwiach. — Masz paranoję?

— Ty idiotko — warknął Malfoy.

Złapał ją za podbródek. Tak mocno, że Hermiona jęknęła z bólu. Była jednak zbyt zaskoczona tym, że w ogóle zrobił coś takiego, by gwałtowniej protestować. Twarz Malfoya wykrzywiał grymas wściekłości. Wpatrywał się w nią tak, jakby zamierzał ją uderzyć. Albo… Cóż, pamiętała przynajmniej jeszcze jedną sytuację, kiedy tak na nią patrzył.

Próbowała cofnąć głowę, ale napotkała tylko zimną i twardą ścianę.

— Może dla całego świata to jest twarz bohaterki, ale tutaj jest jedną z najbardziej znienawidzonych. Jesteśmy na Nokturnie, Granger. Połowie mieszkających tu ludzi ty i twoi przyjaciele spieprzyliście życie. Jak myślisz, jak by zareagowali, gdyby zobaczyli cię tutaj zupełnie bezbronną? Bez przyjaciół, bez Pottera…

Było w jego spojrzeniu coś, co sprawiało, że cierpła jej skóra. To tej pory przyjście tutaj wraz z Malfoyem, by nawiązać kontakt z dilerem, uważała za jedyne rozsądne wyjście, ale teraz, gdy została z nim sama w ciemnej uliczce, pewność ją opuściła.

— Nie jestem bezbronna — odparła, strącając z twarzy jego rękę. Dumnie spojrzała mu w oczy; Malfoy nie odwrócił wzroku. — Jestem piekielnie zdolną czarownicą.

Prychnął.

— Jedną. Co jedna czarownica, nawet piekielnie zdolna, mogłaby zdziałać przeciwko tuzinowi czarodziejów? Zresztą, to nieistotne. — Potrząsnął głową i cofnął się o dwa długie kroki, aż trafił na sąsiednią ścianę. — Mam gdzieś, co by cię spotkało. Ale dzisiaj mamy sprawę do załatwienia. Więc nie zdejmuj kaptura. Jeśli ktoś cię rozpozna, będziesz musiała radzić sobie z tym sama. Nie zamierzam nadstawiać za ciebie tyłka.

Hermiona chciała powiedzieć, że w normalnych okolicznościach kaptur byłby bardziej podejrzany niż jego brak, ale potem pomyślała, że w końcu znajdowali się na ulicy pełnej opryszków. Możliwe, że krążyło tu wielu ludzi, którym zależało na ukryciu twarzy. Zwłaszcza że Malfoy wybrał taką trasę, by ominąć wszystkie bramki.

Malfoy odbił się od ściany, naciągnął kaptur i odmaszerował w stronę wyjścia z uliczki. Hermiona ruszyła w ślad za nim. Szedł tak szybko, że z trudem za nim nadążała. Po minucie dyszała jak po przebiegnięciu kilkudziesięciu jardów, więc zwolniła do własnego tempa. Nie będzie za nim ganiać. Malfoy zdążył odejść od niej spory kawałek, zanim doszło do niego, że została w tyle. Zatrzymał się i czekał na nią. Chociaż nie widziała jego twarzy, skrytej pod kapturem płaszcza, była pewna, że utkwił w niej spojrzenie pełne zniecierpliwienia i irytacji. Kiedy do niego dobiła, wyciągnął po nią rękę. Przez chwilę bała się, że chce złapać ją za dłoń, ale jego palce znowu zacisnęły się na jej łokciu.

— Podejrzanie tu pusto — powiedział cicho. — Chodź szybciej. — I pociągnął ja za sobą.

Tym razem Hermiona nie stawiała oporu. Szli spowitymi w półmroku, zwężającymi się uliczkami, jedno za drugim, bo chodnik był zbyt wąski, by pomieścić ich oboje. Jego uścisk po pewnym czasie zelżał. Już jej za sobą nie ciągnął, a jedynie nakierowywał, gdzie ma iść. Od mrozu Hermionę szczypała twarz i paliły usta. Wolną ręką poprawiła kaptur, starając się nie myśleć, że ulice są faktycznie podejrzanie puste.

