CZĘŚĆ JEDENASTA
„K jest dla Kate, trafionej toporem,
L jest dla Leo, co kilka gwoździ połknął,
M jest dla Maud, poniesionej przez morze,
N jest dla Neville'a, co z powodu nudy zmarł."
Edward Gorey, „The Gashlycrumb Tinies"
Harry nie może wiecznie uciekać od pracy. Kto niby nadał mu taki przywilej? Posiada mnóstwo pieniędzy, z których mógłby utrzymywać się jeszcze przez wiele lat, a nawet przez resztę życia. Jest bogaty, nie musi zarabiać. Poza tym, jego współpracownicy już dawno zrezygnowali. Przez jakiś czas zatracał się w papierkowej robocie, ale teraz tego nie potrzebuje. Niby po co?
Cóż, najwyraźniej nieustanne spędzanie czasu w mieszkaniu razem ze swoim byłym kochankiem, mającym teraz umysł dziecka oraz nieszukanie jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym nie jest oznaką stabilności sfery psychicznej znerwicowanego weterana wojennego.
— Oczywiście, w ten sposób brzmi to nieco przerażająco… — mówi Harry Hermionie. — I to nawet nie jest do końca prawdą. Mam kontakt ze światem zewnętrznym. Czasem. Kto inny przynosiłby nam zakupy?
Mimo tego powinien wychodzić. Warto robić to dla Draco, który wita go, gdy Harry wraca do domu, oplata go mocno ramionami i chowa twarz w zagłębieniu jego szyi.
Skrzat domowy nie jest wystarczającym towarzystwem dla małego chłopca-upośledzonego mężczyzny-małego chłopca.
Stworek dobrze się z Draco dogaduje, a Draco czuje się z nim jak w domu. Harry'ego uderza myśl, że właśnie w ten sposób spędził swoje dzieciństwo. Jedynie ze skrzatami.
Harry może mu zapewnić coś lepszego.
Być może Luna mogłaby się nim zająć. Od zakończenia wojny tu i tam szuka jakiejś dostatecznie dziwnej pracy. Gdy przychodzi mu na myśl, marszczy brwi. Lubi ją, w końcu jest jego przyjaciółką, a ona i Draco mogliby się dogadać — oboje mają ze sobą coś wspólnego. Nie ufa jednak Lunie na tyle, by powierzyć jej opiekę nad swoim kotem, a co dopiero nad Draco.
Prawdopodobnie w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie profesjonalista.
Zamieszcza więc ogłoszenie w gazecie.
Dobrą chwilę zabiera mu dobranie odpowiednich słów. „Niania" brzmi źle. „Opiekunka do dzieci" jeszcze gorzej. „Au pair" raczej niepoprawnie. W „umyśle dziecka" jest coś niepokojącego, a „guwernantka" (Draco kiedyś mógłby taką mieć, choć z drugiej strony niekoniecznie, kto wie, jak to jest w czarodziejskich rodzinach?) nie jest osobą, której szuka. Z kolei „pielęgniarka" brzmi już po prostu niedorzecznie.
W końcu ogłoszenie przybiera ostateczny wygląd:
„POSZUKIWANA: gosposia/niania do bardzo specyficznego przypadku. Pożądane doświadczenie pielęgniarskie (choć niekonieczne)."
Dopisuje wysokość wynagrodzenia, dni, w których kandydatka będzie przychodziła do pracy oraz numer kontaktowy. Nic poza tym. Ostatnią rzeczą, jakiej chce, jest stado ludzi, którzy daliby się zabić za pracę dla Harry'ego Pottera. Dla lepszego efektu zamieszcza ogłoszenie również w mugolskiej gazecie.
Zgłasza się do niego mugolska dziewczyna. Mówi, że jest domową pielęgniarką. Nie odstrasza jej fakt, że Draco, pomimo swoich dwudziestu czterech lat, zachowuje się jak pięciolatek. Harry sądzi, że odebranie należytego wychowania, bez nauki złych słów w stylu „szlamy", miałoby na niego pozytywny wpływ.
Przez pierwsze kilka dni wszystko idzie jak po maśle. Draco ją lubi, ponieważ ładnie pachnie i mówi, że jest słodki. Mimo to, gdy Harry wraca do domu, nadgorliwie odsyła dziewczynę do domu, głównie dlatego, że chce nadrobić cały ten czas, kiedy przebywał z dala od Draco.
Wszystko wskazuje na to, że się ułoży, aż do dnia, w którym opiekunka napotyka na swojej drodze Stworka.
Mindy Miver jest obiecująca. Ma dziewiętnaście lat i związuje sznurkiem wszystkie małe zabawki, tworząc z nich łańcuch.
