Klątwa
Była słaba. Nie zrobiła tego. Miała idealną okazję do skończenia ze sobą, a jednak nie zrobiła tego. Dlaczego? Bo chciała go jeszcze zobaczyć, poczuć. To była jej jedyna wymówka, która jednocześnie mogła służyć jej przez wieczność. Jej serce biło tylko dla niego. Tak, zachowywała się jak naiwna idiotka, ale nie mogła nic na to poradzić. To wszystko zniszczyło ją od wewnątrz. Wypaliło wnętrzności wraz z poczuciem własnej godności, pewnością siebie, odwagą i przeświadczeniem o samowystarczalności. Zatraciła się w tym wszystkim. Straciła wszystko, na czym jej zależało. Teraz była cieniem dawnej siebie. Dumbledore poił ją uspokajającymi eliksirami z nadzieją, że jej w jakichś sposób pomogą. Mało prawdopodobne. Z każdym dniem było gorzej. On myślał, że ona nie wie, że nie widzi, ale nie była ani głupia, ani ślepa. Przed nią grał cudownego, zakochanego chłopaka, ale ona widziała, że w jego oczach nie ma uczucia. Nie raz słyszała, jak zaśmiewał się z przyjaciółmi z tego, jak łatwo ją oszukać. Ale to było nic. Hermiona widziała go z Walburgą Black i to było najgorsze. Jej serce rozpadło się na tysiące kawałeczków, gdy zobaczyła, w jakiej dwuznacznej sytuacji się znajdowali. Ślizgonka stała oparta o ścianę uwięziona między ramionami Riddle'a, a on pochylał się nad jej twarzą w sugestywny sposób. Hermiona uciekła nim ujrzała coś, co kompletnie utwierdziłoby ją w jej przekonaniu. Przepłakała po tym resztę dnia. Nie mogła sobie wyobrazić tego, że ta dziewczyna mogła wygrać. Sama myśl sprawiała jej fizyczny ból.
Przekręciła się na łóżku. Była już na granicy jawy a snu, mimo to chciała pozostać w krainie Morfeusza. Tam, chociaż mogła zaznać spokoju. Uciec od otaczającego ją świata. Zmarszczyła brwi, gdy poczuła, że przytula się do czegoś twardego. Czuła ciepło bijące od tej rzeczy. Miała ochotę przylgnąć bliżej tej bliżej nieokreślonej formy, jednak wrodzona ostrożność zmusiła ją do otworzenia oczu. Jej spojrzenie napotkało granatowe tęczówki, które przyglądały jej się z uwagą. Chciała się uśmiechnąć, jednak nie była w stanie. Jej usta wygięły się sztucznie, a w oczach błysnęły niepożądane łzy. Zamknęła oczy z myślą, że to jej się tylko śni, że jego wcale z nią nie było i jeżeli teraz otworzy oczy to on zniknie. Niestety okłamywanie się nie miało sensu. Ona przecież czuła jego obecność. Była aż boleśnie świadoma jego. Każdego fragmentu jego ciała przyciśniętego do jej własnego. Zdążyła zarejestrować, że był tylko w luźnych spodniach od piżamy, więc musiał pojawić się tu już w ciągu nocy. Ponownie uchyliła powieki i z konsternacją zauważyła, że było ciemno, co oznaczało, że pojawił się tu przed jakąś chwilą. Ukryła twarz w poduszce. Nie chciała go tu.
- Hej, Black. Nie chowaj się przede mną.
Czuła, jak chwyta jej twarz chcąc ją odwrócić w swoją stronę. Nie stawiła oporu, bo przecież jak mogłaby to zrobić? Łaknęła jego dotyku, jakkolwiek bolesny by nie był. Spojrzała na niego załzawionymi oczami. Nie była w stanie wypowiedzieć słowa.
- Unikasz mnie.
To nie było pytanie. On stwierdzał fakt. Z jednej strony była zdziwiona, że w ogóle to zauważył, jednak, co go to właściwie obchodziło? I tak nic dla niego nie znaczyła, więc jej obecność nie była czymś dla niego niezbędnym, a ją bolało to, że brak w nim uczuć do niej, więc wybrała mniejsze zło.
- Dlaczego?
