Podziękowania dla Merryloon za beta-reading.

Rozdział 11

Gdy gwiazdy zaczynają wątpić

Snape nie mógł odwlekać wizytacji u Sinistry w nieskończoność. I tak po szkole rozeszły się już idiotyczne plotki, jakoby unikał Wieży Astronomicznej. Niewiele zwracał uwagi na takie gadanie, aż do czasu, gdy w którejś z przypadkowo zasłyszanych rozmów uczniów padło znienawidzone słowo: „tchórz". Odjęcie dwóm Gryfonom bez uzasadnienia dziesięciu punktów nie poprawiło mu humoru. Poza tym zostawienie Sinistry na koniec faktycznie nie było najlepszym pomysłem. Wreszcie, we wtorkowy wieczór, kiedy wyjątkowo nie włóczył się po spelunach ze Śmierciożercami, nie został wezwany do Czarnego Pana, nie musiał patrolować korytarzy ani stać nad kociołkiem, warząc eliksiry, znalazł chwilę czasu na przeprowadzenie ostatniej wizytacji.

Wieża Astronomiczna była najwyższą w zamku, a na platformę obserwacyjną wiodła niezliczona ilość schodów. Prywatne komnaty i gabinet Sinistry znajdowały się na najniższej kondygnacji, nieco wyżej niż siódme piętro zamku. Snape zatrzymał się na samym dole schodów i spojrzał w górę. Szczyt wieży niknął w mroku. Oświetlając drogę różdżką, rozpoczął wspinaczkę po stromych schodach, wijących się spiralnie wzdłuż ściany. Od wnętrza klatki schodowej, przypominającego ciemną studnię, oddzielała go tylko ażurowa barierka, która nie sprawiała wrażenia stabilnej. Im wyżej się znajdował, tym wolniej pokonywał kolejne stopnie. W końcu zatrzymał się zupełnie. W otaczającej go ciszy słyszał tylko własny, przyśpieszony oddech.

Przez długi czas udawało mu się spychać wspomnienia z tamtej koszmarnej nocy na samo dno świadomości. Starał się… musiał starać się zapomnieć o tych wszystkich złych i niegodnych czynach, do których sam przyłożył rękę lub którym nie mógł zapobiec, by móc wytrzymać z samym sobą. Fakt, że to Dumbledore wymógł na nim to morderstwo, ani trochę nie sprawiał, że czuł się lepiej.

Na Wieży Astronomicznej niechciane wspomnienia wróciły do niego z całą siłą. Jakby cofnął się w czasie do tamtej czerwcowej nocy i znów miał wejść na platformę obserwacyjną, ujrzeć tę samą scenę, co wtedy. Jej szczegóły dokładnie wryły mu się w pamięć. Utkany z dymu Mroczny Znak unoszący się nad wieżą. Blada i przerażona twarz młodego Malfoya, ściskającego w ręku różdżkę, niezdolnego do rzucenia śmiertelnego zaklęcia. Śmierciożercy z jakąś zachłanną, chorą fascynacją oczekujący na to, co zaraz miało nastąpić. I Dumbledore, wyglądający w tych ostatnich minutach życia jak cień samego siebie. Snape doskonale pamiętał jego ostatnie, pozornie błagalne słowa. Ich prawdziwe znaczenie było zrozumiałe wyłącznie dla niego. I to spojrzenie... Dlaczego Dumbledore musiał tak na niego wtedy patrzeć? Nie na osaczającą go zgraję Śmierciożerców, nie na różdżkę, która miała zadać śmiertelny cios, ale prosto w jego oczy? Co w nich ujrzał poza pustką spojrzenia człowieka, który miał do stracenia wszystko i nic zarazem? Czy ten właśnie widok chciał zabrać ze sobą do grobu?

Tamtej nocy Severus zrobił to, czego chciał Dumbledore. Zebranie w sobie nienawiści koniecznej do rzucenia zaklęcia przyszło z przerażającą łatwością. Iskra życia w łagodnych, błękitnych oczach znikła w jednej chwili, zdmuchnięta jak płomień świecy, zgaszona błyskiem zielonego światła. A potem… nie było już odwrotu. Nie oglądając się za siebie, ponaglił Śmierciożerców do ucieczki. Draco stał jak spetryfikowany; Snape musiał chwycić go za kark i pociągnąć za sobą, inaczej chłopak nie ruszyłby się z miejsca. Biegli w ciemnościach w dół po tych upiornych, wąskich schodach, a potem korytarzami zamku, przedzierając się przez chaos bitwy, i wreszcie przez błonia ku bramie i granicy strefy aportacyjnej. Nie wiadomo skąd pojawił się Potter, który oczywiście musiał zgrywać bohatera. Gdyby wtedy wpadł w łapy Śmierciożerców... Wszystko byłoby stracone. Chyba tylko cudem nikt nie zginął tamtej nocy.

Poza Dumbledore'em.