W końcu zatrzymali się przed wejściem do pokątnie wyglądającego sklepu. Po szybkim spojrzeniu na okno wystawowe Hermiona wywnioskowała, że w środku sprzedawano peruki. Były bardzo brzydkie i siwe od kurzu.

— Możesz się uśmiechać. Ale nie rób nic więcej, dopóki nie powiem, że możesz swobodnie mówić — zastrzegł Malfoy, a potem, gdy kiwnęła głową na znak zgody, wszedł na stopień i stuknął różdżką w dziurkę od klucza. Nic się nie stało. — No, na co czekasz? — ponaglił ją.

Hermiona spojrzała na niego, zdezorientowana.

— Aż coś się wydarzy? — zaproponowała ironicznie.

— Mugolaki — prychnął. Hermiona odnotowała, że nie użył „szlamy". — Przejście jest już aktywne. Przechodź. Przez okno.

Jej pierwsza myśl brzmiała: „Ale jak? Nie ma klamek". Sekundę później przyszło olśnienie. Wyciągnęła rękę w stronę szyby i kiedy nie poczuła żadnego oporu, przeszła przez nią na drugą stronę. Malfoy pojawił się tuż za nią. Znaleźli się w pustym, ciemnym pokoju. Hermiona omal nie podskoczyła, gdy z półmroku wyłonił się postawny mężczyzna.

— Mam nadzieję, że nie wpuszczacie do środka samego plebsu — powiedział Malfoy aroganckim tonem, ściągając kaptur. — Nie mam ochoty bawić się z motłochem.

Dumnie zadzierał głowę i patrzył na mężczyznę tak impertynencko, że gdyby Hermiona nie usłyszała lekkiego drżenia w jego głosie, nie zorientowałaby się, że jedynie udaje pewność siebie.

Nieznajomy odburknął coś tak cicho, że Hermiona nie zrozumiała słów. Malfoy pochylił się nad nim i zaczęli dyskutować o czymś półgłosem.

Hermiona pomyślała, że po raz pierwszy miała do czynienia z takim Malfoyem. Malfoyem, który wykazuje się sprytem, by rozwiązać jakąś sprawę. Wiedział, jak poruszać się po Nokturnie, pomyślał o eliksirze, znalazł trasę wolną od bramek… Normalnie takie zachowanie skojarzyłoby się jej z aurorami, w przypadku Malfoya skojarzenie było inne. Śmierciożercy. Czy właśnie wykonując misje dla Voldemorta, Malfoy nauczył się tego wszystkiego?

Malfoy skończył rozmawiać z czarodziejem i zawołał ją do siebie. Nieznajomy próbował zajrzeć jej pod kaptur, ale Hermiona pochyliła głowę. W spojrzeniu i twarzy mężczyzny było coś, co ją przerażało, jakaś zwierzęcość i nieobliczalność. Coś, co przywoływało stare wspomnienia.

Poczuła rękę Malfoya na ramieniu. Szarpnął nią do tyłu. Wpadła na niego plecami, ale po raz pierwszy uznała jego obecność za pocieszającą, a nie alarmującą.

— Mówiłem. Jest moja. Nie chcę, by ktokolwiek jej dotykał.

Mężczyzna oblizał usta. Gest, który tak bardzo skojarzył się jej z Greybackiem, że cofnęłaby się jeszcze o krok, gdyby nie opierała się na Malfoyu.

— Spokojnie, chciałem ją tylko obejrzeć — odrzekł nieznajomy z uśmiechem.

— Nikt nie będzie jej oglądał — warknął Malfoy, a potem cofnął się, odwrócił ją przodem do siebie i zapiął jej na ręce zimną, metalową bransoletkę.

