Pozwolenia i Zakazy.

Sesja treningowa może i przeciągnęła się bardziej niż Harry zaplanował, ale za to kiedy opuścił wieżę był już całkowicie spokojny i zrelaksowany. Wpadł też na kolejny genialny pomysł, którym oczywiście natychmiast musiał podzielić się z Voldemortem. Miał przy tym nadzieję, że mężczyzna nie będzie miał nic przeciwko jego planom.

Chociaż "natychmiast" nie było na miejscu.

Najpierw wziął prysznic i się przebrał. W szaty Czarnego Pana, bo te nowe, zakupione przez Lucjusza były co prawda nie tylko eleganckie, gładkie i połyskujące lecz także przy tym wygodne, jednak on wolał nie mniej eleganckie ale zdecydowanie prostsze, czarne szaty Voldemorta. Przyzwyczaił się do nich przez ten czas, który tu spędził i mimo że większość czarodziejów przyprawiały o dreszcze, dla niego kojarzyły się z domem, bezpieczeństwem.

Wiedział też, że czarnoksiężnikowi sprawi tym przyjemność i będzie życzliwiej patrzył na jego prośbę. Chociaż Harry nie był przemyślnym manipulatorem nie wdział powodu by rezygnować z przewagi, która nic go nie kosztowała.

Jednak nie tylko o to mu chodziło.

O nie, głównym powodem było, że po prostu obaj lubili być dla siebie mili.

Szybciutko się przygotował, poprawił szaty, przygładził włosy i wybrał się na poszukiwanie swojego opiekuna.

Zamiast jednak chodzić po Zamku, czy wypytywać skrzaty wykorzystał lekkie, dyskretne magiczne czujki, jakie mężczyzna mu pokazał i bez wątpliwości ustalił, że Czarny Pan znajduje się teraz w gabinecie i że jest sam.

Udał się więc prosto do niego, Voldemort od razu zauważył jego manewry i już wcześniej bezróżdżkowo otworzył drzwi zapraszając go do środka. Nie omieszkał też go na powitanie pochwalić:
- Dobrze zrobione, Potter. Świetnie je opanowałeś, twoje sieci byłyby niezauważalne dla nikogo. - Jednocześnie składając swoje zwoje i rozsiadając się wygodniej w fotelu.

Wskazał mu miejsce naprzeciwko biurka, ale Harry z tego nie skorzystał, przystając obok fotela i nerwowym gestem uderzając palcami o jego oparcie.

- Nikogo, oprócz ciebie. - Zauważył udając jednak swobodę, nieco kąśliwie lecz z uśmiechem.

- To moje zaklęcie a poza tymi wyczuwam dobrze twoją magiczną sygnaturę. zapewniam cię, że żaden obcy czarodziej ich nie odkryje. - Uspokoił go od razu czarnoksiężnik.

- Dzięki. Za pochwałę i za zaklęcie. - Po skinieniu mu głową z kolejnym jeszcze szerszym uśmiechem, Harry wreszcie usiadł, westchnął i zrobił przymilną minkę.

Gdyby Voldemort był bardziej otwarty i wylewny, pewno wybuchnąłby śmiechem na tak oczywistą manipulację, ponieważ był subtelny tylko uniósł brew. Harry wziął głęboki wdech, zagryzł wargę, odczekał chwilę i wreszcie przeszedł do rzeczy.

- Nie bardzo mam ochotę na spotykanie się z żadnymi obcymi czarodziejami... - Tu powinno być ale: pomyślał sobie czarnoksiężnik... I było. - ...Ale kiedy dzisiaj spotkałem się z Malfoyem... z Draco Malfoyem, było całkiem fajnie. I pomyślałem, że skoro on ma jeszcze wolny dzień, ostatni dzień przed powrotem do szkoły, to mógłbym się z nim spotkać po południu.

To nie tak, że nagle zaczął uważać Ślizgona za przyjaciela, ale jego przyjaciele nie byli już po jego stronie, nie rozumieli skąd to nagłe odejście a nie miał ochoty tłumaczyć im dokładnie, co się stało. Zresztą nawet gdyby im wszystko opowiedział, to finału, czyli jego przywiązania do Lorda voldemorta i tak ani by nie zrozumieli, ani nie wybaczyli.

A Draco tak, nie musiał mu nic tłumaczyć, Ślizgon akceptował tę zmianę a nawet wyraźnie się z niej cieszył, tak jak z tego, że mógł dzisiaj być z nim w Ministerstwie i w Londynie. A tego właśnie Harry potrzebował: akceptacji - nie muszą od razu się kochać, wystarczy że przestali się nienawidzić.

Harry mówił coraz szybciej, denerwował się pomimo - a może właśnie dlatego, że mężczyzna nawet nie drgnął, w żaden sposób nie reagując na jego przemowę.
- On też lubi quidditch, w Hogwarcie zawsze się przechwalał się, że mają własne boisko... I było mu przykro, że ta miotła pod choinkę była dla mnie... Moglibyśmy razem poćwiczyć i dałbym mu polatać... I skoro teraz niby u nich mieszkam, to powinienem wiedzieć, jak wygląda ich Dwór... I...