Dziewczyna sądzi, że Draco powinien nauczyć się gry w klasy, co jest w porządku do momentu, w którym ten decyduje się podpalić jej włosy. To nie wina Mindy. Skąd mogła wiedzieć, że Draco nienawidzi gry w klasy?
Mary Lee. Ma jasnopomarańczową czuprynę i uwielbia Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Nie pozwala ich jednak jeść Draco, z wyjątkiem tych najobrzydliwszych.
— Ta jest naprawdę pyszna, będzie ci smakować! — zapewnia go, po czym wręcza mu fasolkę o smaku wymiocin bądź woszczyny.
W przeciągu tygodnia Mary dopada tajemnicza choroba i prosi Harry'ego o urlop zdrowotny. Mówi, że to jakiś wirus żołądkowy. Nie może przestać wymiotować i biegać do toalety. Nigdy nie wraca.
Harry nie liczy już tych, z którymi rozmawiał i które odesłał, zanim jeszcze zobaczyły Draco. Zadaje im pytania o zaangażowanie w wojnę i o hipotetyczny stosunek do śmierciożerców. Obserwuje, jak wiercą się na krześle, a potem oznajmia im: „Dziękuję za poświęcony czas, zadzwonię do ciebie."
Następna kandydatka pachnie śliwkowym sokiem. Jeszcze inna przypomina mu o pani Figg i mimo iż Harry osobiście nie ma nic przeciwko niej, nie posiada jednak o kobiecie miłych wspomnień, a chciałby, aby Draco miał kiedyś tylko dobre wspomnienia.
Młode dziewczęta zdają się wypadać lepiej niż inne kandydatki, a przynajmniej przez jakiś czas. Milutkie, pełne entuzjazmu opiekunki chcą pracować dwa razy ciężej, żeby mu zaimponować, ponieważ jest Harrym Potterem. Prawdopodobnie przyczynił się do tego również fakt, że Draco jest atrakcyjny oraz to, że raczej nie są na bieżąco z wiadomościami oraz polityką, więc dopóki Harry był w stanie sam opatrzyć drobne zranienia Draco, wszystko jest w porządku.
Angie Holt. Nie wierzy, że Draco nie pamięta podstawowych rzeczy. Przynosi dla niego książki do nauki. Podczas gdy Draco czyta, ona z zafascynowaniem wpatruje się w telewizor. Pewnego dnia potyka się o dywan w przedpokoju i rozbija głowę o ścianę. Trafia do Świętego Munga. Nie wraca do pracy.
Lynn Craig. Tajemnicza dziewczyna ubrana w czerń od stóp do głów posiada nieco zbyt entuzjastyczną opinię na temat śmierciożerców. Z drugiej strony, wydaje się miła i opiekuńcza, więc Harry decyduje, że dostanie szansę. Kończy poparzona przez kuchenkę. Nikt nie wie, co się wydarzyło.
— A… A jest dla A-amy, kt-która spadła ze schodów — recytuje Draco. — B j-jest dla B-bazyla, rozszarpanego przez n-niedźwiedzie…
Harry posyła w jego stronę spojrzenie, które w zamierzeniu miało być surowe.
— Przestanę czytać ci tę książkę, jeśli dalej masz zamiar czerpać z niej pomysły.
Draco wpatruje się w niego wzrokiem niewiniątka.
Dana Hayner wysyła mu swoje zgłoszenie przez sowę i robi na Harrym wrażenie. Posiada wykształcenie zarówno w mugolskim pielęgniarstwie, jak i magomedycynie. Była wolontariuszką na tym piętrze w Świętym Mungu, a wszyscy, którzy pracują na oddziale zjaw, muszą mieć dobrą duszę.
Kocha dzieci i małe zwierzątka. O co więcej mógłby prosić?
Harry nie ma wątpliwości, że Dana jest idealna. W końcu jednak okazuje się, że osoba, stojąca na jego wycieraczce przed domem, nie jest miłą kobietą z kokiem, a muskularnym, owłosionym mężczyzną z tatuażami.
— Jesteś pielęgniarzem?
— Masz z tym jakiś problem? — pyta gość burkliwym tonem, grubym od irlandzkiego akcentu.
— Cóż, panie Hayner… — zaczyna Harry.
— Mów mi Dana.
— W porządku, eee, Dana…
Draco z jakiegoś powodu zdaje się go lubić. Harry sądzi, że zawsze gustował w silnych, grubiańskich mężczyznach, którymi może rządzić. Myśli o Crabbie i Goyle'u, dwóch górach mięśni, po których nie ma teraz śladu.