Chciała spytać, co to, ale kiedy otworzyła usta, Malfoy spojrzał na nią z naganą. Przypomniało jej się, że miała się nie odzywać, dopóki Malfoy nie powie, że mogą rozmawiać swobodnie. Zagryzła wargi, wpatrując się podejrzliwie w bransoletkę. Nie ufała Malfoyowi, to jasne, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że Malfoy nie mógł jej poważnie skrzywdzić. Zbyt wiele miał do stracenia. Mnóstwo ludzi, także w ministerstwie, pozostawało wściekłych, że tak łatwo udało mu się wymigać od Azkabanu. Jeden nieodpowiedni ruch z jego strony i na pewno znalazłoby się kilku aurorów, którzy dopilnowaliby, by tym razem skończył za kratkami.

— Chodź. — Malfoy położył jej dłoń na plecach i delikatnie popchnął w stronę stromego zejścia, prowadzącego najpewniej do piwnicy. — To wejście do klubu — szepnął jej do ucha, gdy stawiła lekki opór.

Im dalej schodzili, tym schody robiły się szersze i mniej zakręcone. Wreszcie dotarli na sam dół i wyszli do migającego jaskrawymi kolorami wnętrza, gdzie natychmiast uderzyła w nich ściana dźwięku. Malfoy rzucił wokół nich zaklęcie wyciszające odgłosy z zewnątrz.

— Możemy rozmawiać.

— Co to jest? — spytała natychmiast, wskazując bransoletkę.

— Ochroni cię przed takimi jak ten na górze — odparł znudzonym tonem, rozglądając się po tańczącym tłumie za jej plecami.

— Takimi jak ten na górze? — powtórzyła ze zmarszczonymi brwiami.

— Wilkołakami, wampirami, wróżkami… Generalnie: nieludźmi. Jest ich tu sporo i lubią zabawiać się z ludźmi.

— Dlaczego ty jej nie masz?

Malfoy zmarszczył nos z irytacji.

— Bo ja mam szukać kontaktu z dilerem, który, cóż, może nie być człowiekiem — odparł tonem, który jasno sugerował, że sama powinna się tego domyślić. — Nie chcę sobie tego utrudniać.

— Ale to niebezpieczne! — zaprotestowała.

Malfoy przewrócił oczami.

— Nie bardziej niż obiady z Greybackiem i ciotką Bellą. Słuchaj, pokręcę się trochę i…

Ciotką Bellą. Hermiona nie opanowała grymasu.

— Nie zostawię cię! Nie możemy się rozdzielać, jeśli mamy się nawzajem osłaniać!

Malfoy zacisnął szczęki. Wiedziała, że uważał ją za niepotrzebny balast, ale jego podejście do sprawy tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że sam mógł być niebezpieczny dla siebie i otoczenia. Nie mogła pozwolić, by się rozdzielili i by ktoś na tym ucierpiał.

— Jesteś taka…

Ale nigdy nie dowiedziała się, jaka jest, bo Malfoy zniósł wzniesione wcześniej bariery i zalała ich fala dudniących dźwięków. Ruszył w stronę tańczącego tłumu, a Hermiona podążyła za nim. Dopiero teraz jej oczy przyzwyczaiły się do migającego światła i mogła przyjrzeć się wnętrzu. Było to ogromne pomieszczenie z wysoko zawieszonym sklepieniem, które przywodziło na myśl gotycki kościół. Neonowe światła tańczyły po łukowatych oknach, wyostrzały rysy wyłaniających się z mroku rzeźb, odbijały się od kryształów zwisających z ozdobnych żyrandoli. Na ścianie, którą mijali, Hermiona zauważyła płaskorzeźbę przedstawiającą skrzydlate stworzenia, ucztujące przy stole, na którym leżał człowiek. Tak ją to przestraszyło, że omal nie wpadła do fontanny, która wyrosła przed nią znienacka. Posągowa kobieta pochylała w jej kierunku marmurową twarz. Miała dzikie spojrzenie i spiczasto zakończone uszy. Z jej dłoni tryskała burgundowa ciecz, wypełniając basen rozpościerający się u jej stóp. Dopiero, gdy Hermiona zauważyła papierowo bladych ludzi, sięgających do niego kielichami, zorientowała się, że to, co wypełniało fontannę, to nie barwiona woda. Przeniosła spojrzenie na tańczących. Szybko zmieniające się światła i słupy wirującego na parkiecie dymu sprawiały, że ich twarze wydały jej się bardzo nieprzyjazne. Część z nich miała ostre zęby, inni błyszczące w półmroku żółte ślepia, kolejnym wyrastały z pleców srebrzyste, wróżkowe skrzydła. Tłum zaczął na nią napierać. Miała wrażenie, że część stworzeń gestami zaprasza ją do wspólnej zabawy. Poszukała ręki idącego przed nią Malfoya i wsunęła dłoń w jego dłoń, nie chcąc go zgubić. Przez chwilę bała się, że się jej wyrwie, ale po ułamku sekundy poczuła, jak palce Malfoya obejmują jej. Mocno. Mocniej, niż to było konieczne, ale tym razem ani trochę jej to nie przeszkadzało.