- W porządku. - Voldemort wreszcie się nad nim zlitował i przerwał zanim chłopak zdążył się zapętlić. - To bardzo dobry pomysł. Powinniśmy wcześniej pomyśleć, że lepiej abyś poznał dom Malfoyów i spędził trochę czasu z "rodziną" a to oczywiste, że przy Draco będzie ci łatwiej.

Harry wreszcie swobodnie odetchnął: sam nie wiedział czemu tak się denerwował?

Może dlatego, że jak już się przekonał Czarny Pan zawsze był sam, miał tylko jego i nie chciał, aby pomyślał, że on woli towarzystwo kogoś innego.

Mężczyzna zacmokał kręcąc głową.
- Za bardzo się przejmujesz. - Stwierdził, ale w jego głosie było zadowolenie. Bo przecież tak jak Harry nim i jego uczuciami dotąd nikt się tak po prostu i szczerze nie przejmował. - Wyślesz do nich sowę, czy ja mam to zrobić?

Pytanie niby nie powinno go zaskoczyć, a jednak chłopak chwilkę się zastanowił nim pokręcił głową.
- Lepiej ja, żeby nie myśleli, że to rozkaz. - Lord Voldemort nie miał nic przeciw rozkazom, ale skoro Harry tak wolał... skinął głową.

- Super. To ja lecę. Dzięki. - Dodał jeszcze Harry z kolejnym szerokim uśmiechem na pożegnanie.

- W porządku. Tylko nie zapomnij rzucić na nią zaklęcie poczty błyskawicznej, żeby dotarła tam teraz, a nie przed nocą. Zmykaj. - Czarnoksiężnik ponownie tylko oszczędnie skinął głową, jednak Harry'emu wystarczył uśmiech jaki wyczuwał w jego magicznej aurze. Zadowolony pobiegł do siebie.


Miał ochotę po prostu przejść do swojego pokoju w Malfoy Manor, tyle że Voldemort miał rację: nie był tam naprawdę domownikiem, zatem najpierw powinien wysłać sowę, a nie tak wpadać do nich bez zapowiedzi.

Czekając na odpowiedź stanął przy oknie i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w lekko opadające płatki śniegu. Gdy byli w Londynie dzień był jasny i słoneczny, teraz znowu zaczynało się chmurzyć. Miał jednak nadzieję, że nad Dworem Malfoyów wciąż świeci słońce i nie będą potrzebowali magicznych lamp, ani osłon, by bezpiecznie polatać.

Jego samego co prawda zła pogoda by nie odstraszyła, ale wiedząc jak Voldemort był przeczulony na punkcie jego bezpieczeństwa Lucjusz na pewno nie odważy się pozwolić im latać po ciemku i przy gęstym śniegu.

Nie miał czasu zbyt długo się nad tym zastanawiać i martwić, bo już po kilku minutach ujrzał opadającą z nieba sowę. Spodziewał się, że przynosi mu odpowiedź i otworzył okno, ptak jednak poleciał dalej, do gabinetu a on za to usłyszał pukanie do drzwi łazienki.

Ponieważ pokój w Malfoy Manor był kopią tego, więc i drzwi z magicznym przejściem znajdowały się w tym samym miejscu. Po ich otwarciu Harry jak i poprzednim razem poczuł się nieco dziwnie. Nie było to jakby patrzył w lustro, bo pokoje nie były odbiciem siebie, ale raczej jakby patrzył jednocześnie przed siebie i do tyłu.

Chociaż nie do końca, bo przed nim stał Draco Malfoy, tak jak i on z nieco dziwną miną. Jego dezorientacja była z podobnego powodu, co od razu wyjaśnił, kręcąc głową z podziwem.
- To naprawdę niezły kawał magii. - Pochylił się do przodu, jakby próbował zajrzeć zza Harry'ego. - Wiem, że stoisz teraz w swoim pokoju a widzę cię w łazience.

- I dokładnie o to chodzi, ale fakt: Lord V całkiem nieźle sobie poradził z tym przejściem. - Ignorując zgorszenie jego brakiem bałwochwalczego szacunku dla Czarnego Pana przechylił głowę i zachęcająco uniósł brwi. - Chcesz do mnie zajrzeć? Jeżeli twoja obecność oznacza, że mnie do siebie zapraszacie? - Przyjął, że właśnie tak jest, jednak lepiej zapytać.

- Jasne, to właśnie dlatego po ciebie wpadłem i oczywiście, że chciałbym... - Draco otrząsnął się szoku. - Ale ojciec mówił, że to działa tylko dla ciebie... dla was. - Widać było, że aż się pali do tej wizyty, niemal przebierał nogami.