Tym razem pytał. Odpowiedzi i tak nie uzyska. Nie była w stanie powiedzieć mu „dlaczego" i tak by nie zrozumiał. Nie było potrzeby by się produkowała. Nic nie miało sensu. Zwłaszcza jego obecność tutaj. Milczała, jak zaklęta dalej wlepiając w niego wzrok. Nie śmiała spuścić oczu, bała się jego reakcji. Co mógł zrobić? Wściec się? Nie wiedziała, ale ryzykować też nie chciała.
- Rozmawiaj ze mną.
Jego głos był subtelny. Delikatny. Nie przypominał siebie w żadnym aspekcie tego słowa. Nigdy nie był taki czuły, właśnie przez to tak szybko zorientowała się, że to wszystko gra. Za dużo fałszu było w jego zachowaniu wobec niej. Był zbyt ciepły, zbyt bezpieczny by można było uznać to za prawdę. Mówił do niej z taką miękkością, która jej kojarzyła się z pleśnią pokrywającą zepsute owoce. On był takim owocem. Na zewnątrz piękny i rumiany, a od środka zjedzony przez robaki. Powinna się nim brzydzić, a jednak nie mogła. Dalej widziała w nim swój ideał. Widziała w nim swojego Toma. Jej Toma, tego, którego pokochała. On był gdzieś w nim i ona to czuła.
- Jak?
To wszystko, na co było ją stać. Z pod jej powiek uciekło kilka łez. Czuła, jak scałowuje je z jej policzków. Drżała pod jego wpływem. Nie mogła wyprzeć się tego, jak bardzo na nią działał. Jego usta zaczęły igrać z jej własnymi. Nie chciała oddawać jego pieszczot, jednak szybko poddała się tej magii, bo inaczej nie można tego nazwać, którą ją traktował. Całował ją powoli, leniwie. Pobudzając delikatnie każdą część jej ciała. Pieścił jej podniebienie, tańczył z jej językiem, rozpalał skórę swoimi dłońmi, które śmiele błądziły po każdym zakamarku jej ciała. Zacisnęła swoje dłonie na jego plecach i przycisnęła do siebie. Chciała go czuć, jak najbliżej. Podniósł się na ramionach by móc na nią spojrzeć. Jego źrenice były wyraźnie rozszerzone. Pochylił się jeszcze raz by złożyć pocałunek na jej ustach.
Chciała krzyczeć. Nie mogła zrozumieć, czemu zgadzała się na to wszystko. Traciła wiarę w siebie. Nie mówiąc już o szacunku czy godności. Dawno to straciła. Była nie lepsza od Walburgi. Chciała mu się oddać tylko po to by być blisko niego, a i tak nic w ten sposób nie zyskiwała. Była wręcz pewna, że nie uważał jej za nic więcej oprócz zwykłego śmiecia. Powinna wstydzić się tego wszystkiego, a ona czuła zwykłą obojętność. Miała gdzieś zdanie innych na swój temat. Mogli uważać ją za zwykłą dziwkę. To nie miało dla niej znaczenia dopóki on był przy niej. Póki wracał. Może nie na stałe, ale jednak był. Prawda? Miała to, czego chciała, a tylko to się dla niej liczyło. Nic innego.
Miała na niego nie patrzeć, jednak pokusa była zbyt silna. Obserwowała jego twarz, gdy pochylał się nad nią by złożyć kolejny pocałunek na jej ustach. Widziała pewną determinację, której nie mogła zrozumieć. Jego zmarszczone brwi też nie poprawiały sytuacji. Wyglądał jakby zmagał się z czymś w środku.
- Ja tak nie mogę.