Bezzwłocznie zatrudnia Danę.
„Gdy myślę o zimie, w moim sercu rodzi się ciepło
Wkładam dłonie w rękawiczki ojca
Uciekam w zaspy coraz głębsze
Śpiąca Królewna z surową miną podstawia mi nogę"
Tori Amos „Winter"
Trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem śnieg pokrył niemal wszystko. Harry zastanawiał się, czy w lochach Slytherinu zrobiło się zimno. Na pewno musiało tak być, z tymi wszystkimi kamieniami, umiejscowieniem pod zamarzniętym jeziorem… Chciał już zapytać Malfoya, czy założył dodatkowy sweter, ale uznał to za zbyt matczyne zachowanie.
Ślizgon przywoływał w nim obraz lodu i śniegu, oczywiście ze względu na jego bladą karnację. Mógłby nawet napisać o tym wiersz, gdyby tylko nie był w tym taki kiepski, a poza tym, jeśli wiersz nie posiada rymów, nie jest wierszem.
W desperackiej wędrówce wyobraźni fantazjował, że został uwięziony pod lodem, w samym środku zimy, niczym pływający w zamkniętym, szklanym słoju płód. (Jak w jakimś paskudnym sklepie ze składnikami eliksirów). Mógłby wtedy przez szkło przyłożyć rękę do ręki Malfoya. Dłonie przywarłyby do siebie, opuszki palców Ślizgona spoczęłyby na jego opuszkach, tak naprawdę nigdy się jednak nie dotykając.
Nie znosi wizji smakowania niczym lodowe kostki, które sprawiają, że usta drętwieją z zimna.
Pewnie skończyłoby się odmrożeniem.
„Lód jest taki zimny", mógłby napisać, „że pali niczym ogień, choć możesz go dotknąć". Stwierdził, że wers jest raczej słabej jakości. Żaden z niego poeta, takie sprawy były zbyt dziewczęce i nie wchodziły w rachubę, zakładając, że Draco Malfoy w ogóle chciałby dostać jakiś wiersz.
Boże Narodzenie nadeszło i minęło. Obaj pojechali odwiedzić bliskich — Harry Weasleyów, a Malfoy oczywiście swój rodzinny dwór.
Przed odjazdem pocałował Ślizgona dwa razy. Draco wrócił właśnie z zewnątrz i jego usta były zimne. Odwzajemnił się pocałunkiem lekkim i ulotnym niczym piórko, palącym i trwającym zaledwie sekundę, jak gdyby na ustach Harry'ego roztopił się płatek śniegu. Ślizgon odsunął się, ale Harry przyciągnął go do siebie i całował, dopóki jego wargi nie stały się ciepłe.
Święta u Weasleyów przepełniały ciepło i radość. Stoły uginały się pod jedzeniem i dużą ilością napojów. Harry, lekko podchmielony i odurzony, pocałował żartobliwie Ginny pod jemiołą, na co dziewczyna, mimo oczywistej urody i doświadczenia z chłopcami, pokryła się rumieńcem tak jaskrawym jak jej włosy.
Po powrocie do Hogwartu Draco stał się ponury, cichy i unikał go przez całe dnie. Harry wiedział, że w domu przywitało go tylko jedno z rodziców.
Gdy sowa w końcu przyleciała, Harry uświadomił sobie, jak długo Ślizgon przeciągał jej wysłanie. Od powrotu z ferii minął cały tydzień i był już dosłownie o krok od chodzenia po ścianach ze zniecierpliwienia. Mógłby się stać nowym typem bohatera, takiego, który nosi czerwono-niebieski kostium oraz maskę i potrafi zarzucić sieć.
I naprawdę potrzebował swojej własnej melodii przewodniej. (Choć nie umiałby skomponować jej sam.)
Ukryty pod peleryną niewidką spotkał się z Draco przed kwaterami Slytherinu, po czym udał się za nim do jego prywatnego pokoju. Wcześniej już raz postąpili podobnie, używając tej samej metody. Harry czuł się nieco zziębnięty, być może istniała szansa, że przekona Malfoya, aby zdobył dodatkowy koc? Przecież mógł sobie na takowy pozwolić.
Malfoy nie marnował ani chwili. Pchnął Harry'ego na łóżko i wspiął się na niego. Wargi Ślizgona od razu zaczęły szukać smaku jego skóry.
— Pieprz mnie — powiedział głosem równocześnie delikatnym i surowym. Harry przełknął ślinę.
— Jesteś pe…
Jego pytanie zostało przerwane przez napastliwy pocałunek.