Harry nie dziwił mu się, w przeciwieństwie do ojca chłopak na pewno nigdy nie był jeszcze w Zamku Czarnego Pana, a to przecież jego idol.

- Nie tylko dla nas, jednak ma dużo blokad. Mogę kogoś zabrać, ale portal wyczuwa też, czy chcę to zrobić, więc jeżeli ktoś będzie chciał mnie śledzić, czy przymusić to nic mu z tego nie wyjdzie. - Wyciągnął dłoń. - To jak, idziesz? - Draco bez wahania złapał go za rękę, entuzjastycznie skinąwszy głową. - Zatem zapraszam. - Drugą ręką Harry wykonał stosowny, zamaszysty gest i Draco zrobił krok do drzwi a potem kolejny i już był u niego.

Nie puszczając od razu jego dłoni rozejrzał się wokół i mimo że pokój wyglądał dokładnie tak samo, jak ten u nich i tak był pod wrażeniem: w końcu to był oryginał w Mrocznym Zamku a nie tylko magiczna kopia!

Harry odwrócił się, by ukryć pobłażliwy uśmieszek, który Draco mógłby źle zrozumieć i otworzył szafę, by wyciągnąć swój strój do quidditcha.

To nie będzie to samo, co gra w drużynie, ale na pewno inne niż samotne śmiganie po dziedzińcu. Niekoniecznie lepsze - inne.

Malfoy podszedł zaraz za nim i na widok rękawa koszuli błyszczącego tuż za drzwiami aż wciągnął głęboko powietrze. Zwykle zgrywał chłodnego wyrafinowanego arystokratę - co nie do końca przekonywało, kiedy wściekał się na Gryfonów. Tym razem w jego towarzystwie już sobie odpuścił i jedno i drugie.

- Czy... czy to...? - Przejęty wyciągnął rękę, by dotknąć materiału i zaraz ją cofnął, patrząc tylko z zachwytem. Pokiwał głową kontynuując z zapartym tchem i błyskiem w oku. - Tak myślałem, kiedy cię widziałem rano, ale nie byłem pewien... - Ponownie pomacał materiał i niemal jęknął. - To pajęczy jedwab. Harry, to pajęczy jedwab. - Przechylił się za drzwi, by zajrzeć głębiej do szafy. - I masz ich... - palcami przebiegł po wieszakach. - ...Pięć! O Merlinie!

Harry podrapał się po głowie. Nie miał pojęcia, o czym mówi jego nowy kuzyn (starał się przyzwyczajać, żeby go tak nazywać i cokolwiek by nie mówić o Draco Malfoyu, nawet gdyby dalej walczyli ze sobą jak dotąd w szkole i tak był lepszym kuzynem niż Dudley), ale sądząc po jego reakcji musiało to być coś specjalnego.

- A co to jest ten pajęczy jedwab? - Zapytał i blondyn uniósł roziskrzony, zachwycony wzrok, jeszcze raz ukradkiem dotykając koszuli. Natychmiast mu wszystko wyjaśnił.

- To najdroższy materiał na świecie. Jest wykonywany z sieci magicznych pająków, które żyją tylko w jednej dolinie w Brazylii, są bardzo złośliwe i jadowite. Ciężko go im podbierać, tylko jedno plemię się tym zajmuje i zwykle krótko żyją. - Nie mogąc się powstrzymać kolejny raz pogładził rękaw. - Mimo że lekki i z pozoru delikatny, jest wytrzymalszy od wszelkich innych materiałów, praktycznie niezniszczalny: nie można go uszkodzić ani mechanicznie ani zaklęciami. Mając ją na sobie mógłbyś stać pod deszczem zaklęć i żadne cię nie dotknie.

- Poza Avadą. - Harry po prostu musiał zgasić jego entuzjazm. Nie zadziałało.

- I tu nie masz racji: jeżeli zaklęcie trafi w koszulę, to nie zadziała w pełnej mocy a jedynie mniej lub bardziej zrani - w stopniu zależnym od mocy rzucającego. - Brzmiało to trochę, jak recytacja definicji z Księgi Zaklęć i pewnie dokładnie tak było. Pamiętał dobrze z Hogwartu, że Ślizgon miał fantastyczną pamięć i często się nią popisywał.

- Pewno też macie takie pajęcze koszule. - Rzucił mu w odpowiedzi z nadzieją przerwania tej dla niego coraz bardziej krępującej rozmowy, chociaż bez przekonania, reakcja Draco wskazywała, że dotąd nieczęsto miał z nimi do czynienia. Miał rację.

Chłopak opuścił rękę z wyraźnym smutkiem i zażenowaniem: nie było łatwo Malfoyom przyznać się, że coś jest poza ich zasięgiem.
- Ojciec ma jedną, nikogo nie stać na więcej. - Rzut okiem na szafę, no bo jak widać, jednak kogoś tak. - Są bardzo rzadkie i bardzo drogie. Nie ma ich w żądnych sklepach. Tylko jeden salon je szyje i to na konkretnie zamówienie, płatne z góry. - Kiedy opuścił ponuro wzrok jego spojrzenie padło na stojące na dolnej półce trzewiki i natychmiast oczy znowu mu się rozświetliły.