Szybko pokonał ostatnich kilkanaście stopni dzielących go od szczytu wieży i machnięciem różdżki otworzył klapę prowadzącą na zewnątrz. Do północy pozostało jeszcze trochę czasu. Platforma obserwacyjna była pusta. Spojrzał w górę, na niemal zupełnie czyste, wolne od chmur niebo. Na ciemnej kopule lśniły gwiazdy i księżyc, który wszedł już w ostatnią kwadrę. Chłodny powiew wiatru musnął mu twarz i uniósł lekko skraj jego peleryny. Podszedł do blanków wieży. Na południu migotały światła Hogsmeade; na wschodzie ciemniała mroczna, zbita ściana Zakazanego Lasu. Spojrzał na zachód, w stronę jeziora i leżących na jego odległym brzegu gór. Księżyc i czarny zarys masywu odbijały się w nieruchomej, gładkiej toni wody. Posrebrzone blaskiem księżyca błonia, rozciągające się u stóp zamku aż po skraj Zakazanego Lasu, wyglądały jak kawałek nierównej, pofałdowanej tkaniny. Wahał się przez moment, nim z determinacją spojrzał prosto w dół. Do ziemi było stąd bardzo, bardzo daleko…

Chociaż noc była cicha i spokojna, nie mógł się pozbyć uczucia niepokoju. Czy to w tym miejscu, gdzie teraz się znajdował, stał wtedy Dumbledore, słaniając się na nogach? Zimniejszy podmuch wiatru sprawił, że Snape ciaśniej owinął się połami peleryny. Nie mógł sobie pozwolić na to, by zawładnął nim irracjonalny strach. Przekuł go więc w gniew, a ten, zwłaszcza w tym otoczeniu, najłatwiej było skierować na Dumbledore'a. Przed oczami ujrzał bezwładne ciało Albusa, przerzuconego ponad blankami siłą śmiertelnego zaklęcia. Wielki Mistrz Manipulacji dopiął swego. Świetny plan. Genialny. Tylko że minęło ledwie kilka tygodni, a sprawy już zaczęły wymykać się spod kontroli.

Nie miał pojęcia, jak długo stał tak nieruchomo, wsłuchując się w świst wiatru i rozmyślając, nim usłyszał zbliżające się kroki. Lekko odwrócił głowę, kątem oka dostrzegając Sinistrę. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że Auriga musiała chyba za każdym razem urywać się ładnych parę minut wcześniej z dyżuru, by zdążyć na lekcję. W rękach trzymała jakieś zwinięte plansze, zapewne materiały potrzebne jej do przeprowadzenia zajęć. Nie okazała zdziwienia na jego widok. W końcu przesłał jej wcześniej notkę, uprzedzając o wizytacji. Sinistra odłożyła plansze na podręczny stolik, który posłusznie przywędrował za nią po schodach. Szturchnęła go różdżką, żeby ustawił się w bardziej dogodnym miejscu. Stolik posłusznie odszedł na bok, odsuwając się od wejścia i zastygł w bezruchu. Auriga zapaliła kilka pojedynczych świeczek w szklanych kulach, które wyjęła z maleńkiego, niskiego schowka, znajdującego się tuż obok wejścia na wieżę. Posłała je w górę, na niewielką wysokość, pozwalając, by unosiły się w powietrzu, skąd rzucały nieco światła na szczyt wieży. Do prowadzenia zajęć potrzebowała jeszcze teleskopu. Wyjęła ze schowka dość duże pudło i zajęła się rozkładaniem sprzętu przy blankach od północnej strony. Severus przezornie ulokował się dokładnie naprzeciwko, po południowej, poza kręgiem światła rzucanego przez świece.

Nie wiedział, czy Sinistra wzięła sobie do serca jego życzliwą radę o zaprzestaniu swoich idiotycznych prowokacji. Zdawał sobie sprawę, że jego groźby mogły okazać się mało przekonujące. W każdym razie przez kilka ostatnich dni nie słyszał, by rozmawiała przy stole z Carrowem. Za to za każdym razem, gdy zajmował swoje miejsce, napotykał jej zagadkowe spojrzenie, które trudno było mu zinterpretować. Od czasu tamtego spotkania na korytarzu nie zamienili ani słowa.

Uczniowie pojawili się kilka minut przed północą. Klasa składała się z pierwszego roku Krukonów i Puchonów. Każdy przyniósł ze sobą pudło z teleskopem. Rozmowy, które prowadzili jeszcze na schodach, natychmiast przycichły, kiedy dostrzegli czającego się w mroku dyrektora.

— Dobry wieczór, klaso — przywitała uczniów Auriga, podchodząc bliżej, w dobrze oświetlone miejsce. — Jak zapewne już zauważyliście, mamy dzisiaj towarzystwo — powiedziała, a wszystkie spojrzenia automatycznie skierowały się na Snape'a.

Sinistra zupełnie nieświadomie powitała go takimi samymi słowami, jakimi on niegdyś Dolores Umbridge. Snape pomyślał, że mogła sobie darować tę prezentację. Uczniowie zbili się w grupkę po północnej stronie wieży, tam gdzie stała nauczycielka. Severus samotnie okupował południową część.

Sinistra rozpoczęła lekcję od części teoretycznej:

— Na poprzednich wykładach zapoznaliście się już z układami współrzędnych w astronomii. Mam nadzieję, że przyłożyliście się do powtórzenia tych wiadomości, a zwłaszcza części o układzie równikowym. Dzisiaj dokonamy pierwszej obserwacji nieba. Warunki nie są, niestety, idealne. Jak wiecie, a przynajmniej po tych kilku lekcjach astronomii wiedzieć powinniście, do obserwacji najlepsze są bezksiężycowe noce. Z warunkami atmosferycznymi nie jest jednak tak źle, jak mogłoby być. Mamy dzisiaj bardzo niski stopień zachmurzenia. Jednak zanim przejdziemy do obserwacji… Pamiętacie definicje deklinacji i rektasencji? — zapytała.