Odsunął się od niej gwałtownie i opadł na łóżko po jej prawej stronie. Hermiona czuła wstyd, gdyż pierwsze, co przyszło jej do głowy to było pytanie: dlaczego? Następnie był sprzeciw. Chciała żeby to trwało dalej. Ona naprawdę chciała żeby między nimi doszło do tej bliskości, mimo że jej mózg, rozum się temu sprzeciwiały. Naprawdę chciała stracić ostatnie resztki godności, jakie posiadała, a to wszystko dla tego, że tak bardzo łaknęła jego bliskości i obecności. Z drugiej jednak strony poczuła ulgę. Jego rezygnacja dała jej jeszcze cień szansy na uratowanie siebie samej. Na podniesienie się z tego emocjonalnego dołka, w którym się znalazła. Mogła pokonać to moralne salto, które zawładnęło jej życiem, popychając ją do najgorszych czynów w jej życiu. Miała swój egzystencjonalny paw, to prawda, ale mogła się z tego wyleczyć. Miała nadzieję, a nadzieja umiera ostatnia. Nie było ważnym, że jej nadzieją był również powrót jego. Ona naprawdę musiała zacząć walczyć o samą siebie, nawet, jeśli oznaczałoby to odsunięcie się od niego. Podświadomie dziękowała mu za to, że dał jej możliwość wyboru, że delikatnie popchnął ją w stronę dobrego rozwiązania.
Hermiona odniosła wrażenie, że coś się zmieniło. Czuła się bardziej… swojsko. Tak, jak kiedyś. Bardziej, jak ona. Gryfońsko, walecznie, odważenie i pewniej siebie. Gdzieś w środku poczuła, że jest tam jeszcze ta Hermiona Granger, która stawała do walki o swoje przekonania, przyjaciół i dobro wszystkich ludzi. Jednak była też Hermiona Black, która z kolei czuła się poniżona i zdradzona. Zaśmiała się w duchu. Jej arystokracka duma została urażona i teraz pała chęcią zemsty. Niestety była również część jej, która chciała żeby wszystko wróciło do czasu, gdy miedzy nią a Tomem było cudownie. W zasadzie pragnienia wszystkich trzech „ja" dałoby się połączyć, tylko należałoby powalczyć. W pierwszej kolejności o samą siebie, w drugiej o swoją godność, a w kolejnej o miłość. Nie mogła zmienić tej kolejności, gdyż znowu mogłaby się zatracić i zgubić. Kiedy będzie już pewna, że potrafi zawalczyć o Riddle'a to, to bezzwłocznie zrobi. Teraz jednak musiała się od niego uwolnić. Za wszelką cenę.
- Dobrze.
Ciągnąc za sobą prześcieradło i szybko się nim owijając skierowała swoje kroki do łazienki. Nie odwróciła się do niego. Bała się, że jedno spojrzenie i całe jej postanowienie legnie w gruzach. Nie mogła pozwolić by tak się stało. Zależało jej na tym, by jej życie wróciło na normalne tory. To było ważne.
Dopadł do niej, gdy była tuż obok drzwi. Złapał ją za nadgarstek i odwrócił w swoją stronę przyciskając do siebie. Zadarła głowę by móc spojrzeć w jego oczy. Widziała czającą się gdzieś za źrenicami złość. Granat jego oczu szalał niczym niebo w trakcie burzy. Mięsnie drgały od zaciskania zębów.
Wciągnęła gwałtownie powietrze. Nie mogła się poddać, mimo że w jego uścisku czuła się, jak szmaciana laleczka. Niemal, jak marionetka. Przymknęła oczy starając się skupić na własnym pragnieniu. Myśli szalały w jej głowie. Jego dotyk tak bardzo mieszał jej w umyśle. Rozpraszał. Powodował chęć rzucenia mu się na szyję by już nigdy nie wypuścić. Ale ona nie chciała na to pozwolić. Nie byłaby sobą, gdyby nie pokierowała się racjonalnością. Znalazła wewnątrz siebie już przytłumioną przez niego świadomość siebie. Chęć walki i plan działania. Skupiła się na tym. Uczepiła się tego rozpaczliwie i podniosła na niego oczy.
- Odchodzisz? Tak po prostu?
- Puść mnie, Tom.
- Nie mam zamiaru, Black.
- Zostaw mnie w spokoju.
- Chciałabyś.
Uśmiechnął się brzydko. Bardzo brzydko. Hermiona wiedziała, że to początek czegoś złego. Początek wojny. Między nimi, czy ogólnej? Nie miało to znaczenia. Wiedziała, że będzie źle, ale wiedziała również, że przetrwa. Chciał pokazu sił? Ona się na to zdobędzie. Da radę. Chociażby miała wypruć sobie flaki. Chociażby miała zrobić coś, czego mogłaby żałować. Pokaże mu, że on musi się z nią liczyć. Pokaże swoją wartość. Nie da mu dalej myśleć, że jest nikim. Ona jest. Będzie i nie podda się. Czas na rundę pierwszą.
