* * * miesiąc później * * *

- Musimy to zrobić teraz – powiedziała Victoria. – Zanim będzie za późno. Wiem już wszystko, co muszę wiedzieć. Zabijemy ich po kolei.

- Od kogo zamierzasz zacząć? – zapytałam, kiepsko udając brak zainteresowania.

- Najtrudniej będzie pokonać tego mięśniaka. Zabijemy najpierw jego, żeby ich osłabić. Dziś wieczorem, około siódmej, będzie wychodził z pracy. Złapiemy go tuż pod siłownią. We dwie damy radę go pokonać…

Victoria ciągnęła dalej, ale już jej nie słuchałam. Wspominałam Emmetta, jego usta wiecznie wykrzywione w uśmiechu, jego żarty. Co zrobią Cullenowie, kiedy dowiedzą się o jego śmierci? Zaczną nas szukać czy uciekną?

- Posłuchaj mnie! – ryknęła Victoria, najwyraźniej zauważając nieobecność moich myśli. – W ogóle cię nie rozumiem. Oni zasłużyli na śmierć, powtórz to.

- Oni… – zaczęłam, ale reszta zdania nie mogła przejść przez moje ściśnięte gardło.

Victoria warknęła długo i przeciągle.

- Bello, skup się! Pamiętasz ten dzień, pięć lat temu? Pamiętasz ile przez nich wycierpiałaś? Zostawili cię. Przeżyłaś tylko po to, by dokonać na nich zemsty. Zmieniając cię w wampira dałam ci na to szansę. Nie zmarnuj jej, wahając się do ostatniej chwili.

Milczałam. Powoli docierały do mnie słowa Victorii. Tak, o to mi przecież chodziło. Wystarczy tylko wykonać pierwszy ruch. Albo zginą oni, albo my.

- Nie zapominaj również o Edwardzie – ciągnęła Victoria, widząc, że jej przemowa odnosi zamierzony skutek. – On cię nie kocha. Jest z tamtą dziewczyną, przecież sama to widziałaś. Uprawiał seks z tamtą dziewczyną.

Powtarzała w kółko te słowa, mocno i dobitnie podkreślając słowo „seks". To mnie bolało, ale i utwierdzało w przekonaniu, że Edward musi zginąć. Nieważne, że go kochałam. On już dawno o mnie zapomniał. Chciał mojej śmierci, przecież mnie zostawił. Czemu teraz miałabym go oszczędzić?

- Albo zginą oni, albo my – rzuciłam wypranym z emocji głosem.

Twarz Victorii od razu pojaśniała. Dziewczyna posłała mi najpiękniejszy ze swoich uśmiechów i złapała mnie za rękę, wyprowadzając z mieszkania.

- Musimy zrobić wrażenie – mówiła. – Liczy się ogólny efekt. To musi być zemsta w pięknym stylu. James, James, byłbyś ze mnie dumny! – podśpiewywała.

Zaciągnęła mnie do centrum handlowego.

- Musimy wyglądać super – stwierdziła, prowadząc mnie do przymierzalni i wepchnęła mi w ręce kilka sukienek.

* * *

- Minął już miesiąc. Myślę, że czas poszukać Natalie – stwierdził Carlisle.

- Po miesiącu! Myślisz, że nadal jest w mieście? – spytałem.

Cały ten czas próbowałem przekonać rodzinę, że najlepiej będzie, jeśli odejdę i na własną rękę poszukam Belli. Jednak Carlisle stwierdził, że najpierw poczekamy na Natalie, żeby z nią porozmawiać. Nie wiem o czym. Jak dla mnie, wszystko zostało już wyjaśnione.

- Widziałem ją wczoraj przy szpitalu. Jest w mieście, blisko nas. Prawdopodobnie podsłuchuje też nasze rozmowy.

- Wie, że Edward chce ją zabić, więc do nas nie przyjdzie – powiedziała Alice.

- Wcale nie chcę jej zabić – zaprotestowałem znudzonym głosem. – Ale też nie widzę potrzeby szukania jej. Myślę, że trzeba znaleźć Bellę.

- Musimy znaleźć i jedną, i drugą wampirzycę – postanowił Carlisle. – Ale o Natalie wiemy, że jest w mieście. Bella może być na drugim końcu świata.

- Im szybciej zaczniemy jej szukać, tym wcześniej ją znajdziemy – powiedziałem.

Wiedziałem, że ojciec ma trochę racji, ale nie potrafiłem spojrzeć na sprawę inaczej, jak tylko przez pryzmat mojej miłości. Tęskniłem za Bellą tak bardzo, że nie byłem w stanie usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż pięć minut.

- Musimy działać! – zawołałem.

Nikt nie poszedł tego dnia do pracy czy szkoły. Wszyscy czekali na zapadnięcie zmroku, aby móc wyruszyć na poszukiwanie Natalie. Postanowiłem pójść z razem z resztą rodziny. Miałem nadzieję, że znajdę ją pierwszy. Chciałem, by prosto w oczy powiedziała mi, że od początku kłamała. Chciałem to od niej usłyszeć.

