Decydujące starcie

Będąc w zamknięciu, Gwyn miała mnóstwo czasu na rozmyślanie. Dobrze poznała komnatę, w której przebywała. Był to mały pokoik o kamiennych ścianach i podłodze. Miał mało sprzętów, ale każdy aż raził przepychem. Naprzeciwko drzwi było łóżko- olbrzymie, z baldachimem z grubymi, brązowymi zasłonami. Po lewej stronie łoża znajdowało się okno, ciągnące się od sufitu i kończące kilkanaście cali od podłogi. Mimo, że w niewielu zamkach były szyby w oknach, tutaj każdą zdobił mały witrażyk. Okno przesłonięte było długimi zwiewnymi zasłonami. Po drugiej stronie pokoju stała toaletka oraz rzeźbiona szafa. Z prawej strony były drzwi do „łazienki". Ktoś musiał ją codziennie sprzątać, bo inaczej zabiłby ją sam zapach, ale nigdy nikogo nie zauważyła.

Pierwsze, o czym Gwyn pomyślała, kiedy została sama, to jak mogłaby stąd uciec. Drzwi zostały zamknięte na klucz, poza tym zawsze ktoś przy nich stał. Komnata znajdowała się na pierwszym piętrze, więc wydostanie się przez okna było niemożliwe. Przyszło jej nawet do głowy, żeby zrobić linę z prześcieradeł i zejść po niej, ale szybko z tego zrezygnowała. Okna nie można było zbyt szeroko otworzyć, zresztą zabrali jej ubranie i musiała chodzić w tych okropnie niewygodnych sukniach. Dodatkowo okno wychodziło na dziedziniec, na którym zawsze ktoś był, chociażby stajenny, przygotowujący konie do podróży, czy jacyś służący.

Zastanawiała się również, co teraz robił jej ojciec i przyjaciele, którzy z pewnością chcieli ją uwolnić. Wiedziała, że na pewno będą chcieli przybyć na turniej łucznictwa, z tego co nasłuchała się o ojcu nigdy nie opuścił turnieju, jeśli tylko mógł przechytrzyć szeryfa. Modliła się, żeby tego nie robił i nie dał się złapać.

Nie mogła zrobić nic więcej, nudziła się więc i czekała na rozwój wypadków.

W dzień turnieju, drzwi komnaty jak zwykle otwarte zostały przez służącą, która przyszła pomóc Gwyn się ubrać. Jakież więc było zdziwienie dziewczyny, kiedy w drzwiach nie zobaczyła żadnej z okropnych starych bab, które do tej pory przychodziły codziennie. Do pokoju weszła młodziutka służąca, a Gwyn szybko rozpoznała w niej koleżankę Rosy. Była o wiele lepiej ubrana niż wtedy, może ze względu na turniej.

-Co ty tu robisz?- zdziwiła się Gwyn.

-Panienko Gwyn, Rosa mi o panience opowiadała- zaświergotała dziewczyna.- Dlatego tu jestem. Nie mogę panience pomóc uciec, ale...

-To nic- odpowiedziała Gwyn.- I mów mi po imieniu. Jak udało ci się tu przyjść?

-Dałam tym dwóm starym służącym napar z ziół, więc nie były w stanie pomóc panience w ubieraniu.- mówiła prędko dziewczyna. Zaczęła krzątać się wokół Gwyn, pomagając jej włożyć wyjątkowo kosztowną, nawet w porównaniu do tych, które nosiła do tej pory, suknię. Kiedy skończyła fryzować jej włosy zawahała się.

-Mam coś dla panienki...- wyjąkała i sięgnęła w fałdy spódnicy. Gwyn spojrzała na nią zaciekawiona. Tamta podała jej małe zawiniątko.

-Niech panienka ma to ze sobą podczas turnieju- rzekła służąca i wybiegła z pokoju, zostawiając ją samą. Po rozwinięciu materiału okazało się, że był to sztylet w pochwie. Gwyn schowała go pod suknią i czekała co stanie się dalej.

Po jakimś czasie przyszło po nią dwóch mężczyzn. Zaprowadzili ją na dziedziniec. Tam czekał już powóz, a w nim szeryf. Wsiadła do niego niechętnie i pojechali na miejsce turnieju.

Zawody odbywały się w tym samym miejscu co wcześniej. Ponieważ szeryf wymyślił je niespodziewanie Gwyn sądziła, że nie będzie tak dużo ludzi jak wcześniej, ale się myliła. Było ich o wiele więcej. A wszystko przez to, że miał przybyć znienawidzony książę Jan. Ludzie chcieli go zobaczyć, albo żeby wiedzieć jak wygląda najbardziej znienawidzona przez nich osoba, albo, żeby mu się przypodobać.