Spostrzegł skrawek naprężonej skóry, który odsłonił podciągnięty do góry wełniany sweter. W jego wnętrzu zalęgło się pożądanie, które pociągało za struny w niższych partiach ciała.
Palce Harry'ego przebiegły po śnieżnobiałej powierzchni, a Malfoy… Draco… był tak rozpalony, że równie dobrze mógł być lodowaty.
Wstrzymał oddech i wszystko, co był w stanie zrobić, to przytaknąć.
Nieskazitelnie biała pościel i kołdra ze skrzydła szpitalnego w jakiś sposób przypominały śnieg. Harry nagle zapragnął znów zranić Ślizgona, naznaczyć krwawymi śladami, fioletem i purpurą, tak, by mógł położyć go na łóżku wyściełanym czystą bielą.
Nawet jego pot smakował niczym krople z topniejących sopli. W nocy mógłby z powrotem zamarznąć, czyniąc swoją powierzchnię jeszcze dłuższą, cieńszą, ostrzejszą.
Opuszki palców Harry'ego zacisnęły się na karku Draco, pozostawiały ślady na całym jego ciele.
Pierwszy raz. Dla nich obu.
„Miłość jest taka krótka. Zapominanie jest tak długie."
Pablo Neruda
To takie niesprawiedliwe, że Draco nie pamięta. Harry budzi się z koszmaru i spogląda na jego ciało, uśpione i spokojne. Czasami on również miewa złe sny, ale gdy tylko się z nich otrząsa, widzi Harry'ego i zdaje się, że zaraz o nich zapomina.
Budzi go szorstkim pocałunkiem, dotykiem, wszystkim, ale bez żadnej delikatności.
Gryzie go, a Draco krzyczy zraniony, skrzywdzony. Harry nie przestaje.
Potem obejmuje go i szepcze: „Przepraszam, przepraszam…"
Mimo to, że Draco nadal pozostaje obolały, jego ciało naznaczone jest przez ręce i zęby, nie uskarża się, nie jęczy. Przecież doszedł, podobało mu się. Harry zawsze doskonale wie, jak dostarczyć mu tego, czego chce, pragnie i potrzebuje.
Draco przywiera do niego mocno i przyciska głowę do jego szyi. Harry nie ma koszmarów przez następny tydzień.
Potem Ron dzwoni do niego z telefonu, którego tak bardzo lubi używać.
— Cześć, Harry, to ja. Wiesz, Hermiona mówi, że… to znaczy, chciałem powiedzieć… Cieszę się, że jesteś szczęśliwy.
— Och — odpowiada Harry, a potem, szczerze i ciepło, dodaje: — Dzięki.
— Myślę, że jesteś dobry dla Malfoya — kontynuuje Ron. — Dobrze, że już nie jesteś sam.
— Racja.
Przyjaciele zawsze tak bardzo martwili się o to, że jest sam. Jak gdyby nie istniała różnica pomiędzy byciem samym a samotnością. — Mam na myśli… Wiesz, naprawdę chciałem, żeby tobie i Ginny się ułożyło, ale wiem, że czasem nie wszystko idzie tak, jak planujemy, prawda? To, co robisz, jest naprawdę dobre. Wiem, że ja nie byłbym w stanie temu podołać. Ale ty jesteś inny, Harry.
— Och. Dzięki, Ron. To dużo dla mnie znaczy.
„By napisać dobry list miłosny, powinieneś zacząć bez świadomości tego, co chcesz powiedzieć i skończyć bez świadomości tego, co napisałeś."
Jean Jacques Rousseau
Na stole przed nim leżała dobra setka kartek z napisem „Zostaniesz moją walentynką?". Rzeź samotności. Serca wyrwane zostały z podartych, białych kopert. Czerwień, biel i róż z cichą desperacją błagały o uwagę. Jego wielbiciele oddaliby wszystko za odrobinę uczucia, lśniącego, cienkiego i pomarszczonego niczym zmięte kawałki folii z pozostałymi w niej ciągle maleńkimi okruchami czekolady. Czerwień pojedynkowała się z różem.
Miłość to pole bitwy.
Polizał cukrowe serce, a napis „KOCHAM CIĘ" stał się smugą bladego karmazynu. Pozostała po nim tylko ciepła ślina, wypełniająca wyżłobione rowki.
(Przeważnie, przez większość czasu, brzydzisz się sobą.)
Śnieg padał niczym białe konfetti albo kawałeczki koronki, poodrywane od tych pięknych, papierowych serc. Tutaj nie ma miejsca dla czerwieni, ponieważ byłaby nienaturalna i niewłaściwa. Mimo to Harry widział ją, przebijającą się przez biel, pokrywającą ją niczym mgiełka, jasną, żywą. Była tą samą czerwienią, która pojawiała się, gdy uderzał pięścią w tę idealną twarz, sprawiając, że nos krwawił niczym przecięte płatki kwiatów z eksplodującego bukietu.
