Rozdział 11

W powietrzu rozlega się strzał i John rzuca się gwałtownie na lewo. Łapie się muru uszkodzoną ręką, która boli bardziej niż powinna, ale poza tym wspina się na platformę nietknięty.

- Cholera jasna – klnie, wyglądając za róg z palcami zaciśniętymi na rękojeści browninga.

Statek oddalił się na tyle, że Sherlock nie ma już szans na doskoczenie do brzegu. John widzi, jak detektyw powala na pokład zamaskowanego przestępcę, podbiega do relingu i wyraźnie dochodzi do tego samego wniosku.

- Sherlock! – John pędzi na koniec kamiennej platformy i rzuca się na metalową barierkę, wyciągając dłoń. – Skacz! – To szaleństwo, ale – jak na nich – nie aż tak wielkie.

Następuje długi moment, w którym John czeka i czeka, a Sherlock przekrzywia głowę, patrzy na niego i... nie skacze.

Zamiast tego wykonuje gwałtowny obrót, zabiera broń powalonemu na ziemię mężczyźnie i rzuca się w kierunku pokoju sternika. Szarpie za klamkę, a John dostrzega za szybą cień.

- SHERLOCK!

Sherlock odruchowo odwraca się, żeby na niego spojrzeć; w tym samym momencie rozlega się strzał i Sherlock znika Johnowi z pola widzenia. Zapada głucha cisza i John zastyga jak wmurowany w ziemię.

A potem nagle Sherlock zrywa się na nogi, otwiera drzwi kopniakiem powalając przestępcę na łopatki; odbiera mu broń i steruje statkiem do doku – oddalonego o kilka metrów od platformy, na której stoi John, usiłując nie hiperwentylować.

Widzą się po raz kolejny dopiero czterdzieści minut później, w gabinecie Lestrade'a, w którym zdążyła się zebrać ekipa policyjna. Kiedy John przekracza próg, Sherlock przewraca akurat oczami, prychając na Donovan: "Oczywiście, że chodziło o dzieła sztuki; głucha jesteś?"

Pożyczona od kogoś bawełniana koszulka wygląda na nim absurdalnie. Spod rękawa wystaje kawałek owiniętej bandażem gazy; kula musiała go tylko drasnąć.

- Ach, John – cedzi na jego widok. – W końcu nas dogoniłeś, jak widzę. Pozwól, że ci wyjaśnię...

John przemierza pokój w trzech krokach, chwyta za bawełnianą koszulkę i rzuca detektywem o ścianę. Jedną pięść zaciska na materiale przy gardle Sherlocka, a drugą wali w mur tuż obok jego głowy.

- Co. To. Kurwa. Miało. Być.

- Hej, John! – Wstrząśnięty Lestrade krzyczy za jego plecami, ale John nie odwraca nawet głowy.

Sherlock najpierw patrzy na niego ze zszokowaną miną, ale prędko bierze się w garść i rozciąga usta w szyderczym uśmieszku.

- Odsuń się ode mnie, John. Od kiedy zacząłeś kwestionować moje metody pracy?

- Pierdolę twoje metody pracy. Prawie dałeś się zabić, byle tylko nie przyjąć mojej pomocy!

- Jakoś poradziłem sobie bez niej, czyż nie? – Sherlock usiłuje wyprostować się na tyle, żeby znów móc patrzeć na niego z góry, ale John tylko poprawia uchwyt i popycha go z powrotem pod ścianę. Sherlock mruży oczy. – Pragnę ci przypomnieć, że radziłem sobie doskonale przez wszystkie te lata, zanim się pojawiłeś, dziękuję.

- Czyżby? – syczy John. – Bo mam wrażenie, że byłeś kompletnie samotny i właśnie bliski tego, żeby zginąć w akcji.

Sherlock zaciska wargi i próbuje odepchnąć Johna, który nie porusza się nawet o milimetr.

- Masz rację. Rozpaczliwie potrzebuję pomocy niepełnosprawnego lekarza wojskowego na emeryturze, o inteligencji nie wyższej niż przeciętna, wybitnie niskim wzroście i przeraźliwie kiepskim guście. Doprawdy, byłbym zupełnie zgubiony, gdybyś przestał towarzyszyć mi w miejscach zbrodni.

Ludzie za jego plecami łapią powietrze ze zgrozą, ale John nie zwraca na nich uwagi. Tak naprawdę nie rejestruje nawet słów Sherlocka – są zupełnie nieistotne. Zamiast tego obserwuje, jak Sherlock mruga szybko, a jego usta prawie niezauważenie drżą. John wreszcie zaczyna rozumieć. Parska śmiechem.

- O to tutaj chodzi! Właśnie tego się boisz, prawda? – mówi, tonem nieco łagodniejszym niż wcześniej. Rozluźnia uścisk na t-shircie Sherlocka. – Myślisz, że cię zostawię.

