A/N: Swaty, swaty… ;-)

Czy wspomniałam już, jak doceniam Wasze komentarze, dziewczyny? Doceniam i to bardzo! Co więcej, wygląda na to, że „Sekrety…" to najpoczytniejsza z moich opowieści i chyba najczęściej komentowana.

Dziękuję! Te słowa zachęty, które mi przysyłacie, wiele dla mnie znaczą, tak więc wielkie THANK YOU dla Madi92, Lexi, sammie77a i każdego, kto jeszcze mnie czyta!


XI

Kiedy patrzył na nią, bawiącą się z Charlie'em i synami Kate oraz Dave'a w śniegu, nie mógł powstrzymać westchnienia. Była taka naturalna wokół dzieci. Była inteligentna, niezależna i ambitna, a jednak nie zatraciła przy tym naturalnego ciepła i instynktu macierzyńskiego. Co ważniejsze, przy całej swojej opiekuńczości, pozwalała chłopcom być sobą. Nie ograniczała w żaden sposób ich wyobraźni, na co dowodem był nieco niekonwencjonalny bałwan śniegowy, ustawiony przy wejściu do ich „fortu" zbudowanego ze sporych śnieżnych bloków. Jeszcze bardziej rozczulający był fakt, że to ona zaprojektowała dla maluchów ten „zamek", czerpiąc inspirację z jednej z przeczytanych przez siebie książek o ludziach nazywających się Inuitami albo Eskimosami, którzy swoje domy budowali na tej zasadzie i nazywali je „igloo". Konstrukcja Samanthy, choć nieco zmodyfikowana, jak na razie dzielnie opierała się wojnie na śnieżki i z pewnością zapewniała dzieciom moc dobrej zabawy, w jej pracodawcy wzbudzając kolejne pokłady fascynacji i zauroczenia dziewczyną.

- Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych!- szepnął sam do siebie, nie wiadomo który już raz.

- Niezwykła młoda dama, szwagrze.- stwierdził rozbawiony pułkownik Dixon, gdy stanął obok rozmarzonego przyjaciela. Ciekawiło go, czemu Jack tak intensywnie się przygląda i teraz miał swoją odpowiedź, która bez dwóch zdań zainteresowałby Kate.- Czarująca, miła dla oka, ciepła i najwyraźniej również piekielnie pomysłowa!- dorzucił z humorem.

- Rzeczywiście.- przytaknął O'Neill.- Miałem wielkie szczęście, że zgodziła się uczyć Charlie'ego. Rzadko widuje się tak elokwentne i inteligentne guwernantki, które na dodatek wiedzą, jakie wartości są najważniejsze w życiu. Panna Carter to anioł zesłany nam z Nieba, Dave. Jest nieocenioną pomocą.- dodał niewinnym tonem.

- Tylko pomocą, Jack?- spytał bez ogródek drugi oficer.- Mam wrażenie, że jest w tym coś znacznie więcej…

- Nie wiem, o czym mówisz, szwagrze!- zaprotestował natychmiast szpakowaty mężczyzna.

- Przyjacielu, nie zapominaj, z kim rozmawiasz.- przypomniał mu David.- Znam cię nie od dziś i nie myśl, że nie zauważyłem twojego oczarowania panną Carter. Oczarowania, w którym przecież nie ma nic złego.- podkreślił.- Po co zaprzeczać, gdy ewidentnie widać, że darzysz ją afektem?- spytał łagodnie.

- Ja…- zająknął się O'Neill. Nigdy nie było mu łatwo rozmawiać o uczuciach. W tym względzie był raczej nieśmiały. Owszem, na cudze problemy sercowe zawsze zdawał się mieć dobrą radę (w końcu, to on przekonał Davida, że warto walczyć o Kathlenn, mimo że łatwo nie było), lecz na własne… Powiedzmy, że łatwiej mu było radzić, niż stosować się do własnych rad, zwłaszcza teraz, gdy okazało się, że jego pierwsza wybranka tak łatwo go oszukała. O ile przedtem był tylko nieśmiały w miłości, to dziś na dodatek miał silnie nadszarpniętą pewność siebie, a to mu wcale nie pomagało w uporaniu się z „problemem".