(Nie chcesz go nie chcesz go nie chcesz nie chcesz go a jednak chcesz.)
Zmiażdżył serce pomiędzy zębami.
Smak, które pozostawiło, był niczym pożądanie pokrywające jego język, nieco gorzkie i nieprzyjemne. Malfoy chciał pojedynkować się w tym, kto dostanie więcej listów miłosnych z okazji Walentynek.
Oczywiście odniósł spektakularne zwycięstwo.
— Nie możesz sam ich do siebie pisać! — zirytował się Harry.
— A dlaczego nie? — zapytał Ślizgon. — W tym dniu, w którym celebrujemy tak wspaniałe, przelotne uczucie jak miłość, pragnę uczcić osobę, którą kocham najbardziej na świecie.
Harry westchnął, a potem roześmiał się na przekór sobie. Dlaczego miałby pisać przysięgi pełne miłości i dozgonnego oddania? To przecież nic nie znaczyło. Jeśli o tym napiszesz, nie sprawisz, że stanie się to prawdą.
„Ta opera jest tak kiepska, jak i wspaniała."
The Robot Devil „Futurama"
Ron dzwoni do niego w poniedziałek. Właściwie, Ron dzwoni do niego przez większość dni w tygodniu. Po dziewięciu latach opanował w końcu obsługę telefonu i jest z tego niezwykle dumny. Hermiona podarowała mu komórkę na urodziny, więc teraz wydzwania do Harry'ego przy każdej okazji.
(— Halo? Harry, to ja. Jesteś zajęty? Mógłbym wpaść?
— Halo? Harry, to ja. Zaraz wpadnę do ciebie przez Fiuu.
— Halo? Harry, to ja. Jestem w twoim salonie.
— Halo? Harry, to ja. Masz coś do picia?
— Ron — mówi wtedy Harry. — Czy naprawdę musisz dzwonić do mnie, kiedy już jesteś w mojej kuchni, a ja jestem w przedpokoju?)
— Halo? Harry, to ja — mówi przyjaciel, jakby istniała możliwość, że Harry pomyli go z kimś innym. — Znowu będą wystawiać w Londynie musical o tobie.
Jakiś rok po wojnie Harry otrzymał sowę z zapytaniem o pozwolenie użycia jego nazwiska i historii do wystawienia spektaklu.
Pismo to wywołało lawinę innych próśb o podobnej treści. Po wojnie wszyscy chcieli umieścić jego twarz na swoich produktach: pojemnikach na drugie śniadanie, tiarach, butach, koszulkach, bieliźnie. Firmy dzwoniły do niego, pytając, czy nie wypromuje ich produktów w zamian za zapłatę w gotówce bądź w darmowych próbkach. Reklamy często zawierały treści w stylu:
„Harry Potter potwierdza, że nasze zaklęcia czyszczące na zawsze usuną Pleśniomorty z twojego domu! Dzięki nim również twoje zęby staną się nieskazitelnie białe! (Do czyszczenia pryszniców, toalet i zębów)"
„Zniszcz Czarnego Pana naszym Rekinim Kordem!" (Nie, Harry również nie wie, co to jest.)
„Harry Potter rekomenduje nasz środek przeczyszczający! Uwolnij się od strachu przed Sam-Wiesz-Czym już teraz! Nasz bohater gwarantuje, że za dodatkową opłatą będziesz wolny od wszelkich nieczystości".
„Zaburzenia erekcji? Bez obaw! Harry Potter mówi: Ten eliksir pokona dni spod znaku Dziś-Nie-Pieprzysz! Zrób to z jedną, zrób to z dwiema! Zdobądź względy dziewczyny, o którą zabiegasz! Może nawet zabrać go do Peru. Jeśli lubisz perwersje, zrób to w zoo. Wytrysk gwarantowany."
To tylko kilka przykładów.
Paru ludzi chciało od niego pozwolenia na napisanie książki. Jeszcze inni chcieli otwierać muzea. Muzeum Wojenne Harry'ego Pottera. Prosili o ofiarowanie osobistych przedmiotów. („To może być cokolwiek, panie Potter. Szkolne szaty, notatniki, stare wypracowania, osobiste drobiazgi, bielizna…")
Harry oficjalnie stał się dojną krową. Czerpał ze swego nazwiska wszelkie przywileje, ale tak naprawdę, niewiele miał w tej sprawie do powiedzenia.