Przez jakiś czas błądzili, jak wydawało się Hermionie, bez celu wśród tańczących. Gdy okrążyli parkiet trzykrotnie, Malfoy zatrzymał się.

— Zauważyłaś coś?

— Nie. A ty?

— Jest kilka dilujących dzieciaków, ale żaden z nich nie jest tym, którego szukamy.

— Skąd wiesz?

— Po prostu wiem. Zaufaj mi, znam ten świat lepiej niż ty.

Nie mogła mu odpowiedzieć, bo muzyka z usypiającej kołysanki płynnie przeszła w przeraźliwie głośny, szybki kawałek. Tłum przyspieszył.

— Więc co?! — krzyknęła mu do ucha. — Udajemy, że tańczymy i rozglądamy się dalej?! — zaproponowała.

To mogło okazać się interesujące. Taniec z Malfoyem. W atmosferze tego miejsca było coś porywającego, coś, co sprawiało, że miało się ochotę przyłączyć do tańczących i kręcić się z nimi, kręcić i kręcić, aż zabrakłoby jej tchu.

Całe szczęście, że Malfoy okazał się rozsądniejszy. Pokręcił głową. I wskazał czubkiem brody zaciemnione wnęki. Kilka z nich było całkowicie odkrytych dla ludzi z zewnątrz.

— Przy kanapach zauważyłem coś interesującego! Chcę to sprawdzić!

Z powrotem zaczęli się przedzierać przez rozszalały od muzyki tłum, aż dotarli do miejsca, które wcześniej wskazał jej Malfoy. Przy kanapach siedziało kilkoro ludzi w imprezowych ciuchach. Hermiona dopiero po chwili zauważyła, że każda ze znajdujących się tu osób, miała różowe pasmo we włosach. To nie był pierwszy raz, kiedy spotykała się z tą dziwną modą. Ciekawego od czego się wzięła?

— Możemy się przysiąść? — spytał Malfoy z czarującym uśmiechem.

Nie wiedziała, że potrafi się tak uśmiechać.

— To prywatna impreza — odparł jeden z mężczyzn, a dwóch kolejnych poparło go skinięciem głowy.

— Wyluzujcie — powiedziała niedbale rudowłosa dziewczyna. Przesunęła się na kanapie i zrobiła im miejsce obok siebie. — Siadajcie. Ty koło mnie. — Mrugnęła do Malfoya.

Jej zachęta nie była potrzebna, bo Malfoy i tak zamierzał to zrobić. Hermiona poczuła się jak trzecie koło u wozu, więc rozejrzała się uważniej po grupie, zastanawiając się, czy znajduje się wśród nich ktoś, od kogo mogłaby coś wyciągnąć, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

— Możecie nazywać mnie Grizel — powiedziała rudowłosa, wyczarowując skądś parę kieliszków i polewając im nieznanej Hermionie fluorescencyjnej substancji. — Pijcie.