Miał ochotę rozwalić wszystko wokół. Potrzebował się wyżyć. Chciał, och naprawdę miał ochotę zrobić komuś krzywdę. Ludzie schodzili mu z drogi bojąc się jego gniewu. A kto był powodem? No, kto? Zawsze ona. Ta panosząca się, upierdliwa dziewucha, która na stale zagnieździła się w jego życiu, która nie pozwala mu racjonalnie myśleć. On dla niej traci głowę, staje się miękki. Niemal czuły, a ona, co? Wyzywa go do pojedynku? Mało powiedziane. Odrzuca go i wypowiada mu wojnę. Jednak on wie, wie, że to nie jest jej główny cel. Ona wcale nie chce go stracić. Przebiegłe stworzenie chce się po prostu zademonstrować. Pobawić w pokaz siły. Niedoczekanie jej. On tu jest panem. On tu jest władcą i nie pozwoli, żeby ktoś taki, jak ona podkopywał jego pozycję. Co to, to nie. Ona może coś dla niego znaczyć. Może mu w jakichś sposób na niej zależeć, ale to jest niczym w stosunku do jego planów. Do jego misji, do jego marzeń. Chciała starcia? To on jej da, ale tylko na jego zasadach. Postara się by pożałowała. Potrafił sobie z nią poradzić w bardzo prosty sposób. Spojrzał w lustro i przeczesał palcami włosy. Uśmiechnął się do siebie. Zdecydowanie umiał sobie z nią poradzić.
- Tom?
Abraxas Malfoy pojawił się za nim w lustrze. Brunet powoli odwrócił się do swojego towarzysza. Miał lekko opuszczona głowę, grzywka ukrywała jego twarz. Zaśmiał się krótko.
- Wypowiedziała mi wojnę, Malfoy.
- Black?
- Och, tak.
- Co teraz?
- Jak to, co? Zagram w jej grę, ale na moich warunkach.
Dwójka spojrzała na siebie porozumiewawczo. Uwielbiali rywalizację, a to była idealna okazja. Skierowali swoje kroki do dormitorium ślizgonów. Riddle powoli obmyślał plan działania. Musiał ostrożnie rozplanować każde swoje posunięcie. Potrzebował pewności, że wszystko pójdzie po jego myśli. Nie miał czasu na igranie z nią. Musiał to rozegrać pewnie i szybko. Po prostu odnieść sukces. Do tego był stworzony. Liczył, że nigdy nie będzie musiał się z nią mierzyć. Widział w niej raczej swojego sprzymierzeńca. Tak okrutnie pokrzyżowała jego plany. Tak wiedział, że to nie do końca prawda, ale sam fakt, że postanowiła działać wcale nie był mu na rękę. Pytaniem jednak było, co właściwie planowała zrobić? Jego zdaniem sama jeszcze nie wiedziała. Nie miała przecież nikogo. Była niemal bezsilna. Nie miała perspektyw, więc co uroiło się w jej głowie?
Zacisnął pięści. Nienawidził niewiedzy.
Weszli do pokoju wspólnego ślizgonów. Chciał zacząć zebranie, ale wtedy ją dostrzegł. Siedziała w jednym z foteli i przyglądała mu się z zainteresowaniem. Niektórzy rozumiejąc jego zamiary już opuszczali pomieszczenie. Źle. Ona nie mogła wiedzieć.
- Zatrzymaj ludzi.