Wszędzie rozstawione były stragany, ludzie chcieli jak najbardziej się wzbogacić, skoro dano im ku temu okazję. Szeryf pociągnął ją na trybuny, specjalnie dla nich przygotowane. Główne miejsce zajmowało krzesło bardzo podobne do tronu, na którym miał zasiąść książę Jan. On sam zjawił się dopiero później przed samym turniejem. Od razu zauważył Gwyn, a szeryf ją przedstawił z drwiącym uśmiechem.

-Mam nadzieję, że mój wierny sługa, dobrze cię ugościł, pani- powiedział książę Jan całując ją w dłoń. Miała ochotę na niego napluć, ale odpowiedziała tylko:

-Oczywiście, panie.

Następnie usiedli na swoich miejscach. Podczas ostatnich przygotowań dziewczyna niespokojnie rozglądała się po polanie. Przybyło mnóstwo łuczników, ale ona na nich nie zważała. Bała się, że wśród nich dostrzeże swojego ojca i dlatego gorączkowo przeszukiwała tłum. Zauważyła jedynie kilku mnichów z kapturami na głowach i jakiegoś starca, tak przygarbionego, że dziwne było, że jeszcze trzyma się na nogach, ale nie spostrzegła żadnej znajomej twarzy. Przekonywała się, że gdyby ona mogła ich zobaczyć, dostrzegli by ich również ludzie szeryfa i to ją trochę uspokoiło.

Turniej rozpoczął się. Wyglądał podobnie do tego w którym ona sama brała udział i prawdę mówiąc trochę żałowała, że nie może być teraz wśród strzelców, czując tą adrenalinę w momencie puszczenia cięciwy.

Po dłuższym starciu, na polu bitwy pozostał jedynie jakiś młody chłopak w kapturze i ... starzec.

Jeszcze zanim zdążyli oddać ostateczny strzał, szeryf podniósł się i zawołał:

-Człowiek w kapturze! To Robin Hood, schwytać go!

Rycerze rzucili się na niego i podczas szamotaniny spadł mu kaptur, odsłaniając Chrisa! Tymczasem staruszek wymknął się sprzed oczu gapiów i, zauważony jedynie przez Gwyn, podkradł się pod trybuny. Dziewczyna widząc pojmanie Chrisa chciała krzyknąć ale szybko przykuła uwagę do starca. Kiedy odrzucił sztuczną brodę i kaptur celując łuk w stronę księcia Jana, stało się dla niej jasne, że był to jej ojciec. Uczucie ulgi walczyło ze strachem o to, że coś mu się stanie.

Rycerze szeryfa obezwładnili Chrisa i ruszyli w stronę trybun, na wrzask księcia Jana:

-No ruszcie się, on do mnie mierzy z łuku!

-Nie radziłbym ci, panie, wzywać ich na pomoc jeśli chcesz żyć- powiedział spokojnie Robin, podczas gdy wezwani mężczyźni go otoczyli i wymierzyli z własnych łuków. Szeryf tymczasem zaczął się wycofywać.

-Jeśli drgniesz, zastrzelą cię- powiedział książę.

-Moja strzała będzie szybsza i zginiesz.

Gwyn patrzyła na to z pozornym spokojem ale nie miała pojęcia co robić. Poczuła się jeszcze bardziej bezradna niż do tej pory. Ale wtedy rozejrzała się wokoło i zauważyła, że niektórzy z ludzi, na których nie zwracał wcześniej uwagi są jej całkiem znajomi i właśnie w tej chwili okrążają wojsko księcia, trzymając ręce na trzonkach mieczy lub wyjmując strzały z kołczanów. Nagle przypomniał jej się sztylet który miała ukryty pod suknią i sięgnęła po niego. Nie namyślając się wiele znalazła się za księciem Janem przykładając mu sztylet do szyi.

-Jeśli nie odwołasz swoich ludzi, będziesz trupem.

W tej samej chwili Robin zawołał:

-Gwyn, nie!

Przez chwilę plac ogarnęła niczym nie zmącona cisza, a kiedy dziewczyna mocniej przycisnęła mu sztylet do szyi, rozkazał im opuścić łuki. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ukryci do tej pory ludzie Robina wyskoczyli z ukrycia i zaatakowali rycerzy. Walka rozgorzała na dobre, a tym całym zamęcie, trudno było rozpoznać kto ma przewagę.

Gwyn puściła księcia Jana, który od razu uciekł, i rzuciła się w objęcia ojca. Było to trochę utrudnione, ze względu na jej strój.

Robin nie mógł zbyt długo próżnować, więc oddał łuk córce, a sam wyciągnął miecz i począł siec przeciwników.

Gwyn chciała pomóc, ale nie mogła strzelać, bo w tej kłębowinie mogłaby trafić kogoś ze swoich.