Jeszcze raz dziękuję wszystkim komentującym. :)

Rozdział betowała niezawodna Panna Mi.


Severus podniósł wzrok, zaalarmowany, kiedy dyrektor stanął w drzwiach jego domu. Mimo że była ciemna, głęboka noc, wciąż nie spał – zamartwiając się, nawet jeśli nie miał ochoty do tego się przyznawać. Chociaż odczuwał gorliwą nienawiść do Jamesa Pottera, Harry był też synem Lily – mimo że krew Pottera płynąca w żyłach bachora zdawała się być zdecydowanie bardziej dominująca.

Nie odczwał zbyt wielkiej sympatii do syna Jamesa, jednak miał wrażenie, że zawiódł Lily.

Mijały tygodnie, a wciąż nie było ani śladu Chłopca, Który Przeżył. Choć istniały argumenty przeciw, był pewien, że Czarny Pan dalej był na wolności. Musieli zapewnić bezpieczeństwo Gryfonowi, Jasna Strona go potrzebowała. Nawet jeśli brakowało mu motywacji pod tym względem, jako że w sposób nautralny bliżej było mu do Mroku, chłopiec wciąż był synem Lily...

Lily. Wszystko zawsze sprowadzało się do niej, nawet po tylu latach.

Słyszał, jak wielu uczniów mówiło, że jest stronniczy oraz nie ma serca. Być może była to prawda... Jego serce leżało i wykrawiało się dwa metry pod ziemią obok Lily Evans.

Otworzył drzwi, ledwo robiąc sobie nadzieję.

– Znalazłeś Pottera? – zażądał krótko, nie ciesząc się z wyczuwalnej w jego tonie desperacji. Wstrzymał się, mierząc spojrzeniem dość... osłabioną sylwetkę Albusa Dumbledore'a. – Co się stało?

Odsunął się, wpuszczając do środka chwiejącego się mężczyznę.

– Później, Severusie – wydusił z siebie Albus, zamykając na moment oczy. – Moja ręka, czy jesteś w stanie coś z nią zrobić...?

Była czarna i wyglądała, jakby gniła. Zacisnął szczękę, kiedy natychmiast rozpoznał śmiertelną klątwę Letum.

Niemniej jednak, nie zadając pytań, od razu wziął się do roboty i zaczął sprawnie wymachiwać różdżką, podczas gdy blady człowiek właściwie ukląkł przy jego biurku.

Po półgodzinie odszedł na chwilę i wrócił z eliksirem odmładzającym, podając go starcowi.

– Zatrzymałem klatwę w twojej ręce, jednak będzie kontynuowała powolne rozprzestrzenianie się – poinformował dyrektora, nie załamując głosu. Dumbledore tylko kiwnął głową w odpowiedzi, sprawiając wrażenie niewzruszonego.

– Ile czasu mi zostało? – zapytał Albus.

Choć starszy człowiek nie wydawał się tym przejmować, Snape nie byłby taki spokojny, biorąc pod uwagę nieuchronne przeznaczenie mężczyzny.

– Około roku, może trochę mniej lub więcej – odpowiedział spokojnie. Dumbledore ponownie przechylił głowę, a jego spojrzenie stało się na chwilę odległe.

– Dziękuję, Severusie. Zatem wygląda na to, że czeka nas wiele pracy.

– Co się stało? - zapytał znowu. – Znalazłeś go?

– Sprawiasz wrażenie zaniepokojonego o chłopca. Mówią, że rozłąka czyni cu... – zaczął Albus z delikatnym uśmiechem na ustach i rozbawionym błyskiem w oczach.

Severus odburknął, wtrącając mu się w słowo:

Znalazłeś go? – zażądał odpowiedzi. – Co się wydarzyło?

Wzrok Dumbledore'a nabrał przestrogi.

– Nie – przyznał w końcu mężczyzna. – Niestety nie znalazłem Harry'ego. Byłem taki pewien... ale to nie ma już znaczenia. Będziemy musieli znaleźć nowy trop.

– Jak dokładnie natknąłeś się na klątwę Letum, jeśli nie z rąk Riddle'a? Przeklęty pierścień?

Nie mógł nie zauważyć, że na palcu jego pracodawcy znajdował się teraz stary, niemal krzykliwy, złoty pierścień z czarnym kamieniem. Albus postrząsnął dłonią, by zakryć rękawem swoją wyniszczoną kończynę oraz nową biżuterię.

– Tak – odpowiedział zwyczajnie, lecz nie wszedł w szczegóły.

Severus zacisnął usta, tłumiąc zdenerwowanie. Próbował wywęszyć więcej informacji, jakieś wskazówki – cokolwiek.