Abraxas prawie niezauważalnie skinął głową i zniknął wśród tłumu. Riddle natomiast skierował swoje kroki w kierunku Hermiony. Widział wyzwanie szalejące w jej oczach. Dawno jej takiej nie wiedział. Ostatnimi czasy była cieniem siebie samej, a w tej chwili mógł niemal dostrzec dziewczynę, która od chwili pojawienia się w jego życiu wprowadzała zamęt. Brakowało mu jej charakteru, który został tak brutalnie stłumiony przez więź, jaka ich łączyła, a potem przez jej rozerwanie. Miał jednak problem ze zrozumieniem, kiedy ochłonęła. Kiedy uwolniła się z sideł przywiązania. To stało się zbyt nagle. Jeszcze nocą widział, jak bolesna jest dla niej jego obecność, a jednocześnie, jak bardzo jej potrzebuje. Widział wtedy, że ona była gotowa zrobić wszystko, o co tylko by ją poprosił, wiec cos się zmieniło? I jakim cudem tak szybko? To było nienaturalne. Był jeden sposób, by móc sprawdzić, jak trwała jest jej postawa. Lawirował miedzy ludźmi dalej kierując się w jej stronę. Czuł jej spojrzenie śledzące każdy jego ruch. W pomieszczeniu panowała dziwna atmosfera. Ludzie wstrzymywali oddech. Nerwowość była wręcz namacalna, tak samo było ze strachem, ale dlaczego się bali? Co było strasznego w konfrontacji dwojga kochanków? W końcu tym byli dla wszystkich zebranych. Oczywiście większość węży była świadoma jego pozycji, ale w tej chwili to, co się działo dotyczyło tylko jej i jego, więc, o co chodziło.
Nagle wyczuł napięcie magiczne. Nim zdążył zareagować przeleciał przez całą długość pomieszczenia i boleśnie uderzył o ścianę. Mimo odległości wyraźnie widział uśmiech zdobiący jej pełne wargi. A więc to tak? Chciała go pokonać na jego własnym terytorium? Zaśmiał się głośno. Cisza panująca w pomieszczeniu sprawiła, że jego głos brzmiał strasznie. Z gracją podniósł się z podłogi i poprawił swoje ubranie. Następnie spojrzał wprost na nią i niezauważalnie posłał w jej stronę zaklęcie rozbrajające. Była jednak gotowa. Tarcza zamigotała pod wpływem jego Expelliarmusa, jednak przetrwała. Uśmiechnął się swoim najpaskudniejszym uśmiechem. Zabawa się skończyła. Chciała pojedynku? Sama się w niego wpakowała? Tak i tak, więc czemu on miałby się powstrzymywać? Posłał w jej stronę trzy czary na raz. Obserwował, jak płynne są jej uniki. Musiała mieć spore doświadczenie w walce. Musiał ją wyczuć. Zaleźć jej słaby punkt. Czary latały między nimi, ale panowała kompletna cisza. Większość zgromadzonych wcześniej uczniów uciekła, bądź znalazła sobie bezpieczne kryjówki. I dobrze, gdyż wkrótce miał zapanować chaos. Tom zaczął w myślach czarnomagiczną inkantację, której jak do tej pory nigdy nie wykorzystał w walce, ale wydała mu się korzystną opcją. Jego przeciwniczka nie spodziewała się niczego, gdyż w tym samym czasie miotał w nią zaklęciami. Ukierunkowanie magii było jedną z cięższych dziedzin magii, jednak on opanował to do perfekcji. Potrafił podzielić swój potencjał magiczny i skupić różne jego części na różnych zaklęciach. Wielką pomocą w tym temacie okazało się jego bycie wężoustym. Dzięki tej zdolności ukierunkowanie jego energii było znacznie prostsze, gdyż polegało to na sterowaniu i na zrozumieniu istoty magii, a nie każdy czarodziej był zdolny do czegoś takiego. Dar, który odziedziczył po swoim przodku służył w zasadzie do tego samego. Może pozwalał władać inną materią, jednak, gdy już się umiało jedno, drugie nie stanowiło takiego problemu. Miał przewagę.
Widział, jak zaciekle się broni. Jej ataki również nie należały do najlżejszych. Miała ogromny potencjał. Musiał zmusić ją do poznania czarnej magii, gdyż to dałoby jej tyle siły i potęgi. Miałby wtedy niemal godnego przeciwnika. Chociaż wolałby ja raczej widzieć u swojego boku, jako tą, która pomogła mu w jego drodze do władzy. Byliby idealnym zespołem. Byliby jedyni w swoim rodzaju. Byliby niepokonani. Jaka szkoda, że w tej chwili stali po przeciwnych stronach barykady. Jaka szkoda, że w tej chwili musiał ją poniżyć, by znała swoje miejsce. Kiedy skończył swoją inkantację wreszcie to poczuła. Czuł każdą z jej żył. Każdy płyn wypełniający jej ciało. Machnął różdżką. Opadła z krzykiem na kolana. Nie miała władzy w swoim ciele, gdyż w tej chwili on ją posiadał.