Rozległy się pomruki potakiwań, ale zdaniem Snape'a brzmiało to jakoś mało przekonująco. Sinistra doszła widocznie do tego samego wniosku. Spojrzała po klasie znacząco. Jeden z uczniów, stojący z tyłu, szeptał coś do swojego kolegi. Auriga zatrzymała na nim wzrok.

— Panie Warren, skoro jest pan taki rozmowny, może przypomni nam pan definicję rektasencji?

Uczeń zmieszał się, ale podjął próbę odpowiedzi na pytanie.

— Rektasencja jest to... jest to... kąt... kąt między... — wydukał i umilkł.

— Proszę bardziej uważać na zajęciach, z łaski swojej — przerwała jego męki Auriga. — Krótkie przypomnienie. W układzie równikowym mamy następujące elementy… — Skinieniem różdżki przywołała odpowiednią planszę. Arkusz rozwinął się i zastygł nieruchomo w powietrzu. W ślad za nim przydryfowała jedna ze szklanych kul, by oświetlić rysunek. — Koło podstawowe, czyli równik niebieski, będący rzutem równika ziemskiego na sferę niebieską. Biegun północny i południowy, czyli rzuty biegunów ziemskich na sferę niebieską. Koła wielkie przechodzące przez bieguny nazywane są kołami godzinnymi. — Wskazała różdżką wymienione elementy. — Oś główna stanowi oś świata. Półkole początkowe, czyli punkt Barana. — Kolejne fragmenty układu pojawiały się na rysunku w miarę, jak go opisywała. — Ze względu na kierunek liczenia rektasencji układ równikowy jest układem prawoskrętnym. — Kula powoli zaczęła się obracać. — Położenie gwiazdy wyznaczamy na podstawie deklinacji i rektasencji. Deklinacja to kąt pomiędzy równikiem niebieskim a kierunkiem osi gwiazdy, linią poprowadzoną od obserwatora do obiektu, czyli naszej gwiazdy. Liczy się go w stopniach od płaszczyzny równika niebieskiego. Kąt wyraża się w wartościach od 90 do minus 90 stopni. Jest dodatni w kierunku bieguna północnego, ujemny w stronę bieguna południowego. Równik niebieski ma wartość 0 — urwała, spoglądając po uczniach. — Jeżeli ktoś jeszcze tego nie zapisał, dobrze byłoby to zrobić w tym momencie. Wiem, że warunki tutaj nie są komfortowe, ale musicie sobie jakoś poradzić. Możecie skorzystać ze stolika.

Sinistra poczekała z dalszą częścią wykładu, aż uczniowie uzupełnią notatki, na ich prośbę powtarzając definicję kilka razy.

— Rektasencja to kąt dwuścienny zawarty pomiędzy dwiema płaszczyznami półkola godzinnego — podjęła wykład Auriga. — Pierwsze półkole wyznacza punkt Barana, drugie położenie gwiazdy. — Na planszy pojawiła się migocząca gwiazda. — Rektasencję liczymy począwszy od punktu Barana w kierunku ruchu słońca. Czy ktoś może mi powiedzieć, w którą stronę przemieszcza się słońce?

— Na wschód — powiedział jeden z Puchonów, uprzedzając Krukonów.

— Zgadza się — potwierdziła Sinistra. — Dwa punkty dla Hufflepuffu. Oś przyjmuje wartości godzinne od 0 do 24. Panie Culley, proszę nie robić takiej przerażonej miny — zwróciła się do jednego z uczniów. — Będziemy to powtarzać przez cały rok.

Kilku Krukonów parsknęło cichym śmiechem, ale większość klasy wydawała się nieco przytłoczona tą ilością teorii.

Kiedy uczniowie uporali się już z notatkami, Sinistra zwinęła planszę i odesłała ją na stół. Zaczęła się bardziej praktyczna część lekcji. Skinieniem różdżki Auriga zgasiła wszystkie świece w szklanych kulach, poza jedną, unoszącą się tuż nad ziemią. Na wieży zapadły ciemności, nieznacznie tylko rozpraszane przez srebrzystą poświatę księżyca i przygaszony blask pojedynczej świecy.

— Czy ktoś potrafi wymienić i wskazać jakieś konstelacje spośród tych, które są w tej chwili widoczne gołym okiem na niebie? I proszę, niech to nie będzie Wielka Niedźwiedzica, bo wszyscy wiemy, gdzie się znajduje.

Severus zastanawiał się, czy mówiąc to, miała na myśli niego. Wielka Niedźwiedzica była jedynym gwiazdozbiorem, który potrafił zlokalizować.

— Wobec tego może Mała Niedźwiedzica? — odezwał się jakiś Puchon.

— A potrafi pan ją wskazać? — zapytała Sinistra.

— Eee... — zająknął się uczeń.

— Otóż to. Mała Niedźwiedzica jest słabo widoczna. Ktoś jeszcze? — zwróciła się do klasy.

Wreszcie jakaś Krukonka nieśmiało uniosła rękę. Cichym głosem wymieniła Byka, Kasjopeę, Pegaza i Perseusa. Trzy pierwsze konstelacje wskazała precyzyjnie, tylko ze zlokalizowaniem ostatniej miała kłopoty.