W większości przypadków odmawiał propozycjom, nieważne, jak bardzo były intratne. (No bo co zrobiłby z tym całym zapasem zysków? To Hermiona była chorobliwą pedantyczką, nieprawdaż? I nie, nigdy nie miał zaburzeń erekcji, bardzo dziękuję.) Mimo to ludzie i tak umieszczali jego nazwisko na różnorakich przedmiotach. W jednym z muzeów wojennych wystawiono jego adidas, który najwidoczniej zsunął mu się z nogi podczas Ostatecznej Bitwy. („Jakież to typowe", skwitowałby Malfoy, podsumowując to, że Harry zawsze był niedbały i nigdy nie zauważał rozwiązanych sznurówek.) But ten, ubrudzony błotem i rozchodzony, był o rozmiar za duży, a żółte ślady od potu nie pochodziły ze stopy Wybawcy. Nie, żeby to liczyło się dla kogoś, kto poszedł go zobaczyć. To samo tyczyło się innych przedmiotów, które odegrały rolę w szlachetnym poświęceniu Harry'ego Pottera w czasie wojny.
Musical była jednak czymś, na co się zgodził. Muzykę i tekst stworzył sławny kompozytor Stephanos Sondheim. Po wszystkim Harry nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego właściwie wyraził zgodę. Być może był w szczególnie wrażliwym, emocjonalnym nastroju (czytaj: narąbany w trzy dupy), gdy podpisywali kontrakt. To, że kiedyś pieprzył faceta (tylko jednego) nie znaczyło, że podsycał w sobie miłość do musicali.
Niespodziewanie, przedstawienie otrzymało entuzjastyczne recenzje w gazecie:
„HARRY POTTER RATUJE ŚWIAT ŚPIEWEM I TAŃCEM"
„HARRY POTTER ROZKOŁYSZE CZARODZIEJSKI ŚWIAT"
Cały spektakl był rozległą, epicką opowieścią o tragedii i triumfie. Hołdem oddanym jego heroizmowi. Historią jego życia skondensowaną w kostiumach i w trzygodzinnym, podzielonym na akty przedstawieniu.
Teraz, po tournee dookoła świata, najwyraźniej wrócił do Londynu.
— Hermiona stara się mnie przekonać, żeby na nie pójść. Sądzi, że to będzie wydarzenie kulturalne i takie tam pierdoły.
— Och — odpowiada Harry. — Naprawdę? A nie jest to po prostu dziwne? Spektakl opowiada również o was. Przysłali mi kopię scenariusza.
— Dali ci scenariusz? Ale teraz znasz wszystkie kluczowe momenty! Nic mi nie mów, Harry.
— Ron, ty już znasz wszystkie kluczowe momenty. Wiesz, jak wszystko się skończyło.
— No coż… Masz rację. Spojler: Harry Potter zabija Sam-Wiesz-Kogo.
— Snape zabija Dumbledore'a.
Ron śmieje się chwilę, a Harry stara się stwierdzić, czy w jego głosie nie pobrzmiewa przypadkiem skrępowanie.
— Umiera cała masa ludzi.
Harry odchrząkuje.
— Słuchaj, muszę iść sprawdzić, co robi Draco. Zostawiłem go na górze, mógł coś nabroić.
— Jasne. Eee… właściwie miałem zapytać…
— Co?
— Hermiona wykupiła nam miejsca w loży. Miałem zaprosić cię na kolację i jeśli chcesz zobaczyć spektakl…
— Naprawdę nie sądzę, żebym miał na to ochotę, Ron.
— Daj spokój, będzie zabawnie. Mam tu na myśli jakieś tortury…
— Nawet ty nie chcesz tego oglądać.
— Męki, towarzystwo, i tak dalej…
— Nie mogę zostawić Draco w domu.
— Więc weź go ze sobą! Malfoyowi mogłoby się spodobać. Może to jakoś na niego podziała. Nigdy nie wiadomo.
Harry wzdycha. Nie jest przychylny inwestycji w wątpliwą terapię czarodziejskich musicali, ale Ron może mieć rację. Być może.
— O której zaczyna się spektakl?
Właściwie nie jest pewien, czy Draco kiedykolwiek lubił musicale. Tak czy inaczej, miło jest mieć powód, by przebrać się i gdzieś wyjść. Zapina czarne szaty Draco i wygładza mu włosy. Wygląda niemal boleśnie dobrze, jak jego stara, dobra, nienaganna wersja. Również jak dawny Malfoy, jest idealny, dopóki nie zacznie mówić. Draco prostuje plecy, przez co jego sylwetka staje się znajoma, nieugięta. Na jego widok Ron robi zaniepokojony grymas, ale przynajmniej tym razem trzyma język za zębami. Hermiona uśmiecha się i mówi do Draco:
— Wyglądasz bardzo ładnie.
