Rozdział XI
TARDIS zmaterializował się na pustej i ciemnej uliczce Londynu. Równoległego Londynu. Drzwi od budki otworzyły się i wysiadł z niej mężczyzna w błękitnej koszuli, czarnym T-shirt'cie, oraz czarnych jeansach. Tym mężczyzną był Peter Black. Peter uważnie rozejrzał się. Z fascynacją, a trochę z przerażeniem zaczął badać wzrokiem wszystko dookoła. Czuł się bardzo dziwnie- wszystko tu było takie samo jak w równoległym świecie, a jednak ciągle w głębi umysłu obijało mu się słowo „równoległy. Zastanawiał się jak to możliwe, że ci ludzie nie przejmują się tym, ze żyją w matrixie, ale przecież on też żył w równoległym świecie i zupełnie mu to nie przeszkadzało. Aż do teraz. Teraz kiedy poznał prawdę, poczuł że nie mógłby żyć ze świadomością, iż wiedzie życie w równoległym świecie. Nawet jeżeli tu panowały Złote Czasy, w powietrzu unosiły się zeppeliny I wszyscy dookoła cieszyli się z świetności państwa brytyjskiego, a gdzieś tam, w prawdziwym świecie panował nieład, nierząd, chaos i demoralizacja. Teraz był pewny jednej rzeczy- chciał podróżować, patrzeć na wytwory innych kultur, spotykać obce cywilizację, a przede wszystkim poznawać prawdę. Drzwi od TARDIS ponownie się otworzyły ukazując mężczyznę w brązowym garniturze, granatowej koszuli oraz beżowych trampkach.
-Nie zamierzamy tu długo zabawić. Zabierasz swoje najpotrzebniejsze rzeczy i natychmiast wyruszamy-
-A ta dziura?-
-Zamknę ją jak tylko stąd wyjdziemy- Doktor uciął krótko, strzepując coś ze swojego ramienia.
-Ty tu rządzisz!- odpowiedział Peter, po czym zwrócił się ku końcowi uliczki- Nie idziesz?- rzucił przez ramię, kiedy zauważył, że Doktor wciąż stoi przy TARDIS.
-Nie. Bo niby po co?-
-Żebyś nie stał tu sam jak kołek! Poza tym trochę byś musiał się naczekać...- odpowiedział znudzonym głosem Peter. Jednak to wystarczyło, aby Doktora przekonać, bo po chwili przyłączył się do wędrówki. Obydwaj szli w milczeniu. Byli zbyt zajęci rozmyślaniem. Peter wciąż rozmyślał o równoległości tego świata, natomiast Doktor rozmyślał o niej... O Rose. Właściwie rozmyślał o niej już od pewnego czasu. Czasami nawet nawiedzała go w snach. W sumie zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Przypomniał sobie te wszystkie miejsca, które wraz z nią odwiedził. Piknik, który razem z nią urządzili sobie na jabłkowych trawach Nowej Ziemii, wspaniały uśmiech Rose jakim wtedy go obdarzyła. Poczuł w środku dziwną pustkę. Jakby stracił coś, czego już nigdy, przenigdy, nawet w najśmielszych snach już nie odzyska. Doszli do końca brukowanej uliczki. Peter skierował się w lewą stronę, jednakże Doktor wgapiał się w coś usilnie. Chłopak przez moment nie rozumiał o co chodzi, ale kiedy spojrzał tam gdzie patrzył Doktor, zrozumiał. Otóż po drugiej stronie szła dość dziwna para- blondynka ubrana w karmazynowy sweter i jeansy. Tuż przy niej szedł mężczyzna w niebieskim garniturze oraz bordowych trampkach.
-Chwila, moment! Przecież on to ty! To znaczy ty to on!- wychrypiał Peter nie dowierzając własnym oczom. Jednak Doktor pokręcił głową.
-Coś tu nie gra! Jak to możliwe, że jest was dwóch?-
-Ludzki metakryzys biologiczny- odrzekł Doktor, ale kiedy zobaczył pytające spojrzenie chłopaka dodał- temat na inny dzień-
-A więc o to Ci chodziło mówiąc, że ma własnego Doktora! A ja myślałem, że po prostu poleciała na kasę bogatego księcia z bajki!- wykrzyknął bez żadnych pohamowań Peter, czym wywołał lekki uśmiech u Doktora.
-Kochała mnie- wyszeptał Doktor.