— Bardzo dobrze — pochwaliła Sinistra, obdarzając ją życzliwym, ośmielającym uśmiechem. — Pięć punktów dla Ravenclawu.

Ponieważ nikt więcej się nie zgłaszał, Auriga rozłożyła na blacie stolika mapę nieba i poprosiła uczniów, by podeszli bliżej. Oświetliła planszę różdżką. Wymieniała kolejne konstelacje, najpierw wskazując je na mapie, a następnie wyjaśniając, gdzie można zobaczyć je na niebie. Severus również raz czy dwa odruchowo spojrzał w górę, ale szybko się pogubił.

— Znacznie lepsze warunki będą za tydzień, o ile tylko trafi nam się bezchmurna noc — powiedziała Sinistra. — Ale nie liczyłabym na to, bo pogoda w tym roku jest jakoś bardziej kapryśna niż zwykle. A teraz obejrzymy sobie kilka gwiazd, także tych, których nie dostrzeżecie gołym okiem. Wyjmijcie swoje teleskopy. Ustawimy się tutaj, po północnej stronie…
Na wieży zapanowało lekkie poruszenie, gdy wszyscy naraz zaczęli otwierać swoje pudła, by wyjąć z nich trójnożne statywy i teleskopy. Przyświecając sobie różdżkami, przystąpili do montażu sprzętu. Sinistra pomagała uczniom, pokazując, jak prawidłowo ustawić teleskopy w płaszczyźnie równika i zlokalizować bieguny niebieskie.

— Pani profesor, na moim teleskopie nie ma żadnego obrazu! — odezwał się jeden z uczniów.

— A zdjął pan pokrywę tubusu, panie Warren? — zapytała Sinistra, nawet nie spoglądając w jego stronę, bo pomagała jakiemuś Puchonowi ustawić ostrość obrazu.

Wyraz twarzy ucznia nie był zbyt dobrze widoczny w panujących ciemnościach, ale minę miał zapewne dość głupią.

Kiedy już wszystkie teleskopy były prawidłowo rozstawione, Sinistra zgasiła ostatnią świecę w szklanej kuli. Podała listę współrzędnych rektasencji i deklinacji, na podstawie których należało odnaleźć gwiazdy. Cichym głosem wymieniała kolejne nazwy: Polaris, Markab, Mirach, Deneb, Capellę i kilkanaście innych. Severus, upewniwszy się, że nikt nie patrzył w jego stronę, pozwolił sobie spojrzeć na rozgwieżdżoną kopułę ponad nim. Zdołał odnaleźć tylko Gwiazdę Północną. Na tym kończyła się jego znajomość astronomii. Nie mając szans na zlokalizowanie pozostałych, wymienionych przez Sinistrę, zamiast na ciałach niebieskich skupił się na obserwacji nauczycielki przy pracy. Auriga krążyła pomiędzy uczniami, pomagając im w kalibracji teleskopów i skierowaniu ich na właściwą część nieba. Musiał przyznać, że nie brakowało jej umiejętności, a w każdym razie na pewno była lepsza niż profesorowie, którzy uczyli astronomii podczas ich szkolnych lat.

I pomyśleć, że żadne z nich nawet nie przypuszczało, że zwiążą się z tą szkołą, zostając w niej jako nauczyciele…

Trafili do jednego domu i byli razem na tym samym roku, ale Severus wówczas niewiele zwracał uwagi na czarnowłosą, sprawiającą wrażenie nieco nieśmiałej, dziewczynkę. Ot, koleżanka z klasy. Miał już przyjaciółkę, Lily, i nie był pewien, czy przez pierwsze szkolne lata zamienili z Aurigą więcej niż parę zdań. Poznali się lepiej dopiero na trzecim czy czwartym roku, a zaczęło się od kłótni. Nie pamiętał nawet o co, ale Sinistra ostro zalazła mu za skórę. Okazało się, że wcale nie była taka spokojna, jak mogłoby się wydawać. Dopiero na piątym roku pojawiło się między nimi coś na kształt porozumienia. Ona miała problemy z eliksirami; była zbyt nieuważna, przez co popełniała czasami głupie błędy. On z astronomią, która jakoś nigdy nie leżała w obrębie jego zainteresowań. Postanowili pomóc sobie nawzajem, dzięki czemu obydwoje szczęśliwie zaliczyli SUM-y z przedmiotów, które były ich utrapieniem. Później ich kontakty nieco się rozluźniły, chociaż pozostali w dość koleżeńskich stosunkach, przez co z czasem pojawiły się jakieś idiotyczne plotki, że ze sobą chodzili. Nie było w tym oczywiście ani krztyny prawdy. A co do tego balu na zakończenie szkoły… Wyszło trochę dziwnie i Snape miał wrażenie, że Sinistra nigdy do końca nie wybaczyła mu tego, jak to się skończyło. Zdaje się, że nie bez przyczyny. Jeżeli zaprasza się na bal dziewczynę, to gapienie się przez cały czas na inną nigdy nie jest dobrze widziane. Ponownie spotkali się jako nauczyciele. Auriga dołączyła do kadry kilka lat po nim. Przez długi czas byli jedynymi przedstawicielami Ślizgonów wśród grona pedagogicznego, więc siłą rzeczy trzymali wspólny front. Dobrze było mieć z kim porozmawiać o ostatnim występie Slytherinu podczas meczu i ponarzekać na sędzię, która nie przyznała należnego drużynie rzutu karnego. Jednak znacznie częściej po prostu się kłócili, zazwyczaj o jakieś zupełne głupoty. Reszta kolegów czasami spoglądała na nich z przerażeniem. Ileż to razy Sinistra wyprowadzała Snape'a z równowagi do tego stopnia, że ten nieomal miał ochotę ją udusić. Auriga zawsze twierdziła, że to wszystko to tak z sympatii. Z pewną niechęcią musiał przyznać, że te ich sprzeczki do pewnego stopnia stanowiły dla niego nawet rozrywkę. Teraz jednak czas takich pogadanek się skończył i Severus musiał bardzo uważać na to, co przy niej mówił.