- Dokładnie tak, Black, na kolanach. Tak powinnaś przebywać przy mnie. Na kolanach.
Widział cierpienie w jej ciemnych, niemal czarnych oczach. Widział, że stara się walczyć z siłą, której w ogóle nie rozumiała. Zaśmiał się cicho i przykucnął naprzeciw jej twarz. Ujął swoją dłonią jej podbródek by zmusić ja do spojrzenia w jego oczy. Rozpacz i ból wyzierał ze spojrzenia, którym go obdarzyła, jednak, co on mógł na to poradzić? Sama wpakowała się w to gówno. On tylko podjął jej wyzwanie.
- Nie walcz, to będzie wtedy mniej uciążliwe.
Wyprostował się nagle, by móc spojrzeć na pojawiających się wokół ślizgonów. Patrzył na każdego z osobna, a jednocześnie obejmował swoim spojrzeniem ich wszystkich. Widział przerażenie malujące się na twarzach tych, którzy rozumieli, co właśnie zrobił, a wykonał coś, co było zakazane od tysiącleci. Coś, czego nikt nie umiał do tej pory wykonać. Klątwa krwi była najczarniejszą z czarnej magii. Zniewolenie czyjegoś ciała, a nawet umysłu tą klątwą było gorsze nawet od najgorszego z Zaklęć Niewybaczalnych. Człowiek, który został potraktowany klątwą krwi był niczym laleczka w rękach lalkarza. Ów lalkarz natomiast mógł zrobić z laleczką dosłownie wszystko. Mógł odebrać jej zmysły. Władzę nad własnym ciałem, ale mógł również dać żyć, a tylko czasem przypomnieć o swojej władzy. W najmniej odpowiednim momencie mógł po prostu powiedzieć dość i kontrola nad własnym ciałem już nie była możliwa. Laleczka był zależna. Oczywiście można było zdjąć tę klątwę, ale mógł to zrobić jedynie lalkarz. Lepsze jest to, że każda osoba, która wiedziała o klątwie nie mogła zdradzić ani lalki, ani tym bardziej lalkarza. Sama lalka również nie mogła powiedzieć słowa na temat zaklęcia. Lalkarz miał całkowitą władzę. W tym momencie Riddle zdobył najlepszą z możliwych lalek, która od tej chwili była mu całkowicie zależną.
- Cudownie prawda? Znowu powiązani.
Zaśmiał się, a był to okrutny śmiech. Kpił z całej sytuacji. Wreszcie był u władzy. Wreszcie miał całkowitą kontrolę. Znowu. Od czasu jej pojawienia był osłabiony, rozproszony, nie mógł zapanować nad wszystkim, a teraz nie będzie miał z tym najmniejszego problemu. Scenariusz idealny. Wielkie dzieło najlepszego wirtuoza. To on grał zawsze pierwsze skrzypce, a teraz był już pewny, że dobrze stroją.
- Mów Black, nie krępuj się.
- Nienawidzę cię, Riddle.
- Doprawdy uroczę.
Widział ból w jej oczach i nie było mu przykro. Ranił ją, chciał usłyszeć, jak krzyczy, jak błaga go o litość. Wszak był miłosierny. Miała szansę. Musiała tylko się poddać.