Jednak po kolnejnej półgodzinie Albus znów zniknął w ciemności nocy.

Zostały mu tylko rosnące zaniepokojenie i wyjątkowo potrzebna butelka ognistej whisky.

A przynajmniej do czasu, kiedy po raz kolejny tego wieczoru mu przerwano.


Po ich rozmowie, ze względu na rzekomo "błędne przekonanie" Harry'ego, Tom spędził resztę dnia, opisując mu "podstawy" Mrocznych Sztuk, a także różnice między Białą a Czarną Magią.

Potrafił przyznać się do swojej pomyłki i ignorancji w tej kwestii oraz umiał zaakceptować objaśnienia Riddle'a (Czarna Magia była podsycana przez negatywne emocje, a nie zło, co Ślizgon podkreślił sugestią o różnych intencjach oraz o ważności konkretnego czynu. Emocje były tylko paliwem, o "moralności" decydowało wszystko inne, nie magia sama w sobie).

Tom wytłuaczył to chyba najlepiej, mówiąc, że magia jest jak miecz i tarcza. Czarna i Biała Magia były po prostu różnym obliczem tej samej rzeczy – wszystko zależało od osoby, która jej używała.

Jednak wciąż pozostawał pewien problem.

– Tak więc można uznać, że wierzę ci w sprawie tej Czarnej Magii – przyznał rację, wojowniczo i defensywnie zakładając ramiona. – Ale tak naprawdę wcale nie o to mi chodzi.

Tom westchnął, wyglądając na zniecierpliwionego, choć pozostał spokojny.

– Jakie masz zatem zastrzeżenia? – zapytał z prześmiewczą uprzejmością. Harry spojrzał gniewnie w jego kierunku.

– Ty. Voldemort. To, co robicie. Zabijacie ludzi. W porządku, Czarna Magia nie jest zła, ale sposób, w jaki jej używacie, jest. Voldemort ot tak sobie krzywdzi i morduje innych. Nie mogę się z tym zgodzić ani w tym uczestniczyć – odpowiedział uparcie.

Tom obserwował go przez chwilę, a w jego oczach pojawił się cień.

– Uważasz, że masz moralne powody, by sprzeciwiać się śmierciożercom?

– Śmierciożercom? - Harry zmarszczył brwi w zakłopotaniu. – Kim są...

– To moi poplecznicy. Poplecznicy Voldemorta. Tak się nazywają – wytłumaczył szybko Riddle. – Śmierciożercy.

– Och – odparł Harry, milknąc na moment. - To okropna nazwa, tak przy okazji... – Oczy Ślizgona rozbłysły niebezpiecznie w reakcji na ten komentarz. Odsunął się ostrożnie, posyłając starszemu chłopcu uspokajający grymas lub coś podobnego, zanim kontynuował wysławianie swoich myśli: – I tak, mam. Zabijają bez powodu ludzi, mugoli.

– Tłumaczyłem ci już, czemu – przerwał mu ozięble Riddle. – Czy moje zdanie się nie liczy, bo różni się od twojego?

Harry otworzył usta, by sprzeciwić się temu jawnemu oskarżeniu, zanim lekko zmarszczył brwi. Lubił myśleć, że jest tolerancyjną osobą, iż nie ma nic przeciwko przekonaniom innych ludzi... ale jeśli jakiś pogląd był zły? Nie wiedział, co robić. Z pewnością tolerowanie rasizmu, na przykład, było jego niebezpośrednim popieraniem, skoro nie uważało się go za niewłaściwy... Gubił się w tym. Cały ten temat sprawiał, że kręciło mu się w głowie.

Na szczęście – lub może raczej o dziwo – Riddle kontynuował, nie oczekując od niego odpowiedzi na niewygodne pytanie:

– Chesz wiedzieć, co myślę?

– Nie za bardzo – wymruczał pod nosem. – Ale umowa to umowa.

Tom uśmiechnął się ironicznie na te słowa, wydając się być rozbawiony, zanim jego chwilowy dobry humor został bez namysłu porzucony na rzecz bezwzględności, którą przejawiał w tym temacie.

– Myślę, że twoje przeciwstawianie się Voldemortowi ma wydźwięk emocjonalny, nie logiczny bądź moralny, jakkolwiek bardzo chciałbyś oszukiwać w tej kwestii samego siebie – powiedział dziedzic Slytherina.

– To nie... - zaczął gniewnie Harry.