Hermiona nie chciała pić czegoś, co dostała od nieznajomej, ale kiedy Malfoy wychylił swój kieliszek bez wahania, niechętnie podążyła jego przykładem. W końcu to on się zarzekał, że wie, co należy robić. Alkohol był słodki jak czereśnie latem i cudownie rozgrzewał. Grizel zachichotała. Malfoy pochylił się nad nią i coś jej powiedział.

— Fajny pomysł z tym pasemkiem we włosach — wypaliła Hermiona.

Malfoy posłał je spojrzenie zimne jak lód. Grizel przeciągnęła dłonią po gęstych lokach. Pozostali przypatrywali jej się dosyć niechętnie.

— Podoba ci się? — spytała Grizel z psotnym błyskiem w oku. — Och, jesteś taka urocza.

I znowu im polała. Hermiona spędziła jakiś kwadrans na unikaniu zaciekawionych spojrzeń mężczyzn, piciu podsuwanych jej przez Grizel drinków i próbie podsłuchania, o czym tak zaciekle dyskutowała z Malfoyem.

— Wiecie — odezwał się głośniej Malfoy tak, by wszyscy mogli go usłyszeć. — Tak właściwie to szukamy czegoś, co da nam prawdziwego kopa. Słyszeliśmy, że w Podziemiu krąży jakiś nowy narkotyk.

— Chodzi ci o Senną Wróżkę? — spytała przyjaźnie Grizel. — Powinniście zajrzeć do Esyld. Ona kontroluje przepływ większości narkotyków.

Grizel wytłumaczyła im, w której wnęce znajdą Esyld. Kiedy Hermiona wstała, poczuła, że kręci jej się w głowie.

— Bądźcie ostrożni — ostrzegła ich Grizel na pożegnanie. — To kornwalijska wróżka. A one lubią igrać z ludźmi.

Oddali się kilka kroków, gdy Malfoy chwycił Hermionę za ramiona i przyjrzał jej się uważnie.

— Ty kretynko. Po co to wszystko piłaś?!

Hermiona zamrugała, zdezorientowana. Była znużona. Najchętniej zamknęłaby oczy i poszła spać.

— Jak to po co? Ty piłeś…

Malfoy mocniej zacisnął palce na jej ramionach.

— Nie piłem, ty mała, głupia idiotko. Udawałem, że piję. Trochę czarów, trochę sztuczek, łatwo sprawić, by ktoś widział coś, co chcemy, by zobaczył. Ty skończona idiotko. Jak się czujesz? Bardzo źle?

— Trochę senna.

Malfoy przymknął oczy i odetchnął głęboko. Poczuła ciepło jego oddechu na twarzy. Zaklął krótko, ale siarczyście.

— Dobra — powiedział, wyraźnie zły. — Nie możesz zasnąć, rozumiesz? Choćby nie wiem co się działo. Dasz radę wrócić sama do Hogwartu?

— Co? Nie zostawię cię! Nigdzie nie wracam! Jestem tylko trochę znużona, jak zawsze po alkoholu! Nic mi nie jest!

Malfoy rzucił na nią zaklęcie, pewnie trzeźwiące, bo poczuła się odrobinę mniej śpiąca.

— Jak chcesz — rzekł w końcu, niezadowolony. — Ale nie miej do mnie pretensji, jeśli coś ci się stanie.

Odwrócił się i zaczął dalej przedzierać w stronę wnęki Esyld. Wejścia do niej chroniła dwójka trolli. Choć strażnicy z uwagą się im przypatrywali, nie zaprotestowali, gdy Malfoy odsłonił połyskującą kotarę i razem z Hermioną wszedł do środka.

W pomieszczeniu pachniało wiosną.

— Witajcie — powiedziała miękko siedząca na poduszkach wróżka.