- No dalej, Jack! Wiem, że potrafisz.- zachęcał łagodnie Dixon i po chwili istotnie osiągnął swój cel.

- Masz rację. Oczarowała mnie. To chciałeś usłyszeć?- spytał z rezygnacją.

- Nie tyle chciałem to usłyszeć, co ty musiałeś powiedzieć to głośno, szwagrze.- odparł Dave.- Przyznaj, nie lżej ci teraz na duszy, gdy już to z siebie wyrzuciłeś?

- Możliwe, ale to wciąż nie rozwiązuje mojego problemu.- odpowiedział O'Neill.

- Problemu? Ja żadnego nie widzę.- stwierdził rzeczowo mąż jego siostry.- Kochasz ją, więc dlaczego nic z tym nie zrobisz? Jesteście oboje ulepieni z tej samej gliny. Szlachetnie urodzeni, fizycznie atrakcyjni, młodzi…

- Tak, zwłaszcza ona.- mruknął pod nosem Jack.

- Nie więcej, niż dziesięć, góra dwanaście lat!- zaprotestował David.- To żadna tam wielka różnica wieku, zwłaszcza, że panna Carter jest nadzwyczaj dojrzała i ma wyrobiony pogląd na świat. Kiedy wczoraj dyskutowaliście ze sobą w bibliotece, Kate i ja mieliśmy wrażenie, że kłócicie się jak stare, dobre małżeństwo. Co ważniejsze, wasz spór zakończył się równie szybko, co się zaczął i to na zasadzie obopólnego porozumienia. Rozchodziliście się do swoich pokoi nie tylko pogodzeni, ale przede wszystkim zgodni. Dla mnie to jasne jak słońce, że jesteście dobrze dobrani, Jack.- mówił.- Wiem, że się boisz…- dodał ciszej.- Po tym, co uczyniła ci Sara, to naturalne, ale nie pozwól, by lęk zniszczył twoją szansę na prawdziwe szczęście z wartościową kobietą. Panna Samantha jest tego warta. Zasługuje na to, by ktoś pokochał ją tak, jak tylko ty mógłbyś to uczynić. Nie bój się otworzyć przed nią serca.- dorzucił miękko.

- Ojciec O'Leary powiedział coś podobnego…- przyznał cicho srebrnowłosy oficer.

- Ma rację!- wyszczerzył się Dixon.

- Być może, ale zapominasz o jednym, Dave…- odpowiedział Jack.- Ona musiałaby być mi wzajemną.- zauważył znacząco.

- A uważasz, że nie jest?- zapytał brunet.

- Sam nie wiem…- westchnął Jack.- Z pewnością jest mi dobrą przyjaciółką: szczerą, pomocną, wspierającą i mądrą. Co do całej reszty, cóż kobieta jej pokroju- piękna, inteligentna, wrażliwa i odważna, miałaby dostrzec we mnie- zgorzkniałym wdowcu, z bagażem życia na barkach i tajemnicami, których nie życzyłbym nikomu?- spytał niemal szeptem.

- Zgorzkniały wdowiec?- Dixon uniósł brew.- Może zanim ją poznałeś, Jack.- przyznał częściowo.- Jednak w jej obecności daleko ci do zgoszkniałego. Masz pojęcie, jak często się teraz uśmiechasz, przyjacielu? Jak wesołym się stałeś, odkąd jest blisko? Od lat cię takim nie widziałem, odkąd Sara złamała ci serce!- powiedział Dave.- Jesteście tu już tydzień z okładem i ani razu cień nie zasnuł twojego oblicza. Uważam więc, że ów zgorzkniały mężczyzna zakończył swój żywot wraz ze śmiercią Sary i przybyciem panny Carter do twojego domu. Poza tym…- dorzucił:-… widziałem już gorsze partie!- mrugnął szelmowsko do szwagra.- Jesteś w kwiecie wieku, Jack. Właściwie, jesteś w lepszej formie, niż twoi równolatkowie.- argumentował.- Jesteś przystojny, obyty w świecie, oczytany, choć do tego akurat się nie przyznajesz…- zachichotał.- Masz nienaganne maniery i prezencję, odwagę, honor i dobre serce. Dlaczego dziewczyna, która dzieli twoje poglądy i z pewnością nie jest ślepa, miałaby nie być ci wzajemną?- zapytał.