Około ósmej wieczorem wyszliśmy przed dom.

- Dobrze, rozdzielamy się. Będziemy jej szukać parami – zarządził Carlisle i razem z Esme oddalił się na południe.

Emmett i Rosalie udali się na wschód, a Alice i Jasper na zachód. Zostałem sam przed domem. Po chwili wahania zdecydowałem się na zataczanie wokół domu coraz większych kręgów. Węszyłem zapamiętale. Szukałem czegokolwiek, co mogłoby mieć coś wspólnego z Natalie. Mimo długich poszukiwań, nic nie znalazłem. W pewnym momencie zadzwoniła moja komórka. Rosalie.

- Edward? Znaleźliśmy ją na wschodnim brzegu rzeki, w pobliżu pola golfowego.

Nie musiała mówić nic więcej. Rzuciłem się w stronę mostu na rzece i w mgnieniu oka znalazłem się na polu golfowym, gdzie Rose i Emmett przytrzymywali wyrywającą się Natalie.

* * *

- Spójrz, on nie wychodzi – jęknęłam do Victorii.

Już od godziny stałyśmy pod siłownią i czekałyśmy na pojawienie się Emmetta. Wychodzili już stamtąd różni ludzie, ale nie on. W końcu wszystkie światła wewnątrz pogasły i z budynku wyszła ostatnia osoba.

- Hej – zagadała mężczyznę Victoria. – Mamy do ciebie pytanie.

Facet spojrzał na nas i uśmiechnął się. On był opatulony w kurtkę, a my obie miałyśmy na sobie jedynie zwiewne sukienki i szpilki.

- Słucham więc – odezwał się grzecznie. Miał nieprzyjemny, chrapliwy głos i zbliżał się do nas tak, jakby miał jakieś nieuczciwe zamiary. Nie przejęłyśmy się tym zbytnio. W końcu był tylko człowiekiem. Nie miał szans w starciu z wampirzycami. Tym bardziej z takimi, które miały zamiar kogoś zabić tego dnia.

- Chodzi o Emmetta Cullena. Zna go pan, prawda? – spytałam.

- Tak, to jeden z moich podwładnych. Miał tu być dzisiaj. Wie, że w czwartki mamy najwięcej klientów, ale nie, jemu zachciało się zachorować akurat dzisiaj!

Spojrzałyśmy po sobie z Victorią. To oczywiste, że Cullenowie mieli na dzisiaj jakieś plany, a choroba Emmetta była zwykłą wymówką. Patrzyłam jak w oczach Victorii zapalają się iskry gniewu. Nici z jej planu, jeśli Emmett nie zamierza się tu pojawić.

- A teraz, moje drogie panie – powiedział facet, lekko skłaniając głowę – pójdziecie ze mną.

Wyciągnął z kieszeni nóż. Dobrze wiedziałam, co teraz będzie. Victoria odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła się głośno, szaleńczo śmiać. Wyglądała hipnotyzująco z tymi swoimi ognistymi włosami, czerwonymi tęczówkami i w białej sukni. W tej samej chwili, w której rzuciła się na mężczyznę, ja uciekłam za najbliższy budynek, a potem jeszcze dalej, na południe miasta. Stałam tam w ciemnej uliczce i czekałam aż Victoria po mnie przyjdzie.

Kilkanaście minut później pojawiła się u wylotu uliczki. Oczy jej pojaśniały, a chociaż z twarzy nie zniknął uśmiech, czuć było, że jest wściekła. W ręku trzymała jakiś kielich. Nie wiem skąd go wzięła, ale był wypełniony czymś czerwonym. O nie…

Gdy podeszła bliżej, mój nos potwierdził to, co zobaczyły oczy. Cieczą w kielichu była krew tamtego faceta z siłowni. Odezwała się we mnie chęć, żeby porwać go w swoje ręce i wypić jego zawartość. Walczyłam z nią z całej siły. Wstrzymałam oddech i zacisnęłam pięści. Jakaś część mnie ciągle uważała to za obrzydliwe i niemoralne.

- Victorio, co ty… - zaczęłam słabym głosem, ale przerwała mi.

- Wypij – zachęciła. – Nikogo nie zabiłaś. Ten człowiek i tak już nie żyje. No dalej, przecież wiem, że tego chcesz.

- Nie mogę…

Moja siła woli słabła z każdą sekundą. Wiedziałam, że jeszcze chwila i się złamię. Nie mogłam dłużej wytrzymać.

- Ależ oczywiście, że możesz – powiedziała Victoria pozornie spokojnym głosem. – Musisz nabrać sił. Idziemy zabić Edwarda. Proszę.

Podała mi kielich, a ja drżącymi rękoma wzięłam go od niej. Krew w środku błysnęła zachęcająco. Powoli przyłożyłam kielich do ust i przechyliłam go.

Poczułam, jak do ust wlewa mi się ciecz o fenomenalnym smaku i konsystencji. Ciągle jeszcze była ciepła. Picie ludzkiej krwi było najcudowniejszym uczuciem, jakiego doznałam przez całe moje wampirze życie.