– Nienawidzisz Voldemorta, ponieważ zabił twoich rodziców, a także próbował zabić ciebie. Z racji tego sprzeciwiasz mu się. Nienawidzisz mnie, bo cię porwałem oraz nasłałem bazyliszka na twoich przyjaciół i tak dalej. Przed tą rozmową byłeś poważnie niedoinformowany w sprawie tego, jakie mam wartości, tak więc z pewnością nie podejmowałeś racjonalnych decyzji. Większość dwunastolatków nie byłaby w stanie ich podjąć, to zrozumiałe, ale nawet przez sekundę sobie nie myśl, że cię nie przejrzałem, Harry.

– Nie sprzeciwiam ci się tylko z tego powodu – odparł Gryfon, poczerwieniały, skołowany, sfrustrowany i zagubiony. Wcale tak nie było! Prawda?

– Mów, co chcesz – wymruczał Tom, dając mu jasno do zrozumienia, że nie wierzył jego zaprzeczeniom. Młodszy chłopiec nie był pewien, czy miał o to do niego jakieś pretensje, co bardzo go irytowało – nagle sam zaczął w siebie powątpiewać. Tom wywierał na ludziach taki efekt i Gryfon absolutnie tego nie znosił. – Jednakże, Harry – mówił dalej Ślizgon, nachylając się lekko ku niemu, kładąc ciepłą dłoń na jego kolanie w szyderczo przyjaznym i uspokajającym geście. – Twoi rodzice byli żołnierzami walczącymi na wojnie. Sami wybrali przeciwstawianie się Czarnemu Panu. Gdybyś miał okazję, zaatakowałbyś mnie i popleczników Voldemorta, czyż nie? Cała Jasna Strona zrobiłaby to samo, nie różnicie się od nas aż tak bardzo. Kierują nami po prostu inne powody. Jasna Strona wcale nie jest lepsza.

– Jasna Strona nie torturuje ludzi! – warknął Harry.

Tom uniósł brew.

– Azkaban – oznajmił Ślizgon, jakby miało to cokolwiek znaczyć. Zaraz, czy Hagrid i Malfoy nie mówili czegoś o Azkabanie... czy to nie było więzienie dla czarodziejów?

– Więzienie? – zapytał niepewnie, nie rozumiejąc, dokąd zmierza Tom.

Usta chłopaka znów lekko się wykrzywiły.

– Czasem zapominam, jak niewiele wiesz – wymruczał delikatnie jego towarzysz. – Jesteś trochę niewinny i naiwny, co? A również prawdopodobnie głupi. – Harry zdenerwowałby się, ale w następnej sekundzie Tom zaczął się rozwodzić i wyjaśniać: – Tak, Azkaban jest więzieniem dla czarodziejów, strzeżonym przez stworzenia zwane dementorami. – Ślizgon zatrzymał się na moment, jakby chciał sprawdzić, czy ta nazwa coś mu mówiła, zanim gładko kontynował: – Dementorzy żywią się szczęściem, dosłownie wysysając je z człowieka. Robią to aż do momentu, w którym jedyne, co pozostanie takiej osobie, to jej najmroczniejsze chwile i najgorsze wspomnienia.

Harry, po usłyszeniu tego okropnego opisu, poczuł, jak przebiegł mu po plecach zimny dreszcz. Był przekonany, że stał się blady jak papier, a usta zaschły mu z przerażenia. Nagle zlękniony, spróbował jakkolwiek pozbyć się tego uczucia, rzucając żartem:

– Więc dementor jest jak ty?

Tom zaśmiał się i zmierzwił mu dłonią włosy.

– Całkiem niezłe – przyznał Ślizgon, choć uzyskanie komplementu nigdy nie było intencją Harry'ego. – Ale, niestety, nie. Choć romantyk mógłby powiedzieć, że wyssałem czyjąś duszę pocałunkiem, nie byłoby to tak dosłowne.

– Wyssałeś duszę? – Harry z pewnością nie pisnął, ani nie zrobił nic równie żałosnego. – Dementorzy wysysają ludzkie dusze?

Czuł się słabo, był roztrzęsiony. To było... to było okropne!

– Nie wspominałem o tym? – odpowiedział niewinnie Tom, uśmiechając się. – Tak, wysysają je... Coś blado wyglądasz, mój drogi, wszystko z tobą dobrze?

– Jest w porządku – odparł sztywno Harry. Jasna cholera, jeśli kiedykolwiek zobaczy dementora, będzie miał koszmary!

– W każdym razie – Tom, przyjrzawszy mu się, ciągnął dalej: – dementorzy patrolują i strzegą magicznego więzienia, Azkabanu. Tak właśnie Jasna Strona postępuje z więźniami – oddaje ich dementorom. Czy śmierć, którą ja bym im dał, nie jest lepsza?