- A co z moimi tajemnicami?- upierał się O'Neill.- Czy mam prawo ją nimi obciążać? Przecież, jeśli zdecydowałbym się do niej zalecać, musiałbym wyznać jej prawdę. Przekonałem się bowiem, że szczerość, to podstawa udanego związku, Dave.- powiedział z wahaniem.

- Szukasz problemów, gdzie ich nie ma, przyjacielu.- odparł Dixon.- Jeśli jednak naprawdę tak cię to martwi, pozwól jej zdecydować. Najwyżej uzna, że nie chce dzielić ich z tobą, ale wtedy przynajmniej będziesz wiedział, na czym stoisz.- poradził.- Bezczynność w niczym ci nie pomoże, Jack. Wzmoże tylko twoje męki i nie rozwiąże niczego. Tylko jeśli otwarcie rozmówisz się z panną Samanthą, ulżysz sobie i mojej Kate, która jest święcie przekonana, że wy dwoje jesteście sobie pisani. Kto wie?- dodał jeszcze z uśmiechem.- Może wynik tej konwersacji przyjemnie cię zaskoczy?!- mrugnął Dave i poklepawszy szwagra dobrotliwie po plecach, zostawił go, by Jack mógł w spokoju przemyśleć tę rozmowę. Więcej zrobić nie mógł, jednak był pewien, że jego małżonka doceni wysiłek, jaki włożył w otwarcie oczu jej brata. Zresztą, nie zrobił tego tylko dla niej, lecz dla szczęścia Jacka, którego kochał i szanował jak własnego brata. Może w ten drobny sposób nareszcie mu się odpłaci za wsparcie, jakiego szwagier udzielił mu w walce o miłość i rękę Kate? Po drugie, odrobina własnej satysfakcji też nie byłaby od rzeczy…

Jack znów westchnął głęboko i powrócił wzrokiem do obrazka za szybą. Kate właśnie wyszła na zewnątrz i rozmawiała przyjacielsko z Samanthą, podczas gdy chłopcy nadal harcowali w śniegu, roześmiani i szczęśliwi, mimo że mróz zaróżowił im policzki, a ich rękawiczki z pewnością były już przemoknięte. Jego synek dosłownie promieniał i co jakiś czas podbiegał do panny Carter, by zamienić z nią parę słów, albo po prostu ją uścisnąć, a ona zawsze miała dla niego ciepły uśmiech i buziaka.

- Ona nigdy nie porzuciłaby własnego dziecka…- pomyślał z rozrzewnieniem. Mimo że fizycznie podobna, była tak różna od Sary, tak pozbawiona egoizmu.- Jakim cudem nie wyszła jeszcze za mąż? Przecież musiała mieć mrowie zalotników zanim jeszcze jej rodzina straciła majątek. Piękna, zdolna, mądra i dobra, a jednak samotna.- tak przynajmniej mu się wydawało, bo nigdy nie miał śmiałości spytać, czy nie zostawiła za sobą żadnego ukochanego.

Czy rzeczywiście miałby u niej szanse, gdyby ruszył w konkury? Czy mógłby zdobyć jej serce? W uczuciu do niej odkrył nowe pokłady własnej siły i determinacji, chęć, by zacząć żyć od nowa. Gdyby go zechciała, żyłby dla niej i umarł dla niej. Zrobiłby wszystko, żeby była szczęśliwa i bezpieczna, a już na pewno dopilnowałby, aby wiedziała, jak bardzo jest przez niego kochana. Drugi raz nie popełniłby tego samego błędu, co z Sarą, która wyznała mu na łożu śmierci, że to jego częsta nieobecność w domu i niemrawość w okazywaniu uczuć pchnęły ją w ramionach innego. To, że nie umiał i nie chciał mówić o swoim mężowskim afekcie, było główną przyczyną zdrady jego żony, która poczuła się niedoceniana i niewystarczająco kochana. Gdyby Samantha przyjęła jego miłość, powtarzałaby jej do końca życia, jaka jest dla niego cenna.

- Lecz najpierw musiałbym się odważyć z nią pomówić.- mruknął sam do siebie i spojrzał na nią z uczuciem.