Jej delikatne jak pajęcza nić skrzydła drgnęły i zabłyszczały złociście. Hermiona po raz pierwszy widziała na żywo wróżkę. Nie były to istoty, które chętnie koegzystowały z czarodziejami. Gdyby nie ciągnące się jej przez policzki łańcuchy runicznych tatuaży, Hermiona pomyślałaby, że ma bardzo ludzką twarz: o normalnych, ciepłych oczach i łagodnie wykrzywionych ustach.

— Usiądźcie — poprosiła tym samym przyjaznym głosem, wskazując im poduszki naprzeciwko.

Posłuchali. Hermiona wpatrywała się tępo przed siebie, walcząc z zamykającymi się jej oczami.

— Szukamy Sennej Wróżki. — Malfoy nie silił się na uprzejme wstępy. — Słyszeliśmy, że mogłabyś udzielić nam informacji, gdzie ją znaleźć.

Wróżka uśmiechnęła się. Tym razem szerzej, ukazując rząd małych, trójkątnych zębów. W jednej chwili przestała przypominać człowieka.

— Mogłabym. Ale nie za darmo.

Malfoy nie wyglądał na zaskoczonego, więc zapewne się tego spodziewał. Hermiona starała się przypomnieć sobie wszystko, co kiedykolwiek czytała o wróżkach, ale nie mogła przywołać żadnej informacji przydatnej w takiej sytuacji.

— Ile będzie nas to kosztować? — spytała.

Wróżka pochyliła się. Dekolt jej sukni wygiął się, ukazując połyskującą w półmroku skórę.

— Przepływ dwóch wspomnień. Z tobą i z nim.

Malfoy zmarszczył brwi.

— Chcesz zabrać nasze wspomnienia?

— Nie, nie zabrać. Zobaczyć. Nic więcej. Mogę wam nawet obiecać, że nigdy nikomu o nich nie opowiem.

— Po co? Po co chciałabyś oglądać nasze wspomnienia?

— Z tego samego powodu, dla którego niemagiczni oglądają filmy.

Malfoy jeszcze bardziej ściągnął brwi. Zapewne dlatego, że nie wiedział, czym są filmy. Hermiona uznała za zabawne, że o to nie zapytał, nie chcąc zwracać uwagi na swoją niewiedzę. Nawet w materii, której nie uważał za wartą poznania.

— Nie — sprzeciwiła się gwałtownie Hermiona. — Nie zgadzam się.

— Możemy wybrać wspomnienie, które ci pokażemy? — indagował z kolei Malfoy.

Jak on w ogóle mógł zastanawiać się nad przyjęciem warunków tej transakcji!?

Esyld zastanowiła się.

— Nie. Wspomnienia, które pokazalibyście mi z własnej woli, nie miałyby dla mnie żadnej wartości. Więc jak? Jesteście zainteresowani?

Hermiona pokręciła głową. Malfoy wyglądał na zamyślonego.

— I obiecujesz, że nigdy nikomu nie opowiesz o tym, co zobaczyłaś? — upewnił się.

— Tak. Obiecuję.

— I że nikt tego nie zobaczy?

— Nikt poza mną i wami.

— Skąd możemy wiedzieć, że nie kłamiesz? — spytała podejrzliwie Hermiona.

— Słowa są dla mojego gatunku wiążące.

Malfoy rzucił Hermionie spojrzenie pod tytułem: „Jak możesz o tym nie wiedzieć? To podstawowa wiedza czarodziejów!". Pewnie musiał sobie odbić za te filmy.

— No dobra. Niech będzie — zgodził się Malfoy i zerknął pytająco na Hermionę.

Jak jej się to nie podobało! Nie chciała niczego załatwiać w taki sposób! Ale z drugiej strony jej bardzo przemyślane i racjonalne działania nie przyniosły do tej pory żadnych korzyści. Może faktycznie powinni sięgnąć po inne metody? Z wahaniem kiwnęła głową. Esyld uśmiechnęła się.

— Transakcja musi zostać przypieczętowana pocałunkiem.