Punktualnie o wpół do drugiej lekcja dobiegła końca. Sinistra zapaliła pojedynczą lampkę przy wejściu. Uczniowie, poziewując, szybko poskładali swoje teleskopy i pochowali je do pudeł.

— Pamiętajcie o pracy domowej — przypomniała im Sinistra. — Każda z dwudziestu gwiazd, które obserwowaliście dzisiejszej nocy, należy do innego gwiazdozbioru. Odnajdźcie je w waszych atlasach nieba i zróbcie notatki na ich temat.

— Będzie sprawdzian? — zapytał jeden z uczniów, Warren, ten sam, który miał wcześniej problemy z teleskopem.

— Być może — odparła Sinistra wymijająco, ale mówiąc to, nieznacznie skinęła głową, z uśmiechem czającym się w kąciku ust, więc co bystrzejszym obserwatorom nie umknęło, że sprawdzian zapewne będzie. Warren lekko zbladł i pośpiesznie nabazgrał coś na skraju pergaminu z notatkami z lekcji.

Severus stał bez ruchu przy blankach wieży, wciąż w tym samym miejscu, czekając, aż uczniowie jedno za drugim przedostaną się przez wąskie przejście na klatkę schodową.

— Poczekajcie na mnie chwilę na dole schodów, odprowadzę was do waszych domów — powiedziała jeszcze Auriga. Nie podeszła do zejścia, wciąż stojąc po północnej stronie wieży, obok swojego teleskopu. Zerknęła na Snape'a.

Dwaj Krukoni jakoś dziwnie ociągali się z odejściem.

— Panie Murray, panie Whitby, chcieliście jeszcze o coś zapytać? — zainteresowała się uprzejmie Sinistra.

— Uhm, nie, pani profesor. — Obydwaj rzucili szybkie spojrzenia na ciemną sylwetkę, stojącą poza obrębem światła rzucanego przez lampkę przy zejściu, a potem na profesor od astronomii.

— To proszę schodzić. — Sinistra wskazała ruchem dłoni wyjście. — I żadnej włóczęgi po korytarzach, jak ostatnim razem, jasne?

Uczniowie pośpiesznie zniknęli w przejściu.

Snape i Sinistra przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Severus najchętniej od razu zszedłby z wieży, ale na wąskich schodach nie mógłby wyprzedzić schodzących na dół uczniów. Musiał zaczekać.

— Dziwię się, że tutaj w ogóle przyszedłeś — powiedziała znienacka Auriga, beztrosko odwracając się do niego plecami i majstrując coś przy teleskopie. — Chociaż podobno morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni.

Severus wielce by się zdziwił, gdyby Sinistra nie powiedziała niczego zaczepnego. Dobrze, że chociaż wcześniej odprawiła uczniów.

— Chyba naczytałaś się za dużo mugolskich kryminałów — stwierdził z niesmakiem, splatając ręce na piersiach.

Sinistra zerknęła na niego przez ramię.

— Masz na myśli te, które pożyczyłam od ciebie?

Tego akurat nie mógł się wyprzeć, więc zachował milczenie. Auriga jednak nie dała za wygraną. Zostawiła teleskop w spokoju i spojrzała na niego.

— Daleka stąd droga na dół, prawda? — powiedziała lekkim tonem tak, jakby rozmawiali o pogodzie.

Nie miał zamiaru dać się jej sprowokować. Nie tym razem.

— Wiesz, za dnia jest stąd równie wspaniały widok na okolicę, co w nocy na gwiazdy — mówiła dalej Auriga. — Widać stąd wszystko, nawet grób Dumbledore'a, o ile nie ma mgły.

Severus nie miał pojęcia, do czego zmierzała Sinistra, aż nagle coś sobie uświadomił. Gdzieś w głębi duszy poczuł ukłucie niepokoju.

Auriga wciąż stała przy teleskopie, opierając się o blanki wieży i spoglądając na niego uważnie, jakby badając jego reakcję.

— Coś sugerujesz? — wycedził powoli. Co sobie myślał o swoim nieostrożnym zachowaniu, lepiej było nie precyzować. Zachciało mu się robić wycieczki nad jezioro i oglądać białe kurhany! Akurat Sinistry nie podejrzewał o wczesne wstawanie, a tu jak na złość… Gdyby nie to nieszczęsne potknięcie w ich rozmowie parę dni temu, mógłby tę niezręczną wpadkę zbagatelizować. Jednak jeżeli ona zacznie to wszystko łączyć…

— Ależ skąd. — Sinistra znowu zaczęła majstrować coś przy teleskopie. Stanęła do niego bokiem, nie podnosząc wzroku sponad znad sprzętu. — Jak sam zauważyłeś, to nie mugolski kryminał.