-I nadal cię kocha- zauważył z powagą Peter.
Doktor energicznie pokręcił głową.
-Nie, teraz kocha go!-
-Może nie zauważyłeś, ale on... to ty- Peter spojrzał na Doktora, który w milczeniu wpatrywał się w dwójkę, która teraz oglądała coś z zainteresowniem.
-Ile czasu minęło odkąd widziałeś ją po raz ostatni?-
-Sześć tygodni, ale w TARDIS czas płynie inaczej... Dla nich- wskazał na Rose i Drugiego Doktora- minęło półtora rok. Ale teraz to nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze jest, że ma go i może go kochać.-
-Jak to „nie ma żadnego znaczenia"- żachnął się Peter- Poświęciłeś się! Tylko w imię czego? Miłości? Co chciałeś przez to osiągnąć?-
-Jak to co? Chciałem, żeby była szczęśliwa... bezpieczna... Tamten Doktor może jej dać to czego ja jej nigdy nie dam- Doktor wylewał z siebie złość- dzieci, ciepły dom, godne życie. Zestarzeję się razem z nią. Ja się zregeneruję! Po prostu chciałem jej szczęścia!-
-No to muszę cię rozczarować, ale właśnie unieszczęśliwiłeś trzy istnienia- odparł bez ogródek Peter. Doktor spojrzał na niego wzrokiem zdziwionej modliszki.
-No tak, a więc siebie, ją i tamtego Doktora- wymienił szybko- siebie, bo wciąż kochasz Rose i widzę ból jaki odczuwasz mówiąc o niej. Drugiego Doktora, bo może nie wiem ile masz lat, ale nie sądzę abyś tak nagle mógł to wszystko porzucić i zamieszkać na Ziemii. No i Rose. Ona teraz żyje w wielkim dylemacie, bo kocha was obu i nie wie kogo bardziej. Doktora czy Doktora...- zauważył miażdżące spojrzenie Doktora, jednak nie przejął się nim zbytnio- No co! Zakochała się tobie więc teraz kiedy jest was dwóch to kocha i ciebie i jego! Chociaż ja się dziwię, bo nie chciałbym spędzić resztę życia z alternatywną ukochaną, wiedząc, że gdzieś tam jest ta prawdziwa, która ryzykuje własnym życie, ratując wszechświat...- spojrzał na Doktora. Jednak tamten wciąż wpatrywał się w Rose- No i oczywiście zostaje sprawa co się stanie jeżeli ona zginie. Wtedy tamten będzie bardziej samotny niż ty...-
-Skąd wiesz, że jestem samotny?- Władca Czasu spojrzał badawczo na chłopaka.
-Hmmm... pomyślmy- ironizował Peter- Ach już wiem! Bo jakoś nie zauważyłem nikogo oprócz ciebie na tym twoim stateczku.-
Przez chwilę stali w milczeniu.
-Ona jest inna- stwierdził Doktor- pokocha go. Pomoże mu zaklimatyzować się na Ziemi. Ona go rozumie...-
-To dlatego ją kochasz? Dlatego, że Cię rozumie i...- Peter urwał na chwilkę- nie wymaga od ciebie niczego? Nie widzi w tobie Władcy Czasu, a mężczyznę który skradł jej serce?-
-Uwielbiasz zadawać trudne pytania, co?- Doktor rzucił zajadliwe spojrzenie na chłopaka.
-No jasne!- Peter uśmiechnął się bezczelnie do Doktora- Nawet nie wiesz jaką sprawia mi to przyjemność-
Stali jeszcze przez chwilę patrząc jak dwójka coraz bardziej oddala się głąb wielkiej, zatłoczonej ulicy Londynu.
-Czujesz to?- spytał nagle Doktor. Na jego twarzy malowało się skupienie.- Dochodzi z tamtąd- wskazał na koniec ulicy na której przed momentem zniknęli Doktor i Rose.
-Znowu jakieś kłopoty?- spytał się Peter.
-Przyzwyczaisz się do tego!- Doktor wyciągnął śrubokręt, po czym zaczął nim wykonywać skomplikowane ruchy. Przywodził na myśl różdżkarza.
-Tak! Tam coś jest!- wykrzyknął Doktor.
-Zaraz przyjdę!- odrzekł Peter, po czym popędził w stronę, teraz już niewidocznej, dwójki. W jego głowie zrodził się pewien pomysł.