Zupełnie, jakby poczuła na sobie jego wzrok, uniosła głowę i popatrzyła w okna domu, przeszukując każde z osobna, by wkrótce odnaleźć to właściwe.

- Czy ona się zarumieniła?- pomyślał, widząc szkarłat na policzkach ukochanej.- Nie, to tylko mróz!- przekonywał sam siebie. Teorii tej jednak przeczyło nieśmiałe spojrzenie, które mu posłała, takie spod rzęs.

Kate, która pobiegła wzrokiem za wzrokiem przyjaciółki, uśmiechnęła się szeroko na ten widok. Na jeden moment Samantha i Jack zapomnieli o całym bożym świecie, zapatrzeni w siebie i pomimo że trwało to krótko, wystarczyło pani Dixon, by potwierdzić jej przypuszczenia. Byli zakochani…

- Mój brat ma o tobie wysokie mniemanie, Samantho.- powiedziała ciepło, gdy dziewczyna wróciła do rzeczywistości po tym, jak Jack zniknął w głębi pokoju.- Podziwia cię…

- Pułkownik jest dla mnie bardzo dobry.- przyznała z onieśmieleniem dziewczyna.- Wiele mu zawdzięczam i jestem zaszczycona, że ceni moją pracę.- dodała.

- Droga przyjaciółko...- mrugnęła pani Dixon.- Nie przeczę, że uważa cię za doskonałą opiekunkę dla synka, lecz nie miałam na myśli tego rodzaju podziwu. Czyżbyś nie zauważyła jego zauroczenia?- spytała miękko.

- Zauroczenia?- panna Carter zaczerwieniła się jeszcze bardziej.- Pułkownik żadną miarą…

- Zapewniam, że się mylisz, moja droga.- przerwała jej natychmiast Kate.- Budzisz w nim głębokie uczucia. Pytanie tylko, czy byłabyś skłonna je odwzajemnić?- spytała ostrożnie.

- Głębokie uczucia? Ja? Ależ, jestem tylko jego pracownicą!- szepnęła blondynka.- Darzy mnie przyjaźnią, to fakt, lecz nie głębszym afektem.- przekonywała się.

- Dlaczegóżby nie?- rzuciła Kate.- Czy jesteś w czymś gorsza od niego? Oboje jesteście równi urodzeniem, myślicie podobnie, a nawet jeśli się ze sobą nie zgadzacie, to i tak zawsze się godzicie. Jesteście młodzi, czarujący, piękni, mądrzy, uczciwi, honorowi i dobrzy, a to, że dla niego pracujesz, nie ma najmniejszego znaczenia. Szczególnie dla niego.- mówiła z przekonaniem brunetka.

- Pani się myli, pani pułkownikowo…- upierała się cicho jej rozmówczyni.

- Kate.- poprawiła ją zaraz kobieta.- Prosiłam, byś mówiła mi Kate. Poza tym, w tym przypadku jestem pewna tego, co mówię i nie tylko dlatego, że odkąd nas odwiedziliście, nie widziałam go radośniejszego i szczęśliwego, lecz dlatego, że w jego oczach widzę szczere uczucie do ciebie, uczucie wykraczające poza przyjaźń. Wiem, że mój brat jest nieśmiałym adoratorem. Jest bardzo skryty w sprawach serca, lecz uwierz mi, gdy powiem, iż dzięki tobie znów się śmieje, znów żyje, a przez ostatnie trzy lata, nim się pojawiłaś, po prostu wegetował. Czy, gdyby odkrył przed tobą duszę, mogłabyś odwzajemnić jego uczucie?- spytała raz jeszcze.- Ręczę, że mój brat by cię uszczęśliwił.

- Wierzę w to.- odparła panna Carter.- To wspaniały człowiek i gdyby rzeczywiście…- wymamrotała zawstydzona.-…Ja… byłabym zaszczycona.

- Lecz, czy wzajemna?- nadal naciskała Kate.

W całym swoim onieśmieleniu, Samantha nie mogła zaczerwienić się już bardziej, więc tylko uśmiechnęła się delikatnie i nieznacznie skinęła głową, wywołując szeroki uśmiech na twarzy pani Dixon. To wystarczyło jej za odpowiedź, odpowiedź, na którą tak liczyła…

TBC