Draco, próżne stworzenie, uśmiecha się do niej szczerze. Przywiera do niego tylko raz, gdy wtapiają się w tłum, i Harry przyspiesza kroku. Wchodzą do teatru, gdy światła są już przyciemnione. Bileter posyła w ich stronę pełne dezaprobaty spojrzenie po tym, jak pytają go, czy mogą wejść na salę, gdy drzwi zostały już zamknięte, ale chwilę później spostrzega, że ma do czynienia z Harrym Potterem. Harry zgadza się złożyć autograf na jego koszulce.
Postać Voldemorta grana jest przez wysokiego, szczupłego, smukłego mężczyznę, który lubi zwiewne szaty i zdaje się aż nazbyt nimi wirować. Posiada wyjątkowo imponującą sylwetkę i fascynujący głos. Harry nie myślał nigdy o tym, że mógłby spotkać kogoś bardziej przerażającego od prawdziwego Voldemorta, ale sądzi, iż twórcy spektaklu dostarczyli precyzyjną interpretację portretu Sami-Wiecie-Kogo jako TAŃCZĄCEGO CZARNEGO PANA.
— Łaał… — mówi Ron, po czym milknie oszołomiony wspaniałością sceny.
— Taa… — odpowiada Harry.
W postać Harry'ego wciela się wysoki, ciemnowłosy, przystojny aktor. Wszystko to składa się na obraz idealnego Wybawcy. Mężczyzna jest wyższy, przystojniejszy i ma ciemniejsze włosy niż on sam, ale kto zechce to porównywać?
Wygląda podobnie do Supermana. Rzeźbione rysy twarzy, silne ciało, idealne, błyszczące włosy w artystycznym nieładzie. Okulary nie posiadają szkieł, by ukazać jego wspaniałe, zielone oczy. Śpiewa mocnym, czystym, heroicznym tenorem, a jego biały uśmiech jest olśniewający. Namalowana blizna lśni. Harry jest całkowicie pewien, że na czoło aktora nałożono środek nabłyszczający.
— Łał — kwituje ponownie Ron. — Wyglądasz jak frajer.
Harry, niestety, musi przyznać mu rację.
— Mogło być gorzej — odpowiada. — Mogli ubrać mnie w rajtuzy.
Ron i Hermiona są mniej niż zadowoleni z odgrywających ich postaci**.
— Moje włosy nigdy tak nie wyglądały! — krzyczy przyjaciółka.
Aktorka grająca Hermionę nosi wielką, krzaczastą perukę, która otacza jej głowę niczym aureola z włosów i sznurka. Wszystko to wygląda jak ul, który lada chwila eksploduje.
— O co chodzi z tymi wszystkimi dziwnymi kropkami na mojej twarzy? — pyta Ron. — Wyglądam jak nieumyty żebrak!
Niestety, najwyraźniej piegowaci śpiewający aktorzy nie istnieją. Żeby to zrekompensować, jego postać ma na twarzy duże, brązowe kropki, które wyglądają tak, jakby ktoś zamoczył palec w płynnej czekoladzie, po czym przyozdobił nią jego policzki i nos.
— Ty nie jesteś taki brzydki — informuje go uprzejmie Hermiona.
— Właściwie wygląda to bardziej na jakąś chorobę — dodaje Harry, na co Draco zaczyna się śmiać.
Draco Malfoy jest jedną z postaci dramatycznych. Harry wiedział to, ponieważ rzucił okiem na scenariusz, ale udał, że o tym zapomniał.
Fabuła jest zbyt różna od rzeczywistego przebiegu wydarzeń, by przywołać jakiekolwiek wspomnienia.
Draco, jako postać tragiczna, ofiara okoliczności i błędnych decyzji, umiera pod koniec spektaklu, wyśpiewując przed tym pełne dramatyzmu solo.
Po przedstawieniu Hermiona chce spotkać się z obsadą. Aktorzy pytają Harry'ego, co myśli o ich występie. Odpowiada kłamstwem. Stwierdza, że byli wspaniali i niezwykle wiarygodni.
— Naprawdę uważam, że ująłem cały pana fantastyczny heroizm — mówi aktor, który grał Harry'ego. Jego uśmiech jest olśniewający.
— Eee… tak, racja — odpowiada, zerkając na zęby mężczyzny. — Odwaliłeś kawał dobrej roboty.
Wymieniają się autografami, podpisują się na ubraniach. Hermiona kręci na palcu kosmyk włosów, patrząc krzywo na wcielającą się w nią aktorkę.
