Za betę dziękuję jak zawsze iskrzakowi.

Poza tym, strraszny rozdział. Następny już w produkcji. :D Świąteczna niedziela? Co wy na to?

Miłego czytania.


- Nie zasługuję na Mary.

- Nie zasługujesz... – przytaknęło mi moje odbicie w lustrze, podczas gdy ja przechadzałem się przed nim w tę i z powrotem.

- Mary powinna być kochana. Ona na to zasługuje...

- Ona na to zasługuje... – powtórzyło odbicie, posyłając mi ponury, wymuszony uśmiech. Machnąłem bezradnie ręką. John po drugiej stronie pokoju powtórzył gest w tej samej chwili.

- Wariujesz, mój drogi Watsonie. Bezsprzecznie wariujesz – szepnąłem, opadając na twarde łóżko i chowając twarz w dłoniach.

- Wariujesz... – Słowo wirowało niebezpiecznie pomiędzy ścianami, lawirując wśród nienagannie poukładanych w sterty niedomówień oraz obłudy, szerokim łukiem zaś omijając prawdę i głos sumienia.

- Och, zamknij się – mruknąłem, rzucając jednocześnie w lustro pierwszą rzeczą, która nawinęła mi się pod rękę. Patrzyłem, jak na szkle powoli, niczym w zwolnionym tempie, wykwita długa, dzieląca taflę na pół, rysa. Rozległ się głośny trzask i odłamki posypały się na podłogę, wirując malowniczo w powietrzu. Westchnąłem. Czas na śniadanie, Watsonie...

***

- Czyżby coś się... stłukło, Watsonie? – zapytał Holmes, wyglądając zza swojej najnowszej gazety. Pokój wypełniony był zapachem mocnej czarnej kawy, którą mój przyjaciel właśnie pił. Było tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Jakby nic wczoraj się nie wydarzyło. Pokręciłem zdezorientowany głową i usiadłem w fotelu. Do pokoju wkroczyła pani Hudson i podała mi tacę, na której znajdowała się filiżanka parującej i kojącej cieczy oraz talerz z jajkami na bekonie.

- Czy coś się potłukło? – Kobieta całkiem nieświadomie powtórzyła pytanie Holmesa sprzed kilku minut. Spojrzałem na nią rozkojarzony.

- Tak, tak. Dziękuję – wymamrotałem nieskładnie, odbierając od niej tacę i podniosłem porcelanę do ust, upijając kilka łyków kawy. Otrzeźwienie przyszło niemal natychmiast, a ja nie byłem pewny, czy to zasługa kawy, czy może twardej, szarej rzeczy, która wpadła do pokoju przez zamknięte okno. Po raz drugi tego dnia oglądałem niesamowity pokaz rozpadającego się szkła. Pani Hudson pisnęła cicho i wyszła do holu, a Holmes gwałtownie podniósł się z miejsca i, nie zwlekając, wybiegł na ulicę. Wstałem i podszedłem do kamienia, który leżał teraz niewinnie na podłodze. Gdy go podniosłem, okazało się, że mieści się w zamkniętej dłoni. Spomiędzy moich palców wystawała mała, pożółkła karteczka.

Zostaw Mary, wszyscy dowiedzą się o was.

Nawet nie próbuj go informować.

Zamurowało mnie. Kamień wyślizgnął mi się z dłoni i upadł na podłogę, uderzając w nią głucho. Na schodkach rozległy się kroki i do środka wszedł Holmes. Spojrzał na mnie, a następnie na kamień, po czym szybko przerzucił wzrok z powrotem na mnie. Jego podejrzliwe spojrzenie niemalże wwiercało się we mnie, gdy powoli i ostentacyjnie chowałem kartkę do kieszeni.

- Watsonie, jesteś blady – powiedział z... niepokojem? Opadłem na fotel.

- To światło. Wydaje ci się, Holmesie. – Sięgnąłem po filiżankę w momencie, w którym pani Hudson weszła do pokoju i zaczęła sprzątać rozbite kawałki szkła. Wdała się przy tym w krótką rozmowę z moim przyjacielem. Holmes był wyraźnie wzburzony, bo gestykulował zaciekle, a jego głos przesiąknięty był oburzeniem. – Wiesz, kto to?

Holmes obrócił się gwałtownie w moją stronę, co widziałem jedynie kątem oka. Wpatrywałem się w ścianę, usiłując nie zdradzić zainteresowania. – Nie mam pojęcia, zdążył wtopić się w tłum, zanim wybiegłem z domu – rzucił nonszalancko, na powrót odwracając się do pani Hudson.

- On? A jeśli to kobieta? – zapytałem, tym razem spoglądając na mojego przyjaciela. Widziałem jedynie jego plecy. Pokręcił głową.

- Jeśli to kobieta, to było to wysoce nieodpowiednie zachowanie, jak na niewiastę. Poza tym, stosunek siły... – mówił, patrząc na mnie przez ramię i przyglądając mi się uważnie, jakby chciał spytać - Co ukrywasz, mój drogi.

Nie zapytał. Właściwie nie zdążył, ponieważ pospiesznie udałem się do mojego pokoju. Oh, Holmesie, tak mi przykro.

***

Powróciłem do punktu wyjścia; siedziałem na łóżku, w swoim pokoju, patrzyłem na rozbite szkoło i nie myślałem. Przynajmniej się starałem, bo moje myśli były zbyt rozbiegane, bym mógł je poskładać. Mimowolnie przypomniało mi się mrowisko, w które ktoś wsadził długi kij. Mrówki wydawały mi się niemalże moimi myślami, pracowicie rozbiegające się w różnych kierunkach, by wrócić z powrotem, a później znów uciec gdzieś poza zasięg.

