Uśmiechnął się, a Sara zadrżała znowu i tym razem upuściła dzban. Jedna ze strzyg uderzyła ją pięścią w kark, ale niemal tego nie zauważyła.
– Gdzie jest dziewczyna? – spytał dobitnie Ellerkon. Odczekał chwilę, potem uniósł drugą dłoń, wyprostowując wskazujący palec, ozdobiony czarnym pazurem – Jak wolisz. Które oko najpierw? Niebieskie czy brązowe? Do którego jesteś mniej przywiązany?
– Rób co chcesz, nic ci nie powiem.- warknął Jareth. Czarny pazur zbliżył się do jego oka.
– Gdzie... ona... jest?
Sara zerwała z siebie płaszcz.
– Tu jestem! – zawołała – Zostaw go, ty popieprzony świrze!
Wszystkie twarze zwróciły się ku niej. Ellerkon puścił Jaretha, który z jękiem przywarł czołem do słupa i chwytał powietrze półotwartymi ustami.
– Odwiążcie go.- nakazał przybocznym strzygom i podszedł wolno do Sary. Przez długą chwilę przyglądał się jej, jakby była motylem nadzianym na szpilkę.
Do tej pory dziewczyna trzymała się jakoś, teraz zęby zaczęły jej niebezpiecznie szczękać. Nie chciała pokazać po sobie strachu, jednak sam widok Władcy Olch z tak bliska był wystarczający, żeby każdemu dusza uciekła w pięty. Dwie strzygi przywlokły do niej Jaretha za wykręcone do tyłu ręce, i bezceremonialnie rzuciły na ziemię. Król Goblinów z trudem wstał i wyprostował się. Z szarpanej rany na jego szyi wciąż sączyła się krew, plecy znaczyły szramy po batogu oprawcy, ale patrzył nieulękle, ze zwykłą dla siebie mieszaniną odwagi i arogancji. Ellerkon przeszedł się wolnym krokiem przez dziedziniec, zawrócił i znów stanął przed Sarą.
– A więc jesteś – powiedział – Przyszłaś ocalić swego kochanka? Jak romantycznie...
– On nie jest moim kochankiem – oświadczyła twardo – Nawet go nie lubię.
– I wzajemnie.- parsknął Jareth – Jesteś nie do zniesienia. Rozpaskudzony bachor.
– Erotoman z przerośniętym ego.- nie pozostała mu dłużna.
- Ja, erotoman? A kto kogo prosił o seks?
- Może trochę głośniej, bo Chinach cię nie dosłyszeli!
Ellerkon wydawał się być nieporuszony. Nie śmiał się, co byłoby normalną reakcją na tę wymianę zdań, po prostu patrzył i słuchał.
– Nie masz o nim dobrego zdania, jak widzę. A mimo to wskoczyłaś mu do łóżka. Dlaczego? Bo że on był chętny, nie dziwię się, wiadomo nie od dziś, jaki jest i co lubi.
– Bo tak mi się spodobało! Wiedziałam, czego ode mnie chcesz i postarałam się, żebyś tego nie dostał. Dobrze wiem, że smakują ci tylko dziewice, więc przestałam być jedną z nich.
Wydawało się, że te słowa zrobiły wrażenie nawet na strzygach, choć jako zdyscyplinowane wojsko milczały. Ich dowódca mierzył zuchwałą śmiertelniczkę wzrokiem, a był to wzrok niedobry, zimny i okrutny.
– Racja, nie lubię nadgryzionych dań – rzekł wreszcie z pogardą – I nie dojadam po nikim resztek. Chociaż... dla ciebie mógłbym zrobić wyjątek, gdybyś ładnie poprosiła...
Wyciągnął szponiastą dłoń i ujął podbródek Sary. Wyrwała mu się ze wstrętem.
– Wolę umrzeć!
– Owszem, to rzecz najłatwiejsza. Skoro taka twoja wola, dołączysz do Jaretha na szafocie. Gdy tylko ukaże się księżyc, wasza krew znów się zmiesza, choć w inny może sposób niż byś chciała.
– Cudownie.- mruknął Król Goblinów w sposób wyraźnie podkreślający, że ma na myśli coś wręcz przeciwnego. Ellerkon spojrzał na niego krótko. Potem uśmiechnął się z nieopisanym okrucieństwem i machnął ręką na strzygi.
– Zamknijcie ich w osobnych celach.- ponownie zwrócił płonące oczy na swego jeńca – Tylko najpierw połamcie mu palce. Lepiej się zabezpieczyć przed tym spryciarzem.
Sara odwróciła w popłochu oczy, by na to nie patrzeć, a przez jej serce przemknął skurcz żalu. Te jego piękne, smukłe palce... Dobrze pamiętała ich dotyk na skórze. Jareth nie wydał tym razem żadnego dźwięku, być może łamanie drobnych kości było dla niego niczym w porównaniu z poprzednimi torturami.