- To skóra bazyliszka. - Stwierdził autorytarnie i Harry trochę się zawstydził, bo myślał, że to smocze łuski, a przecież w końcu jako jeden z niewielu z bliska bazyliszka widział i powinien ją rozpoznać.

- Też pewno rzadkie i drogie. - Westchnął, to prawda, że był pod wrażeniem tego jak Voldemort o niego zadbał, ale też czuł się nieswojo: bo przecież Harry tyle razy z nim walczył i pokonywał a czarnoksiężnik tak się o niego troszczył. Mniej nawet przejął się wysoką ceną tego wszystkiego a bardziej tym, co to oznaczało.

Draco nie zauważył jego nastroju, wpatrzony z zadowoleniem w zawartość szafy potwierdzając jego domysły i kontynuując przeglądanie garderoby.
- Owszem i też jest wyjątkowo solidna i mocna. Tak samo jak te szaty. - Tu wyciągnął rękę, dotykając czarnych szat jakie chłopak dostał od Voldemorta. - To z kolei jest z wełny tych samych pająków co jedwab, wygląda jak normalna, ale różnice poznać w dotyku, niby jest miękka, tylko nie da się jej za bardzo ścisnąć, ani naciągnąć. Jest równie droga... i równie bezcenna przez swoje właściwości.

Podsumował swoje wywody, wymawiając dokładnie to, co on sobie pomyślał:
- Naprawdę Harry, Czarny Pan zadbał o ciebie: w tych ciuchach jesteś lepiej zabezpieczony niż Aurorzy w zbrojach bitewnych. Nikt poza wami nie może sobie na to pozwolić. - Malfoy był wyraźnie pod wrażeniem a to mówiło wiele, bo wszyscy w szkole wiedzieli, że jego rodzina nie tylko miała najwyższe tytuły, ale także majątek.

Harry odchrząknął, wreszcie wyciągając swój strój sportowy oraz miotłę i niezgrabnie spróbował zmienić temat na lżejszy.
- Cieszę się, że możemy razem polatać, chyba najbardziej po ucieczce ze szkoły brakowało mi quidditcha. Szkoda, że wcześniej starsi nie pomyśleli o tym, żebyśmy się spotkali, dopiero ostatniego dnia. - Naprawdę szczerze tego żałował i chyba sam był tym najbardziej zaskoczony. Chociaż było to nic niezwykłego w porównaniu z wybranym przez niego obrońcą i opiekunem.

- Niekoniecznie musi tak być... - Po namyśle Draco zaczął odpowiedź, powoli jakby z wahaniem, obserwując go z przechyloną głową, by wyłapać pierwszą reakcję. - ...Ojciec pomyślał, że skoro Dumbledore tak stracił na opinii, to ja też mógłbym darować sobie tę jego Szkołę... Moglibyśmy razem się uczyć, jeżeli Czarny Pan się zgodzi...

Harry zmarszczył brwi kręcąc głową. To było coś nowego - chociaż sam pomysł nie był wcale zły.
- Nic o tym nie słyszałem. - Stwierdził i oparł się o drzwi szafy w zamyśleniu postukując palcem w wargę. - To całkiem fajny pomysł. Byłoby mi raźniej. - Co prawda to on wymyślił, żeby uczyć się u Malfoyów, ale przecież Lucjusz nie będzie z nim siedział w każde zajęcia a myśl o przebywaniu sam na sam z obcym czarodziejem nie bardzo mu odpowiadała... Ale za to z Draco... - Uśmiechnął się szeroko energicznie prostując się i kończąc twardo, z przekonaniem. - To super pomysł.


Draco też się uśmiechnął, ale nim zdążył mu odpowiedzieć rozległ się inny głos.
- Jaki pomysł? - Voldemort minimalnie skinął głową Malfoyowi i skoncentrował się na swoim podopiecznym, jak zawsze z zadowoleniem patrząc na uśmiech Harry'ego.

- Lucjusz wpadł na to, żeby Draco też opuścił Hogwart i uczył się ze mną w domu. - Uslyszał radosną odpowiedź. - Prawda, że tak byłoby dobrze?

Czarnoksiężnik przez chwilę przypatrywał się im obu.
- Nie słyszałem nic o takim pomyśle. - Wycedził powoli, nie spodobało mu się, że o czymś takim dowiadywał się ostatni. Zwłaszcza w tej sprawie, kiedy stawiało go przed faktem dokonanym, bo skoro Harry był tak zachwycony, już nie mógł się nie zgodzić.