Sherlock zaciska mu palce na ramionach tak mocno, że John jest pewien, że zostaną mu ślady.

- Nie boję się, że mnie zostawisz. Nie interesuje mnie, co chcesz zrobić. W zasadzie przypominam sobie całkiem wyraźnie, że jeszcze niedawno kazałem ci się wynieść i przestać mi narzucać swoje towarzystwo. – Cedzi to przez zaciśnięte kurczowo zęby. Nie patrzy Johnowi w oczy.

Gdyby na miejscu Johna znajdowałaby się jakakolwiek inna osoba, zastanawiałaby teraz, czy lepiej się rozpłakać, czy trzasnąć Sherlocka prawym sierpowym. Ale John wie lepiej. Wie, że nie jest ważne, ile razy Sherlock nazwie go idiotą, zignoruje jego telefon albo zarzuci bycie nudnym. Bo to on, John, wciąż jest jedyną osobą, którą Sherlock zabiera do ulubionej knajpy i kradnie królewskie popielniczki, żeby go rozbawić; to za nim Sherlock biegnie i przeprasza, kiedy wie, że przeciągnął strunę. I nieważne, ile czasu razem spędzą, John nigdy nie przestanie tego dostrzegać i doceniać.

Sherlock go kocha, na swój sposób. A jeśli miłością można nazwać gotowość do zrobienia dla drugiej osoby dosłownie wszystkiego – włącznie z zaryzykowaniem własnego życia – to John z całą pewnością tę miłość odwzajemnia.

Ma jeden z tych rzadkich momentów olśnienia, kiedy wszystko w życiu wydaje się być na odpowiednim miejscu; i wreszcie, wreszcie dociera do niego, co próbowała powiedzieć Emma.

To jest, nie da się ukryć, zdecydowanie kiepski moment na podobne odkrycia. Są od siebie zbyt zależni, prowadzą zbyt niebezpieczny tryb życia, żaden z nich nie jest gotowy, a John, prawdę powiedziawszy, nawet nie za bardzo wie, co mogą ze sobą robić dwaj faceci w związku.

Ale z drugiej strony, lepszy moment może nie nadejść. John mógłby poczekać: spędzić miesiące i lata na zastanawianiu się, kiedy w końcu będzie czegoś pewien. A nie będzie nigdy, bo nie ma żadnego bezpiecznego przystanku pomiędzy "jesteśmy tutaj" a "skaczemy w nieznane"; można tylko wybrać którąś opcję, z nadzieją że będzie to dobry wybór.

I John decyduje się.

Pochyla głowę i muska wargami usta Sherlocka. Robi to tak przelotnie, że nie można nawet nazwać tego pocałunkiem, ale John i tak rejestruje każdą komórką ciała, jak z rozchylonych warg Sherlocka wyrywa się zaskoczone "Och".

John odsuwa się. Sherlock jest rozczochrany i kompletnie oszołomiony, i, prawdę mówiąc, Johnowi nigdy nie podobał się bardziej. Unosi dłonie i obejmuje nimi twarz Sherlocka.

- To cię przekonuje, ty durny wariacie? – pyta łagodnie. – Ja... nie mam nawet pojęcia, czy właśnie o to ci chodziło, ale...

- Tak – przerywa mu Sherlock. – Tak. O to. – Nie porusza się, rozpaczliwie wpatrując w Johna. Jego dłonie zdążyły zsunąć się w dół i objąć nadgarstki Johna, który uświadamia sobie, że Sherlock chce, chociaż nie ma pojęcia, jak o to poprosić. Na szczęście John domyśla się od razu.

Uśmiecha się, pochyla głowę i całuje Sherlocka mocniej. Przygryza jego dolną wargę, próbując go zachęcić, i Sherlock rozchyla usta, w które John wsuwa koniuszek języka.

Czuje z tyłu głowy dłonie Sherlocka, które próbują przyciągnąć go bliżej. John przesuwa dłonią wzdłuż jego szyi i docierają do niego dwie rzeczy. Po pierwsze, dzieli go jakieś trzydzieści sekund od erekcji. Po drugie, za jego plecami rozlega się coraz więcej bardzo znaczących kaszlnięć.

Przerywa, uśmiecha się do Sherlocka i tłumi chęć obejrzenia się przez ramię. Cokolwiek zobaczy na twarzach ekipy policyjnej, na pewno mu się nie spodoba.

- Idziemy do domu? – proponuje.

- Po co? – pyta Sherlock, marszcząc brwi i ciągnąc lekko Johna za nadgarstki. John przypomina sobie pierwszą randkę z Sherlockiem (tę, na którą Sherlock sam się wprosił). Mówi:

- Poważnie? – mając nadzieję, że Sherlock też to pamięta.

Najwyraźniej tak.