Owszem, w mugolskim kryminale osoba, która coś wie, już dawno wygadałaby wszystko mordercy, narażając się co najmniej na dostanie w łeb. Sinistra, pomimo swojej lekkomyślności, nie była głupia. Wiedział, ze nic więcej już nie powie. Tylko legilimencja pozwoliłaby mu dowiedzieć się, czy ona naprawdę zaczęła coś podejrzewać, jednak Auriga, jakby to wyczuwając, uparcie uciekała mu wzrokiem.


Sinistra starannie unikała patrzenia Severusowi prosto w oczy. Trudno było powstrzymać naturalny odruch podtrzymywania kontaktu wzrokowego, dlatego skupiła się na teleskopie. To, co robiła, nie miało żadnego sensu, ale wyglądało w miarę naturalnie. Snape i tak nie miał pojęcia o obsłudze tego sprzętu, mogła kręcić pokrętłami w tę i we w tę.
Jeszcze w sierpniu Minerwa przestrzegała ich wszystkich, by w rozmowie z nim unikali jego spojrzenia. Severus był legilimentą. Sinistra pozwoliła sobie zerknąć na niego tylko raz czy dwa kątem oka, wciąż udając, że jest zajęta teleskopem. Rozregulowała już chyba wszystko, co się dało. Trudno, i tak skończyła dzisiejsze obserwacje, a jutro ustawienie teleskopu w odpowiedniej płaszczyźnie i znalezienie biegunów niebieskich i tak zajmie jej ledwie chwilę.

Prowokowanie Snape'a, zwłaszcza w ten sposób, z pewnością nie było najrozsądniejsze, w dodatku na szczycie tej samej wieży, na której ledwie parę miesięcy temu zginął z jego ręki Dumbledore. Jednak Sinistra nie obawiała się, że mógłby jej coś zrobić. Dość już było ku temu okazji wcześniej, gdy doprowadzała go do białej gorączki. Głupie gadki przy śniadaniu to, co prawda, nieco inny kaliber niż gra o dużą stawkę, ale Sinistra nie miała złudzeń: za mało w tym wszystkim znaczyła, by zasłużyć na jakieś bardziej spektakularne potraktowanie. Poza tym Severus, tak usilnie starający się sprawiać wrażenie groźnego Śmierciożercy, był jakoś podejrzanie opanowany i wstrzemięźliwy w represjonowaniu szkoły. Nic go nie ruszało. Kompletnie nic.

Czuła na sobie jego świdrujące spojrzenie. Całą siłę woli musiała włożyć w to, by nie wpaść w pułapkę tych czarnych oczu, które potrafiły przejrzeć człowieka na wylot. Jeżeli Minerwa miała rację, to Severus był lepszy niż mugolski wykrywacz kłamstw.

Wydawało się, że upłynął nieskończenie długi czas, nim Snape wreszcie wykonał jakiś ruch. Zniechęcony, odwrócił się i odszedł bez słowa. Kiedy Sinistra podniosła wzrok sponad teleskopu, dostrzegła tylko skraj czarnej peleryny znikający w przejściu.

Znowu to samo. Wycofał się. Severus zachowywał się w ten sposób tylko wtedy, gdy coś nie szło po jego myśli. Jakoś nie pasowało to do jego nowej maski. Czy Śmierciożerca miałby skrupuły przed uzyskaniem informacji w mniej subtelny niż legilimencja sposób?

Nie było wątpliwości. Snape coś ukrywał.

Sinistra nie miała zamiaru pozostawić tej tajemnicy nierozwiązanej.


Severus z ulgą odnotował koniec wizytacji. Fakt, że powinien po nich wystawić nauczycielom jakąś tam opinię, kompletnie zlekceważył. Miał prawo zachowywać się nieracjonalnie. Zagrzebywanie się w dodatkowej papierkowej robocie było zdecydowanie ponad jego siły. Dość miał innych zgryzot.

Przeanalizował na wszystkie sposoby swoją rozmowę z Sinistrą na Wieży Astronomicznej i dopiero kiedy zaczął rozważać, czy nie skorzystać z myślodsiewni, uznał, że popada w paranoję. Co ona takiego mogła widzieć? Nawet jeżeli dostrzegła jego wizytę na grobie Dumbledore'a, to cóż z tego? Było mu to bardzo nie na rękę, ale tak naprawdę nawet Auriga nie potrafiła dorobić do tego żadnej teorii, bo rzuciłaby wtedy coś więcej niż tę jedną, dość zawoalowaną uwagę. Mógł być po prostu maniakalnym mordercą, któremu satysfakcję sprawiało oglądanie wyrytego na nagrobku nazwiska swojej ofiary. Nie wiedział, czy jako maniakalny morderca nie powinien przypadkiem zachowywać się nieco bardziej osobliwie, na przykład radośnie biegać po korytarzach szkoły, podskakując i wykrzykując: „Zabiłem Albusa Dumbledore'a!", ale prędko odsunął od siebie tę myśl. Jego poświęcenie miało jednak pewne granice. W razie czego mógł odwiedzić grób jeszcze raz. Mógł go odwiedzać nawet co tydzień i intensywnie wpatrywać się w nagrobek, najlepiej wcale się z tym nie kryjąc i dopiero wtedy Auriga miałaby się nad czym zastanawiać. Doszedłszy do tego optymistycznego wniosku, postanowił na razie nie przejmować się Sinistrą.