Nie zawleczono ich do lochu, czego się skrycie obawiała, tylko na wieżę, świeżo przerobioną na więzienie. Cele były wąskie, oddzielone tylko cienką drewnianą ścianą. Dziewczyna usiadła na pryczy i skuliła się w jak najmniejszy kłębek. Szafot? Nie, tego nie było w jej planach. Nadszedł czas by skorzystać z pomocy Juno, niezależnie od tego, co stanie się z Królem Goblinów. Ostatecznie cholera z nim, zbiera co zasiał.
Wyciągnęła przed siebie ręce i... zauważyła, że nie ma podarowanego jej pierścionka. Musiał się zsunąć podczas szarpaniny ze strzygami. Oblał ją zimny pot i zadrżała. Co teraz? Zdusiła szloch, zatykając usta rękawem.
– Hej, Saro – odezwał się zza ściany zmęczony głos Jaretha – Wszystko w porządku? Co się dzieje?
– Nie pytaj jak idiota, do cholery! – wrzasnęła ze złością – Przecież nic nie jest w porządku! Poza tym to wszystko twoja wina!
– Och! – Król Goblinów był wyraźnie urażony – Przepraszam że żyję. A raczej, że jeszcze żyję.
Dziewczyna zamilkła, starając się uspokoić. Wrzaski i obwinianie innych nie miało sensu, sytuacja była zbyt poważna na dziecinne wybuchy.
– Jareth, co oni z nami zrobią? – spytała wreszcie.
– Skąd mam wiedzieć? – odparł niechętnie – Ja nie przeprowadzałem egzekucji. Jak ktoś mi podpadł, lądował w Bagnie Wiecznego Smrodu i na tym koniec.
Zastanawiał się kilka minut.
– Szafot, szafot – zamruczał – Mówił o zmieszaniu krwi. To dość jednoznaczne. Sądzę że pościnają nam głowy.
– To boli? – pisnęła Sara o kilka tonów wyżej niż zamierzała.
– Nie wiem. Nie, nie sądzę. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Słuchaj, ja naprawdę nie chciałem żebyś się w to pakowała, ale czy ty kiedykolwiek byłaś skłonna słuchać?
Jego głos był teraz smutny i zrezygnowany. Przebijało z niego udręczenie, frustracja i cały przeżyty stres.
– Och, odczep się,- rzuciła Sara gniewnie. Nie miała ochoty teraz mu współczuć. Wtuliła się w kąt. Panująca w wieży cisza uspokajała rozdygotane nerwy i powodowała dziwną w tych warunkach senność. Naprawdę chciało się jej spać. Magia przesycająca rajskie jabłka wreszcie z niej wywietrzała i do głosu doszło zmęczenie. Była dosłownie skonana, w końcu nie spała zeszłej nocy, odpoczywała tylko co jakiś czas na poboczu drogi, a tej ledwie się zdrzemnęła. Nawet nie przypuszczała, że ma w sobie tyle siły i dotrze do Miasta Goblinów w założonym czasie. Tylko że na co się to przydało?
Sen przyszedł niespodziewanie, zabrał ją z małej celi, ukoił.
Gdy otworzyła oczy, słońce za wąskim oknem zaszło już za linię horyzontu. Zza ściany dobiegał ją śpiew Jaretha. Jego czarodziejski głos niósł się nad całym miastem, wtórował mu dźwięk niewidocznych instrumentów. Słyszały go strzygi, słyszały i gobliny, pędzone tłumnie na miejsce kaźni. Przystawały, choć szturchały je kije strzyg i zwracały głowy w stronę wieży. Wiele z nich otwarcie płakało, nie wstydząc się łez. Ta pieśń była ostatnim darem ich króla, wszystkim, co jeszcze mógł dla nich zrobić.

She'll come, she'll go.
She'll lay belief on you
Skin sweet with musky oil
The lady from another grinning soul

Cologne she'll wear. Silver and Americard
She'll drive a beetle car
And beat you down at cool Canasta

And when the clothes are strewn
don't be afraid of the room
Touch the fullness of her breast.
Feel the love of her caress
She will be your living end

She'll come, she'll go.
She'll lay belief on you
But she won't stake her life on you
How can life become
her point of view

And when the clothes are strewn
don't be afraid of the room
Touch the fullness of her breast.
Feel the love of her caress
She will be your living end
(tekt David Bowie, płyta „Aladdin Sane")