Albus Dumbledore siedział w swoim gabinecie, jak co dzień zajmując się, czy to sprawdzaniem esejów, czy też planowaniem zajęć. Nic nie burzyło jego spokoju. No może prawie nic. Myśli cały czas zaprzątała mu młoda, ciemnowłosa dziewczyna, której nieszczęście było nieodzownym towarzyszem, a cierpienie najlepszym kompanem. Owa dziewczyna całe swoje życie zmuszona była cierpieć, a on miał w tym swój udział. Teraz również pozwolił na skrzywdzenie jej. Znowu przyczynił się do wypływania łez z pod jej powiek. Było mu wstyd. To wszystko była jego wina. Nigdy nie powinien posyłać ją na tę samobójczą misję. Co on sobie myślał? Że ona mogłaby odmienić losy świata? Owszem, ale nie za taką cenę. Straciła już wszystko począwszy od rodziców, przez przyjaciół, na samej sobie kończąc. Wszystko przez jego chore ambicje. Powinien zadbać o to sam. Mógł przecież jakoś wpłynąć sam na Riddle'a. Skoro postanowił odmienić przyszłość, to powinien zrobić to sam. No, ale przecież on nie chciał się jeszcze bardziej mieszać prawda? Lepiej było wysłać kogoś, kto odwali za ciebie brudną robotę. Łatwiej, prościej i przyjemniej. Wystarczy tylko pchnąć w dobrym kierunku i wszystko pójdzie, jak po maśle. Dlaczego więc nic nie jest tak, jakby sobie tego życzył? Dlaczego wszystko sypie? Dlaczego sprowadził na nią jedynie cierpienie, a w zamian nie otrzymał nic dobrego? Żadnych postępów. Karma była podstępną i złą siłą, która w tej chwili zadbała, by czuł się, tak jak, powinien, czyli tak, jak czułą się ona – Hermiona. Widział, że krzywdy, jaką wyrządził tej dziewczynie nie da się już odkupić. Gdyby tylko nie zaszczepił w niej tej myśli… Może wszystko potoczyłoby się inaczej? Gdyby nie podsunął jej tej chorej myśli o poświęceniu. Ale czego nie robi się dla większego dobra? On był gotowy zrobić wszystko, ale poświęcenie biednej dziewczyny w tej chwili przekraczało możliwości jego sumienia. Powinien temu jakoś zapobiec, jakąś ją uratować. Prawda? Och oczywiście, że miał rację. Zawsze ją miał. Dlatego właśnie nie zawahał się podjąć tych kroków. Wierzył, że i tym razem osiągnie sukces. Jak bardzo się mylił.
Oparł łokcie na biurku i ukrył twarz w dłoniach. Był zmęczony. Miał dość ciągłej walki. Wiedział, że musi powstrzymać Riddle'a od przejęcia władzy, ale miał wrażenie, że jest już na przegranej pozycji. Wszystko było przeciwko niemu.
Wtem, gdzieś na skraju świadomości poczuł to. Dumbledore miał wyczulone zmysły na wszelkie skupiska magii, a w tej chwili coś narastało. Coś złego. Coś mrocznego. Zamarł. Klątwa krwi. Znał tylko jedną osobę, która była w stanie czegoś takiego dokonać i bynajmniej, nie był to on sam. To musiał być on, to musiał być Tom. Nie spodziewał się, że jego wiedza jest na takim poziomie, a zaawansowanie w czarnej magii takie rozległe.
Starszy mężczyzna padł na kolana i zaczął własną inkantację, którą poprowadził strumieniem mocy Riddle'a. Jego czar zapewniał mu wiedzę na temat tego, kogo opętał Riddle. Pozawalał również na lekkie ograniczenie siły klątwy. Robił, co mógł, by w jakichś sposób pomóc tej biednej duszyczce. Wtedy właśnie poczuł. To była ona. Jak zawsze ona. Skupił cała swoją energię na zaklęciu, chciał zrobić wszystko, co możliwe by tylko zminimalizować działanie czaru niedoszłego Voldemorta, chociaż w tej chwili spokojnie można było go nim już nazwać. To wszystko była jego wina. Każda z rzeczy, jaka do tej pory się wydarzyła była jego winą. Myślał, że złączenie ich więzią w jakiś sposób pomoże i w tym wypadku rzeczywiście miał rację, jednak, co z tego, gdy został zmuszony do zerwania jej, co spowodowało nieodwracalne konsekwencję. Do czego to doprowadziło? Załamała się psychicznie, była na skraju. Martwił się, że dziewczyna wkrótce targnie się na własne życie. Teraz już nie będzie mogła tego uczynić, bo on jej na to nie pozwoli. Riddle przejmie nad nią niemal całkowitą kontrolę. Stary czarodziej miał ochotę zamienić się miejscami z tym biednym dzieckiem. Tyle nieszczęścia sprowadził na tę biedną dziewczynę i nic nie mógł już na to poradzić. Przegrał. Przegrał z kretesem, a tym samym przegrała ona.
Wyczerpany czarodziej padł bez świadomości na podłogę. Ograniczenie klątwy krwi nie należało do najlżejszych zadań. On był już za stary na takie ekscesy.