Serce w piersi Hermiony zabiło gwałtownie. Na chwilę zapomniała, że była taka senna. Miała pocałować Malfoya? O nie, na to się nigdy nie zgodzi!

Esyld spojrzała na nią i zachichotała.

— Nie wy się macie całować, ludzka dziewczyno — powiedziała, a Hermionę natychmiast oblał rumieniec. — Pocałunek musi dotyczyć obu stron zgadzających się na przepływ wspomnienia. Czyli was i mnie. Kto pierwszy?

Malfoy wstał, podszedł do Esyld, pochylił się nad nią i bez zwłoki cmoknął ją w usta. Hermiona odetchnęła, bo przez chwilę bała się, że wróżka mogła mieć na myśli coś o wiele mniej niewinnego, na co Hermiona na pewno by się nie zdobyła. Esyld przez chwilę miała zamknięte powieki. Ciekawe, co zobaczyła. Malfoy nieporuszony wrócił na miejsce, więc pewnie nie pokazał jej niczego ważnego.

— Och, to bardzo interesujące — powiedziała Esyld, zanim otworzyła oczy i spojrzała na Hermionę. — Ciekawa jestem, co dostanę od ciebie.

Miała tyle wspomnień, którymi nie chciała się z nikim dzielić. Wzdrygała się przed myślą pokazania komuś Rona takim, jakim tylko ona go znała. Podeszła do Esyld i przycisnęła krótko jej wargi do własnych, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą.

I nagle zobaczyła przed oczami scenę, której nigdy wcześniej nie widziała. Siebie obejmującą ciasno Malfoya i mówiącą czułe słowa, których nigdy by mu nie powiedziała. To była ona, ale wyglądała zupełnie inaczej. W rzeczywistości nie miała tak idealnie skręconych włosów, takich długich nóg, tak intensywnego koloru oczy, takich kształtnych piersi…

Otworzyła oczy, a wizja zniknęła.

— Co… co to było?

— Przepływ wspomnienia — powiedziała Esyld z błyskiem w oku. — Pomyślałam, że zamiast oglądać twoje wspomnienie, pokażę ci to, które dostałam od niego — wskazała na Malfoya, który zrobił się jeszcze bledszy niż normalnie.

— Ale… to się nigdy nie wydarzyło! — zaprotestowała.

— Oczywiście, to jego fantazja. Podoba ci się?

— Nie na to się umawialiśmy — warknął wściekle Malfoy; Hermiona wolała na niego nie patrzeć. — Umawialiśmy się na…

— Dwa przepływy wspomnień. Między tobą a mną i między nią a mną. Oba nastąpiły.

— Obiecałaś, że nigdy nikt się nie dowie, co zobaczyłaś! — złościł się dalej Malfoy.

— Nikt poza wami i mną. Obietnica została dotrzymana.

Malfoy zamilkł. Hermiona nie wiedziała, czy bardziej wściekało go to, że dał się przechytrzyć, czy to, że zobaczyła coś, czego wolał jej nie pokazywać. Nie miała pojęcia, jak się zachować. Szczerze mówiąc, mimo tych kilku aluzji, jakie uczynił jej Malfoy, Hermiona nie spodziewała się, że naprawdę tak mu zależało, by mieć ją w łóżku. W dodatku nigdy nie spodziewała się, że pragnął jej tak normalnie. W jego fantazji kochał się z nią, nie pieprzył. Chciał, żeby była dla niego czuła, nie wulgarna. To była rzecz, której nie miała ochoty o nim wiedzieć.

— Dlaczego mi to pokazałaś? — spytała.

Esyld w odpowiedzi uśmiechnęła się. Oba rzędy malutkich zębów bieliły się w półmroku.

— Jesteś paskudna — powiedziała szczerze Hermiona. — Naprawdę paskudna.

— Twoja kolej — burknął Malfoy. — Gdzie jest diler?

— Czeka na ciebie na korytarzu. Wygląda na to, że szuka cię już od dłuższego czasu.