Po wszystkim Draco wpatruje się w Harry'ego z podziwem.
— N-naprawdę ocaliłeś świat? — pyta. — W t-ten s-sposób?
— Cóż, nie do końca. Ale tak. — Otacza go ramieniem. — Tylko nie śpiewałem przy tym zbyt wiele. I nie miałem na czole środka nabłyszczającego.
Przez całą drogę do domu Draco nuci piosenki. Może tak śpiewać całymi dniami, tak jak zwykle robi coś, co go bawi. Harry uśmiecha się do niego pobłażliwie, nie zauważając, że Ron i Hermiona odwracają od nich wzrok.
— Umarłeś. — Ron mówi radośnie do Draco. — Czy to nie wspaniałe?
— Ron! – Hermiona karci go surowo.
Draco śpiewa głośno dramatyczną, przedśmiertną solówkę, którą aktor grający jego postać wykonał, zanim dołączył do ofiar wojny. Harry'emu bardzo się to nie podoba, więc każe mu przestać.
Draco kontynuuje nucenie pod nosem.
„Gorliwe przyrzeczenia zawsze są podejrzane."
Lara Chapman
Ostatniej nocy przed końcem roku szkolnego Harry wiedział, że gdy nadejdzie poranek, nie będą w stanie powiedzieć sobie „do widzenia". Przez moment wyobrażał sobie, jakby to było, gdyby trzymali się razem w hogwarckim ekspresie i może na stacji w Londynie jak zwyczajni ludzie, ale potem przestraszył się, że w ogóle coś takiego rozważał i chwila przepadła.
— Wyślę ci sowę — obiecał Malfoyowi.
— No ja myślę.
Harry wbił wzrok w ziemię, a potem cofnął się i zdecydował… och, pieprzyć to.
— Będę tęsknić — wyburczał szybko, przez co brzmiało to bardziej jak „bdętsknić".
Draco przewrócił oczami.
— Na miłość boską, Potter, rozstajemy się na kilka miesięcy, nie na zawsze. Sądzę, że jakoś zdołamy to przetrwać.
„Skrzydła uwolnią mnie
Wzniosą ku zapomnieniu
Oddalą od codzienności."
P. Roy Brammell „Wings"
Draco zawsze pragnie tego wtedy, gdy Harry. Potrzebuje, by ktoś dotykał go, pokazał, że jest kochany.
— Pamiętasz to? — pyta Harry miękko, chcąc wywołać w nim reakcję. Nie potrzebuje odpowiedzi. Myśli Harry'go są niczym mysz, puszysta, mknąca w tę i z powrotem, drapiąca podłogę małymi, mysimi łapkami.
— Więcej — mówi Draco niemal nieśmiało. — Ch-chcę więcej, H-harry.
— Będziesz dla mnie dobry? — pyta Harry, głaszcząc dłonią miękką skórę.
Draco zamyka oczy i przytakuje, obiecuje wszystko, by tylko z nim być. Gdy Harry wchodzi w niego, ten jest ciasny, perfekcyjny i odpowiada na każdą pieszczotę. Po wszystkim czuje się wyczerpany, jakby ktoś rozpuścił mu kości, po czym zastąpił je galaretką.
Wpatruje się w kręty łuk jego pleców, wsłuchuje się w głęboki, regularny oddech. Muska palcami linię grzbietu i kręgi, widoczne tuż pod porcelanową skórą.
Odczytuje dłonią wypukłości i wklęsłości jego ciała niczym pismo Braille'a.
Draco, szczupły i idealnie wtulony w ciało Harry'ego, obejmuje mocno ramionami jego szyję, jakby bał się, że lada moment ktoś zjawi się i będzie próbował go zabrać.
Przy pięknej pogodzie Harry zabiera Draco na zewnątrz, by polatać na miotle, ponieważ jest to coś, co powinien pamiętać. Radość z wiatru muskającego twarz, zostający w dole świat.
Draco zaplata ręce na jego talii i przywiera do niego mocno. Jest radosny, wręcz zachwycony. Harry czuje ciepło jego ciała na plecach. Wnoszą się ku oceanie nieba. Nigdy nie było mu tak wspaniale. Nigdy nie był tak wyzwolony.
Dochodzi do wniosku, że Draco nie potrzebuje swojej własnej miotły. Jaki miałby z niej pożytek?
„W tej sytuacji zdrada jest najodpowiedniejszym słowem."
Artur Miller
Wraz z nadejściem siódmego roku, Harry nie wrócił do Hogwartu.
Podobnie jak Malfoy.
KONIEC CZĘŚCI JEDENASTEJ