- Jeszcze – wyszeptałam mimowolnie, a uśmiech Victorii się poszerzył.

- Może zechcesz…

- Nie – przerwałam jej, wiedząc do czego zmierza. – Nie będę polować na ludzi.

Krew, którą w siebie wlałam, poczułam w każdym kawałku mojego ciała. Napełniła mnie niesamowitą energią. Poczułam, że jestem w stanie zrobić wszystko. Nawet pokonać Emmetta Cullena jedną ręką. Jednak w dalszym ciągu zabijanie ludzi mnie przerażało. Nawet pod wpływem silnego pragnienia nie byłabym w stanie zmusić się do takiej zbrodni. Co innego zabicie wampira. I to tego wampira, który sprawił mi tyle cierpienia. Moje pragnienie zabicia Edwarda wzmogło się bardziej niż kiedykolwiek. Wiedziałam nie tylko to, że musi zginąć, ale także, że to ja muszę go zabić. Chciałam tego tak bardzo, że nie protestowałam, kiedy Victoria powiedziała:

- Już czas. Nie udało nam się osaczyć Emmetta, a ja nie zamierzam dłużej czekać. Zabijemy Edwarda jeszcze tej nocy. A wraz z nim tak wielu Cullenów, ilu nam się uda, zanim same stracimy życia.

Przytaknęłam jej z chęcią. Miała rację. Najwyższy czas na moją zemstę.

* * *

- Natalie – szepnąłem złowieszczo, zbliżając się do niej.

- Edwardzie – jęknęła. – Ja… przepraszam. Nie chciałam, żebyś cierpiał.

- Nie chciałaś? – Zaśmiałem się krótko. – Chciałaś, żeby Bella cierpiała. A jej ból oznacza mój ból.

- Nie, jeśli nie dowiedziałbyś się, że żyje – powiedziała hardo.

W tej chwili na pole golfowe przybył Carlisle.

- Gdzie jest Esme? – spytała go Rosalie.

- Szuka Alice i Jaspera – odpowiedział. – Nie wzięli ze sobą telefonu.

- Więc zamierzałaś to ciągnąć, tak? – spytałem Natalie, nie zwracając uwagi na tę krótką wymianę zdań. – Nigdy nie chciałaś powiedzieć mi o Belli ani o twojej diecie?

- Po co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Bez tego byłeś szczęśliwszy.

- Mogę być szczęśliwy tylko z Bellą przy moim boku. Czy mamy jeszcze jakieś pytania? – zwróciłem się do reszty mojej rodziny. – Czy możemy ją już przepędzić?

- Nie oddam cię jej – powiedziała Natalie cicho. – Nie zrezygnuję.

- Odejdź w pokoju – rzekł Carlisle. – Dobrze ci radzę, Natalie, idź, póki jeszcze możesz.

- A co zrobisz? – uśmiechnęła się. – Zabijesz mnie? Jesteś żałosny, Carlisle, naprawdę. Nie umiesz zabijać, jesteś na to zbyt wrażliwy.

No nie, ta dziewczyna jest naprawdę bezczelna. Jak mogłem tego nie zauważać? Carlisle zastanawiał się, jak się pozbyć Natalie, nie doprowadzając do rozlewu krwi.

- Idźcie do domu – odezwałem się. – Ja się nią zajmę.

Podszedłem do niej blisko i szepnąłem:

- Może Carlisle jest za dobry, żeby cię zabić, ale mnie dużo do niego brakuje.

- Ale Edwardzie, ja… - zaczęła.

- Nie próbuj mi wmawiać, że mnie kochasz, Natalie! Jest różnica między miłością, a chęcią posiadania.

Na jej twarzy malowało się zdruzgotanie. Westchnąłem ciężko.

- Natalie, ja naprawdę nie chcę cię zabić. Odejdź, proszę.

Dziewczyna zaczęła się fanatycznie śmiać.

- Zaraz przekonasz się, jaka słodka i niewinna jest twoja Bella – powiedziała, dalej się śmiejąc.

- O czym ty mów… - zacząłem, ale nie dokończyłem, gdyż znowu to poczułem.

Ten zapach napełnił mnie niewypowiedzianym szczęściem. Tak, to ona! Bella, moja ukochana, była blisko! Usłyszałem kroki dwóch wampirów, które zbliżały się do nas. Czekałem z niecierpliwością aż zobaczę Bellę.

* * *

Skierowałyśmy się w stronę domu Cullenów. Jednak po drodze, gdy mijałyśmy most, wywęszyłyśmy Edwarda. Trop prowadził na drugą stronę rzeki. Poszłyśmy tam, prowadzone jego zapachem, aż trafiłyśmy na pole golfowe. Chwilę później w mroku zauważyłyśmy Edwarda. Jego, jego dziewczynę, Carlisle'a, Rosalie i Emmetta. A więc Cullenowie nie byli w komplecie. To zwiększyło nasze szanse.

Wszyscy wpatrywali się w nas zaskoczeni, czekając na nasz ruch.