Jęknąłem głośno. Głowa pękała mi, gdy tylko próbowałem poskładać sobie wszystkie zdarzenia w logiczną całość.

- Co zrobić? Jak wybrać? Holmes, Mary... kto wysłał kartkę? – powtarzałem szeptem z nadzieją, że to pomoże mi odpowiedzieć na choć jedno z nich. Podskoczyłem, gdy usłyszałem cichy szelest pod drzwiami.

- Watsonie – powiedział Holmes, poprawiając koszulę, gdy otworzyłem drzwi mojego pokoju. Stał tuż za nimi, najwyraźniej... no cóż... podsłuchując. Czyżbym aż tak często mówił do siebie?

Zaprosiłem go do środka ruchem ręki, po czym zamknąłem drzwi i na powrót usiadłem na łóżku. On nadal czekał przy wejściu, obecnie wpatrując się w rozbite lustro.

- Siedem lat nieszczęścia – rzucił, przenosząc wzrok na mnie. Prychnąłem.

- Kto, jak kto, ale ty na pewno w to nie wierzysz, Holmesie. – Przyznał mi rację i usiadł w krześle za dębowym biurkiem, stojącym w kącie. Oparł się i założył ręce na pierś.

- Jak twoja... – zacząłem, ale mój przyjaciel mi przerwał. Ostatnio robi to bardzo często.

- Nadal chcesz... – Zawiesił głos.

- Wczoraj nic nie zmienia, Holmesie – stwierdziłem bezwzględnie. Naraz kartka w kieszeni wydała mi się raczej kamieniem, który kilkadziesiąt minut temu trzymałem w dłoni. Odwróciłem wzrok pod wpływem jego przeszywającego spojrzenia.

- Skoro tak uważasz – rzucił, podnosząc się z krzesła. Ruszył powoli do drzwi.

- Jutro – dodałem jeszcze, zanim wyszedł. On uśmiechnął się w odpowiedzi i przeszedł przez próg. – Holmesie... coś... zostawiłeś – powiedziałem, ale uśmiech na jego ustach poszerzył się nieco. Usłyszałem trzask drzwi, kiedy wpatrywałem się w biały pasek, leżący na moim biurku.

Pierwsze litery, mój drogi.

Mam nadzieję, że nie będą ci potrzebne.

***

Z ogromnym smutkiem stwierdziłem nieobecność Holmesa dnia następnego. Nie pożegnał się ze mną, za to pani Hudson niemalże zatopiła swój dobytek. Gdy odjeżdżałem dorożką, stała jeszcze, cała we łzach, na schodkach frontowych.

Myślałem, co zrobiłby Holmes, gdyby znalazł się w mojej sytuacji. Na pewno, nie wplątałby się w związek z Mary. I nie pozwoliłby się szantażować. Znalazłby szantażystę i... coś by mu zrobił. Oh, ale ja nie jestem Holmesem, nie mam nawet pojęcia, gdzie mógłbym zacząć śledztwo. To takie... deprymujące.

Dorożka zatrzymała się, a ja niechętnie z niej wysiadłem. Przy wejściu stała już Mary. Podeszła do powozu i zaczęła objaśniać jednemu z mężczyzn, gdzie dokładnie umieścić moje rzeczy. Wyminąłem ją i ruszyłem w kierunku domu.

- John! – zawołała, a ja odwróciłem się w jej stronę. Wyciągnęła do mnie rękę. – Dziś przyszedł do ciebie list – dodała, podając mi śnieżnobiałą kopertę.

- Dziękuję, Mary – powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej niepewnie. Położyła mi dłoń na ramieniu.

- Wiem, że ci trudno. Poradzi sobie – zapewniła mnie. Jej słowa naprawdę mnie pocieszyły. Byłem jej wdzięczny.

- Wiem, Mary, wiem – westchnąłem, trzymając jej rękę w swoich dłoniach. – Jeszcze raz dziękuję – powiedziałem. Spojrzała na mnie ciepło.

- Idź już. To od niego. – Popchnęła mnie lekko w kierunku domu.

- Od Holmesa?

- Tak. Najwidoczniej nie może znieść godzinnej rozłąki. Swoją drogą, list przyszedł pięć minut przed twoim przybyciem – stwierdziła, śmiejąc się.

- Skąd to wiesz? – zapytałem. Mary zamilkła zdezorientowana.

- Ach... skąd wiem, że to od niego? – Przytaknąłem. – Przyniósł go jeden z tych chłopców, którzy tak Holmesa lubią – westchnęła. – Wydaje mi się, że zrobią wszystko, o co on ich poprosi. – dodała i jeszcze raz popchnęła mnie w stronę domu. – No idź! Musisz szybko przeczytać ten list! Holmes byłby niepocieszony, gdybyś z tym zwlekał.

***

Usiadłem na fotelu, zdecydowanie mniej wygodnym niż te na Baker Street. Przez kilka minut obracałem kopertę w dłoniach, aż w końcu zdecydowałem się ją otworzyć. W środku faktycznie był list, och jakie to do Holmesa niepodobne! Gdzie telegraf? Gdzie jedno krótkie zdanie? Gdzie rzeczowe wyjaśnienia?

Otóż nie ma ich. Holmes wysłał mi list. A treść... no cóż. Czy tylko mnie wydaje się ona całkowicie niedorzeczna?

Uważnie wyszukuję akwizytorów garnków artystycznych!

Inaczej rewiduję ewidentnych nabywców emblematów,

w muzeum Ilustracji Egzotycznych śledziłem czeki i eskortę.

A może ktoś zamienił mózg Holmesa z wyjątkowo zepsutą cebulą? Nic z tego nie rozumiem. Czyżby mój przyjaciel zwariował?