Draco wreszcie podniósł się z powitalnego ukłonu, tłumacząc siebie i Lucjusza.
- To dlatego, że ojciec dopiero teraz o tym pomyślał, kiedy Minister tak szybko i z zadowoleniem się zgodził na prośby Harry'ego. Zapytał mnie, czy bym tak chciał, ale to tylko pierwsza myśl a nie plan, jeszcze nie zdążył nic doprecyzować.

Czarny Pan pokiwał głową. A zanim tu wszedł, właśnie zastanawiał się: czy przysyłając do niego formalne zaproszenie, by przybyli do nich z Potterem Lucjuszowi chodziło tylko o dobre wychowanie, czy o komfort Harry'ego, czy też o coś jeszcze?

Już miał odpowiedź: wszystko powyższe, ale zwłaszcza to coś jeszcze.
- Jeżeli jesteś gotowy, Harry... - Tym razem jak najbardziej celowo użył jego imienia w obecności młodego Malfoya. - ...To możemy już iść.

Chłopak szybko załapał, co to oznacza: Voldemort nie puszcza go tam samego i rozpromienił się jeszcze bardziej.
- Super. - Podsumował i szybko chwycił swoje szaty i miotłę. - Jestem jak najbardziej gotowy.


Harry do tej pory w rezydencji Malfoyów widział tylko swój własny pokój - teraz po drodze do salonu i jadalni obejrzał sobie nieco więcej. Dwór był trochę w stylu tej restauracji, w której byli razem z Draco - klasyczny, śródziemnomorski: jasne marmury, posągi, dużo zieleni i lekkie meble, tyle że tutaj było to bardziej eleganckie i wyważone.

Co było zrozumiałe, nie dałoby się w takim wnętrzu za długo wytrzymać a to przecież jest dom, a nie miejsce publiczne, gdzie wpadasz na parę chwil i znikasz.

Nawet mu się tu podobało i pasowało do Malfoyów, jednak szczerze mówiąc, on sam jako miejsce do mieszkania wolał Mroczny Zamek, który był normalną budowlą, ze zwykłych kamieni i w stylu, jaki bardziej pasował do brytyjskiego krajobrazu i charakteru niż takie obce pałace.

Stukając swoimi trzewikami z wężowej, wróć: ze skóry bazyliszka zeszli po szerokich dwustronnych schodach do holu, gdzie czekali na nich rodzice Draco.

Lucjusza Harry w ostatnim czasie już dość dobrze poznał i nawet polubił, ale Lady Malfoy nie miał dotąd okazji spotkać. Chyba ją widział przed pierwszym rokiem w Hogwarcie, jednak nie był tego pewien. Nie zwrócił wtedy na Malfoyów szczególnej uwagi, kiedy każdy czarodziej był dla niego czymś nowym i godnym uwagi, dopiero po tym jak w szkole Draco się do niego odezwał a potem obraził i zostali wrogami, zaczął go zauważać.

Lucjusza kilkakrotnie potem widywał, zarówno z synem jak i samego, chociaż rzadko w przyjemnych okolicznościach, ale Narcyzy Malfoy na pewno nie. Dopiero teraz mógł się jej przyjrzeć: stała tam wyprostowana, z zimnym uśmiechem i jeżeli już przestał uważać jej męża za zadufanego i przemądrzałego arystokratycznego snoba, to ta czarownica dokładnie tak wyglądała.

Może kiedy ją pozna zmieni zdanie... A może nie...

Ponieważ przez ten czas w Mrocznym Zamku Harry powoli pozbywał się strachu i niepewności, przywykli obaj do tego, że czarnoksiężnik pierwszy wszystko robi a dopiero wtedy chłopak go naśladuje. Teraz tutaj było dokładnie tak samo.

Lord Voldemort pierwszy przywitał gospodarzy a Harry podszedł za nim i powtórzył. Zapewne zwykle Czarny Pan traktował sługi z większym dystansem i wyższością, był pewny i wdzięczny za to, że ze względu na niego nie patrzył na nich aż tak z góry: przywitał Lucjusza jak dobrego przyjaciela, ale jego żonę uprzejmie i oficjalnie.

Lady Malfoy też zachowała dystans i jako jedyna z obecnych zwracała się do xhłopaka po nazwisku. Harry'emu wcale to nie przeszkadzało i ponieważ sam nie miał ochoty proponować, żeby mówiła mu po imieniu, cieszył się, że czarownica tego nie zrobiła. Budziła w nim ciarki, była jeszcze bardziej zimna i skupiona niż jej mąż.

Kiedy na niego patrzyła miał wrażenie, że może go przejrzeć, jak rentgen i zdecydowanie mu się to nie podobało. Czuł jakiś powiew magii, jakby używała oklumencji, chociaż nie był pewien. Zdecydowanie już najwyższy czas poprosić Voldemorta, żeby go nauczył jak ją wykrywać i jak się bronić.

