Rozdział 11
Martha Jones nigdy wcześniej nie brała udziału w czymś takim. Ludzi docierających do obozu było z minuty na minutę coraz więcej. Wielu z tych, którzy nie czekali na transport Torchwood tylko przybywali tu na własną rękę znajdowało się w opłakanym stanie. Zadeptania, połamane kończyny, stłuczenia…. Wszystko to sprawiało, że lekarze mieli ręce pełne roboty. A przecież w mieście znajdowały się jeszcze tysiące osób.
„Tak to jest jeśli mamy równych i równiejszych" – pomyślała patrząc na matkę Rose z córką, znad kolana małej dziewczynki które właśnie nastawiała – „niektórzy mają prywatne samoloty". Zaraz potem jednak pomyślała: „ Gdyby to chodziło o moja rodzinę… i miałabym taką możliwość… to pewnie tez bym ich chciała traktować szczególnie…"
- Już skończone kochanie – powiedziała uśmiechając się do dziewczynki, gdy usztywniła jej nogę – Bolało?
- Prawie nie – odpowiedziała nieśmiało dziewczynka – dziękuję pani.
- To posiedź tu jeszcze chwilkę, a potem wróć do mamy. Ja teraz pójdę zobaczyć jakiej pomocy potrzebuje ten pan – wyszeptała patrząc na starszego siedzącego na wózku inwalidzkim staruszka, który wyglądał jakby nie bardzo wiedział gdzie jest.
- Dzień dobry – powiedziała podchodząc do niego i próbując przekrzyczeć tłum – czy coś panu dolega? Cos pana boli?
- Nie siostrzyczko – zawołał pogodnym głosem rozglądając się nieprzytomnie dookoła – ale tu jest dużo chorych ludzi – dodał po chwili – czy to jakiś szpital?
„Biedny staruszek już kompletnie nie wie co się dzieje dookoła" – pomyślała Martha współczująco, powiedziała jednak tylko:
- Nie, ale zaraz znajdziemy dla pana spokojne miejsce – zaczęła pchać jego wózek w mniej tłoczne miejsce.
- Nie trzeba księżniczko - wyjąkał roztropnie – Ja na wojnie nauczyłem się żyć w każdych warunkach… Tu jest jednak dużo chorych ludzi panienko… Może powinniśmy zadzwonić po pogotowie… albo nie… lepiej po policje…
- Pomyślimy nad tym – zgodziła się z nim Martha patrząc na niego współczująco. „ Trzeba mu znaleźć jakieś miejsce żeby inni ani on sam nie zrobili mu krzywdy" – pomyślała
-MARTHA – usłyszała parę minut później, gdy staruszka zostawiła już pod dobrą opieką.
- Martho!
Zobaczyła biegnącego w jej kierunku Toma z rozpaczą w oczach.
- Co się stało? – wrzasnęła do niego przekrzykując syreny alarmowe, które w tym momencie się odezwały.
- Właśnie podali, że użyją broni jądrowej. Wrzuca ją w dziurę. Wszyscy którzy zostali w mieście mogą zginąć jeśli cos pójdzie nie tak….