Harry kiwnął chwiejnie głową, patrząc na swoje ręce. Dłoń Toma została zdjęta z jego kolana i w następnej sekundzie chłopak przyklęknął tuż przy nim, przeplatając jego palce ze swoimi.

– Będzie dobrze – powiedział Ślizgon z niewielkim uśmiechem. – Masz dwanaście lat. Prawdopodobnie nie wydaliby cię dementorom, gdybyś został znaleziony... Nawet jeśli myślą, że jesteś dziedzicem Slytherina i próbowałeś zabić kilkoro swoich znajomych ze szkoły...

Harry prawie się wzdrygnął.

– Prawdopodobnie? – powtórzył. Tom ścisnął mu ręce.

– Nie martw się, nie pozwolę im cię dopaść... opiekuję się tobą, pamiętasz? – rzekł młody Czarny Pan.

– Taak, cóż... – Harry po minucie zabrał swoje dłonie, uparcie nie spoglądając na Toma. – Zresztą, tak jak powiedziałeś, nie zrobiliby tego. Mam dwanaście lat, no, prawie trzynaście i jestem niewinny. Tylko przestępcy są wysyłani do Azkabanu, prawda? Tak więc po prostu wskażę im ciebie...

– Przynajmniej, według twoich wcześniejszych słów, będę wśród swoich... – powiedział z zapartym tchem Tom.

Tym razem Harry zrozumiał żart i wbrew sobie zaśmiał się cicho. Ślizgon wstał ponownie, sprawdzając godzinę.

– Myślę, że powinieneś iść już spać – oznajmił z nutą drwiny Czarny Pan. Harry spojrzał na niego gniewnie.

– Nie będziesz mi mówił, o której mam się kłaść! – zaprotestował. – Mam blisko trzynaście lat!

– Jeśli jesteś wystarczająco duży, bym nie musiał ustalać ci pory snu, jesteś też wystarczająco duży, by wylądować w Azkabanie – odparł chłopak. Niezadowolone spojrzenie Harry'ego pogłębiło się.

– To nie działa w ten sposób, Tom!

– Możesz sobie poczytać w łóżku. – Ślizgon przewrócił oczyma. – Zostawię ci nawet zapalone światło na korytarzu. Zadowolony?

Harry zaczerwienił się.

– Nie ma takiej potrzeby – warknął.

– Och, w takim razie je zgaszę. – Tom beztrosko wzruszył ramionami.

– Nienawidzę cię.

– Dobranoc, Harry.


Syriusz, wciąż w postaci Łapy, podążał za znajomą sylwetką. Bolały go nogi, a brzuch rozpaczliwie domagał się czegoś do jedzenia.

Wciąż jeszcze nie znalazł w sobie odwagi, by ujawnić się mężczyźnie – Dumbledore nie zrobił niczego, by wspomóc go podczas procesu albo chociaż potwierdzić jego winę. Nie umiał nic poradzić na to, że nie znosił swojego starego przywódcy, tak trochę, mimo najlepszych starań. Właśnie te wątpliwości i wściekłość chwilowo powstrzymywały go przed pokazaniem mu się.

Gazety były przepełnione opowieściami o jego ucieczce, ale przynajmniej dzięki temu Harry i te okropne kłamstwa na jego temat zostały chwilowo zepchnięte na drugi plan. Nie było mowy, żeby jego Rogaś był dziedzicem Slytherina – Potterowie byli tak gryfońscy, że już bardziej się chyba nie dało, a także dobrymi, szczerymi i miłymi ludźmi. Harry nie mógł próbować kogoś zabić, to z pewnością była pomyłka, tak samo jak jego wtrącenie do więzienia.

Obecnie starzec zniknął, ze wszystkich miejsc, w domu Snape'a, potykając się i wyglądając na wykończonego. Syriusz nie umiał nie wykazać lekkiej troski o niego. Znalazł sobie miejsce, by przeczekać spotkanie i po godzinie mężczyzna znów się wyłonił, a następnie bezzwłocznie deportował, pozbawiając Syriusza szansy ujawnienia się. Ponowne dogonienie dyrektora może mu zabrać trochę czasu, a byłby idiotą, gdyby postanowił sobie odpuścić tylko ze względu na stare spory między nimi, ale...

Położył się na wilgotnym bruku, starając się nie zaskomleć ze zmartwienia, zimna i głodu.

Wtedy uderzyła go myśl.

Snape na początku zawsze trzymał się blisko z Lily – James go za to nienawidził.

I może, ale tylko może, ta dziwaczna więź bądź uczucie zostało przeniesione na Harry'ego? Był wyraźnie zdesperowany, jednak...

Zdaje się, że nadszedł czas, by złożyć Smarkeusowi wizytę.