Spojrzał na stojącego obok czarnoksiężnika, może nie wystraszony i nie prosząc o pomoc, ale wystarczająco wyraźnie zdenerwowany, by ten interweniował. Widok ostrego błysku w jego oczach i natychmiastowe spuszczenie wzroku przez Lady Malfoy sprawił, że Harry od razu poczuł się lepiej.

Dla pewności i spokoju ducha postanowił jednak trzymać się od tej czarownicy z daleka. To że dogadał się z pozostałymi Malfoyami, nie oznacza, że musi tak być także z nią. Może kiedyś, z czasem... Chociaż w to wątpił - ona nie grała, właśnie taka była.

Lucjusz z żoną przeszli pierwsi do jadalni, za nimi Lord Voldemort a Harry oczywiście ruszył za nim i bez wahania zajął miejsce obok czarnoksiężnika. Jeżeli Lady Malfoy myślała, że usiądzie przy końcu stołu obok jej syna, popełniła błąd.

Może i był Czarnego Pana - w tym miejscu akurat oficjalnie - podopiecznym, ale nie przybył tu jako młodociany dodatek do faktycznego gościa i nie da się tak traktować. Jego nakrycie natychmiast pojawiło się na właściwym miejscu, ale i tak było to faux pax, które musiało zaboleć Panią domu.

Pewność siebie Harry'ego wcale nie była na wyrost, bo o ile w Hogwarcie jeszcze nie miał za bardzo pojęcia o wytwornych posiłkach, to teraz jak najbardziej tak. Dzięki temu, ze skrzaty bardzo poważnie traktowały swoje obowiązki a Voldemort zawsze zachowywał się stosownie i starannie pilnował zasad, nieważne czy byli we dwoje, czy też jak dotąd kilka razy w towarzystwie Lucjusza, Harry obserwując go uważnie od początku przyswoił sobie idealne maniery.

Nie miał najmniejszego problemu z kolejnością próbowania potraw, właściwie używał sztućce i kielichy. Gospodarze nie mieli absolutnie nic do skomentowania, chociaż szczerze wątpił czy by sobie na to pozwolili, nawet gdyby było całkiem przeciwnie - był tu przecież z Lordem Voldemortem - każda uwaga do Harry'ego o niewłaściwym zachowaniu, czy wychowaniu dotykałaby także Jego i to podwójnie.

Harry był co prawda pewien, że czarnoksiężnik nie udzielał nikomu takich informacji, jakie on zdobył po drugim roku o Tomie Marvolo Riddle'u (dzięki wydatnej pomocy Hermiony). Jednak mroczni czarodzieje musieli wiedzieć od swoich rodziców, czy dziadków, że On też był sierotą półkrwi wychowywanym przez mugoli.

Jakiekolwiek komentarze na taki temat trafiałyby w Niego nawet bardziej niż Harry'ego, bo James Potter pochodził z szanowanej rodziny a Lilly była czarownicą, chociaż mugolskiego pochodzenia, za to Riddle Senior - był zwykłym mugolem, a matka Toma nie była nawet jego formalnie uznaną żoną - co może akurat w tej konfiguracji było lepsze - i pochodziła z żałosnej, odrzucanej biedoty.

Jakże bolesne musiało być dla czystokrwistych arystokratów ustępowanie przed mocą czarodziejów, którym w innej sytuacji nie pozwoliliby nawet butów czyścić. Harry myśląc to uśmiechał się uroczo do chłodnej i sztywnej Lady Malfoy: jeżeli znowu czyta w jego myślach to sama sobie jest winna, że dowiaduje się zbyt wiele.


Nie było łatwo zrobić wrażenie na Draco Malfoyu, jednak Harry Potter nigdy nie miał z tym problemu. Nawet kiedy głośno się z niego wyśmiewał, w głębi duszy zawsze Gryfona podziwiał, za tę niepokorną odwagę kiedy nie zastanawiając się podejmował najniebezpieczniejsze wyzwania.

Draco nigdy nie miał prawa być tak impulsywny - rodzice bardzo głęboko wbili mu w głowę, jak powinien się zachowywać i że jego każdy ruch, jako dziedzica szacownego rodu musiał być przemyślany i wyważony.

Co ciekawe, to właśnie Potter zawsze budził w nim te najbardziej żywiołowe reakcje, za które potem odbierał kolejne wykłady pod ojca.

Chłopak jakiego spotkał dzisiaj rano, chociaż co prawda dalej bez szacunku i bez skrępowania walczył z dyrektorem i to w gabinecie Ministra - że aż było ich słychać na korytarzu, ale jednak był wyraźnie, zauważalnie przygaszony i chwilami niepewny, nie przypominając samego siebie, jakiego Draco pamiętał ze szkoły.

W tej chwili jednak znowu był sobą a nawet jeszcze bardziej otwarty i dumny i wszystko dzięki obecności Czarnego Pana. Draco aż kręcił głową i mruczał pod nosem (za co zapewne otrzyma kolejną lekcję właściwego zachowania), jednak nie mógł się powstrzymać.