Bardziej absorbowała go kwestia nadchodzącego zebrania. Filch dwoił się i troił, ale nie zdołał nic ustalić. Fineas okazał się bardziej przydatny. Nie chciał powiedzieć, jak się tego dowiedział, ale według niego zebranie miało odbyć się w sobotę albo w niedzielę w nocy. To już było coś. Zawsze istniała szansa, że do weekendu pozna dokładną datę.
Pozostawało tylko wynaleźć jakiś sposób, by zaznajomić się z przebiegiem tego spotkania, jednak pomimo najszczerszych chęci nie zdołał nic wykombinować.

W czwartek ostatecznie stwierdził, że pozwoli wypadkom toczyć się swoim biegiem i przestał się tym wszystkim przejmować. Każdą chwilę wolnego czasu wykorzystywał na lekturę. Wykradzione podstępem z biblioteki księgi zaklęć czytał ukradkiem u siebie w komnatach, przeważnie wieczorami, zaniedbując dyżury na korytarzach w stopniu wręcz nieprzyzwoitym, a w międzyczasie, w ramach rozrywki, zagłębiał się w powieść, która okazała się o wiele bardziej zajmująca, niżby spodziewał się po tego typu lekturze.

Ponieważ Severus miał zwyczaj czytać nawet przy jedzeniu, spożywanie obiadu szło mu wolno. W dodatku Carrowowie, jak na złość, ciągle trajkotali mu nad uchem. Chcąc nie chcąc, słyszał fragmenty ich rozmowy.

— …i ten bezczelny gówniarz miał jeszcze czelność powiedzieć, że jestem gruba! — poskarżyła się bratu Alecto z pretensją w głosie.

Amycus najwyraźniej uznał za konieczne jakoś zareagować.

— Wcale nie jesteś gruba.

Zabrzmiało to jednak jakoś niezbyt przekonująco. Amycus uznał, że powinien dodać coś jeszcze.

— Masz po prostu okrągłą głowę.

— Co?

Severus podniósł wzrok sponad książki. Dałby wszystko, żeby zobaczyć teraz wyraz twarzy Alecto, ale niestety, ze swojego miejsca nie mógł go dostrzec. Mina Amycusa była za to wyjątkowo głupkowata.

— Tego… nie jesteś gruba — powtórzył i schował się pod stołem, by podnieść upuszczony widelec.

Alecto wymamrotała pod nosem coś niecenzuralnego i chyba zrezygnowała z deseru.

Snape'a o zdanie na temat swojego wyglądu już nie pytała.

Skupienie na lekturze sprawiło, że przez ostatnie dni nieco zaniedbał obserwację otoczenia. Prawie nie rozmawiał z Carrowami. Zauważył jednak, że Alecto i Amycus zachowywali się nieco dziwnie, jakby wiedzieli coś, o czym Severus nie miał pojęcia. Przez krótki czas podejrzewał, że może doszło do nich coś o zebraniu, ale uznał, że z tym akurat by się przed nim nie kryli, a raczej na pewno przylecieliby podzielić się sensacyjnymi wiadomościami. Przycisnął też Filcha, by upewnić się, czy na pewno nic mu się nie wymknęło na ten temat. Woźny zapewniał go niemal na klęczkach, że wszystko trzymał w tajemnicy. Snape był skłonny mu wierzyć… zwłaszcza, że dokładnie go wysondował za pomocą legilimencji.

Przerzucił jeszcze kilka stron książki, kończąc obiad. W sali zaczynało już robić się pustawo, więc uznał, że najwyższa pora wrócić do lochów.

— Ale dlaczego okrągłą? — indagowała dalej Alecto.

— No rety, tak mi się powiedziało — plątał się Amycus.

Severus wstał od stołu i niepostrzeżenie się oddalił, zostawiając rodzeństwo z ich problemami.

Carrowowie dogonili go przy drzwiach.

— Chcielibyśmy pogadać — powiedział Amycus.

— Na jaki temat?

Severus miał nadzieję, że nie chodzi o krągłość głowy Alecto, bo z uzasadnionych powodów wolał w tej akurat kwestii nie mieć zdania.

— Tych tam szlabanów. I w ogóle.

Alecto nic nie dodała, ale skinięciem głowy potwierdziła słowa brata. Snape rozejrzał się. W holu panował ruch jak na Pokątnej. Do rozpoczęcia popołudniowych zajęć pozostało jeszcze nieco czasu, więc kręciło się tu sporo uczniów. Zdecydowanie za dużo świadków. Także wśród nauczycieli. Odprowadził wzrokiem przechodzącą powoli obok nich Vector. Wydawało mu się, czy przysłuchiwała się ich rozmowie?

— Nie tutaj. U mnie w gabinecie — powiedział krótko i ruszył ku schodom. Carrowowie pośpieszyli za nim, niemal depcząc mu po piętach.

Puścił ich przodem na spiralnej klatce schodowej, a potem zaprosił do gabinetu. Przywołał dwa krzesła, które przywędrowały z kąta komnaty i sam zajął miejsce za dyrektorskim biurkiem, odkładając na bok przyniesioną ze sobą książkę.

— Przemyśleliśmy sprawę — zaczęła Alecto.

Snape czekał na ciąg dalszy. Amycus odchrząknął i rzekł:

— No i doszliśmy do wniosku, że... Więc z punktu, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było…tylko aplauz i zaakceptowanie...