Nie wiedziała, gdzie się znajduje. Jej powieki były ciężkie niczym ołów. Co się z nią działo? Nie pamiętała. Chciała się ruszyć – nie mogła. Zaczęła panikować. Myśli szalały jej w głowie, a ona nie mogła nic zrobić. Nie wiedziała, co się dzieje. Strach paraliżował, odbierał rozsądek. Chciała wezwać pomocy, ale nie potrafiła złożyć zdania. Nie byłą w stanie funkcjonować. Czuła się, jakby ktoś ją wyłączył. Nagle otworzyła oczy, a przed swoją twarzą zobaczyła jego.
- Dzień dobry, słoneczko.
Riddle pochylał się nad nią z tryumfującym uśmiechem na ustach. Co się działo? Pamiętała jedynie to, że czekała na niego w pokoju wspólnym. Nie mogła doczekać się konfrontacji. Potem w jej pamięci ziała ogromna czarna dziura. Pustka, wielkie nic. Z całych sił starała się znaleźć utracone wspomnienia, ale bez skutku. Potrzebowała informacji.
- Jesteś zdezorientowana?
Kiwnęła powoli głową. Nie widziała, czy w tej chwili może zaufać temu podstępnemu człowiekowi. Wiedziała, jaki był zły i czuła do niego tylko… Zaraz. Przecież jeszcze nie tak dawno była pewna swojej miłości, wiec, dlaczego teraz miłość miesza się z nienawiścią. Poczuła ból przeszywający ją na wskroś. Jakby coś krzyczało: Nie staraj się! Nie walcz! Nie masz prawa! Ale przecież ona musiała wiedzieć.
- Co się stało?
Spojrzał na nią rozbawiony i w czułym geście odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy. Wyglądał na takiego spokojnego, zrelaksowanego. Biła od niego pewność siebie. Było to wręcz duszące. Atmosfera, jaką ze sobą wnosił niemal odbierała jej oddech. Była niemal pewna, że stało się coś strasznego.
- Och kochanie, w tej chwili jesteś na mojej łasce. Czyżbyś nie pamiętała? Och, no nie pamiętasz. Sam ci to odebrałem. Pozwól, że zwrócę ci wspomnienia. Będzie zabawnie.
Jego różdżka znalazła się przy jej skroni i wtedy wszystko do niej spłynęło. Widziała siebie stojącą na środku pokoju wspólnego. Z uniesionej różdżki raz za razem wylatywały przeróżne zaklęcia. Wtem dostrzegła i jego. Stał naprzeciwko niej i uśmiechał się brzydko. Pojedynkowali się. Zobaczyła siebie upadającą na kolana bez żadnego wyraźnego powodu, przecież odepchnęła wszystkie zaklęcia, więc co się działo? Słyszała jego śmiech i słowa. Miała problem z rozróżnieniem ich, ale najwyraźniej przyszedł jej z pomocą. Już chwilę później była doskonale świadoma każdego słowa, które padło w tamtym momencie.
Miała ochotę wrzeszczeć, płakać, bić, drapać, szarpać, a nie była w stanie zrobić nic z tych rzeczy, bo była jego lalką, a on nie lubił niszczyć swoich zabawek. Była od niego całkowicie zależna. Znowu. Tylko tym razem. Nie było dla niej ratunku.
Brawo Black. Twoje życie to pasmo porażek. Sama się wpakowałaś w ten syf. Teraz spróbuj to posprzątać.
Łatwo pomyśleć trudniej zrobić. Co mogła zrobić w chwili, kiedy jej egzystencja zależała tylko od jego widzimisię? Mogła się poddać, ale przecież nie tego chciała. Chciała walczyć, ale jak to było możliwe skoro powinien móc kontrolować jej myśli? Spojrzała w jego granatowe oczy. Widziała radosne iskierki błyskające w jego tęczówkach. Nadawało to mu niemal chłopięcy wygląd. Szkoda tylko, że wewnątrz był potworem.
toxicjolene pisze: Muszę powiedzieć, że chyba nie jestem zbyt konsekwentną osobą. Cały czas coś zmieniam, ale jest to wina mojego natchnienia, które z każdym dniem szaleje coraz bardziej. Jeżeli chodzi o rozdział, to cóż mogę powiedzieć. Jest, jaki jest. Nie mnie ocieniać.