To było niesamowite|: wszyscy czarodzieje - włącznie z jego rodzicami, których nigdy wcześniej nie znał od tej pokornej strony - w obecności Lorda Voldemorta tracili pewność siebie a Harry Potter właśnie przy nim odżywał, prostował się i wyzywająco zajmował swoje miejsce, prowokując jego matkę.

Sam Draco nigdy by się na coś takiego nie poważył, Domem rządził jego ojciec, ale w sprawach, które należały do Pani domu nawet on rzadko próbował coś zmieniać według swojego zdania. Lady Malfoy miała autorytet nie tylko z powodu swego pochodzenia, ale też dzięki mocy i niewielu ośmielało się patrzeć na nią z góry, czy nawet jak na równą sobie... Poza Czarnym Panem... I Harrym Potterem.

Oczywiście nigdy by tego nie powiedział głośno, ale podobało mu się, że ktoś wreszcie sobie na to pozwala.


Po obiedzie chłopcy pobiegli się przebrać a starsi czarodzieje poszli na boisko, żeby je przygotować. Zanim wyszli na dwór zapadł już zmrok, zatem tak jak przewidywał Harry, aby zapewnić im bezpieczeństwo Lucjusz nie tylko postawił osłony przed wiatrem i śniegiem, ale też rzucił na nie zaklęcie oświetlające.

Potem Malfoyowie z Czarnym Panem usiedli na trybunach, by móc obserwować chłopców i w spokoju bez ich obecności omówić ich przyszłość. Jednak spokój nie trwał długo.

Voldemort oczywiście widywał artykuły w Proroku na temat chłopaka, więc wiedział, że Harry Potter był już na pierwszym roku w Hogwarcie nie tylko najmłodszym ale też najlepszym graczem. Obserwując go dotąd tylko na dziedzińcu Mrocznego Zamku nie był jednak przygotowany na to, jak ryzykownie może się zachowywać w powietrzu.

Słuchał uważnie, co mówi do niego Lucjusz, ale nie odrywał wzroku od Harry'ego. Chłopak testował możliwości swojej nowej miotły a jeszcze bardziej jego nerwy, śmigając jak prawdziwa błyskawica i wykonując figury i zwroty, które wywoływały zarówno zachwyt jak i przestrach u obserwatorów.

Tak, także u Malfoyów, chociaż im na pewno nie zależało na bezpieczeństwie chłopaka, tak jak jemu.

Wreszcie - ku jego uldze, chłopcy zamienili się miotłami i Harry nie mógł sobie na tak wiele pozwalać. Niestety ulga była przedwczesna. Draco Malfoy był świetnym graczem, ale zdecydowanie poniżej poziomu jego Pottera, z czego był bardzo dumny, mimo że nie było to jego zasługą.

Mimo tego, że teraz miał gorszy sprzęt Harry wciąż pozostawał poza zasięgiem drugiego chłopaka, który nie mógł się z tym pogodzić. Próbując go naśladować Draco za bardzo przyspieszył i przy zwrocie nie zdołał zapanować nad miotłą, która poleciała dalej, już bez niego.

Harry natychmiast przywołał ją do siebie, jednocześnie odsyłając blondynowi jego własną, tyle że zeskakując opadł w dół i zamiast siąść na swojej miotle złapał ją tylko jedną ręką. Dorośli zerwali się a Voldemort natychmiast rzucił na niego zaklęcie lewitujące, które pomogło Harry'emu opanować miotłę i spokojnie jej dosiąść.

Malfoyowie nie wpadli na taki pomysł i Draco zdążył spaść kilkanaście metrów i poważnie się wystraszyć, nim miotła do niego dotarła. Nawet nie próbował jej dosiąść tylko uchwycił obiema rękami i opadł już wolno i spokojnie na ziemię. Harry odetchnął z ulgą, nawet zanim Czarny Pan zareagował bardziej obawiał się o Malfoya niż o siebie.

A skoro już pomyślał o Czarnym Panu...

Rzut oka na ich widownię i Harry natychmiast wylądował kierując się prosto do Voldemorta, wciąż stojącego nieruchomo z wyciągniętą różdżką.
- Przepraszam. - Szepnął cicho. Zero reakcji, czarnoksiężnik nadal patrzył na niego z martwą miną. - Wiesz, że umiem latać, nie ryzykowałem... To nie było tak niebezpieczne... Jak mogło wyglądać. - Dokończył jeszcze ciszej, opuszczając głowę.

Do tej pory nigdy nie przejmował się tym, jak to co robił, mogło wyglądać z boku. Po takiej akcji koledzy z drużyny by go wychwalali i klepali po plecach, Hermiona i nauczyciele trochę by zrzędzili a potem wszyscy by stwierdzili, że tylko on mógł zrobić coś tak głupiego. I tyle...