Snape uniósł prawą brew, mierząc go wzrokiem. Przemowa Amycusa była co najmniej niejasna.

— Zechcesz rozwinąć?

— On miał na myśli, że... — włączyła się Alecto. — No, że trzeba zrobić tak, żeby się od nas odczepili. I tak w ogóle to... — Rzuciła szybkie spojrzenie na siedzącego obok niej brata.

Widząc, że ma w nim poparcie, oblizała nerwowo wargi i wypaliła: — To uważamy z Amycusem, że to my powinniśmy zajmować się tymi całymi szlabanami.

— Słucham? — wyrwało się Severusowi mało inteligentnie. Powinien był od razu uciąć tę dyskusję, a może zdołałby odwlec chociaż na jakiś czas to, co miało nastąpić. Nie zrobił tego, co okazało się poważnym błędem.

Alecto, wyczuwając, że Snape na moment obniżył gardę, przypuściła atak.

— My powinnyśmy decydować o karach. Smarkateria nam się stawia, jest bezczelna, a ty chcesz, żebyśmy odjęli im po parę punktów i przeszli nad tym do porządku dziennego? A te szlabany to niby co? Odeślemy ich do McGonagall, a ona ich tylko pogłaszcze po główce i powie, że dobrze zrobili. Przecież to żadnego sensu nie ma!

— Więc co proponujesz? — zapytał Snape wbrew sobie. Gdyby po wyłożeniu tych dość logicznych, jak na Alecto, argumentów, nie zgodził się z ich stanowiskiem, byłoby to co najmniej podejrzane.

— To proste. My z Amycusem będziemy wyznaczać kary na szlabanach. I wtedy możemy dalej bawić się tymi twoimi punktami.

Bawić się... W ciągu niecałych dwóch tygodni Carrowowie odjęli Gryffindorowi sześćdziesiąt cztery punkty. Pozostałe domy również straciły po kilkadziesiąt i jak się wydawało, Carrowowie nie do końca pojęli ideę działania tego systemu, a zwłaszcza część, że poza odejmowaniem od czasu do czasu coś się dodaje... o ile nie jest to Gryffindor. Nic jednak na ten temat nie wspominał, bo kwestia punktów była najmniej istotna. Inaczej wyglądała sprawa rozporządzania karami na szlabanach. To dawało już bardzo poważną władzę.

— No — przyświadczył Amycus. — A ci nauczyciele też mają nam wszystko raportować.

— I co ty na to? — zapytała Alecto z szerokim, triumfującym uśmiechem. Gdyby Severus spróbował odmówić, było niemal pewne, że popędziliby z donosem do Czarnego Pana jeszcze tego samego wieczora.

— Jest w tym pewien sens — wydusił wreszcie z siebie Snape.

Alecto zmarszczyła podejrzliwie brwi.

— To znaczy co to znaczy? Zgadzasz się?

Wyglądała tak, że odmowna odpowiedź mogłaby być co najmniej niebezpieczna. Nie obawiał się jednak reakcji Alecto, a dalekosiężnych konsekwencji swojego ewentualnego sprzeciwu. Nieracjonalny upór w kwestii ograniczenia wpływu współśmierciożerców byłby ze wszech miar źle widziany.

— Niech wam będzie. — Zabrzmiało to obojętnie, jakby w istocie było mu wszystko jedno, co będzie się teraz działo w tej szkole.

— No i super — ucieszył się Amycus. — A już myślałem, że znów będziesz mieć jakieś tam głupie pretensje.

— Widzisz, Snape, jak inteligentni ludzie usiądą razem i porozmawiają, to zawsze dojdą do porozumienia — podsumowała Alecto.

— Nie powinniście udać się na lekcje? — przypomniał im lodowatym tonem Severus.

— Dobra, dobra — mruknął Amycus, podnosząc się z krzesła. — Chodź, idziemy — zwrócił się do siostry.

Alecto sprawiała wrażenie ogromnie dumnej z siebie. Widocznie poczytywała to sobie za osobisty sukces. Obydwoje wyglądali na równie szczęśliwych, co dzieci w sklepie Zonka.

Wyszli z gabinetu, nie domykając za sobą drzwi, jakby wbrew swojemu zwyczajowi. Zwykle nimi trzaskali.

— Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę minę tej McGonagall, gdy jej powiemy, że ma nas teraz słuchać — usłyszał jeszcze pełen mściwej satysfakcji głos Alecto, dobiegający z klatki schodowej.

Snape machnięciem różdżki zamknął drzwi. Niezbyt delikatnie. Był na siebie wściekły. Przez długą chwilę siedział nieruchomo za biurkiem. W ciągu paru minut sytuacja w szkole uległa gwałtownemu pogorszeniu. Myśl, że nie mógł tego powstrzymać, nie była zbyt pocieszająca.

— Severusie... — usłyszał głos Dumbledore'a, dobiegający z obrazu.

Nawet na niego nie spojrzał. Żadne słowo nie mogło ani pogorszyć, ani polepszyć sytuacji, ani tym bardziej zmienić tego, jak parszywie się teraz czuł.

— Nic nie mów, Dumbledore. Po prostu nic nie mów.

c.d.n.

Ilustracje:

Ulubiona książka Snape'a http : / / the - black - panther . deviantart . com / art / Snape - s - favorite - book - 136095569

Snape i Sinistra http : / / the - black - panther . deviantart . com / art / Snape - and – Sinistra - doodles - 136096182