Nie był przygotowany na to, że ktoś aż tak się o niego martwił. Wiedział, jak Czarny Pan dbał o swój niewzruszony wizerunek - a teraz przez niego przy Malfoyach tak się odsłonił, bo jego spięta postawa, zaciśnięte mocno na różdżce palce i uporczywe milczene mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Mężczyzna miał prawo być na niego wściekły.

Wyciągnął dłoń, ale zawstydzony opuścił ją, gdy Voldemort nie zrobił ku niemu żadnego gestu. Odwrócił się, by zabrać porzucona miotłę i znowu stanął przed czarnoksiężnikiem, otwierając usta, by go jeszcze raz przeprosić, kiedy mężczyzna chwycił go i przytulił, krótko ale mocno... i zaraz wypuścił go chowając różdżkę i poprawiając szaty.

Harry odetchnął z ulgą - wszystko będzie dobrze.


Lucjusz, który tak jak i Narcyza i Draco do tej pory udawał, że go nie ma i że wcale na nich nie patrzył, wreszcie poruszył się i zareagował. Odchrząknął, zwracając się do stojącego przed nimi syna, który bez słowa pochylił głowę, czekając na naganę - przecież to całe zamieszone on spowodował, nieważne że nie celowo.

- Dobrze, że nic ci się nie stało, Draco. - Powiedział ojciec sucho, niezręcznie. Matka tylko pokręciła głową z krzywą miną.

Draco nawet nie był zaskoczony, że Czarny Pan okazał się bardziej uczuciowy niż jego rodzice. Jednak nie było to miłe uczucie...

Tymczasem Lord odwrócił się i ruszył w stronę Malfoy Manor. Harry skłonił się rodzicom a do Draco pomachał.
- Fajnie było, ale chyba musimy już iść... - Stwierdził, przygryzając wargę.

Obejrzał się na idącego równym krokiem Voldemorta i pobiegł za nim. Ponieważ jednak nie był dobry w trzymaniu języka za zębami i nie bał się Czarnego Pana, po dwóch krokach Malfoyowie usłyszeli jego chrząknięcie i ostrożne pytanie:
- A tak właściwie, to po co idziemy do Dworu, skoro możesz się stąd aportować?

Voldemort zatrzymał się i spojrzał na niego bez słowa a potem skinął głową i wyciągnął rękę. Chłopak znowu się do niego przytulił i z trzaskiem zniknęli.


W pierwszym odruchu Voldemort chciał zabronić Harr'emu kiedykolwiek znowu wsiadać na miotłę... jednak gdy tylko o tym pomyślał od razu mógł sobie wyobrazić reakcję chłopaka, a nawet dwie: W pierwszej zaczynał się wykłócać, że nie będzie mu mówił, co może robić, będzie latał kiedy chce i może sobie wsadzić takie zakazy...

Ale druga wersja była jeszcze gorsza: Harry zamiast protestować tylko by pokiwał smutno głową, a potem byłby coraz smutniejszy, apatyczny... Aż wróciłby do tego letargu, jaki znał z pierwszych dni...

Nie zniósłby znowu czegoś takiego...

Niechętnie rozluźnił uścisk, w którym i tak trzymał go już zbyt długo.
- Nie będziesz więcej latał na miotle! - Oznajmił twardo, nie uznającym sprzeciwu tonem i odebrał zaskoczonemu chłopakowi rzeczony przedmiot. Harry otworzył szeroko oczy, ale nie zdążył zrobić nic więcej. - Dopóki nie opanujesz perfekcyjnie samolewitacji. - Dokończył, równie zdecydowanie.

Patrzył na niego ostro, czekając na odpowiedź. Harry także wpatrywał się z niego, spokojnie, badawczo i jak on sam wcześniej nie okazując żadnych emocji. Czarnoksiężnik zaczął się denerwować nie mając żadnego pojęcia, co też działo się w jego głowie.

Wreszcie:
- W porządku. - Chłopak odparł ostrożnie, przechylając głowę i obserwując go z pojawiającym się nieśmiało uśmiechem.

Dzięki Salazarowi!

- W porządku. - Voldemort nie dał po sobie znać, jak bardzo ucieszyła go ta zgoda. Skinął głową i odwrócił się idąc do siebie. - Mówię poważnie. - Dodał jeszcze surowo nie odwracając się. - Miotła zostaje u mnie, dopóki nie uznam, że jesteś na niej bezpieczny.

Harry uśmiechał się szeroko: to było takie... to było lepsze niż własny pokój i prezenty.

Nikt dotąd mu niczego nie zabraniał... No dobrze, niby były zakazy w szkole, ale dyrektor wcale go nie karał za ich łamanie, przeciwnie sam go prowokował do niebezpiecznych rzeczy... tak jak i Syriusz.

Pierwszy raz ktoś mu zabraniał niebezpiecznych zajęć, żeby się nie narażał - tu chodziło o Niego, o Jego Osobiste Bezpieczeństwo... Super!